Kwiaty paproci w IT
Pobredzę dziś na temat “bez juniorów nie będzie seniorów”. Ale będzie też wątek antysemicki (całe dwie linijki). Bo branża dorosła, jak każda inna, techniczna przeszła prawdy etapu i opowieści dziwnej treści. Ma te same zgryzoty co każda inna nisza technologiczna po burzliwym rozwoju. Jedyną różnicą jest skala (nigdy nie robiono na tyle ludzików, bo nigdy tylu ludzików nie było) i pozorne tempo (ono nie jest niezwykłe, tylko zawsze odbywało się to obszarowo, etapami, a tym razem globalna wioska okazała się jednym obszarem). Ale jeszcze wiele rozrywek w branży przed nami.
Zacznijmy od kwestii, dlaczego sytuacja na rynku IT dotarła do standardowego punktu, w którym księgowy zaczyna pytać o paprotkę i wycina chwasta. IT jak metalurgia obiecywała zamieniać ołów w złoto. Ponieważ ciężko odróżnić alchemika od sprzedawcy oleju z węża to sprzedawców nigdy jakoś nie brakuje. Naopowiadali bajek, decydenci przyjęli i po kilku dekadach burzliwego rozwoju oraz głupich tłumaczeń, kiedy na rynek zaczęły wylewać się zarobione przez wykonawców cyferki księgowi postawili kwestię “gdzie są te niepomierne zyski z wdrożeń?”. Pomijając jakieś spektakularne wtopy (von Lidl) i ogólną nieprzydatność z powodu złożoności względem dostępnych ludzików to korzyści nie usatysfakcjonowały księgowych na tyle, żeby kontynuować zabawę. Decydenci księgowym mogą pyskować, ale na odklejenie jest bankructwo. Można je odsuwać, rolować i opowiadać o oleju z węża, ale inwestorzy też mają księgowych, a najczęściej sami nimi są. Wycofanie nadwyżek przebiegło zgrabnie i karmione jest tylko to co daje zwrot.
Co oznacza, że zniknęły jakoś magicznie hopsztyliony obiecanych kubikli wyzysku (czy tam innych “work from cave” – Plato, przypis na końcu^^). A żeby było malowniczo będę wprost i brutalnie odnosił wszystko do przepraw jakie mieliśmy kilkukrotnie w innych działach inżynierii, z lubością w przemyśle nielekkim, ale każdemu się dostanie.
Otóż drodzy czytelnicy… nic się nie stało. I nie istnieje problem “skąd się będą brali seniorzy bez stanowisk juniorów” ponieważ… seniorzy nigdy nie brali się z juniorów. To była tylko taka korpobajka na potrzeby etapu. Taka opowieść, że jadąc do miasta by wstąpić do terminu za jakiś czas zostaniesz czeladnikiem, a później nawet mistrzem. Z tym że co najwyżej rzeźnikiem gdyż inżynierem (kowalem, cieślą, tkaczem) nie. Dlaczego nie to po żarcikach.
Wiem, że kowal obecnie kojarzy się z durnym typem, któremu można wsadzić wiadro na głowę, opędzlować warsztat i po zdjęciu wiadra odsprzedać jego własne towary. Ale ten obraz wynika z rzeczywistości wydumanej. W tej naszej to poziom intelektualny kowala był na tyle wyśrubowany, że Newtony czy Faradaye właśnie spod takiej jabłoni spadali. A w mieście nie było warsztatów, ponieważ miasta były z drewna dla ozdoby obłożonego gliną, cegłą czy kamieniem, a najgłupsza instalacja do produkcji stali to nie jest dymareczka mieszcząca się w kącie chaty niczym drukarka 3d tylko kawał wyjałowionego terenu z połączonymi piecami zapewniającymi przelot gorącego, natlenionego powietrza zmyślnymi zwężkami później zwanymi Venturiego. I pożar jest tam gwarantowany, dlatego te warsztaty były poza miastem. Tak samo warsztaty tkackie żarły wody ile wlezie, a cieśla zwyczajnie w mieście się nie mieści.
Zauważyliście zapewne, że pozycji na juniora w innych branżach (dość osiadłych) też jakoś nie ma, od dawna, szkolnictwo zawodowe albo wyginęło, albo trzeba tam ludzi gonić pod przymusem i to tylko tacy dadzą się zagonić, których raczej w branży nikt nie potrzebuje. I nikomu to nie przeszkadza. A “seniorzy” skądś się tam jednak biorą. Ponieważ całe to etykietowanie junior-senior-arcymag wynika z korporacyjnego porządku nazewnictwa. Jakoś trzeba było te stanowiska ponazywać, żeby tak głupio nie wyglądało. No to tak nazwano, a że do każdego stanowiska w korporze musi być dopisana ścieżka kariery (w zawodzie, który wcześniej nie istniał) to ją zmyślono.
Rzućmy okiem na pozorne potrzeby rynku i od razu walmy analogiami. Otóż poszukiwani są specjaliści od wybranych narzędzi – nazw tego tyle co Pokemonów. Te narzędzia są wypluwane w takim tempie, że ciężko spamiętać a po dwóch latach są do siebie samych wcale niepodobne. Ma to podobny sens jakbyście przed końcem 2WW poszukiwali tokarza od wybranego typu tokarek. Ponieważ jeszcze nie było standaryzacji to każdy warsztat miał inną – jaką tam akurat sobie poskładał, a najczęściej – jakie sam produkował. Z tego względu co fabryka to były inne gwinty, inne skoki gwintu, inny trapez, inna metryka. Bo to też było zabawne – jedne w werszkach, inne w calach, jeszcze inne metryczne, a było trochę też “a tak wyszło i tak robimy bo działa”. Sprawa padła dopiero w czasie bombardowań. Otóż po wywaleniu jednego, małego warsztatu robiącego śrubki dla danej fabryki nie dawało się złożyć samolotu, bo akurat pińć śrubek do mocowania jakiegoś wihajstra było stamtąd, płyta miała otwory skokiem pasujące akurat do tej śrubki, a nikt więcej nie miał takiego układu maszyn, aby mu wychodziły akurat z takim skokiem i trapezem. Bo to zależy od układu zębatek, rozmiaru wałków i rodzaju przekładni. Niemcy jako pierwsi wprowadzili standaryzację, i to dopiero przymuszani ogniem spadającym z nieba. Jankesom chwilę to zajęło, bo bombardowania omijały ich fabryki. Było to w czasach, kiedy nikt nie pytał ile węgiel kosztuje.
Żyjemy w czasach, kiedy pytania o to ile kosztuje moc obliczeniowo w zasadzie nie ciekawią. Do momentu, aż nie przegniemy pały tak, że trzeba opłacić zewnętrzną usługę do liczenia, a ona wyśle liczykrupie fakturkę, a ten jak zobaczy to pójdzie zapytać ojdyra ile ten dział co prowokuje te faktury przynosi do michy, bo strasznie żre. I jeśli komuś się wydaje, że żreć musi to zaraz tam przyjdzie wewnętrzny audyt/rewizor i wyprostuje gruchy kijem. Zapewniam że to nic niespotykanego – takie cykle rozganiania majstrów mają miejsce w każdej branży. Otóż rewizja ustali, że na jakimś tam stanowisku potrzebne są kwalifikacje ograniczające się do obsługi trzech pokemonów (tu nazwy narzędzi), przynosi ono obrachunkowo taki zisk, więc możemy zapłacić tyla. Wydobycia Parobków Dział (WyPaD zwany z anielska HR) wrzuca takie zapotrzebowanie do łowców niewolników do szukania no i oni szukajo. Ma to taki sens, jak fabryka Ronquista produkująca daną tokarkę od roku, szuka specjalisty od jej obsługi z pięcioletnim doświadczeniem na tej maszynie. Do tego szuka mechanika, który ma 5 lat doświadczenia utrzymania ich w ruchu. I szuka ich poza fabryką Ronquista. Skąd niby mieliby się tam wziąć to już są kwestie teologiczne. Oczywiście w przemyśle, kiedy problem występował nie rządzili księgowi (bo nikt nie pytał ile wungiel kosztuje) tylko inżynierowie i nikt takich głupot nie wymyślał. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego każdy technolog w IT by ich nie wymyślił. Ale od pozostałych wymagać nie można i nawet nie ma po co. Wracamy do kwestii “nawet nie ma z kim rozmawiać, bo i po co?” czyli nieodbieranie telefonów.
Otóż każdy wyjadacz branżowy .vi i rozumi, że mówimy o obsłudze narzędzia. Aby ktoś miał doświadczenie w użyciu narzędzia to musi tego narzędzia i skutków jego użycia do czegoś potrzebować. Czyli nie będzie to jego jedyna kwalifikacja, a skoro potrzebuje i używa czegoś podobnego (innej tokarki) to znaczy, że coś tam rozumie i to czy w jednej przekładnie są takie czy srakie, czy to są arraye, bufory czy inne tablice po indeksach pamięci to jest kwestia mejsla i młotka jakimi je poprosi. Są to kompetencje organiczne, a nie syntetyki, których można nauczyć się w izolowanym środowisku.
Nie żeby nie podjęto bohaterskich prób przyuczenia ludu do obsługi cad/cam bez kontaktu z produkcją – owszem podjęto, ale skutki tego są takie, że produkcja wielu przedsiębiorstw stanęła dęba po odklejeniu od grawitacji. Połączono teorię z praktyką – nic nie działa i nikt nie wie dlaczego. Taki sam sens ma to w IT, tylko tam cykle są jeszcze na tyle krótkie (ten etap, kiedy każdy warsztat sam sobie robi narzędzia i maszyny), że poszło z górki po całej planecie. Ponieważ wszyscy się tymi różnymi “śrubkami” wymieniają to co chwilę trzeba pisać nowe mejsle i młotki dopasowujące procesy do potrzebnych. No i o tym rozprawiał oficer prowadzący z pozostałymi na zjeździe, że jest to robione drogo, nieefektywnie, a procesy są zlecane na zewnątrz do computing cloud i zapomina się ich wyłączyć, więc księgowy sroży się. Gdyż wynajmując kogoś na godziny do rozwiązania problemu to nie jego problem jakie problemy wynikną później w wyniku rozwiązania – nie jego problem, nikt mu za to michy nie dał.
Wróćmy jednak do kwestii skąd się biorą “seniorzy”. Cała branża w obecnej formie jest dość młoda, ma mniej niż sto lat. Jakby tak mocno pogrzebać to ledwo 85 plus podstawy teoretyczne. Większość tej epoki to prehistoria względem obecnych narzędzi. A porządek korporacyjny w branży ma w najlepszym wypadku wiek chrystusowy, w większości zaś tak pomiędzy dwie, a trzy dekady. Patrząc na długość brody i rozmiar brzucha większości majstrów można rozsądnie założyć, że nigdy żadnymi “juniorami” nie byli, ponieważ w ich początkach “kariery” ten porządek nie istniał. Z czego prosty wniosek – seniorzy nie wzięli się z juniorów. Jak nie stąd to skąd?
Proces dokładnie taki sam jak w przemyśle. Bo to nawet są te same dzioby, które normalnie szły do innych działów inżynierii. Wymogi te same – trzeba umieć liczyć, myśleć i rozwiązywać problemy. Im bardziej złożone tym lepiej, bo te prostsze nawet się nie ujawnią. A do tego trzeba narzędzi i z jaskiniowej potrzeby używa się tych, jakie są na git, później poprawia się co nie sztymuje, a po ogarnięciu dokumentacji pisze własne, do konkretnego zastosowania. Tak samo łączy się narzędzia te, które są pod funkcję “działa i mało żre” co omawiano na zjeździe. Porównanie do przemysłu ciężkiego nie jest też tak całkiem od czapy. Core ludzików z takiego Apple, w wieku typowym dla czytelników tutaj; na grillu po drugim piwku przenosi imprezę do bliżej garażu i spawarki. Bo to w większości są inżynierowie, majsterkowicze i mają kwalifikacje z wielu obszarów z tym związanych. Rozwiązują takie problemy za jakie jest micha, ale proces nauki rozwiązywania problemów wynika z posiadania i wytwarzania tychże. 30 lat temu nie można było pójść na kierunek inżyniera od liczenia w chmurki, ponieważ… byłyby to problemy dość odległe od rzeczywistości, ale pomysły były i trzeba było rozwiązać problemy stojące na drodze, więc je rozwiązywano, a teraz dopiero można wykładać jak, choć nikomu to niepotrzebne, ponieważ technologii ich rozwiązania nikt potrzebuje (nikt nie będzie wymyślał koła od nowa).
“Juniorów” nie ma też z jeszcze jednego, wcześniej wymienionego powodu. Poszukiwane zwierzę nie występuje w naturze. Aby obsługiwać jakieś narzędzie, albo zestaw narzędzi trzeba mieć potrzebę rozwiązywania nimi jakiegoś problemu. A WyPaD ma znaleźć za cenę zmyśloną przez księgowego jakiegoś ograniczonego ekologicznie zwierzaka, który tylko tym kołowrotkiem kręci. I niczym innym bo by kosztował. Skutki tego znamy z innych działów inżynierii. Poszukiwania “tokarza manualnego” rozbija się o cenę. Ponieważ ktoś kto umie akurat to, umie też wiele innych rzeczy, żeby tej kwalifikacji w ogóle potrzebować. Czyli jest też mechanikiem, spawaczem, frezować umie, umie programować maszyny, zapewne prostsze kontrolery, lutować, na elektronice się zna. Nie będzie więc pracował za stawkę proponowaną przez księgowego, bo w poważaniu ma ile to tam u niego w firmie przynosi do michy (niech sobie księgowy ogarnie taki proces, w którym jest w stanie dowieźć tyle, ile pracownik kosztuje, i czy to sobie rozwiąże lepszymi sprzedawcami, tańszym dyrektorem czy mniej łasymi inwestorami to już zmartwienie księgowego) tylko interesuje go ile jest za pozostałe fuchy oraz ich połączenie w zaciszu własnego warsztatu. Co sprowadza się do robolo-robotnika, który w firmie owszem jest (ale na przykład teksty na bloga klepie albo książki czyta), ale robi tylko za tyle ile do michy wpada i nikt się o to nie czepia, bo to przechowalnia, żeby się majstry nie rozlazły przed uruchomieniem produkcji (bo później szukaj wiatru w polu, a to dopiero kosztuje). Trafiamy więc na sytuację, w której specjaliści odrzucają “oferty” zupełnie ignorując WyPaDy tylko dlatego, że nie chce im się d ruszyć za “o połowę więcej niż masz” bo jest to dalej mniej niż oczekują i święty spokój przebija propozycję.
WyPaDy bulwersuje też obstrukcja w edukacji – niby można takiego majstra by wziąć, aby młodym wyjaśnił narzędzia. A później go podstępnie spuścić po brzytwie, ale jakoś stawki za objaśnianie tych narzędzi są dość wysokie, a same objaśnienia bezskuteczne (z definicji, ponieważ nie da się syntetycznie nauczyć rozwiązywania problemu, którego ktoś nie ma, a za tyle ile proponują “juniorom” to jest nie ich problem).
Tak więc nic szczególnego się nie dzieje. Nihil novi. Ale w tych najstarszych kodoklepskich korporach istotnie udało się zrobić jedną iterację seniorów, którzy wyrośli z juniorów. Tych firm przetrwało tak ze pięć na planecie, to branżowe dinozaury po wielu ewolucjach. Niepodobne do pokemona z jakiego wyrosły. I jak się okazało – to był błąd matrixa, akurat trafili do rosnącej w zamierzchłych czasach firmy jako wyjątkowe bystrzaki, w tym kubiklowym środowisku wyrośli i… kolejnej iteracji nie ma. Z powodu istniejących narzędzi, polityki firmy po kolejnych mutacjach oraz rosnącej złożoności oni już żadnego narybku na warsztat nie dostali. Jedynym źródłem kadr w takim dorosłym biznesie jest kooptacja. Po prostu któryś z nich zna kogoś kto rozwiązuje jakieś problemy i w zasadzie nadałbysiem. Co jest bólem d WyPaDu, bo w takim procesie oni są niepotrzebni. A to pozwala księgowemu na pewną rozrzutność, bo po co taki dział, który niczego nie wkłada michy, a żre?
Nie jest to jednak proces jednokierunkowy, on sobie chodzi w pętlach. W IT to będzie druga iteracja w kilka dekad więc meneldżerstwo nienawykłe, ale wiemy jak to się robi. IT to jest taka przybudówka dla wielu przedsiębiorstw, nawet jeśli to usługa zewnętrzna. Ma ona rozwiązywać jakiś problem, to nie jest tak, że IT sobie istnieje gdzieś w lesie, poza rzeczywistością. Ktoś musi mieć problem do rozwiązania, żeby ta branża mogła funkcjonować. Tym problemem jest najczęściej obsługa danych przy pewnej skali biznesu. Nie jest to problem nowy – 150 lat temu we włókiennictwie był znany (i rozwiązywały go tabuny klerków), znany był 800 lat temu w handlu międzynarodowym (i rozwiązywały go tabuny klerków), zna go nawet Baron z Bagien (i rozwiązuje go tabun młodzieży własnego chowu). Tabun zawsze jest proporcjonalny do rozmiaru interesu. Dane te najczęściej dotyczą tego co ma kiedy być na wyjściu, z czego na wejściu, gdzie to zrobić, kim i czym, w jakiej kolejności. Taki rodzaj magazynu, w którym nic nie ma, a jest pełen bo cały czas się przez niego przejeżdża grzebiąc w szufladach. Jest to podręcznikowa analogia tego czym są systemy komputerowe. Sednem ich działania – pobierz, zmień, zwróć. I tak w kółko. Szczytem tej patologii jest zarządzanie podłogą w Nigthmarezonie, gdzie każdego prola podpięto do automatu i skończy się zapewne rozwiązaniami politycznymi dla zachowaniu spokoju społecznego.
Ten proces podpinania każdego do automatu nie wszędzie jest prosty. Najczęściej dlatego, że korzyści przyniósłby właśnie tam, gdzie jest potrzebny, a jest potrzebny, ponieważ klerki rozwiązujące ten problem (dziś zwani kierownikami i brygadzistami) umieją łączyć kropki (taka ich robota) i sobie na pewno połączą. Tam zaś gdzie z łączeniem kropek ciężko dorzucanie automatu żeby łączył za innych, kiedy oni nie ogarniają kuwety dalej wymaga kogoś, kto będzie za interfejs robił. Jemu to uprości robotę, ale czy będzie od tego tańszy to już wiemy, że nie bałdzo, bo to tylko część jego roboty karbowego. Czyli uzysk na wdrożeniach jest istotnie mniejszy niż zakładano, ponieważ rozwiązywane są nie wszystkie problemy, które występują. I często nie podlegają one opisaniu ze względu na dynamikę. Trafiamy więc na okres przejściowy, po którym niby ma być taniej (bo klerki będą niepotrzebne) i najczęściej w tym stanie firma pozostaje (bo bez nich nie działa, a wystarcza że nie działa jedno coś i wszystko staje) z kosztami na garbie (a wieść się niesie, a księgowy krzyczy), abo się cofa (na wuj całe to wdrażanie było, burdel z tego tylko, wywalić mi to i robimy tak jak zawsze – klerk z zeszytem/glinianą tabliczką podstawą cywilizacji), albo na chama jest odpalane (klerki won, teraz będzie systiem) i zrywa się kontakt z rzeczywistością, firma tonie w kwartał w wielkim burdelu, księgowy krzyczy, wieść się niesie. Przykłady udanych wdrożeń są raczej anegdotyczne, jednostkowe, niszowe. Ale zawsze wielkoskalowe (bo tam to ma sens).
Czyli w kontekście kosztów problem okazuje się nie dość wielki. I po kilku dekadach upowszechnia się pogląd “a na uj nam to” i “działa – nie psuj”. Dlatego spada zapotrzebowanie na dalszy, wykładniczy wzrost customizowanych rozwiązań. Branża się uspokaja, stabilizuje, wysyciła niszę, dalszych wzrostów nie będzie. To nawet zdrowe, ponieważ spadnie tempo powstawania nowych narzędzi, nowych frameworków, może nawet zacznie iść w kierunku standardyzacji, tak, żeby na potrzeby przemysłowe ucząc się jakiegoś sposobu pracy nie było to nieaktualne przed zakończeniem nauki.
Coraz częściej przedsiębiorcy stawiają pytania “a o ile to zwiększy zyski?”, “a o ile to zwiększy sprzedaż?”. Nie jakieś tam bajki z węża tylko konkretnie – ile z tego wpadnie do michy, na co mi to rozwiązanie? Nie mają nic przeciwko aby polecili kogoś, komu wdrożyli i oni się się spotkają jak wyzyskiwacz z wyzyskiwaczem i omówią, czy to był dobry interes. Najczęściej na to pytanie nie ma odpowiedzi, ale… z drugiej strony są też odklejeni lumpenorganizatorzy, którym się wydaje, że Kacapia jeszcze nie wtargnęła na Krym (po poglądach na rynek to by były te daty) i wymagają od potencjalnie zatrudzanych, żeby nie wymawiali się tym, iż tak zawsze robiliśmy, taki był standard w poprzedniej firmie. Jak lumpenorganizator wie lepiej jak to robić to zrobi sobie sam. Zostają ze zbiorem pustym zatrudzonych, względnie ze zbiorem wypełnionym sprzedawcami oleju z węża. Specjaliści ich omijają po pierwszym kontakcie i wieść się niesie.
Istnieje analog w mirze. Korpory produkcyjne zawsze mają ból zadu z obróbką mechaniczną. To coś jak ból zadu z działem IT. Najlepiej by to outsourcować. IT do Indii, ale żelazo internetem nie poleci. No i długość cyklu nie pozwala na sprawdzanie jak to wyszło co dzień, tylko partia by wróciła za trzy miesiące i gdyby coś nie sztymowało to plan produkcji an dwa lata leży bez kwiku. No więc niby trzeba robić u siebie, ale wychodzi drogo. Droga infrastruktura, maszyny, majstry. Z zasady jest tego więcej niż potrzeba, bo infrastruktura nie jest z gumy. Więc księgowy krzyczy, że to kosztuje i stara się ciąć. Jak się zetnie majstrów to rozlatują się maszyny. Jak się zetnie maszyny to rozlatuje się produkcja. No to trzeba czymś tę produkcję obłożyć – sprzedawcy więc wciskają klientom po kosztach obróbkę i wolumen trafia na produkcję. Na pikach jest przepełnienie bufora i dochodzi do opóźnień, albo sypie się produkcja własna, albo klienta (i kary za zwłokę, bo mówimy o korporze). Księgowy więc drze japę, że ta dodatkowa produkcja to więcej kosztowała problemu niż przyniosła do michy. Najczęściej bilans utrzymywania tego działu jest dla firmy ujemny, ale bez niego nie da się czegoś tam wytworzyć, czym firma się zajmuje (na przykład produkcją maszyn i urządzeń). Czyli bilans jest sporządzany wadliwie, ale w takim kontekście pracuje księgowy, bo jakby miał rozpatrywać rzeczywiste koszty transakcyjne wewnątrz firmy to nic nie działało. Dlatego każdy uważa, że zapier… na innych. Wtedy pada koncepcja, żeby to outsourcować do firmy obok, bo oni tam niby coś podobnego robią. Owszem robią, ale w takiej skali jak potrzebują i mają te same problemy. Po dyskusjach dochodzą do wniosku, że korpora w tej firmie kupi udziały, dokapitalizuje, wtryni im swoje maszyny i róbta. Majstrów też im wciśnie bo know how.
Skutki są oczywiście te same – drogo, a udziałami d umoczona, więc audyt, rewizja, działania naprawcze. I wracamy na pętli do “znajdź mi takiego juniora, który nie występuje w naturze bo by nie przeżył”. Kołdra zawsze za krótka, a d zawsze z tyłu jakby się nie obrócić. Ponieważ jest to już jednak wciągnięte do korpory (umowa na taki wykup udziału zawiera zawsze kompensację strat, inaczej korpora może zostać klientem, płacić i płakać; księgowy by tego tak nie puścił, no chyba że R&D – wtedy korzysta się nie z firm, a ze specjalistów po garażach na kontaktach prywatnych, bo w startupach połowa działów jest skadrowana w postaci księgowego, robi on za cały WyPaD, kontakt z mediami i dział zamówień) to dalsze kroki są patrz wyżej. Zapełnienie wolumenu (żeby zarobić se), konstatacja strat (do skompensowania) i to samo rozwiązanie – kupujemy udziały w kolejnej firmie, tu niedaleko, bo ona przejęła klientów tej poprzedniej co ją kupiliśmy, kiedy miała robić tylko dla nas. O patrz – i majstry w tej firmie też jakieś znajome. W ciągu 25 lat brałem udział w takich łańcuszkach podpkupowania firm 7 razy, dwa razy sprowadzano mnie ze startupów z powrotem do tego zaklętego kółka. W kółko odnajdywały się po fabrykach koprpory maszyny z poprzednich przedsiębiorstw, ludzie krążyli w te i we wte. Tu gdzie dłubię tego bloga szafy sterujące są z poprzedniej (20 km dalej), a śmietniki z lokalnej (w której robiłem 20 lat temu i mam z niej maszyny), którą ta poprzednia wykupiła w łańcuszku na drugiej pozycji (a w tej wykupującej zmieniał się dyrektor, no i że część maszyn trafiła do mnie to i kontakt z kolejnym ojdyrem dostałem w pakiecie z poleceniem, bo w tej teraz łun też jest tylko nie ojdyrem, ale to był dostawca poprzedniej). Wiem, że nikt z tego nic nie rozumie, to pajęczyna, a na muchy można wylać wina. Mógłbym tak jeszcze długo, bo lokalnym klientem jest firma z “bankructwa” (mojego mentora od uchodzenia z torbami) poprzedniej, która 20 lat sprzedała mnie do tej, z której mamy śmietniki. Te śmietniki mają prawie tyle lat co ja, ale się nie rozleciały, wyglądają jak nowe, bo robiła je ta właśnie firma, akurat na swoje potrzeby, więc co to szkodzi, aby były prawie niezniszczalne? Z “cienkiej”, cynkowanej grubo blaszki. A przecież siedzę w hali, która za całą dzielnicą przemysłową należała do kombinatu (dawniej słynnego, dziś już tylko biurującemu produkcję pajetami), któremu remontowaliśmy maszyny i linie produkcyjne pod wodzą mentora od brankructw, po tym jak mnie sprzedał w jasyr do firmy, którą wykupiła kopora. Więc jak w domu. Bo to też tak sobie w pętlach działało. Na dzielnicy jest 6 firm, z czego jedna od roku uruchamia produkcję, a druga stawia fundamenty. Ale żeby te dwie odpalić, to trzeba było drugi kombinat obok puścić w likwidację, bo ludzików jest ile jest i mnożyć się nie chcą. A to odpalanie polega na tym, że trzeba zebrać na dzielni dość majstrów pokitranych w innych firmach, żeby na przecięcie wstęgi i uruchomienie byli pod ręką. Bo kumatych ludzików jest ile jest.
Jeśli komuś się wydaje, że w IT jest inaczej to od razu rozwieję wątpliwości. Jest dokładnie tak samo, a przepływ pomiędzy IT i resztą inżynierii na tym poziomie kwalifikacji jest taki, że trudno ustalić co to w zasadzie za dział. Jak wspominałem – wcześniejszym ludziom z Appla, którzy zrobili core Netflixa spawanie kadłubów i produkcja samolotów nie są obce. I rakiet też. Zresztą kariera edukacyjna ich wszystkich jest podobna do tej jaką ma @Nomad czy ja. Wszystkim na łeb jabłka z podobnych jabłonek spadały.
“Seniorów” z tego powodu nie zabraknie. Ani się oni z juniorów nie brali, ale narzędzie trochę bystrzejsze od tostera ich nie wypiera. Ułatwia, automatyzuje, upraszcza pewne sprawy, ale… (właśnie mi się copilot odpalił, że nie ogarnia tego kodu, czyżby małpa przed @Nomad go sprowokowała to lektury? ręka w górę kto jeszcze klepie kod w edytorach tekstu) w niszy ekologicznej ich zostawi. Jak zawsze zautomatyzowano najprostsze, najgłupsze zajęcia (redaktorów, chodzące encyklopedie, lewników) i odtrąbiono powszechną zagładę. Ale w branży objawów tego nie ma. Za to widać pierwsze jaskółki powrotu grawitacji – spadek złożoności, pozbywanie się architektów od robienia nazbyt złożonych struktur. @Siejcz ostatnio musiał dłubać w zaprzeszłym ustrojstwie (udającym ERP), które działa i nie ma co psuć, a działa one na tablicach i lookupach. W jakiś zamierzchłych rozwiązaniach, ale działa, wszyscy użytkownicy się przyzwyczaili i nikogo nie swędzi.
Najciekawszym przypadkiem tego systemu jest @Gruby. To jest wzór i model tego jak miało być i jak będzie. @Gruby zaciągnął z gita rozwiązanie. Użył, przetestował, sprawdził, skonsultował. Próbował naprawić, dopasować, wreszcie uznał, że sam se zrobi. A że @Gruby nie robi softu a muzo, żeby sobie bez fizyki istniał to od razu sklecił do tego serwer, kupił klocki, zbudował, odszumił i ma. Bo @Gruby ogarnia jak kompiutry zbudować i ciemności złączyć. I sobie na to własne zaklęcia porobi, i na nic mu są juniorzy, księgowi i menadżer. Ilość kompetencji aby ogarniać od dołu jak urządzenie zbudować, jak ono działa, jak na nie wdusić zaklęcia i ożywić nie jest czymś wyjątkowym i niespotykanym. To raczej normalny proces, któremu podlegało większość z nas, ponieważ te komputery trzeba było sobie samemu kiedyś sklecić i ogarniać im obsługę pamięci wielkości szesnastokartkowego zeszytu. To tylko urosło i można upchnąć więcej zaklęć, ale one dalej robią tylko trzy rzeczy – pobierz, zmień, do zeszytu. I ludzie w branży dalej będą brać się z tego samego procesu rozwiązywania jakiś tam swoich zagadek. Przez kooptację. Tak jak było na początku teraz i zawsze.
Bo od tego się zaczęło wykorzystanie maszyn liczących. Była potrzeba policzyć dużo, i wymyślono jak to zrobić szybko bez omylnych rachmistrzów. Wystarczyło z przełączników spisywać stan on/off. Dla ułatwienia podłączono żarówki. Później omylni rachmistrze zmieniali bin to dec i grało. Stworzenie procedury pomiędzy wejściem z przełączników jak i wyjściem było dość skomplikowane, ale szybko udało się tam powsadzać odpowiedniki zworek (magnesików ówcześnie przekręcanych w jedną, lub drugą stronę), a w rozwiązaniach jak na ówczesne czasy zminiaturyzowanych nawlec na stałe magnetyczne druciki. Taka wyszywanka. Pod czytnikiem przeciągnięto tekturkę z dziurkami aby nie stykały te co mają nie stykać, a pozostałe miały przejście, tekturkę zamieniono na taśmę (parciano – papierową, bo taka była technologia) i wynik zapisano na podobnej. Dodając dwa do dwóch wymyślono aby te taśmy połączyć przynajmniej teoretycznie dziurkując na wejściu co wychodzi z wyjścia i tworząc pętlę. Właśnie dlatego nazywa się to pętlą – bo to była pętla z parciano-celulozowego pasa. Zmniejszając wycinak do dziurek i tępiąc go, a maczając w tuszu udało się zrobić pierwszą drukarkę. Rachmistrzów można było wyprosić. Na pewno znaleźli sobie inną robotę, bo ich tam po nic trudzono na rozruch. Ale z punktu widzenia rachmistrza juniora, który seniorował wysilając cały dzień łeb żeby bin na dec i w drugą to chyba nie było coś strasznego, że te stanowiska zniknęły? Bo junior w IT miał równie głupią robotę pisania zupełnie podstawowych funkcji na coraz to zmieniających się narzędziach. Które w zasadzie robią to samo. To jak bardzo te funkcje były pisane na “całujta mnie wszyscy w dupę” to już memy pogrzebu stack overflow.
Pierwszym jako tako sensownym cywilnie zastosowaniem komputerów była księgowość. Bo skoro wypędzono rachmistrzów z laba, i była praktyka “rachmistrza da się zastąpić” to … trzeba poszukać gdzie mają niszę i tam rozwiązać ten sam problem. Większość programistów na początku to były kobiety, bo bookiping to był i jest dość sfeminizowany zawód. Nie żeby tam były jakieś przewagi płci, tylko kobiety są tańsze, a robota nie wymaga konkurowania. Robota monotonna jak przy kądzieli. Dopiero inne zastosowania dla przedsiębiorstw, kiedy w przemyśle zaczęto implementować maszyny liczące do powtarzania sekwencji ruchów (aby odciążyć naszego tekstowego tokarza od głupiej, a powtarzalnej roboty) zaczęło się robić konkurencyjnie, bo tam właśnie była kapucha. Akurat tokarstwo to też był zawód sfeminizowany. Niby z powodu wojen, ale tak po prawdzie to głupia, powtarzalna robota przy kądzieli była (produkcja masowa, ale ręczna po fiksturze) i zostało to w konstrukcji tokarek, które mają nieco za dużo wajch do zmiany ustawień, które w środku rozkładu wartości wykonywanej na maszynach pracy nie służą. Samice mają takie potrzeby i tam zawsze jest więcej wihajstrów niż trzeba. Nawet badania były, ale tylko że tak jest i różnicę widać (Czesi z Niemcami prowadzili, bo przed wojną były inne tokarki niż po – zawód nie był sfeminizowany), ale dlaczego to nikt nie wnikał, chodziło o przystosowanie środowiska pracy dla samic.
No i tu też się udało, ale akurat tokarzy nie przegoniono tylko zwiększono produkcję. To były akurat te “złote lata” kiedy wszyscy byli wybombardowani, a trzeba było jakoś przywrócić przemysł, żeby się cyrylica nie upowszechniła. Za to wzrosła im złożoność roboty – trzeba było ogarniać maszynę rachującą obroty korbą i przełączającą przekładnie (wtedy to jeszcze na serwach i krokowcach nie chodziło, ale było blisko). Za tym pojawiły się firmy robiący silniczki w każdym rozmiarze, a wprowadzenie układów zintegrowanych (scalaki) i pamięci stałej kasowanej światłem dla układów programowalnych wywróciło stolik. Odtąd każdy mógł sobie w domu złożyć kompiutra. O ile umiał. Umieniem zajmowały się wtedy gazetki techniczne. Wydawane lepiej niż dziś literatura do obciążania półek by mieć zacne tło na YT. W tym kontekście pojawia się ciekawostka… otóż liczba osób korzystających z tych instrukcji i składających sobie graty była dokładnie taka, jak dziś obsadzonych wakatów na stanowiskach inżynierskich (w tym IT). W populacji jest to dokładnie tyle ile średnio wolno wypić zanim wypada trafić do szpitala, choć nie dotyczy wszystkich. Najwidoczniej populacja nie może mieć w obiegu więcej łbów bo kojfnie. O czym anegdotycznie świadczą Niemcy dysponujące łbami własnymi jak i dosycenia bystrymi Żydami, którzy ciągle wszczynali wojny. Odkąd Żydzi mają gdzie się podziać Niemce żyją w pokoju. Dłuższe rozmyślanie na ten temat prowadzi do bardzo niepolitycznych konkluzji, i dla spokoju społecznego lepiej, żeby wszyscy byli odrobinę głupi.
Czyli nic się nie zmieniło. Ale tym co naobiecywano, że jak skończą szkołę to takie kokosy ich czekają… no cóż. Niby sami się rodzą, ale ponoć przestali. Konkludują. Brak juniorów nijak nie wpływa na populację seniorów, bo oni się z nich nie lęgną. Poza przypadkami anegdotycznymi kilku rdzeni najstarszych korpor od robienia w Matmę. Ale to się nie skaluje na wszystkie. W tym konkteście czekać tylko buntu populacji “po kiego posyłać dzieci do szkoły?” bo to już niczego nie dowozi. Dzieci ze szkoły wychodzą głupsze niż tam poszły, męczą się, czas tracą, a później i tak mają zaszczyt podawać keczup do frytek. Te pozostałe promile (zanim populacja kojfnie) i tak szkoły nie potrzebują. Czyli wszystko jest po staremu, a niby tyle się zmieniło, a zawody dalej dziedziczne.
Kogo następnego ejaje wysadzą z siodła? Algorytm już ustalono (jak z rachmistrzami) – wywalane są proste procesy korowe nie będące core procesu. Czyli zostaje tyle promile, żeby nie kojfnęło. Artystów przygarść bo obrazki czy muzykę, a nawet videło toster ogarnia. Teksty – redaktorzy Obleśnych Nowinek jadą w teren, bo w biurze już ejaj jest. Korekta też, specjaliści od zagadnień dziwacznych pozostaną. Biurwa – mamy przykład Chin, szybko pójdzie. Lewnicy – tam już jest chyba po stosunku, bo słychać krzyki, że klienci przychodzą z gotowcami “pan tylko podpisze” jako czynnością sakralną. Więc tu szybko pójdzie, żeby wyrok wypadał z drukarki, a siędzie tylko doprawiły nad nim zdrowaśki zachowując sacrum, że został wyrzeczony. Meneldżment biurowy średniego szczebal – z wozu. Albo spada, albo zaraz będą o nich wspominki. A co ciekawe – lekarzy (i laby) akurat dozbraja i czyści szeregi z czarnych owiec. Im bardziej zapięci są w system tym łatwiej wykazać, że w wuja lecą i wspierają ich narzędzia redukujące biasy. Zaś sporą premię dostają wszystkie zawody oparte na empatii związane z interakcją człowiek – system. No nie da się tego wyjąć, a tam akurat osiadły te promile patologii, po przekroczeniu których (progu empatii) społeczeństwo by kojfnęło na kumbaja.
Z wielkiej burzy licha mżawka. Wrzasku kupa, a zjawisko ogarnięte i oswojone wielokrotnie. Że 50 lat temu nie było juniorów w IT i teraz też ich nie ma to problem? A mechanicy samochodowi to się z czeladników niby biorą?
Przeciągam się leniwie. Fajrant za dwie godziny to jeszcze książkę poczytam. Od rana uczciwie to tak ze dwie godziny przepracowałem (no może nie całkiem, ale nie zaokrąglajmy tylko od razu ceil1.001). Ostatnim razem kiedy mogłem tak sobie klepać bloga w robocie, żeby to nikomu nie przeszkadzało (bo bym chodził i dupę zawracał, żeby mi co na nudę znaleźć) to było na początku pierwszego zse. Tam sobie tak rok posiedziałem (niecały) i później (jak zawsze) zaczęło się. Pozostaje korzystać zanim znowu wciągnie wir, bo czuję zapach odpalanych, nowych pieców (w biurze czuć bardziej, bo wentylacja jest ze złej strony; z nowych pieców przy rozruchu ulatuje steryna) i przemysł rusza ospale, ale kiedy już się potoczy to znowu będę próbował kwadrans z dnia wykroić goniąc kołowrotek. Czy będzie mi się chciało? Ja już się do nieróbstwa przyzwyczaiłem. Chwilo trwaj!
Przypis:
Plato, “Politei”; ergázesthai ek tēs spēlaiotētos – work from cave
„…οἱ ἐν σπηλαίῳ, οὐ μόνον δέσμιοι ἦσαν, ἀλλὰ καὶ ἐργαζόμενοι ταῖς σκιᾶις, ὥσπερ οἱ νῦν τοὺς ὑπολογιστὰς χειριζόμενοι κατ᾽ οἶκον· ἐργασία γὰρ ἡ τοιαύτη, ἥ τε ἀληθείας μισοῦσα καὶ τὸν τοίχον τιμῶσα.”
Πολιτεία, βιβλίον Ζʹ, σελ. 515b [wyd. zredagowana, ed. Techno-Platonica, 2024]
„Ci w jaskini byli nie tylko zakuci w łańcuchy, ale i pracowali przy cieniach – podobnie jak dzisiejsi użytkownicy komputerów pracujący z domu; praca taka nienawidzi prawdy i czci ścianę.”
Jak zauważa Proklos w swoim komentarzu do Politei (Komentarze do księgi VII, fragm. 34a, ed. Marsilius, Florentia 1532):
„Człowiek, który żyje w cieniu form, a w swej izbie nadpisuje je światłem rozumu, sam sobie czyni jaskinię, choć mniema, że ją opuścił.”
Olimpiodor w wykładzie do Gorgiasza (VI.12) miał rzekomo zauważyć:
„Uczniowie moi, nawet w oddali od Akademii, powinni kopiować cienie słów tak, jakby w niej zasiadali – bo umysł zdalny nie jest mniej prawdziwy, jeśli tylko logos trwa.”
W platońskiej alegorii jaskini (z „Państwa”), ludzie są przykuci łańcuchami, patrzą w ścianę i obserwują jedynie cienie rzeczy, nie znając prawdziwego źródła tych zjawisk. Prawda, światło i rzeczywistość są za ich plecami — przy ogniu i poza jaskinią.
Pracownik z jaskini wie, że Slack nie jest współpracą, że MS Teams nie jest dialogiem, a status „zajęty” nie jest godnością. Widzi, że jego „zadania” są cieniami rzeczywistych potrzeb — ale jeszcze nie może z nich wyjść, bo łańcuchy to struktury społeczne, ekonomiczne i poznawcze.
Cienie na ścianie — dashboardy, KPI, „cele kwartalne”. Ogień za plecami — management, PR, narracje firmowe. Prawdziwe światło — rzeczywiste potrzeby ludzi, prawda o wartości pracy, sens egzystencji. Uciekinier z jaskini — ten, który rzucił robotę i poszedł hodować kozy albo tworzyć rzeczy od podstaw. Strażnicy jaskini — HR, dział compliance i algorytmy rekrutacyjne.
„Work from Cave” to stan, w którym jeszcze nie uciekłeś, ale wiesz, że to, co widzisz, to tylko cienie rzeczywistości. Jesteś w jaskini z własnym laptopem, ale myślisz już o drodze ku światłu.
