Mainstream

kroniki surrealizmu

Wypada odkurzyć mech i paprocie, bo dawno nic nie było na głównej. Na forum kwitnie nekromancja, ale wrzucanie na główna cytatów z cytatów z przypisów słabe jest. Bedą tu zbiorczo potraktowane różne tematy. @Nomad wystąpi jako zdziwiony (wątek detektywistyczny i erotyczny), Baron będzie miał swój wątek kabaretowy o nietechnicznych (będę pomstował z ambony), coś tam skrobnę o przygodach młodego (dramat obyczajowy). I coś tam o mnie (typowe narzekania, ale w wątku @nomad).

W ramach komedii oficer prowadzący zrobił tęczowe logo z ufo. Jak tak dalej pójdzie następny będzie tęczowy jednorożec. W tym tempie postępów ustroju niebawem dorzucimy sierp, młot i tęczową zwiezdę.

Oczywiście jest to forum przyjazne LGBTQ, już rozszyfrowuję skrót: Logarithms, Gaussian, Binary, Topology, Quaternions. Co oznacza, że @Koncereyra jako probabil jest dyksryminowany co się prawdopodobnie^^ nie zmieni. Skrót słusznie zaznacza sezon ogórkowy jaki nastał w gospodarce. Nic lepszego do roboty nie ma.

Długie się zrobiło, więc w ramach shitifikacji kontentu podzielę na trzy części i puszczę w odcinkach.

-Hieroj wraca do Gieropy, a tu chuyi lypyty;

-baszowanie Barona;

-szyja zgięta polarnym kołem;

Zaczniemy od przygód młodego. Było sporo przygód związanych z wysłaniem smarkacza dwa tysiące kilometrów od domu, bo mamusia płakała, że dziecka nie puści, że jak to tak samo, przecież to dopiero w pieluchach łaziło i takie tam historie typowe dla samic. Tekst będzie o funkcjonowaniu edukacji i aparatu biurwiego w Szwecji.

Na początek powtórki (było w innych tekstach).

Gdzieś pisałem, że odwiedziłem z młodym szkoły. Firmy w których był na praktykach poruszyły biurwę, żeby młody poszedł do szkoły technicznej. Z powodu wyników dostał też zaproszenie do szkoły, gdzie jest niepaństwowo. Jak później wyjaśnił (przy stole u Barona) to ta szkoła była dla żartu. Ale że popytałem w różnych źródłach (między innymi @koncereyra) to zanim dowiedziałem się iż to żart popchnąłem kilka spraw. A młody odbił się od biurwiennego systemu składania podań do szkoły, poszedł do biurwy i ta sama mu złożyła podanie do wybranej szkoły. Został przyjęty po czym okazało się, że na kierunek od dwóch lat nieistniejący (jak się później okaże tylko formalnie, nie uprzedzajmy faktów), więc żeby nie trafiło w wentylator wzięli go na to co jest (można jeść albo nie jeść).

W Szwecji kierunki techniczne poziomu gimnazjalnego są zwijane z braku nauczycieli. A tych ubywa z tych samych powodów co w Niedorzeczu, kadra nauczycielska się degeneruje (zarobki nauczyciela w Szwecji są na poziomie Jasia ledwo ogarniającego jak jeździć widlakiem po magazynie). Do tego dochodzą zmiany wśród samych uczniów – obecnie prowadzenie zajęć praktyczno-technicznych staje przed niespotykanym wcześniej faktem, że dzieci nie widziały nigdy narzędzi i robią sobie nimi krzywdę. Nie ma kogo uczyć i nie ma kim. Ci którzy umieją to edukację potrzebują wyłącznie do wydania im świstka “ten umi” przez nauczyciela, który wyłącznie formalnie ma przyklepane, że umie, ale jak potrzebuje uruchomić niektóre maszyny to woła ucznia, które umie de domo.

Z tym że część szkół nie jest publiczna (ale zostały utworzone z potrzeby jak najbardziej publicznej tylko podczas etapów systemu trzeba było je jakoś przechować), a została utworzona przy instytutach, żeby funkcjonowały filtry i ścieżki do pozyskiwania kadry. I to są takie szkoły dla picu, ponieważ nie realizują nauczania w sposób szkolny (nie uprzedzajmy faktów).

Wróćmy jednak do przepraw młodego. Gdzieś w czasie wizyty u Barona rodzicielka młodego ogarnęła, że on został przyjęty do szkoły daleko od domu, że to jest daleko. Nagle zaczęła stawać okoniem. Postanowiłem się w sprawę nie mieszać (cóż mnie obchodzą rozterki samic? poetą nie jestem) i zostawić młodemu sprawy do rozwiązania. Ten w desperacji poszedł do słynnego, szwedzkiego socjalu (ten który w tekstach dla publiki porywa dzieci nawet z Niedorzecza) i okazało się, że mogą sobie co najwyżej pogadać. Przepisy w Szwecji są sprzeczne (dzieci nie mają obowiązku szkolnego ponad podstawówkę ponieważ wcześniej mogły pracować od 15 roku życia, ale przepisy dotyczące zatrudnienia zabraniają zatrudniania osób poniżej osiemnastki bo konwencje o dzieciach i takie tam międzynarodowe bzdury; co nie zmienia faktu, że dzieci w Szwecji pracują tylko w firmach rodzinnych choćby od piątego roku życia kiedy sięgną do pedałów w traktorze, ale to się nazywa “zajecie” gdyż formalnie nie mają za to płacone). Jeśli ktoś uważa, że to jest od czapy to każda jurysdykcja ma swój folklor lewny, na swój sposób głupi – każdemu udało się co innego sss.

Zwyczajowo ceduję opiekę nad dziećmi na szanowne rodzicielki, ponieważ jest dużo biurokratycznej kuwety do ogarniania, a przecież nie będę podejmował tak istotnych dla świata decyzji jak to do którego żlobka, przedszkola, szkoły smarkateria ma iść. Pozostawiam to jedynowładnym samicom. W niektórych krajach nikomu by nawet nie przyszło do głowy pytać o decyzję ojca, bo przecież zawsze zajmowały się tym matki, no ale gdzieniegdzie równość w tabelkach musi być i trzeba formalnie iść do urzędu, podpisać, że opiekę sprawuje matka. Są też z tego drobne benefity jeśli się dobrze prowadzi księgowość i pilnuje omerty.

Jeźdźmy dalej z przepisami, wszak kabaretu nigdy dość. Młody się bardzo zestresował, poruszył Niebo i Ziemie, z czego uzyskał od tych agresywnych instytucji pilnujących dobra dziecka… nic. Znaczy pogadanki i niekończące się mediację. Po wyczerpaniu wszystkich rozwiązań odwołał się do instancji ostatecznej, rozstrzygającej o sprawach życia i śmierci wszelkiego domowego żywiszcza. Oczywiście dopuściłem do tego dopiero w dzień ostateczny. Skoro nędzni śmiertelnicy nie doszli do porozumienia i wznoszą modły do Ojca odpytałem młodego jak sobie wyobraża konsekwencje wdrożenia. Naopowiadał mi co mu tam naopowiadało urzędactwo, czym postraszyła rodzicielka i musiałem rozwiać iluzję tych wyobrażeń. Skontaktowałem młodego z aparatem przemocy pod pretekstem, że zamierzam go porwać i czy chcieliby z Nim omówić konsekwencje dla postronnych. Dział lewny aparatu natychmiast zareagował (słowa kluczowe: porwanie, napad, morderstwo, zamach; aparat od razu słucha i jest posłuszny) wyjaśniając młodemu, że w tej sytuacji nie zareagują, wstrętów nikomu nie uczynią, ponieważ jest w wieku, kiedy są to jego prywatne sprawy tak długo jak nie dzieje mu się krzywda. To w socjalizmie zaskakujące – chcącemu nie dzieje się krzywda, jak to tak 🙂 ? Po czym młodego zapakowałem w transport i pojechał do szkoły, gdzie samice ogarnęły to co tam zwyczajowo jest do ogarnięcia rozsupłując społeczne rozterki nędznych śmiertelników.

W tym czasie rodzicielka poduszczona przez równie naiwnych tak namieszała w szkole, że została docięta od tamtejszej biurwy jednostronną decyzją tejże. Młody trafił do szkoły, a ja złożyłem do urzędu odkręcenie z tą opieką bo coś poszło nie tak i trzeba przywrócić porządek. Niby tam jeszcze zareagowały urzędy odpowiedzialne za utrzymanie porządku i proponowały jakieś dogadanie się, ale sprawy ruszyły już torem ostatecznym, który deklaratywnie najwolniejszy rozstrzygnął problem (wobec nieubłaganych faktów) na kwadransowym posiedzeniu. Gdyby ktoś chciał porównać prędkość działania wydziału rodzinnego sądu na Północy i w Niedorzeczu to właśnie tyle to zajmuje, to dlatego w niusach wypisywane jest jakoby socjal dostawał wyrok od ręki i porywał dzieci z Polski. Nie tylko socjal – ja też, to po prostu tak działa. A później sprawa może się toczyć, ale w tym wypadku uznano to za bezprzedmiotowe, gdyż zanim się skończy to młody nie będzie już podlegał.

Porzućmy biurwokratyczną mizerię – sprawy formalne zostały rozwiązane. Gdyż rozwiązane zostały fokty przez dokonanie. To że rodzicielka młodego narobiła takiego bałagnu, że teraz socjal sam znalazł sobie u niej zajęcie wiercąc dziurę w całym jest nie moją sprawą, i o taki skutek nic nie robiłem. Gdyby na samym początku zamiast stawać młodemu okoniem i się emocjonować całą sprawę olała skutek byłby taki sam, tylko bez upierdliwych konsekwencji i całego zamieszania. Młody się sprawą stresował, somatycznie wybiło, wyczerpany po wszystkim padł.

Teraz już bez biurwienia, wracamy do t = młody_trafia_do_szkoły;

Jeszcze u Barona mu wyjaśniłem kilka rzeczy, bo też dla smarkacza wyprawa w nieznane. Po pierwsze jedzie daleko, odklei się od maminej kiecki, trafi między nerdy (wymagania do szkoły były wyśrubowane do niemożliwości z punktu widzenia mediany) i ta szkoła nie jest prowadzona tak samo jak ta, która go do piany doprowadza absurdem. Jakby się nie ogarnął to jest w wieku, kiedy restart nie stanowi problemu. Do tego samice (nie wierzył), brak młodszych braci, brak nadzoru starych – wszystko co sss to na własny rachunek. Rzekłem “dorosły jesteś i to się właśnie tak zaczyna – skacz na głęboką wodę, może się utopisz”, później będzie jeszcze groźniej.

No i trafił między nerdy. Szybko znalazł sobie inną chatę – bliżej, choć tam wszędzie pod górkę. I do szkoły, i w drugą stronę (rzucam podejrzenia na transformersa Lorentzem). Na początku września spadł śnieg. Pojechali pobierać próbki z lodowca (laborki), spenetrowali obserwatorium i produkcję rokit (tam akurat nie wolno robić foci, a w razie odchyleń rekwirują elektronikę bez dania racji; więc mamy głownie focie śniegu, krajobrazu i gliczy na skyboxie; zdjęcia ze stołówki sobie darujmy). Trochę mi jeszcze pozawracał zdalnie pytaniami edukacyjnymi (o mole, proporcje i czasy połowicznego w kontekście błędu) po czym doszedł do kwestii typowych dla nastolatków konstatując, że tam jest jakoś inaczej. Wyjaśniłem, że wszystkie dzieciaki są tam spuszczone z łańcucha, bardzo daleko od domu, bez dozoru pierwszy raz w życiu, mają własne mieszkania – dorośli oczywiście wiedzą co się tam będzie działo. Czyli studiowanie życia na wydziale erotycznym. A później to już szybko poszło – odwiedziny w domu, poznanie mamusi, standardy. A na następny rok zaplanowali sobie wynajęcie chaty razem, bo taniej (czyli przedsmak tego co łączy ludzi – kredyt na mieszkanie^^) i inne atrakcje.

Zamieszkanie smarkaterii jest niezorganizowane następująco. Rodzice/dzieciaki szukają sobie mieszkań, chciwi tubylcy zgłaszają lokale “dla studentów” do wydziału mieszkaniowego, który na pół krzesła w szkole siedzi i jakoś to działa. Oczywiście szkoła ma internat, ale mały więc wyłącznie dla części pierwszego roku, a nieformalnie pod stołem pisana zasada – dla dziewczyn i mniejszości dzikich/kolorowych bo mogą mieć problem z wynajmem. Lepiej jak blisko i pod jakąś opieką, z przykazaniem, żeby się tam w pokoju znajdowała w nocy najwyżej jedna osoba, wskazana na meldunku. Na Północy występuje nazizm w postaci czystej bez mydła, jest to koncentrat którego unika propaganda. Korupcja też bije po oczach (młody mi raportował bulwersując się jej ostentacyjnością), ale sprawy poruszane są wyłącznie w lokalnych Obleśnych Nowinkach i to jedynie jako porównania ile miało kosztować, ile już kosztuje, i że jeszcze nie działa, a później będzie po innym kontrakcie, który czyni omawiany void.

Kadra nauczycielska. W Szwecji na pedagogienie trzeba mieć białko. Coś takiego jak w Niedorzeczu fakultet pedagogiczny tylko inaczej. Nie trzeba beszelorować (bo uznano pisanie prac pseudonaukowych na tym etapie przez ten typ ludzi za fikcję), a jest więcej zajęć o uczeniu podstaw masy durnej w ławki zagonionej zamiast śrubowania zaawansowanych części przedmiotu. Czyli aby zostać nauczycielem trzeba umieć mniej niż normalnie, ale trzeba odhaczyć na liście jak się ten zawód wykonuje w warunkach zastanych. Czyli dużo administracyjnej popeliny.

Z oczywistych względów w szkołach, gdzie ma być na poważnie warunki powyższe są sprzeczne. Więc nauczyciele z dyplomami są. Od języków (native, który nawet po Północnikowemu nie gada) i wuefa. Cała reszta (stem) uprawnień nauczycielskich nie ma (coś jak dyplomowany belfer w Polin) tylko korespondencyjny kurs niedzielny, że dopuszcza się w drodze wyjątku. Tak konkretnie są to emerytowani jajogłowi z fiszyki przestworów kosmicznych i produkcji rokit (czyli z budynków obok, bo to dla nich tę szkołę tu dostawiono, żeby nerdy za daleko nie miały bo się zgubią), których zesłano aby dzieci uczyli. Do czego się (jak raportuje młody) w żadnych warunkach mediany nie nadają. Przykładowo lekcje z matmy wyglądają tak jak na wydziale Mat – dane, szukane, dowodzenie, reszta jest oczywista; kto nie zrozumiał sam sobie winien. Gdyby takie nauczanie prowadzić w szkołach gdzie idzie mediana to by rozpętano burzę, że nauczyciele nie uczą. Bo po pierwsze to nie są nauczyciele, tylko praktycy, a po drugie oni nie uczą, tylko wykładają. Przy czym takie szkoły nie są publiczne, więc działają na obsłudze wyjątku, aby wszystko działało.

Smarkaterii od razu wyjaśniono, że pierwszy rok to przywrócenie normalności do oczekiwanego poziomu i wstępny odstrzał, drugi to odstrzał supresją materiałem do przerobienia. Czyli “jeśli coś nie jest oczywiste to drzwi są tam”. Nie żeby tak od razu na trawę, ale zaproponują przeniesienie do delikatniejszej szkoły pasującej możliwościom i zainteresowaniom bo dalej mówimy o byciu nieogarem w prawym ogonie rozkładu. Jednocześnie uzupełnią straty pobierając z innych szkół tego typu na wolne miejsca.

Funkcjonowanie szkoły jest zorganizowane jak uniwerku gogola. Jest catering (szkoła wynajmuje od tego knajpę, więc dzieci są wyżywione lepiej niż w domu; jak zobaczyłem co młodemu jeść dają to się zastanawiam czy do gimnazjum nie iść) bez ograniczeń, zajęcia są kiedy są, można zaliczyć wcześniej i się nudzić (ale przebadałem młodego z poziomu spenetrowania materiału i podpowiedziałem, że jeszcze dużo penetrowania zostało zanim sam będzie z tego zadowolony, bo na razie unknown unknowns), do tego dużo zajęć dodatkowych i samoorganizacja wypełniona salami gdzie mogą coś tam robić, zapasy gier, sale sportowe – co kto lubi. Naturalnie mają też miejsce do spania (niby awaryjne gdyby uczniowi brakło dachu nad głową, ale dlaczego w korporach jest gdzie się wyspać i najeść żeby z roboty nie wychodzić to wszyscy doskonale wiemy; a smarkateria się połapie w przyszłości, że to pułapka niczym chatka z piernika). Wsparcie administracyjne i podobne duperele, a do tego dzieciaki w tym wieku dostają dofinansowanie na naukę niby związane z sytuacja socjalną, niby z wynikami, a że nie mają zwyczajowych kosztów (bo taka szkoła jest dobrze napychana skwarkami) to wychodzi im dochód w dyspozycji na poziomie słabej wypłaty z etatu.

Na wykłady gościnnie wpadają ludzie z różnych uczelni (od @koncereyra ktoś niby miał przyjechać, ale coś się przesunęło), astronauci i podobna menażeria. W firmie od rokit puszczają balony z aparaturą pomiarową (to te, które później ganiają myśliwce w świetle kamer, że szpionskie), prowadzą laborki terenowe, majstrują w obserwatorium i czekają długiej nocy przekopując się przez śnieg we wrześniu.