Mainstream

Piękna kanony

Bo nikt nie zaprzeczy iż piękne są kanony i na proch łase niemożliwie. Kwestia rur i kulek. Musiałem przebić się przez nieco zbędnej bibuły i referatu na dzioba by wyrazić opinię o możliwych rozwiązaniach logistycznych. W tym przygotowaniu produkcji i zapasów na jakieś tam hipotetyczne wydarzenie mało kulturalne. Chodziło o duże rurki wymagające obróbki termicznej z kuciem oraz różne do nich kulki i znany niektórym czytelnikom problem zabezpieczenia urządzeń technicznych przed użytkownikiem zabezpieczenia zdejmującym.

//Tekst wrzucam z powodu pokrzykiwań na komunikacji prywatnej z czytelnikami, że za technicznie się zrobiło, a wiedzą, że przygotowuję więcej i trzeba coś lżejszego wrzucić. Tekst od miesiąca półkuje, jest wynikiem hipotetycznej dyskusji z hipotetycznymi ludźmi i ponieważ dłubałem go na bieżąco na urządzeniu mocno przenośnym robiąc notatki w trakcie tego pijackiego widu (przecież nie dyskusji, wszystko zmyśliłem) to korekta jego nieco mnie odpycha… same małe litery, literówka na literówce, żadnych tabów… Nadmieńmy, że są to spostrzeżenia hipotetycznych Północników, a nie mieszkańców demoluda, ale dotyczą one problemów demoluda po konfrontacji zwykłej i zrobotyzowanej artylerii z rzeczywistością gdzieś tam… Północników co prawda bardziej interesowała ta zrobotyzowana, ale dobrodoszli, że ich problem jest mały, bo Morze jest wystarczająco Długie. Północniki skupiły się na artylerii zmechanizowanej i włóczonej, ponieważ takie na Polu wyszły fokty;//

Czytelnicy z pewnością znają niusy ile i czego napycha się do rur aby posłać możliwie za horyzont oraz ile idzie tego w sztukach, tonach i dularach.

Ze zreferowanego ustnie zbioru informacji zebranych wynika iż się projektant, zamawiający i serwis nie dogadali w sprawie użycia. wszystko było a muzo standardów które okazały się mieć coraz mniej wspólnego z planami w miarę oddalania godziny zero gasnącej po lewej stronie wykresu gdzie tematem zajmą się historycy. Otóż koncepcja była dobra, a łekonomia wskazuje, że nie ma co psuć! że samo działa. I poprawianie było bezcelowe.

Otóż…

Kulka kulce nierówna, zależnie od zasięgu ma w d pierdów generator, a nawet zmyślniejsze i udziwnione ustrojstwa do kombinowania w dalszym locie by sięgnąć Niedopałkowa na magazynie. Jednakże przepchnięcie tego przez rurę wymaga kopa, ten generuje kalorie i naprężenia. To szkodzi na rurę więc trzeba jej dać czas, którego nie ma bo ogień z rury przyciąga wszelki szpej pragnących rurę uciszyć. Dlatego zabezpieczenia przed nazbyt szybkim karmieniem rury środkiem kalorycznym są przez producenta montowane. Jednak pod groźbą uciszenia razem z rurą załogi te zabezpieczania zdejmują.

Oczywiście jest też problem wentylacji, i jej niedostatek potrafi zrobić taki sam bałagan, więc włazy pozostają otwarte, a jakby się dało to by palnikiem uwalili tam skorupę. czyli rozwiązania półodkryte rodem z 2ww.

W zasadzie nie ma sposobu, żeby zagrożonego rozerwaniem na kawałki szweja czymś sterroryzować by nie czynił modyfikacji w sprzęcie. nawet zrobotyzowane łuczniki (główne zmartwienie referującego bo problem niejako lokalny) natychmiast zmieniają ustawione w setupie poglądy na temat stanu liczników zegarowych gdy tylko w ich pobliżu przewinie się szwej, który wie jak użyć lutownicy i okrasić ustrojstwo pajunkiem.

Co wcale nie jest jakimś tam wielkim problemem ponad to, czym się mają w trakcie w zająć zakłady remontowe, serwis polowy i producenci kulek.

Bo kulki też różne wymagania mają. otóż bajbardziej rurożerne (degenerujące lufę najszybciej z racji ładunku) są kulki na zasięgi potrzebne w obronie ufortyfikowanej aby odepchnąć logistykę. W miarę cofania się problem wygasa. Przy postępach nie występuje istotnie bo to zasięgi dla lotnictwa i dronów.

Teoretycznie to po zużyciu resursu rurki trzeba w warunkach polowych ja niby wymienić i przez pierwszy tydzień do dwóch to niby działa cofając obronę. Niby ponieważ przy takiej intensywności użycia rurek po tygodniu resurs zostaje wyczerpany. A serwisów mobilnych jest ile jest. I zaopatrzenie też wymaga dróg, stanowisk. Niby trzeba by to robić w hali u producenta i przegląd jeszcze, no ale rzeczywistość.

Więc jedzie się po resursie, a żeby moment utraty ryfla oddalić wali się mniejszą kalorią, czyli bliżej. I tutaj powolne natarcie ma przewagę. Bo nie chodzi o to, żeby jedną sprytną rurką walić dużo, przegrzewać ją i manewrować zestawem, tylko żeby ich było dużo i sobie karmę rozdzieliły. Bo mobilność wobec dronów już nie za bardzo pomaga. ponieważ wszystkich tych problemów nie tworzy otwarta ciągniona to ona najdłużej zostaje w linii i pracuje tym co jest.

Jeśli więc pagony deklarują, że mają super hiper ammo o zasięgu, ale tylko na tydzień czy dwa to nie jednak problem. Bo po dwóch tygodniach te rurki i tak będą nadawały się do fabryki. Poleci nie tylko rurka, ale też spora część zamków (naprężenia, termika), siłowników, systemu ładowania etc.

Po tym czasie i tak będzie z musu pykane niższym ciśnieniem, więc na krótszym dystansie, a zjechane ryfle będą hańbić skupienie. Dlatego najfajniej jest ustawić się przy mieście i pukać aż sobie pójdą. W miasto ciężko nie trafić.

Oczywiście można mieć jakiś zapas rurek do wymiany, ale korzystanie z ammo o dużej donośności jest w sprzeczności z potrzebami pagonow, którzy nie potrzebują rurek w serwisie, w fabryce czy po drodze, a żeby stały, pukały i podnosiły ducha, że się odpowiada. Czy się odpowiada celnie ma małe znaczenie bo tamci za zerem mają te same zgryzoty z tymi samymi rurkami. z punktu widzenia szwejów trafienie z kanona to loteria, to taka dekoracja, można się przed tym zabezpieczyć co najwyżej zabobonnym pluciem przez lewe ramię lub pobożną modlitwą. Ale nie jest to zjawisko na tyle częste, żeby uznawać za coś więcej niż siłę natury. Co innego drony – tu szweje dostrzegają złośliwość zaklętą w maszynie. I choć nie czynią one jednostko takich szkód jak kanony, to odbiór psychologiczny drona, który sie zawziął i zaraz przyleci wincyj jest inny niż losowe spotkanie z kraterem czynionym przez pocisk, który nie jest tak zawzięty by ścigać pojedynczego szweja gdy wypatrzy. Także czas wpływu psychologicznego upadku pocisku, a złośliwego terkotu drona jest różny.

Z litości nad rurami, oraz przeprawą z przywracaniem stanu najnowocześniejszy, mobilny i dalekosiężny sprzęt nadaje się do użytku tylko w pierwszych tygodniach operacji. Później jego występy będą sporadyczne i nie zmieniające paradygmatu.

Podobny los spotkał samoloty zmuszone do operowania na grubym plusie, w zasadzie wynoszenia i uruchamiania rakiet by miały taniej nieco zasięgu z racji wysokości.

Pomimo, że główny ciężar zadawania strat ciągle wisi na artylerii to percepcja psychologiczna uczestników jest odmienna. Wynika to z faktu, iż ładunek przenoszony przez artylerię rozniesie każdą blisko stojącą kamerę, więc większość ujęć jest z daleka, na tyle, iż nie widać rozpadających się na kawałki ludzików. Ten widok rozpadających się czy rannych i cierpiących ludzików jest bardzo istotny psychologicznie – dlatego oddziały przełamujące używały dość nieefektywnej w zabijaniu broni rąbiącej (najskuteczniejsze energetycznie w walce wręcz są pchnięcia, dlatego w lewie jest ograniczenie na długość ostrza), która miała bardzo dobry wpływ psychologiczny (miotaczem ognia ciężko jest doprowadzić do natychmiastowego zgonu). Z dronów natomiast ładunek jest na tyle mały, że drugi, filmujący dron może bez konsekwencji sfilmować skutki natarcia. Bomby lotnicze są na tyle duże, że zostaje po nich widowiskowy, godny uwiecznienia “na celuloidzie” krater, a po artylerii nieszczególnie.

Wobec nieubłaganych foktów zaczęto wyciągać wnioski, które nie podobają się wyciągającym. Czytelnicy rozumieją, że wysłany do pomacania rzeczywistości inżynier od super hiper zrobotyzowanej artylerii zdolnej strzelać choćby i przez morze, a następnie zmienić pozycję zanim ta zostanie udupiona nie jest zbyt zadowolony obrazem, że to zmienianie pozycji przy obecnych zdolnościach obserwacji nie ma znaczenia, jeśli akurat zarządzono łowy na wędrownego pukacza. Wędrowne pukacze nie są dość odporne na obeznie przenoszone przez ammo krążące ładunki. Nie chodzi o zniszczenie, chodzi o unieruchomienie, i weź teraz lawetę, wyciągarki, ciągniki i pozbieraj okulawionego pukacza, kiedy sępy się zlatują i czyhają tylko jaki kolejny stwór żelazny się nawinie. Ilość sił i środków do tego potrzebnych może i jest do ogarnięcia przy przewadze walki z uzbrojonymi w patyki mieszkańcami jaskiń, ale nie w zastanej rzeczywistości.

Oczywiście można takim pukaczem walić z +40 czy +60 i nawet coś napsocić, ale obecnie nie istnieją koncentracje takie, żeby to psocenie coś dawało. Większość działań stabilizuje się kiedy ciągniona, pukający “tym co jest” na ca 18km po obu stronach rozproszy się na +10 do +20, krzaki pokryje pajęczyna światłowodów, na zerze są harcerze, a na zapleczu dociągana jest pokryta z boków i od góry siatką na ptactwo droga. Tej ciągnionej jest na tyle dużo, i ma ona na tyle prostą budowę, że jeśli 3/4 załogi przeżyje kontrę to mniej roboty wyprodukować i dowieźć nową niż pilnie ewakuować starą na fabrykę. Jak się jej za dużo nei stało to kilka takich złomków zostanie lokalnie skanibalizowanych do wzajemnego przywrócenia zdolności. A resztę się wywiezie już nieco mniejszą “przy okazji”.

Oczywiście z tego nie puka się kulkami z pierdogeneratorem tylko najprostszą, najtańszą karmą dla rur. Ważne żeby pukała, choćby na wiwat, dla szweja jest istotne że “nasi walą”, a nie tylko że “tamci walą”. Że w powietrzu jest ptactwo własne, a nie tylko cudze i, że te znaki na niebie i ziemi wskazują iż jakaś siła o szweja dba, o szweju pamięta i szwej wtedy może harcować. Bardzo ciekawe oczekiwania psychologiczne wobec działań własnych.

Co do mobilnych pracujących na +20 do +40 i okazyjnie podjeżdżających na +10, żeby napsocić to jest tego mało i przemieszczane są tak skrycie jak się da. Dysponują nimi grupy zadaniowe (stridsgrupp / taskforce, nazwy oryginalnej kampfgrupp nie unikają tylko niektórzy^^), których przyjazd w rejon oznacza wielkie halo i poważne zmiany. Najczęściej zatykanie dziury, ewentualnie robienie dziury, albo wsadzanie w dziurę. Obie strony raczej wsadzania w dziurę nie praktykują, ponieważ strata tych assetów zmechanizowanych boli.

Na tę okoliczność inżynierowie od zrobotyzowanej pukanki dowiedzieli się, że nie ma być mało i z przewagą technologiczną, tylko stalownie mają wypluć przed awanturą tyle rur ile się da, ich wymiana ma być prosta, a obsługa do ogarnięcia dla średnio rozgarniętego pracownika biurowego, który w najlepszym przypadku ma bogate doświadczenie w walce z biurowym zszywaczem do papieru i wie jak zrestartować drukarkę. Nie wiadomo czy wydarzenie kulturalne nie zboczyło w tę stronę bo związek kacapski nie mając nic lepszego do roboty przez dekady wyprodukował tyle złomu i teraz zużywa, ale tak wyszło i takie fokty zastano w Polu.

Wskazano też, że nie tylko ma być prościej, ale też elastyczność dotyczy jedynie kampfgruppen, cała reszta potrzebuje, żeby rura była duża, bo szwej potrzebuje słyszeć, że z byle czego się nie wali. Że się tam na prochu nie oszczędza więc i żarcie dobre dowiozą. Wszelkie sprtyne rozwiązania są potrzebne jedynie małemu wycinkowi sił od gaszenia pożarów. I tam nie ma personelu obytego ze zszywaczami do papieru, oni raczej dziurkaczem się bawili i nie do papieru.

Nastręcza to pewnego problemiku demograficznego. Otóż ten typ potrzebny do obsługi i serwisu urządzeń na +20 to jest dokładnie ten sam chłop, którego potrzebuje fabryka, żeby wypluwać rurki na głębokim zapleczu. Chłop nie baba, nie rozdwoi się.

Dodatkowego smaczku dodaje fokt, że gospodarka Kacapii poszła jedynym logicznem torem takim jak u Kima. Czyli urzędu skarbowego pobierającego bakszysz za to, że nie napadnie jak dostanie jeść. Więc mając rozkręconą produkcję środków do napadania i tak od strzała jej nie wyłączą tylko będą używać. Kim robił to na małej platformie testowej, ale Kacapii zapewniają skalę. A to powoduje, że trzeba iść torem K Południowej i ustawić po drugiej stornie płota odpowiednią ilość żelaza, żeby nikt do płotu nie podchodził. Prowokacje i drobne scysje z ostrzelaniem traktora czy kutra są do przyjęcia. Ale za takim płotem, za tą górą żelaza potrzebny jest dość rozległy przemysł, którego nie ma i nie będzie na kontynencie. Północniki knują więc jak tu zrobić, żeby Kacapii mieli zmartwienia gdzie indziej, bo w sumie morze jest, może sobie pójdą jakąś prostszą drogą i tam ugrzęzną na kolejne lata aby był czas w spokoju pić kawę. Mają doświadczenie historyczne, kiedy to obstawili się betonem i żelazem w spokoju sobie z poprzednimi awanturnikami handlując. Zyskownie! Jeśli USA odpuszczą sankcje i będzie można znowu z Kacapami handlować bez palenia głupa (bo głup jest palony aż furczy) to czy tam sobie Kacapii ugrzęzną w Pribałtyce czy na Bugu jest rozwiązaniem. Mogą sobie utknąć nawet u Sumich, choć to byłoby nieco drażniące, ale już kiedyś utknęli i nikomu się nie chce tam wojować z czego wynika, że najpewniej dojdzie tam do jakiejś awantury aby dowiedzieć się komu nie chce się bardziej (prowokacje).

Są oczywiście głosy, żeby jakieś sojusze południkowe robić, ale warto rzucić okiem na mapę i doświadczenia historyczne, żeby przekonać się iż pojęcie “sojuszu” w wykonaniu protestantów jest jednostronne, to nie Korea Północna, która bohatersko rusza przez pół świata. Wyobrażenia o sojuszach ludów morza i lądu są krańcowo odmienne.