Mainstream

Pisanie w myślach

Padło sporo zapytań po linii prywatnej i publicznej jak to się robi. Ponieważ problem z oszukiwaniem dzieci najwidoczniej przerósł dorosłych. Czyżby dzieci nie były takie głupie? Są jeszcze głupsze? A może dorośli?

Szesnastostronnicowy kloc wybredzony w mchu i paproci. Postacie, wydarzenia oraz sama planeta i jej absurdy są zmyślone i całkowicie przypadkowe. A już w następnym odcinku:

-wojna na kamienie będzie przed wojną jądrową;

-pierwsza, imperialna wojna na śnieżki przed nami!

Jak to się robi, że pewnego dnia czepiając się firanki coś rozmiaru indyka pierwszy raz wstaje na nogi, a naście lat później musi rozwiązywać zagadki praktyczne obrachunkowe i praktyczne “zbadaj lodowiec, zbuduj rakietę”. Czyli jak zmanipulować potomstwo do zainteresowania rozwiązywaniem problemów, powszechnie zwanym nauką.

Najpierw dziecko winno dobrać sobie rodziców. Więc trochę kontekstu dlaczego hodujemy tego indyka, aby był w to tak dobry, aby doprowadzić hodowcę do wywracania stolika.

Cały przemysł i nerdy w nim robiące są aberracją. Większość ludzi nie potrafi liczyć, więc się w tym nie zorientowała, ale przytoczmy kwestię EROEI. Niby spada… czyli z włożonej mocy (roboty) uzyskujemy tylko kilka dwie dziesiątki więcej mocy zamiast ośmiu, no i ponoć to jest problem, świat się wali i podobne klimaty. Tymczasem przez całą historię ludzkości z wyłączeniem ostatnich dwustu lat EROEI ledwo oscylował powyżej jedynki, a od czasu wdrożenia rolnictwa w cyklu orać-siać-karmić silnik rżący & podkuty potrafił przekroczyć lokalnie 1,4 twardo trzymając całą populację w okolicach 1,035 przez eony. No i świat się jakoś nie walił. Nerdy sobie funkcjonowały na obrzeżach jako dekoracja popychająca rozwój kiedy akurat nazbierało się nadwyżki. Kiedy do jaskini wpadał czarny niedźwiedź to pierwsi padali ofiarą zmian społecznych ponoć pokrzykując “nie zamazuj moich kół!” nabazgranych w jakiej tam akurat przyszło bytować jaskini.

Tę aberrację odczuł osobiści Pan Baron, kiedy młody faszysta pieklił się jak poukładać świat w kratkę, natychmiast i pod linijkę. Musiał mieć z niego polew. Nerdy zapewniają pozostałym olbrzymie korzyści wyłącznie w sytuacji kiedy znajdą jakieś źródło epicko lepsze od rozwiązania istniejącego. Nazywamy to przełomem technologicznym. A to ogień przyniosą, a to silnik parowy nad ogniskiem, a to wał ze śrubą wsadzą w krytyczną część kadłuba. Przez pozostałą część czasu są obciążeniem. Dlatego jest ich tak niewielu – populacji na utrzymanie ich większej liczby nie stać, a dla bezpieczeństwa trzyma się ich w wieżach z kości słoniowej, Palo Alto, świątyniach, klasztorach i pustkowiach gdzie mogą sobie strzelać rokity bez zakłócania spokoju pozostałym. Niebawem będzie jakiś tekst z takiego Hogwartu. Wybiorę się tam kiedy minie noc, może jakieś słitfocie przywiozę. Na razie Słońce tam nie wyłazi zza horyzontu. Za to trzeba uważać na wiatr, ponieważ Kacapium dziurawi balony jeśli polecą w ich storonę.

Aberracja ta została scharakteryzowano przez normiki. Coś o czym istniała wiedza/przeczucie powszechne wcześniej, kobiety to ogarnęły (kiedy nerdy stały się dochodowe powszechnie), a obecnie system edukacyjny ma absurdalne metryki, aby dopasować do tego wzorca kogo popadnie – co na szczęście dla populacji nie działa. Istnieje grupa odklejonych od rzeczywistości czubków, którzy stwierdzają, że jedli obiad po fakcie, że nie znajduje się on na stole. W stem jaki by on tam sobie nie był nigdy nie było inaczej, problem zapewne występował jeszcze na gałęzi – nie patrz w gwiazdy tylko zbieraj banany. To że lepsze banany znaleźliśmy właśnie w wyniku ciekawości “skąd się biorą banany i czy nie mogłyby by bliżej; jak to zrobić?”.

Z powodu kosztów mało ludzi odwiedza takie lokacje gdzie doszło do dominacji (może nie dominacji, raczej wyższej od tła saturacji) nerdów. Kolejnym powodem jest tam brak jakichkolwiek atrakcji oraz dziwaczna infrastruktura. Tam się zwyczajnie nic nie dzieje, wszystko jest poukładane i brakuje rozrywek (oczekiwanych przez normików). Jest nieco takich lokacji i trochę badań na ten temat walających się tu i ówdzie po infosferze.

Jednocześnie występuje powszechnie komunikowany hajp na udział w tym cyrku. Najczęściej przez tych, którzy w tym udziału nie biorą jarając się fejkowym marketingiem jakie to wszystko cudowne. Tymczasem cała robota sprowadza się do rozgryzania obserwacji w analogie i wyszukiwania takich problemów, które warto rozwiązać w horyzoncie socjoekonomicznym. Powszechny hajp (rzucenie na front sajensu normików, którym rozdawane jest wyższe, a nawet tytuły naukowe za opracowania na poziomie pracy seminaryjnej sprzed dekad) doprowadziły do niespotykanego przepalania zasobów przy spadającym EROEI z branży. Rozwój mikroklocków sprowadził klątwę lichego oprogramowania, które szasta tym zasobem, a nawet zasobem nieposiadanym. Internet zapchano kotkami i reklamami, samochody rozpadają się po trzech okrążeniach planety, samoloty rozpadają się w powietrzu, a roczna produkcja amunicji dla kontynentu pozwala na tydzień prowadzenia działań na skromnym froncie (pozostałe przeszły na dzidy i rzucanie butelkami, a Yeti ponoć pod jaskinią widział armie okładające się kijami – oni z innego powodu, ale też śmieszne).

Publikacji zaś nie do przerobienia, większość z błędnymi założeniami dla samego publikowania, wnioski żadne, metodologia instytutu danych z d. A te które się do czegoś nadają są wtórne. Potwierdzają coś co i tak już wiemy tyle że sposobem pomiędzy siódmym i ósmym, więc sposób siedem i pół też dobry.

Jednakże łebscy ludzie dostrzegli ten problem (z upolitycznieniem obiecanki “wszyscy będziecie wykształceni” rzekomo prowadzącej do jakiś pożytków; oczekujemy jeszcze aby wszyscy byli piękni, młodzi i podobne) stwierdzając, że rozwiązanie istnieje, nie zmieniło się i wszystko pozostaje po staremu. Normiki dostrzegły to jako lepsze i gorsze szkoły, uczelnie. Ktoś im sprzedał szkoły płatne, że od tego się niby dzieciarnia mądrzejsza zrobi. Tymczasem potrzeby wymagających gałęzi się ani trochę nie zmieniły. Gałęzie wymagające jak wiadomo są wysoko, i żeby szybciej dotrzeć do brzegu sloganem zrozumiałym powszechnie – rocket science.

Nie żebyśmy się takimi rzeczami zajmowali bo tacy mądrzy jesteśmy, tylko nic innego nie potrafimy. Kiedy łeb masz zajęty liczbami we wzorkach, geometrią i materiałoznawstwem to ktoś Ci musi zrobić herbatę, żebyś nie wpadł w pętlę zagadek przy czajniku. Mamy też wiele narzędzi będących protezami wątłych umysłów – pismo i liczydła. W twórczych rozwinięciach do poziomu systemów eksperckich (dziś hajpowanymi jako e-jaje). Stawianie wobec mnie zarzutu, że znam się na czymkolwiek spoza analizowania zagadnień jest chybione – osoby mnie znające mogą zaświadczyć, iż w dziedzinie sprzedaży brakuje dla mnie skali po lewej stronie wykresu. Jedyny powód dla którego od nerdów ktokolwiek kupuje jest prozaiczny – nie ma innego źródła pewnych dóbr i usług.

Przyjmując, że w słusznej linii genealogicznej takich wynaturzeń macie potomstwo to trzeba je jakoś przygotować, aby jakoś przeżyło mimo jawnych deficytów w obszarach poza tym bezalternatywnym. Normiki się będą zachwycać jak dobrze wspina się na nieosiągalne dla nich gałęzie rozumowania, ale z drugiej strony wspina się bo nic innego nie umie, a z wyższej gałęzi lepiej widać gwiazdy. I dźwiedzie tak wysoko nie łażą.

Przygoda zaczyna się do tego, że po czepieniu się firanki i penetracji okolicy dwunożnie przychodzi czas na nawiązanie łączności. Z tym że już na tym etapie ogarnięte samice (na przykład pedagog specjalny) od razu stwierdza aberracje – zjawiska wokół są dla brzdąca ciekawsze od nawiązywania kontaktu wzrokowego. Przesypujący się piasek (piaskownica), płynąca woda, składanie klocków, układanie wzorów (choćby z butów stawianych w szlaczki) to zagadnienia absorbujące umysł, który już zaczyna łączyć kropki na niebie. Mam tego (brzdąców) kilka sztuk, więc jeśli się nie mityguje aparatu to wyłapują w przedszkolu, że coś jest nie tak i zaczynają drążyć. To “coś nie tak” wnioskują właśnie z obserwacji, że młody faszysta robi wszystko zgodnie z instrukcją, replikując to co już widzi bez jakiegokolwiek zrozumienia dla zjawisk dla procesu nieistotnych. Rozkłada i składa zabawki, buduje zgodnie z instrukcją kiedy jeszcze ma problem z przewracaniem kartek (motoryka mała), układa świat w porządku, który rozpoznaje w szczegółach i nie akceptuje żadnych dewiacji od oczekiwań. Można toto ubrać w brązowy mundurek, założyć szelki i wypisz wymaluj wzór z plakatu. Z wiekiem włosy ściemnieją.

Pozostaje jedynie dostarczać kolejne klocki i kolejne instrukcje. Dość dobre są koraliki (te prasowane żelazkiem) do pewnego etapu (tak gdzieś do siódmego roku życia). Oraz badamy kiedy zacznie rozpoznawać symbole zachowując dość koncentracji aby je łączyć. Bo to że czterolatek umie coś tam od biedy “liczyć” (kolejność liczb) czy pięciolatek coś tam od biedy przeczyta, a nawet nabazgrze to są normalne zajęcia rozwojowe. Czekamy tego momentu kiedy w głowie uporządkuje się bałagan (gdzieś po piątym roku życia) i dojdzie do przebłysków konsekwentnego myślenia o abstraktach (znakach, symbolach, wyobrażeniach) choćby przez chwilę.

W oczekiwaniu na ten aspekt wyćwiczoną motorykę małą wpuszczamy do warsztatu (po postrzyżynach) i dajemy poważne narzędzia do łapy narażając smarkate na kontakt z poważnymi zagrożeniami (tu gorąco, tam prąd, gdzieś iskry lecą). Stanowczo regulując noszenie okularów ochronnych, masek, rękawic, głuchosłuchów oraz myślenia “co może być groźne w warsztacie”. Oczywiście stoimy za plecami aby złapać za kołnierz gdyby miało się uszkodzić, ale doświadczenie wskazuje, że siedmiolatek dwoma łapami jest w stanie trzymać szlifierkę i narobić trochę iskier (nie żeby z tego jakiś pożytek był, ale się oswaja z urządzeniem). Wraca taki do domu brudny jak świnia, ale to już są zmartwienia samic 🙂

Krok po kroku widzi jak powstają różne rzeczy i bierze w tym udział – tu coś przytrzyma, tam coś poda. I zaczyna mieć własne pomysły. Te własne pomysły są istotne w kontekście “tate chciałbym”. Patrzy jak się robi modele 3d, wrzuca do silnika i można pograć takim ludzikiem jakim się chce. Można ustalić jak ma się ruszać, jakie ma mieć proporcje, jak daleko skakać albo wyłączyć kolizje i przełazić przez ściany. Świat zaczyna składać się z numerków, geometrii i rzeczy, które robi się samodzielnie. Ciekawość zostaje rozbudzona.

Rozwój nie przebiega jednak liniowo. Będzie kilka zdecydowanych kroków na przód, a później pełzanie w bok. Nie ma się co spieszyć. Dzieciak zapamiętuję, że narzędziami się coś robi, komputer rzadko służy do grania, a kabelki łączą się w przewidywalne (jeszcze niezrozumiałe) struktury. Przykładem takiej przewidywalnej struktury jest połączenie kabelków w której silnik nie kręci, żarówka nie świeci, a stary zrzędzi, że bezpiecznik spalony i obwód można zamknąć tylko pod obciążeniem do którego nie zaliczamy kabelka ze znikomym oporem. Co to są te opory i zamknięcie obwodu to pies drapał, no ale silnik musi kręcić, a żarówka świecić bo to widać. I to jest na pewnym etapie zrozumiałe.

Równolegle w szkole zaczynają męczyć z jakimś dodawaniem jabłek. Pamiętam, że kiedy w przedszkolu dali zadania z liczeniem to nie bardzo wiedziałem do czego to niby potrzebne – przeszkadzają budować z klocków. Oczywiście pokazujemy korelacje od razu wyjmując jabłka przy cyferkach wskazując, że o te cyferki chodzi. I co jeszcze z nimi można zrobić, żeby ułatwić sobie życie. Technik rachunkowych jest wiele – sprawdzamy która załapie na danej platformie. Smarkate zaczyna zadawać pierwsze, nieporadne, ale pytania z oczekiwaniem jakiegoś logicznego (na pewnym poziomie) komunikatu. Warto opowiadać dziecku kontradyktoryjne bzdury sprawdzając kiedy załapie, że zdania są sprzeczne (rachunek logiczny). W codziennych sytuacjach pytać o oderwane od siebie zdarzenia sprawdzając czy zauważa między nimi jakiś związek co pozwoli przewidywać kolejne. Taki pierwszy, istotny przypadek u młodego był przy jedzeniu w drodze do warsztatu. Zjadł pół kanapki po czym stwierdził, że jedziemy. Zapytałem czy nie jest głodny – no nie był. A czy kiedyś był? No kiedyś był. A czy w warsztacie będzie jedzenie? No nie będzie. A czy może się wtedy zdarzyć, że będzie głodny? Po dłuższym zastanowieniu uznał, że istnieje możliwość aby takie coś się przytrafiło. Czy w związku z tym wypadałoby zabrać ze sobą kanapkę, która rozwiąże problem? I zaiskrzyło – uznał koncepcję za słuszną.

Dzieciaki ciężko znoszą psychicznie kontakt z dorosłymi samcami. W miejscu gdzie istnieją realne zagrożenia obejście jest dość szorstkie i potrzebują się wyżalić samicą “tate mówi na mnie gamoń, buuu”. Później są skargi od samic, bierze się smarka na dyskusję – jesteś gamoń bo robisz coś głupiego i możesz sobie zrobić krzywdę mimo, że byłeś informowany aby zrobić to inaczej. Zamiast usłyszeć “gamoń” możesz przestać słyszeć w ogóle (bo zapomniałeś głuchosłuchów), widzieć albo palce pogubić. Z racji jakiegoś już tam rozumowania uznają informację zwrotną o gamoniowatości mniej dotkliwą niż konsekwencje jakie przewiduje rzeczywistość. Kiedy pierwszy raz zrobi coś głupiego (na przykład złapie coś gorącego na stole spawalniczym) wie już kto był winny, kto powinien myśleć i kogo boli. Stawia też takie same wymagania wobec innych – żeby się ogarnęli. Po czym przestaje z nimi rozmawiać, jeśli uzna, że nie ma z kim i o czym (czytelnicy zapewne kojarzą to z innych tekstów – to już tak zostaje).

Wkręcanie w czytelnictwo jest dość banalne, metoda opanowana nowymi mediami. Pokazujemy grę strategiczną (jakiegoś total war) i gdy zadaje głupie pytania to odsyłamy najpierw to opisu jednostek, a później samo tak wychodzi, że zaczyna pytać o miejsca, bitwy i postacie, więc wskazujemy półkę z książkami, wyszukiwarkę, wiki, i podobne protezy. Zaczyna odpytywać dorosłych i przekonuje się, że większość nic nie wie na interesujące go tematy albo konfabuluje gorzej od e-jaja. Kiedy już przejdzie z etapu przesuwania ludzików i pokrzykiwania “dlaczego nie walczą? jak to są zmęczeni? tchórze uciekają zamiast mnie słuchać!” zaczynamy objaśniać pewne kwestie związane z dowodzeniem, przywództwem, przypisaniem zmiennych. I co jakiś czas pojawia się kwestia “chciałbym grę w której” – siadamy do kodoklepstwa i “żeby zrobić coś to musimy to i tamto” z czego wynikają pytania o rachunki.

Jednocześnie podrzucamy z boku geometrię (cyrkiel – sznurek, linijkę, konstrukcje na kartce). Wprowadzamy rachunek na zmiennych – przekształcanie wzorków. Systemy liczbowe (dziesiętny i binarny zrozumiały, pobawmy się trójkowym, siódemkowym i trzynastkowym) – wtedy przeliczniki monet ze starożytności nabierają sensu czemu tam było 3, 4 i 12. Większość zapomni zaraz po wyjściu z domu, ale kiedyś się przyda – już w głowie zostanie wspomnienie intelektualnych tortur, kiedy jeszcze bez szemrania się takim poddaje).

Po czym zaczynamy zwodzić w prostsze rejony. Z takich godnych polecenia na start jest Molek Syntez i inne gry-łamigłówki Zachtronics jak Schenzen I/O czy TIS100. Ciekawy jest Poly Bridge. Łamigłówki są niezbyt skomplikowane, ale zaczynają padać pytania o ich powiązanie z rzeczywistością – zaczyna się pytanie o chemię, co to jest, po kiego, co się tym robi (dziecko jest już przyzwyczajone do tego, że rzeczy wytwarza się rękoma, więc to też ktoś gdzieś robi). No a że jakieś mikroklocki walają się po domu to można pokazać co do czego, podpiąć arduinkę do kabelka i kilka szpetnych linijek wrzucić do wykonania. Nie żeby to było do czegoś potrzebne, ale kaszojad zacznie rozwiązywać łamigłówki, porównywać czy zrobił lepiej niż stary (szybsza synteza, lepszy most, mniej scalaków na płytce). I wtedy rzucamy go pod mamuty.

Pewnego dnia “przypadkiem” kiedy przylazł akurat miałem odpalonego KSP. Rakieta startowała, zrzucała człony, robiła manewry, booster wracał aby na spadochronach dropnąć się przy launchapadzie, coś tam lądowało na Mun i łazik szalał po kraterach zbierając kamienie. Naturalnym odruchem było “dawaj to stary!”. Oddałem fotel i klapnąłem czytać książkę zadowolony z podstępu. Naturalnie jakąś lekką lekturę, bo wiedziałem co będzie dalej. Kaszojad stwierdził, że trudne, więc odesłałem do tutków. A tam nie było wsad i spacja do skakania tylko procedury prostych manewrów startu, nawigacji, mechaniki orbitalnej, wyliczania dV, doboru TWR, sprawności silników względem ciśnienia i rozmiaru dyszy. Do tego tutki były po anielsku. Ale motywacja “ja nie polecę? Ja? potrzymaj mi mleko!” okazała się wystarczająca. Gdy oczekiwał wyjaśnienia mruknąłem tylko żeby przeczytał instrukcję z tutka. Gdy dalej nie rozumiał kazałem mu robić rozbiór logiczny. Słowa sprawdzać w słowniku – tak jak w Total War robił, nabrał wprawy – niech korzysta. [Po latach stwierdził, że KSP było głównym powodem do nauki anielskiego; przypadeczek^^].

Rozbiór logiczny instrukcji co trzeba zrobić, kiedy, wzmiankowanie o gamoniu i podobne kwestie kończące się “nierozumiejący instrukcji zginęli w wybuchu”, podpytywanie “ile mamy ofiar programu kosmicznego panie inżynierze?”. Widać było, że ciężko jest – wył, rzucał się odespać, rozpisywał na kartkach, zaliczał tutek po tutku i zaczął normalnie grać. Rok to zajęło. W tym czasie było dużo pytań o liczenie, nagle przydały się proporcje, liczenie na zmiennych, podstawianie. Błyskawicznie wyprzedził program z anielskiego (bo nagle to łun potrzebował, a nie mu kazali). A z matematyki w szkole się już nudził (jakoś czwarta klasa). W szkole oczywiście zaczęto wprowadzać sabotaż.

Bo system powszechnej edukacji jest problemem, który niczym Kartagina musi zostać!

Otóż mendy przebrzydłe uznały, że dzieciaki nie radzą sobie z liczeniem więc rozdano liczydła. Młody uznał, że to dużo ułatwia – nie trzeba myśleć. Musiałem ten szkodliwy pomysł zdusić w zarodku. Podstęp był banalny (bo liczydło było prymitywne) – kazałem mu policzyć Pietię Gorasa dla trójkąta. Kwadraty i pierwiastki kwadratowe urządzenie ogarnia, więc się udało. Po czym kazałem policzyć taki trójkąt o niezerowych przyprostokątnych, aby przeciwprostokątna miała długość zero. Oczywiście napotkałem bunt – że nidysiem. Po czym na kartce przeprowadziłem od tyłu rachunek gdzie wiemy iż pierwiastek z zera to zero, ponieważ pow(0,2) i tak dalej… przyjmijmy, że suma składająca się na to zero to dwa kwadraty, które wynoszą 1 i -1 co razem daje zero, więc długość jednego boku to pierwiastek z 1 czyli jeden, a pierwiastek z -1… no co tam Ci mówi kalkulatorek?

Ojojoj 🙂 Kalkulatorek nie umie liczyć? No i co teraz? Może lepszy kalkulatorek? A może to służy tylko do sprawdzania tylko tej części rachunków, gdzie masz ich dużo, prostych i wiesz jakiej wartości oczekiwać, a liczydłem ułatwiasz sobie kwestie mnemotechniczne słupków?

Zadziałało bez mydła.

Że liczydło nie jest stosowane po to, aby zastąpić własną zdolność rozumowania tylko spotęgować ilościowo samo rozumowanie w pewnych skalach. Po czym przeszliśmy do kwestii jak liczydełko działa, w jaki sposób dodaje. Wzięliśmy przygarść tranzystorów, lutownicę, diody żeby co świeciło, oporniki i skleciliśmy bramki, połączyliśmy w pętelki, wyrzuciliśmy carry na diodę. No ale w warunkach partyzanckich dobór oporników do układu sypał się przy tak delikatnych tranzystorach już przy trzecim bicie. Przy czym jeden z carry doskonale objaśniał dodawanie. Pokazałem jak układane są bramki do mnożenia, jakie ALU jest sterowane poleceniem czego użyć (czyli wielokrotnie sumować czy mnożyć na większej tabelce i dopiero sumować), że to działa tak samo jak słupki. Aż krok po kroku rozwinęliśmy to na kartkach do poziomu prymitywnego mikroklocka realizującego różne funkcje, zahaczyliśmy o kwestie systemów liczbowych z jednym i dwoma zerami, jak to było realizowane w FORTRAN, co zrobić z liczbami urojonymi, po kiego ta cecha i mantysa. Dlaczego floor liczby ujemnej jest nie z tej strony, z której by oczekiwał, z czego wynika precyzja danych – długie miesiące weekendowych pogadanek i schematów zeszły na tematach “jak to wszystko wkoło działa”. Bo dobrze wyjaśniona technologia przestaje być magią. I wiadomo gdzie się wyspie. Tak jak z tym kalkulatorkiem przy pierwiastku na ujemnych. No i jak te niedogodności obejść rachując na pierścieniach, które dosłownie są obwodami zrzucającymi carry w pierścieniu na pierwszą pozycję gdzie wykładnik potęgowy jest sposobem sumowania w kółko po osiach płaszczyzny co widać po rozrysowaniu układu na płaszczyźnie niczym silnika gwiazdowego. Więc porozmawiajmy o konstrukcji systemu zapłonu i generatorze iskry we wczesnych samolotach, oraz dlaczego można było tak prosto i bez rozrusznika 🙂

Co krok po kroku sprowadzało kolejne kwestie nurtujące młodego na manowce analizy matematycznej z żółwikami, słonikami, modulo, systemami liczbowymi gdzie “na lewo” od zera nie jest jedna oś “ujemna” a dwie różne z e znakami kangur i wróbelek, że te osie wcale nie muszą się zbiegać w zerze, a mogą dążyć do granicy i łączyć się wzajemnie, ale nigdy wszystkie trzy. I jakkolwiek są to ciekawe rozważania z d to od razu pokazywałem do czego się wnioski z podobnych algebr stosuje wrzucając rachunek na kolorach (technicolor, https://en.wikipedia.org/wiki/Technicolor_(physics)

) oraz podobne kwiatki.

Te kwiatki pokazały młodemu, że poza pierdołami jakie są w szkole aby się nauczyli dwa do dwóch dodać są rozległe ogrody z dziwnymi liczbami, geometriami i rachunkami. Tylko żeby tam wleźć trzeba znać podstawy, a później dowiedzieć się, że to wszystko było takie uproszczenie dla dzieci. I zatrybiło. Padły nieporadne pytania o aksjomaty, ich wzajemne relacje, a ja postawiłem pytania do zadania na końcu zeszytu ćwiczeń ze szkoły – jak sobie z tym spadkiem wyliczył w kontekście przyspieszenia, bo nie widzę obliczeń. Zaczął objaśniać co miał na myśli po czym stwierdziłem, że to co stara mi się opisać to taki bardzo prosty przypadek pochodnych, po drodze zahaczył o prosty przypadek różniczki i na końcu zrobił całkę po wynikach. Tylko na tym etapie nie to było oczekiwane – nie podali jeszcze tego aparatu, a że leniwcowi się nie chciało słupków robić to sobie wymyślił metodę automatyzacji procesu. Poszliśmy za ciosem i jakoś tak wyszło, że właściwym podręcznikiem do tłumaczenia matmy na poziomie klasy szóstej są wykłady Feynmana. Nie że całe – tam jest może ze pięć stron o algebrze wyjaśniające relacje aksjomatyczne oraz spójność sytemu algebraicznego. Z punktu widzenia Matematyków dość koślawo bo widać tam logikę typową dla von Neumanna, no ale nie wystarczająco nieabstrakcyjne, aby dało się popchnąć sprawę rozumowania dalej. Poza Matematykami to wystarczające objaśnienie algebr, które się przydają. Choć oczywiście można włos dalej dzielić Banachem. Dla szóstej klasy wystarcza.

Młody coraz częściej jęczał, że w szkole niczego nie uczą, a w klasie spora część nie ogarnia ułamków więc zamiast iść z materiałem są w pętli, a jemu dali książki do następnej klasy, pozaliczał, skończył podstawówkę i jest w biurorkatycznym nimbo. Nimby ma robić materiał dla gimnazjum, nimby niedasiem. Więc siedzi sobie w podstawówce z zeszytem ćwiczeń do wykładów i ryje całki. To ujęcie wskazuje pełną rozciągłość absurdu powszechnej, przymusowej edukacji.

//kontekst kalkulatora dla normików:

Tworząc nowe narzędzie zajmujemy się nie tym, że teraz kalkulatory będą za nas liczyć e-jaje myśleć, maszyny pracować, a Chińczycy zostaną z zakazem włażenia do parku tylko ograniczeniami – co to ustrojstwo może, a czego nie może. I skupiamy się na tym, czego nie może, ponieważ w pozostałych kwestiach rozwiązanie istnieje.

//koniec egzegezy;

Skoro jednak wszystko tak samo się turla to niby gdzie wkład piszącego? Spłodził (funkcja spawn unit) mu się typ z wydajną siecią neuronową, więc edukacja jest wobec niego skuteczna bo ten jej w zasadzie nie potrzebuje. Takie proste to to nie jest. Edukacja głownie przeszkadza. Posyłanie gamonia do szkoły ma tę zaletę, że daje jakieś tam ramy socjalne i ogólny rzut oka na pierdoły, ale im dalej w linii czasu tym ta powszechna edukacja dąży do zera z yieldem. Możemy powyrzekać na systiema, na belfrów, na to i śmo. Nic to nie da – to maszynka do detencji młodego mięsa. I ta maszynka kształci (a przynajmniej deklaruje podjęcie wysiłku w kierunku) ludzi w tym, z czym powszechnie sobie nie radzą. Dlatego jest bezskuteczna wobec tych, którzy sobie radzą. Coś jakby @gruby miał prowadzić szympansom zajęcia ze skakania w dżungli przy użyciu lian. Liany są podobne do kabelków, kabelkami podłączamy sieć w następujących konfiguracjach – tak by to wyglądało.

Mamy taką młodą sieć neuronową z hardware właśnie do tego z czym sobie nie radzi większość populacji. Taki ogon populacji z przystosowaniem do gapienia się w gwiazdy i strugania dzidy przy ognisku. Ani toto gada, ani socjalne. W szkole można to najwyżej popsuć. I część sztuki pisania w myślach sprowadza się właśnie do tego, aby tego psucia możliwie uniknąć. Ludzi można popsuć na wiele sposobów, najpowszechniejszym są niedobory żywności, głownie białka. Takich problemów obecnie nie mamy, więc odkrywamy kolejne wcześniej przykrywane przez ten właśnie.

Przykładowo system edukacyjny (ten powszechny) każe się skupiać na tych rzeczach, które osobnikowi nie wychodzą. Ma do tego kij i marchewkę, systemowe – ocenki i podobne wygibasy. Po pierwsze zaszczepiamy koncepcję, że ludzie rosną do skutku – aż uznamy ich za dorosłych (później zwiększają objętość rosnąc w innych osiach). Rezultatów wysiłku intelektualnego inni nie oceniają tylko wyceniają “ile ci damy do miski z naszej miski, bo nam to myślenie dokłada do miski” pod rygorem “bo nie wymyślę wam jak mieć więcej w waszej misce”. Mimo całego aspektu presji społecznych wybicie typowe bez hardwarowych predyspozycji do gier socjalnych udziału w grze społecznej nie jest trudne. Ale trzeba to robić, bo gra naciska.

Drugą sprawą (słabo się orientuję jak to działa w Polin, ale córka melduje, że bardziej indywidualnie) jest kolektywne rozgryzanie problemów. Czyli praca w grupach. Co z punktu widzeniach kwestii ścisłych (przyjmijmy matmę i podobne wynalazki – rozwiąż problem w aksjomatach) przy istotnych różnicach między dzieciakami prowadzi do tego samego co znacie z wuefu – dzieciaki szybko ogarniają kto jest najlepszy i wygra za nich mecz. Taka jednoosobowa armia do rozgryzania problemów. Dlatego uczymy smarkacza psuć innym (również nauczycielom) tę socjalną zabawę. Z premedytacją. Dla przykładu po wydaniu instrukcji należy głośno ogłosić odpowiedź (wszak zadania są proste z jego punktu widzenia i ten je rozgryza na standby), a w przypadku gdy sprytny nauczyciel postawi w wymagalność aby usiadł oddzielnie i rozpisał jak do tego doszedł to też można obejść w sekundę stawiając na kartce kwadracik “co jest oczywiste i zostało dowiedzione” naturalnie spoglądając jak na intelektualnego karalucha. Jeśli jednak sprytny nauczyciel zażąda wyjaśnienia no to proszę belfra dowodzi się przy tablicy i teraz będziemy dowodzić do skutku (dowód przez sterroryzowanie auli – “albo mi uwierzycie na słowo, albo będę dowodził trzy godziny”; powszechnie czytelnikom znany).

Jest też metoda kijem – jeśli inne dzieciaki chcą sobie rozwiązywać, to nie należy im przeszkadzać, niech zrobią źle i nic im nie mówić. I tak cała klasa będzie patrzeć co nerd uważa na temat wyniku podanego przez grupę, do której go wtłoczono i natychmiast zrozumieją (oni w to umio) jego wywalenie na spektakl oraz votum separatum z poprawnym wynikiem. Z podkreśleniem, że taki jest wynik, on wie jak, a reszta mogła uważać.

Oczywiście moje zachowanie jest naganne. Przekazywać takie rzeczy dziecku… ale jako że nie umiemy w gry społeczne (no taki hardware) to zamiast brać udział w tych zwodach “w pływaniu” po prostu spuszczamy wodę z jeziora. To potrafimy – shaping operation tak aby boisko miało kształt, który nam pasuje. Naturalnie dzieciak wyniesie informację, że większość nauczycieli to idioci (nie w sensie medycznym ale potocznym), co jest faktem zważywszy na negatywną selekcję, oraz zauważy że zdarzają się hobbyści, którzy jak najbardziej uczyć powinni, tylko nie ma kogo.

Porzućmy jednak aberracje systemu “ćwicz to w co nie potrafisz”. Jest dziedzina, w którą potrafimy. Rozgryzanie, analiza, cięcie włosa na pięcioro, gwałtowne zmiany układów odniesienia, rzuty i projekcje – z której strony krowa jest okrągła oraz jak zmanipulować macierz projekcji żeby kwadrat przypominał kółko z przynajmniej jednej strony. Skoro w to jesteśmy dobrzy to bądźmy w to lepsi.

I tu pada kwestia, która takich dzieciaków dotyczy. Otóż w szkole wymagania są niezbyt wysokie. Większość ludzi ma problem z posługiwaniem się długimi ciągami abstraktów (mierzalnie to nazywają, że mają małą pamięć roboczą i krótki czas koncentracji). To jest z całą pewnością różnice hardwarowe, ponieważ testowani tak Matematycy wykazują długi czas koncentracji, wysoką pamięć roboczą i absolutnie przekraczają czas w jakim powinni wykonać dane operacje co po wrzuceniu typy na mri wychodzi – nie tylko te części mózgu są aktywowane co u normików. Czyli z punktu widzenia badań dla normików mimo wykonania wszystkich operacji poza skalą zawalają czas na zadania – inaczej procedują dane aby uzyskać takie wyniki.

Rzutuje to na edukację. I to zapewne czytelnicy znają. Proste zadania (takie normickie) nie wymagają rozpisania – można je spokojnie policzyć w pamięci. Co wraz ze wzrostem objętości tych zadań prowadzi do błędów niewyćwiczonej jeszcze pamięci (niepodpięte są wszystkie moduły sprawdzające, jakie ma wytrenowany stemowiec w poważniejszym wieku). W szkole niby wymagają aby dzieci rozpisywały operacje, ale wyjaśnij komuś z tego typu pamięcią roboczą po kiego inaczej niż żeby mu d zawracać. I tu mamy sposób, co jest istotne. Dajemy mu celowo takie zadania, aby dane i szukane na pewno zrobiły overflow na cachu. Na początku będzie jęczał, że po c… ale wtedy wrócimy do tego co było w szkole – żebyś rozpisał, i teraz nie dlatego że ktoś ci kazał, tylko dlatego, że inaczej tej żaby nie ugryziesz. Oczywiście młody podejmie próbę ugryzienia żaby po swojemu, więc dajemy mu cały garnek żab aby mu się łeb zmęczył. Po czym informujemy, że szychta w fabryce wyników jest osiem godzin i musi do końca maratonu dotrwać zrzucając z taśmy normę. Dziecko z fabryką zapoznane więc komunikat dociera.

Po czym wyjaśniamy, że później będą coraz bardziej złożone wzorki, i nauczymy go sztuczek obchodzenia się z nimi, ale rozpisanie kroków (może nie wszystkich tak jak obecnie bo sztuczki), ale co niektórych pivot points będzie potrzebne tak czy tak, więc formalizm. A wątpliwości rozwiewamy przy kodzeniu, że i tak będzie musiał to maszynie rozpisać. Więc lepiej umieć i to od razu na różne sposoby (wprowadzamy nie tylko szkolne infiksowe, ale prefixowe oraz postifxowe).

Jakby ktoś nie nadążył (nie wypada, ponieważ opracowania na świecie odnoszą się do notacji polskiej właśnie^^):

https://pl.wikipedia.org/wiki/Notacja_infiksowa

https://en.wikipedia.org/wiki/Reverse_Polish_notation

 

Co od razu wraca nas do kwestii fortrana, lisp, zera ujemnego i dodatniego oraz wielu kwiatków programowania. Niczym w śnie paranoika – wszystko czego uczymy kaszojada się łączy. Krok po kroku podpinamy dzieciakowi to czego się nauczył do czegoś użytecznego (przyjmijmy, że kodoklepstwa, bo każdy w domu ma komputer, a nie każdy spawajkę), z czego wynikają pytania “tate a jak zrobić?” – wprowadzamy kolejną rzecz, to się łączy (sen paranoika, tu się wszystko łączy bo musi, bo aksjomaty, jak coś się nie łączy jesteś na manowcach) i tak w koło, aż rosną te piętrowe wzorki i do kaszojada dociera po kiego nauczyciel w szkole truje z tym rozpisywaniem.

Docieramy do kolejnego aspektu nieprzystawania edukacji powszechnej. Dzieciaki potrafią przelecieć edu.gov na standby, ponieważ nie muszą się uczyć. Materiał jest średnio wymagający dla populacji normików, nawet niektórzy muszą zakuć, ale jak ktoś ma hardwarowy attention span wbity na osiem godzin, a nie kwadrans, i nie obniżony dystraktorami do siedmiu sekund to ze specyficzną pamięcią roboczą zawija “podstawę programową” w rurkę i wciąga na jedną dziurkę.

Trzeba więc gnojkowi rzucać do rozgryzienia tematy, które sam rzuca. Tradycyjnie używają bodźca “gamoń?” – “czy wykryto gamonia?”. Metoda jest dokładnie taka sama, jaką stosuje pięciolatek wobec dorosłych. Młody coś tam pitoli, o czymkolwiek. Łapiemy za słówko (dialektyka sokratyczna, uwaga! wziąć tęgą lagę bo skutkuje agresją, przynajmniej z początku) i pytamy “a co to znaczy?”. I nie akceptujemy odpowiedzi “no wiesz” – ano nie wiem, wyjaśnij. Przy czym w przeciwieństwie do odpowiedzi dla pięciolatka podajemy przypadki z rosnącym poziomem trudności.

Dla przykładu:

Smarkaty chce aby TopDownGrid gierka rozpoznawała co jest z przodu, a co z tyłu czy z boku playable character. No to pytamy go co to znaczy ten przód, tył, bok etc. Tu oczywiście dostajemy opis co on przez to rozumie, ale siadamy do koda i wskazujemy, że tu ma tylko pozycje xy. I relacje jakie może z nich wysnuć to odległość bohater – wróg oraz czy wróg jest po x czy y w plusach, minusach /ćwiartki układu odniesienia. Więc o jakim przodzie i tyle pitoli?

Reakcją na to jest “aha”. Czyli pytanie jest źle postawione (młody do tego czasu jest oklepany na “pytanie jest postawione względem braku danych, odpowiedzią jest NaN”). Przechodzimy wtedy do kwestii jak określić kierunek (młody przyzwyczajony do tego, że za raz wyniknie iż ktoś tu jest gamoniem i wiadomo kto od razu rzuca się z odpowiedzią “nie mów! wiem! Wektor!”). Po czym mając już te dane kto gdzie ma swój kierunek wracamy do kwestii relacji, rozpracowujemy co tu przez co można pomnożyć i prowadzimy po ścieżce do “odkrycia” dotproduct. Dla przykładu. Po czym rozwiązujemy to i już wiemy z tym tyłem, przodem, do zdefiniowania boku podrzucamy stały wektor do góry i zaklęcie na cross product (zaklęcie brzmi “xyzzy”). Po czym prowadzimy młodego do lustra i dajemy do rozgryzienia zagadkę z odbiciem tylko tym razem nie na kątach jak w szkole, tylko na wektorach, co odsyła nas do wykładników urojonych. I tak krok po kroku komplikujemy, aż wracamy d kwestii – i dlatego musisz rozpisywać. Bo pojawiają się macierze 4×4 (czyli 3×3 i wskaźnik relacji), co trzeba jakoś ugryźć, a przy rozpisaniu inwersji maciory maciorą kartka jest pełna.

Oczywiście uspokajamy, że układy elektroniczne muszą to robić na tyle często, że mamy i układy i instrukcje klocków wyłącznie do takich operacji, więc kalkulator ogarnięty, ale wypada wiedzieć co ma wyjść i pod jakim warunkiem interes się wysypie oraz gdzie szukać wielBłędu.

Tak typa męczymy z każdego zagadnienia. Nie tylko stemowego. W czasach kiedy młody dojrzewał do zainteresowania światem modny był Putuś. Więc dzieciaki były faszerowane propagandą BadVlad. Dzieciaki rosyjskie były w tym czasie faszerowane propagandą, że polski najemnik im to samo:

https://archive.ph/AA3ec#selection-1051.17-1051.32

Znaczy Rosjanie emerytami na ćwiczeniach straszą. Słusznie bo średnia wieku na zapadzie… nie żeby w ru było lepiej.

Że akurat @nomad bywa dostępny to młody się przysłuchiwał i wychodziło, że co innego propaganda, co innego opinia bywalca. A jeszcze co innego wynika zależnie od punktów widzenia. Przerabialiśmy więc tematy wojen polsko-svenskich ze źródeł zarówno polskich jak i svenskich. Później to samo o Napoleonie (bo trójkąt se-pl-fr miał opinie kronikarzy w superlatywach więc sprawdziliśmy co uważają źródła angielskie. Co ciekawe źródła fr-se były sprzeczne odnośnie Pana Alfreda Nobla (handlarz śmiercią i niszczyciel światów?). I tak sobie przerabialiśmy rożne perspektywy względem źródeł – a jaki był stosunek polityczny autora zarzucającemu cesarzowi mianowanie konia dygnitarzem? A czy to wiarygodne źródło? Odnosiliśmy to do propagandy dzisiejszej – czy Putin jeździ na dźwiedziu oraz czy kąpie się w krwi noworodków? Po czym wykluczaliśmy brzytwą nieprawdopodobieństwa schodząc coraz bardziej na praktykę Księcia, relacji de-ru przez wieki, zahaczyliśmy o najemników szwajcarskich i tak doszliśmy do słusznego wniosku, że ta historia się zmienia co kronikarza. Wszystkie strony twierdzą że bitwę wygrały, a wróg był jakiś nie taki i dlatego należy go bić. Po czym przechodzimy do współpracy i nagle przeciwnicy stają się normalni (przypadek jap-usa).

Młody oczywiście wciągnął Orwella (pedagog specjalna uznała, że dziesięciolatek zapoznany z Folwarkiem Zwierzęcym oraz wyjaśnienie mu co jest w interesie świń, i że tak trzeba to dowód w przyszłym procesie o zbrodnie przeciwko). W każdym razie młody uznał, że się z propagandy dowie co należy twierdzić, a nie co myśleć. W procesie formacji podważałem mu poglądy z wąsem, bo się nadto radykalizował i wskazywałem przypadki kiedy jedynowładztwo staje się patologiczne (bezskuteczne) albo anarchiczne (tron mokry od krwi – cesarz to fucha na kilka miesięcy do kolejnej zmiany warty pretorian). Ale u ludzi zajmujących się liczeniem skręt w brunatne pola jest oczywisty, bo jest tylko jeden kąt prosty, a wszystkie pozostałe krzywe.

Przeszliśmy oczywiście liczenie czy niewolnictwo jest sprawne gospodarczo, co można osiągnąć obozami pracy czy ludobójstwem. Jakie są skutki oczekiwane, jakie uzyskiwane, jakie nakłady środków, jakie koszty społeczne po realizacji, jak wyglądają realizacje upadłe, jak wygląda bunt ludności i jak wygląda tumiwisizm ludność, czy przetrwanie szefa zbirów zależy bardziej od liczby wrogów czy :przyjaciół”, czy przyjacielem dla cesarza jest gwardia, armia & flota, styczeń & luty oraz od czego to zależy i kiedy.

Przy okazji graliśmy w różne gry strategiczne prowadząc głupie dyskusje o prowadzeniu polityki z różnych punktów widzenia (a co na to władza, otoczenie, konkurenci, lud ciemiężony). Ale tylko do momentu, aż uznałem, że nie dam rady grać z tym komputerem na takim poziomie trudności. Bydle młode krok po kroku doszło do poziomu, na którym potrafił rozbić całą koncepcję jednym ruchem o krok szybciej niż ja, a później to już było o kilka kroków. Nauczył się dyplomację i zwodzenie z tęgą pałą za plecami. W wymuszanie handlu i pochyłych sojuszy, paraliżowanie wojen totalnych i wzbudzanie przedpokojów wypełnionych kozami. Oczywiście szybko przeszliśmy z vanili na mody w takiej na przykład civ3 (hot seat), aby zabawa miała smaczek.

Oczywiście młody przeszedł różne rozterki (w precipe wywalałem mu system polityczny mnóstwem drobnych konfliktów, kiedy twierdził, że usa są stabilniejsze od cececepa). Robiłem różne fikołki które po dziecinnemu skutkowały “tak nie wolno!”, “to oszustwo!”, no ale zasady dopuszczają. Po czym sam nauczył robić się takie świństwa w zadanych metrykach, a że ma lepszy łeb ode mnie to potrafił doprowadzić do pasji gliczami (ostatnia rozgrywka w zmodowaną civ3 skończyła się moją kapitulacją, gdy tak zmanipulował dyplomację, że ktoś nieistotny kazał mu spadać jednostkami poza wody terytorialne, ten się oczywiście zgodził, co zepchnęło flotę w mój pierścień detekcji, ale że była jego tura to akurat wystarczyło ruchu aby desant spalił mi chatę na tym gliczu dyplomatycznym mimo, że przygotowałem się gdyby dopływał… ale nie że go tam wepchną). Z rozpaczą uznałem, że to jest właśnie sukces. Że menda mała umie w metryki i glicze.

Przymuszanie do myślenia – czyli pisanie w myślach.

Rygorystyczny (samczy) model wychowawczy wdrażany krok po kroku na początku był dla młodego straszliwym przeżyciem. Ale krok po kroku wywnioskował, że straszniejsze byłoby stracić palce czy oczy, więc wyzywanie od “gamonia” wzbudza wystarczająco do przeprowadza czynności, aby za gamonia uznanym nie być. Nie że przez srogiego starca, ale przez rzeczywistość, która każe zapłacić mięsem. Tak samo udzielanie odpowiedzi nie wyjaśniających, ale zmuszających do odpowiedzi (sokratejsko). Krok po kroku okazywało się, że odpowiedź zna, albo umie ją znaleźć, umie sam sobie zadać pytania do swoich pytań i rozwikłać problem. Spadek łagodności był dla niego zauważalny “to wypadałoby wiedzieć”, “wypadało się nad tym zastanowić”. Z początku udzielałem mu wyjaśnień w toku pytań do kolejnych pytań jakie padną, aż zaczął stwierdzać, że o to chciał zapytać. To że odpowiadałem na niezadane pytania, często krzycząc z drugiego pokoju “a teraz policz to i sprawdź tamto bo to co policzyłeś jest bez sensu” było na tyle deprymujące dla młodego rozumu, że zaczął wnikać w proces “tate jak to robisz?” aby uniknąć wewnętrznej informacji zwrotnej “jesteś gamoniem uzyskując wnioski, które dziad przewiduje z kanapy i wie że są błędne po sprawdzeniu w kontekście, co można było odkryć po wiełBłędzie trzy kroki wcześniej”. Rozgryzaliśmy takim analitycznym sposobem kolejne kwestie, aż doszedł do etapu “nie mów! Wiem” i wyjaśniał co wie, a po tym czy patrzę się jak na intelektualnego karalucha nie był w stanie rozpoznać czy pozwalam mu wyjść na manowce i zaraz wskażę wielBłęda gdzieś w połowie czy też zaprowadzę z powrotem na drogę rozumu, czy też pozwolę wpaść w przepaść “przecież to bez sensu!” dodając “no właśnie – gdzie był wielBłąd?”. Kolejnym etapem było wchodzenie do pokoju z pytaniem (i otrzymywanie odpowiedzi przed jego zadaniem) co prowokowało do wchodzenia z odpowiedzią “tate milcz! wymyśliłem taką odpowiedź na takie pytanie” i konfrontowanie z niecnie rzucanymi podejrzeniami (sam musiał bronić swojej tezy i rozpoznać kiedy go robię w jajo stwierdzając, które zarzuty są pozbawione podstaw lub wadliwe logicznie i dlaczego – czyli gdzie jest podkładany wielBład).

Dla młodego łba to stresujące – wiedzieć, że jest się bystrym i dowiadywać się w wyniku eksperymentu, że jednak samodzielnie odkryty po niewczasie wielBłąd stanowi o gamoniowatości. Aby tego stresu uniknąć samodzielnie zaczął sprawdzać kontekst i wyniki wnioskowania przychodząc z sensownymi odpowiedziami szukając kolejnych, coraz lepiej ukrytych pytań o generalizację, limesy i perspektywy. Jednym z takich ostatnich etapów, które z mroków pamięci jestem w stanie przytoczyć to rozpisanie na kartce kwestii “pojawia się masa” i co wtedy. Najpierw dogadaliśmy się w kwestii co to jest masa, jaka jest relacja łącząca z innymi obiektami, wypisaliśmy równanka po czym doszliśmy do wniosku, że w ekwiwalencie energii nie może się ani pojawić ani zniknąć. Czyli pytanie było z d. Podpowiedziałem, że można do zagadnienia podejść inaczej i wie jak, przyjmijmy, że masa/ekwiwalent jest jaka trzeba tylko jej relacja jest nieistotnie mała. Młody bardzo lubi bawić się e i n więc od razu mu zaiskrzyło, że odległość jest godna nieskończoności. Lub masa jest bliska e oba rozwiązania są równoważne dla układu relacji. Po czym zaczęliśmy przesuwać suwak nieco bliżej wartości oczekiwanych co mu się gryzło z triangulacją przestrzeni dla układu, ale poleciłem wstrzymać konie i rozpisać Leibnizem, że każda część układu swoje wie, a reszta może widzieć sprawy inaczej. I tak sobie krok po kroku rozgryźliśmy równanka co na to c, a co uważa różnica potencjałów. Czyli zagadkę dało się rozwiązać, i wcale nie tak jak proponowali w szkole (bzdury wyszły – jakie urwał “pojawia się masa”) tylko spójnie (zmieniają się relacje i wszystko pozostaje po staremu w ramach równowagi układu). Po drodze przeszliśmy przez kwestię n mniejszego od wartości R, renormalizację oraz co na to wróbelek, który ma jedną nóżkę bardziej.

Przy czym takie zagmatwane pytania wymagające generalizacji i zmiany perspektywy pojawiały się częściej niż pozostałe. Z racji tego, że pozostałe, w ramach rozwoju e-jaja, które zostało zaprzęgnięte w pierwszej opublikowanej wersji od razu do przeprowadzania żmudnych czynności tłumaczenia. Była z tym przeprawa, ponieważ na początku ten e-jaj był taki trochę głupi, ale i pytania były proste. Młody rozwijał się szybciej niż kolejne modele więc rzucił to w diabły i znowu mi zatruwał. Ale e-jaja szybko podciągnięto i spadł mi z garba obowiązek rozpisywania całek nieoznaczonych (z wiełBłądem pod pochodne) wyjaśniając po czym poznać pułapkę i na którym piętrze wpadniemy w pętlę rozwiązując wprost.

O ile googlowanie przydało się w kwestii języków, historii i jakiegoś tam wstępu do przyrodniczych, o tyle e-jaj i nauczenie promptowania pomogło w kwestii objaśniania aparatu matematycznego, procesów chemicznych, rachunków na tychże. Konkretnie chodzi o ćwiczenia – mi jest ciężko wymyślać zadania takie, aby młodemu było ciężko. Albo zrobię za proste, albo za trudne. Maszyna potrafi wypluwać zadania w nieskończoność z odpowiednią gradacją poziomu trudności. Objaśnia jest bez końca, bez zmęczenia i frustracji. Młody więc zaczął się uczyć konfrontując brednie e-jaja z własnymi obliczeniami, wnioskami i źródłami. Bo im głębiej w las tym częściej trafiały się wielBłądy. Szczególnie kiedy promptnął pytania, które nas nurtują, ale w bazach danych nie było konkretnej odpowiedzi do wyuczenia, ponieważ tej odpowiedzi nie znamy (nierozwiązane problemy matematyczne, niezbadane kwestie fizyczne, zbyt złożone kwestie chemiczne). Wtedy dostawał halucynacje i pilnował, czy przypadkiem nie wyjechał za aktualny horyzont Poznania (na rogatkach Poznania zatrzymują ścisłowców i każą wracać na Morasko, przepuszczają wyłącznie fizozofów).

 

Tyle, że jeśli pociecha nie daje rady przez wiele godzin koncentrować się na rozgryzaniu szlaczków z magicznych symboli to nie ma co przymuszać. Może zaiskrzy kiedy indziej i ten czas może być w nieskończoności. Dla większości osobników właśnie tam jest. Młody często jęczał na to, że większość klasy nie łapie ułamków, proporcji, a jak przeszli do funkcji to był dramat. Na szczęście był już wtedy poza systemem – zaliczył sobie klasy 8-9 na koniec siódmej (matematyczka kazała zrobić mu egzaminy i się odjanić bo psuł zajęcia), a później niby zrobił gimnazjum do końca podstawówki, ale że nie było za bardzo co robić to zeszyt ćwiczeń miał z Feynmana.

I tak młody dotarł do systemowego filtra. W se niby obowiązek szkolny jest do końca podstawówki, niby to zmieniają, ponieważ zatrudniać wolno wyłącznie osoby dorosłe, z tą szkołą to artefakt z czasów, kiedy było inaczej. Niby jeszcze jest, bo są obejścia tego systemu i spokojnie można zaprząc do roboty pięciolatka (jak się uda). Musiał sobie wybrać szkołę (gimnazjum) i odwiedziliśmy takie (nauczyciele mnie znają, bo to szkoły techniczne). Wspomniał że mu sowa przyniosła list z daleka. Sprawdziłem co to za szkoła, popytałem tu i ówdzie i skoro chce to niech składa podanie. Młody oczywiście zgliczował system (gdzieś już opisywałem jak) i dostał się na nieistniejący kierunek. Niby tam wymagania są jakieś epickie (pod korek) z ocenami, ale że młody miał w systiemie zawinięte ścisłe dawno to ich tam nie bardzo interesowało czy umie robić kanapki i śpiewać. Szkoła od razu podesłała też kontakt do opiekuna, ucznia starszego roku, aby wdrożył (więc kwiatki z nieistniejącym kierunkiem wtedy wyszły). Trafił więc do szkoły (jak to szkoły z sowami – tysiące kilometrów od domu, za kołem polarnym), która w systemie jest dla picu, prowadzi ją firma od rakiet (tam je składają, odpalają i nawigują) z instytutem przestrzeni jako sito i wylęgarnię (wszyscy nauczyciele od istotnych przedmiotów są z tych dwóch instytucji). Dzieciaki zostały poinformowane, że kto sobie nie będzie radził otrzyma pomoc w przeniesieniu do szkoły, gdzie sobie poradzi. A oni dobiorą co lepszych z innych szkół (stan musi się zgadzać). Po czym zaczęli podnosić ciśnienie.

Szkoła jest zorganizowana na wzór uniwerku, żadnego rygoru poza pozorami dla minedu nie ma. Kto tam trafił to wie po co. A mi pozostało udzielać od czasu do czasu konsultacji telefonicznych. Widać kiedy im wrzucają cegły na garba, bo wtedy młody pyta częściej. Z mojego punktu widzenia – pierwsza część questa zakończona sukcesem. Na taśmę trafia kolejny kaszojad, który składa klocki zgodnie z instrukcją.

Z tekstu wprost wynika, że w tej linii rozwojowej mamy istotną przewagę zdolności do analizy, która jakoś symuluje syntezę, z którą sobie radzimy softwarowo bez zwykłego dla bystrych normików zestawu funkcji bezpośrednio na procu. To teraz przyczepmy się do szkoły.

Zapewne nasłuchaliście się bajek jakie to szkoły w se cze no (kopipasta – to nie są na tyle ludne krainy, aby tam się za wiele różniło, a różnice językowe wewnątrz każdego z krajów są większe niż pomiędzy sąsiadującymi regionami, tyle, że inne literki są w oficjalnej nomenklaturze, ale tubylcy mają autotranslatory w oczach – łatwiej im się w tym rozeznać niż nam w fonetycznym czeskim; chiński żart:

-ilu was wikingów?

-po paszportach to będzie prawie 20 milionów (no, dk, se, is);

-o! a inne duże miasto w okolicy?

) są zajefajne i co to tam nie jest odjanione. PR dobry jak na kraj, w którym jeszcze niedawno były programy eugeniczne, a mniejszości doprowadzano do desperacji, która w normalnym kraju skończyłaby się poważnym terroryzmem z dążeniami do autonomii. PR na bok – problemy są takie jak wszędzie i jeszcze dodatkowe (dłuższa, niska dzietność tubylca, imigracja), a piniondze niczego nie poprawiły. Przynajmniej w edukacji powszechnej, bo gdzie indziej to owszem.

Zacznijmy od tych, znanych z Niedorzecza. Nauczyciele zarabiają gorzej niż marnie. Cokolwiek PRowe bajki opowiadają to nauczyciel matmy na pełny etat dostaje mniej niż nowo zatrudzony, młodszy kufajkowy na składzie stali. I wraz z wysługą lat to się wcale nie wyrównuje – kufajkowy ma od startu lepiej. Selekcja negatywna powoduje, że do zawodu nauczyciela trafiają wykształciuchy, które się do niczego (nie tylko innego) nie nadają. Młody na żywca miał nauczycieli matematyki, którzy nie umieli liczyć. Tak wprost – nie rozumieli co bredzą z podręcznika i nie rozumieli dowodu, że źle zrozumieli, a mówimy o poziomie szkoły podstawowej. Z pozostałymi przedmiotami jest dokładnie to samo. Istnieją szkoły pokazowe (coś jak w NKorei, zresztą w Niedorzeczu też można wskazać kilka szkół “elitarnych” gdzie jest inaczej) tylko one mają dodatkowe źródła finansowania. Dla picu, kiedy jest źle, odpowiednik kuratorium ma takich dyżurnych belfrów za lepsze stawki (głownie emerytów), którzy dojeżdżają gasić pożar. Działa to w trybie nakazowym tak, że dyrektor nie dał rady zrobić etatu, więc mu edu.gov (landowy, powiedzmy, że wojewódzki) włazi z butami i pomaga, po czym wystawia rachunek za nieudacznictwo egzekwowany z dotacji na szkołę. Co motywuje do zapchania etatu kimkolwiek aby był tani i miał kwitek. W rezultacie nauczycielami są w większości samice (bo można im zdławić oczekiwania łatwiej), a w szczególności imigrantki. Tu wchodzi problemik nie znany jeszcze w Niedorzeczu…

Wyobraźcie sobie, że polonistką jest imigrantka, która ledwo duka po polsku, a że w se jest to tak samo “historia literatury” plus technikalia nie ma żadnego kontaktu kulturowego i nie zna tej literatury. Pięć lat temu przyjechała do kraju, przeszła szybki kurs “brakuje belfrów za frajer; nie matura lecz chęć szczera” i uczy Wasze dzieci. Tak aby czytelnicy mieli poczucie klimatu.

Z tego samego powodu języków uczą imigranci i akurat sytuacja jest dobra, najczęściej swoich. A że w se takich Svensonów, których w rozumieniu potocznym uznamy za tubylców, a nie że paszport im ktoś dał bo polityka, albo się urodzili na miejscu, ale pochodzenie dalej mają inne i język w domu obcy to jest tak może w porywach ze 60% całej ludności, która ma na tyle mało dzieci, że jeśli w klasie (30 dziobów) zbierze się trzech czystych bez mydła i jeszcze sześciu na passport bro (czyli w domu tata Svenson, a matka z importu, gada się po tubylczemu) lub podobne kombinacje to kulturowo lokalnych jest 1/3. Więc 2/3 klasy używa języka obcego jako podstawowego, a większość uczęszcza na zajęcia z języka “domowego”.

Problem ten jest tam na tyle długi i poważny, że rozwiązania są już nierozróżnialne od tła. Tak jak w Niedorzeczu są szkoły prywatne (podstawowe), z tym że urwanił nie dopuszcza aby były różnice w kształceniu, więc one są tak na jedną nóżkę prywatne. Część z nich to “elitarne” dla śmietanki, gdzie chodzą dzieci wyższej klasy tubylczej i to jest tak samo jak w Niedorzecznej polityce, że przy wódce Partii jak by się ona akurat nie nazywała, znają się ze szkolnej ławki. To zrozumiałe. Część to takie “ludność lokalna próbowała i wyszło to samo co gov.edu” czyli mieszanie w herbacie z niedosytem cukru. Część to udziwnienia religijne co czasem działa, czasem nie działa, ale liczebność szkół koranicznych wywróciła stolik i wzięto to za mordę wylewając dziecko z kąpielą.

To jest nierozwiązywalny edukacji powszechnej i przymusowej gdyż jest ona powszechna. A nie ma sensu robić siedmiolatkowi badań psychometrycznych do jakiej szkoły on się nadaje aby dokonać segregacji (wynik nierozróżnialny od losowego). Literek i cyferek każdego i tak trzeba nauczyć.

Niby w czwartej klasie można by dokonać wstępnej oceny, czy dzieciak nadaje się do dokręcania śruby w pewnych obszarach (i tak w każdym kolejnym roku powtarzać badanie, czy może już wrzucać na taśmociąg czy dalej jechać na luzie), ale by się część rodziców buntowała, żeby ich dzieciom dokręcać śrubę nawet jeśli nie ma to sensu, a część by pyskowała, że odkręcono za mocno. W rezultacie wróciłby stary bałagan, więc śrubki trzeba kręcić w domu samodzielnie tak jak to uczyniłem.

Zaznaczam, że nie dokręcałem tej śruby na siłę, tylko sprawdzałem czy dany klucz załapie, jak łapał to nie kręciłem kluczem tylko wkrętarką z porządnym udarem, a późnij puszczałem i patrzyłem ile obrotów wróci przez kolejne miesiące. Tak aby wyczuć które śruby jest celowe dokręcać.

Zapewne PR pokazał jakie to zajefajne wyposażenie mają w szkołach. Mają! Z tym że… potrafią w podstawówce do pracowni technicznej wstawić spawarkę. Wypas! Ale nikt jej nie umie obsługiwać (nauczyciel też) i dopiero mój Kaszojad ją odpala pokazując co i jak. Tyle że nie można jej używać ponieważ pracownia ma zamiast ściany gigantyczne okna na podwórze i korytarz, a światełko może kogoś porazić. Czy byli dorośli przy planowaniu? Kolorowali drwala po ciemku. Wyposażenie jest, tylko bez kadry można je sobie wsadzić. Nie ma więc planu wykorzystania na zajęciach, ono sobie tam po prostu jest. Na pensje nie ma 🙂

Jeśli więc komuś się wydaje, że dosypanie do wora edu da jakiekolwiek sensowne i oczekiwane skutki, to albo sypie za późno, albo za krótko, albo za mało – wybierz cztery z trzech i zostaw pięć. Przywoływanie przykładu Finlandii to kolejny przypadek “gdzieś daleko trawa jest zielona”. Ich tam mieszka tylu co hominidów w Berlinie z suburbiami dla żartu nazywanymi oddzielnymi miasteczkami (ludniejszymi od Islandii) przy gęstości zaludnienia właściwej dla grzybobrania. Mają kilka pokazowych szkół, gdzie po wrzucaniu worków ze szmalem długo i uparcie udało się udowodnić tezę. Tyle że mówimy o kraju gdzie jest selekcja na wejściu – tam natura zabija nie dość bystrych. I jest to powszechne dla takich szerokości geograficznych – na Syberii też głupi nie przeżyje co nie ma związku z ustrojem tylko z klimatem. Na ile miałem kontakt z Finami (na przykład uczyli mnie) to podstawówki są tak samo o kant jak wszędzie, a dopiero kolejne etapy, gdzie już sito zadziałało realizują model z broszurek.

To powtarzalne – wszędzie szkoły, gdzie jest sito na wejściu działają sensownie, ale zrobienie sita dla osobników biologicznie niedorosłych (niezdolnych do rozmnażania) to pyskówki z naturą “co z tego wyrośnie”. Nie wiadomo co wyrośnie, wiadomo że pod jabłonią próbuje.

Pójdźmy od razu w fińską skrajność. Tam odkryto niebywałą rzecz – otóż jeśli zajęcia odbywają się jeden na jeden (jak korepetycje) to skutki są zauważalnie pozytywne. Kto mógłby przewidzieć? Tyle że dostęp do specjalistów z danej dziedziny aby zajmowali się pociechami dla kształcenia powszechnego kłóci się z proporcjami liczby specjalistów względem liczby przychówku. Co innego po zastosowaniu sita – wtedy jakoś kulawo to działa. Dlatego pierwszą rzeczą jaką trzeba kaszojada nauczyć to jak posługiwać się ejakulatorem słów, który na tym podstawowym etapie, gdzie brakuje i brakować będzie ludzkich, cierpliwych guwernerów możemy użyć maszyny realizującej część funkcji. Tak samo jak kwestii “do czego służy ejakulator liczb zwany kalkulatorem”. Kiedy więc nauczymy smarkacza kombinowania, zadawania kolejnych pytań (jak miał pięć lat to umiał seriami strzelać “a jak? a dlaczego?”, wystarczy nie psuć) i zacznie nas przygniatać to wiążemy kwestię wciskania klawiszy z pisaniem promtu aby miał mu kto odpowiadać i patrzymy czy to wchodzi w sensowne pętle, tłumaczymy kiedy e-jaj buja w obłokach, nie jest dość zwięzły albo się pogubił. Po jakimś czasie ilość tego dozoru spada, a pętle odpowiedzi, googlowania, kolejnych pytań i samodrążenie zasobu działa przekraczając jakiekolwiek biologiczne możliwości dowolnego hominida.

Co prowadzi do kolejnej kwestii – czy uczyć dzieci ręcznego pisania i cisnąć to do poziomu kaligrafii. Niby się naumiałem pisać piórem (takie były czasy) i znam opinie tych co się niby na tym maj znać, że to w czymś tam pomaga, coś tam z koncentracją i tepe. Być może neurotypowym coś to tam robi z ich pamięcią proceduralną i ma jakąś tam korelację z czymś. Z tym że jestem ze zbiasowanej bańki. Niby za pisanie jak kura pazurem terroryzowali, ale z deklaracją, że to jest średnio potrzebna kwalifikacja w ogólności, ale bardzo potrzebna w szczególności (rapidograf i rysunek techniczny). A do tego zawsze miałem dobrą kreskę i oko do rysunku, przy czym u mnie żadnego związku pomiędzy dobrym rysunkiem, a kuropazurskim pisaniem nie ma. Deklaracje takie padały z powodu biasu właśnie – za braku Teleranka komputer nie był powszechnym gratem w większości domów. Wiadomo, że łby były techniczne, bo samo uruchomienie czegokolwiek na klamocie wymagało. Więc i przewidywania mieli takie, że z tym pisaniem to raczej będą klawiatury, raczej drukarki, a przyszłość nie będzie wymagała kaligrafii. Od małego jestem przyzwyczajony do klawiatury, do tego mam przystosowaną motorykę. Dziś są to kwestie bezprzedmiotowe – nawet podpis jest głownie elektroniczny. Trzeba umieć się podpisać, zrobić parafkę, podać datę i listę winnych (imiona rodziców oraz de domo matki).

Z rzemieślniczej konieczności wymusiłem na kaszojadzie tyle pisania ręcznego aby sam był w stanie odkryć co autor miał na myśli w kontekście symboli na potrzeby formalizmu w równaniach. Kaszojady mam rysujące (lepiej lub jeszcze lepiej – to dziedziczne). Więc bias na biasie. Nie wiem czy jeszcze potrafię pisać. Wraz ze wzrostem liczby obsługiwanych języków poleciała mi ortografia (na półkach straszą nagrody z konkursów w dziedzinie), a programy do korekty rozwiązują mi część problemu mylących się języków (najczęściej zastanawiam się jak coś brzmi po polskiemu, bo wyraz znam, ale podejrzewam, że z jakiegoś niszowego języka). W literaturze fachowej języki narodowe wymarły. Dokumentacja jest po angielsku, niemiecku albo chińsku. Niemiecki też wymiera w samym Reichu.

I tu się nieco zdziwiłem…

Otóż wyobraźcie sobie, że omawiany Kaszojad u mnie pierwszy raz widział klawiaturę luzem (podpiętą do piecyka) i oddzielnie podpięty monitor, a to jak działa mysz i który klawisz jest który oraz domyślnie do czego wymagało objaśnień. W szkole co prawda dali laptoka, no ale… różnice pokoleniowe. Było więc rozkładanie pudła, pokazywanie podzespołów, co do czego, skąd prąd, a później jak rozłożyć laptoka, jak wyciągnąć kurz z chłodzenia, czego i dlaczego nie zakrywać (laptoki toną w kołdrach i smażą się). Po czym wyjaśnienie na rozebranym laptoku, że tak samo tylko bardziej w kupie i też da się odpiąć to i owo.

Czyli nauka posługiwania się myszą. Ot nowość.

Zapewne też słyszeliście o szkołach, gdzie prawie nie ma tubylca. To nie jest wcale takie rzadkie nawet w miasteczkach “powiatowych”. Zawsze jest jakaś taka “szkoła w centrum” gdzie spędzani są “problematyczni” i tam się cuda dzieją. Walki na noże, policja, substancje, wagary. To że z powodu apartheidu są tam głownie dzieci inżynierów i lekarzy to kwiatek do kożucha. Kiedy miś był bardziej polarny to tak samo funkcjonowały te same szkoły z problematyczną dzieciarnią tubylców. Łobuzów wystarczy zebrać w kupę i dalej już się samodzielnie wychowają dając przykład wzajemnie.

Zapewne też wspomniano o wynikach, że tam mało kto zna język tubylczy, więc prowadzenie zajęć też jest po nic, bo nie ma kto rozumieć. Zapewniam, że język tubylczy oni rozumieją kiedy mają w tym interes. Mają nawet jego wersje użytkowe różniące się od powszechnych i slang zwyczajowo na tym źródle bazuje. Za to w szkołach, gdzie problem noży i policji nie występuje (powiedzmy nie dość często, ale kto nie wrzucił petardy do szkolnego kibla spuszczając wodę, aby wszystkim w tyłki chlusnęło, niech pierwszy rzuci kamieniem) zaś niby język jest rozumiany rezultaty zajęć są takie same. Niby się wyciąga te wyniki za uszy, ale większość ludzi nie umie w liczby i logikę, nigdy nie umiało i robienie z nich na siłę ludu przemysłowego modelu pruskiego to kopanie się z koniem. Ludzie w to potrafiący to był margines zwany “kujonami”. Oni się po prostu tacy rodzili i im przychodziło to łatwo. Pozostałych żadnymi torturami się tego nie nauczy.

Dlatego po przydługiej podstawówce jest sito, a dalej można iść do szkoły gdzie gov.edu jest tylko na doczepkę, bo szkołę utrzymują na własne potrzeby poważniejsze instytucje. I narzucają tam rygor, który nie może być oficjalny bo gov.edu by się musiało gęsto tłumaczyć. Dochodzi tam do śmiesznych akcji jak zameldował młody. Wyobraźcie sobie, że w populacji gdzie prawie nie ma tubylca do takiej lepsiejszej szkoły potrafi takich czystych bez mydła trafić aż 1/3 stanu początkowego roztworu. Pozostałe są na pół gwizdka z mniejszości (również mniejszości endogenicznych), albo na dwie ćwierci po dziadkach obce i jeszcze posługują się takim językiem. I w takim miejscu występuje… nacjonalizm. W formie rasistowskiej. Ostrej. To trzeba grubsze rzeczy palić aby w morzu z rybami wojować. Tradycja się utrzymuje bez względu na okoliczności. Dlatego misie brunatne takie znarowione na apartheid polarnych. Bo to i bez sensu i ilościowo nie staje, a tylko z przyzwyczajenia zostało.

Podsumujmy w co trzeba wyposażyć brzdąca, aby był w stanie sam się dalej wyposażać szybciej niż byście nadążyli szpej podawać i lepiej niż starczyłoby Wam sił i środków.

Nauczyć obsługi środków dostępowych do komunikacji z informacją. To dzisiaj nie jest już szukanie fiszek w bibliotece. Dziś to robienie prompta i sprawdzanie czy to ma sens, czy to jest to co chcieliśmy i czy objaśnienia są na poziomie pytającego (bo e-jaj jak się zagalopuje to wykłada magiczne znaczki dla doktora fiszyki). Jak sprawdzać z gogolem i źródłami (przyjmijmy że wiki jest wystarczająco dobra dla stem) co e-jaj pitoli i dalej znaleźć sobie lektury do penetracji samodzielnej (czytadła).

Nauczyć dekompozycji problemów i wiązania poszczególnych zagadnień. Odkrywania analogii oraz różnicowania tych analogii (że jednak wróbelek ma nóżkę bardziej).

Nauczyć równoległego prowadzeniu kilku toków rozumowania z różnych rzutów – jeden z nich może sfalsyfikować całe zagadnienie i sprawa jest do kosza, a tak byśmy dalej brnęli w rozwiązywanie kwadratury koła.

Nauczyć myślenia drzewkiem kolejnych, rozpatrywanych warunków pod zmiennymi i patrzeć jakie labirynty rysują oraz tajne przejścia pomiędzy węzłami co sugeruje, że pewne zestawy kroków są równoważne i można sobie wybrać taki, który jest operacyjnie dla nas łatwiejszy. Tu się wszystko łączy jak w śnie paranoika.

Nauczyć integrowania całych aparatów wnioskowania pozwalających na stosowanie uproszczeń z zastrzeżeniem do przypadków szczególnych, kiedy to nie zadziała (wielBłędy w danych, pułapki w szukanych).

Stosować terror psychiczny w kategorii “gamonie nie wiedzą, ale jak się dowiedzą to nie będą gamoniami”, “kto nie rozumie sam sobie winien, informacja jest wyłącznie dla tych, dla których jest oczywista i im zbędna”. To skuteczna metoda wyrabiania w Kaszojadzie prawidłowego myślenia “jakieś hominidy to rozgryzły, też jestem hominidem i też rozgryzę”.

A najważniejsze – nauczyć kłamać, zwodzić i oszukiwać. Nie po dziecięcemu, ale tak na poważnie. Aby zmysł polityczny był wyrobiony i potrafił nas samych mamić w różne rozgrywki transakcyjne (gry strategiczne) kiedy granica “za daleko by bić, za blisko by ufać” jest rozmyta, a handlować trzeba.

Gdy już wdrukujecie w nową sieć cały bias będący w spadku po przodkach. Gdy młody stanie się najpierw Tobą, a potem Tobą i Nim. To wyruszając w życie będzie niósł echo tych wpisanych myśli tak daleko jak uda się dobiec w kierunku wieczności. Bo myśl jak wirus – stara się przeżyć przenosząc z nosiciela na nosiciela. Począwszy od włochatego typa, który siedząc na gałęzi patrzył w gwiazdy.

E-jaj ma wadę. Odkąd pozostałe dzieciaki ogarnęły, że za frajer robi zadania to moim kaszojadom padły interesy związane z tym procederem “ile dasz za odpowiedź”. Co sprowadzało się głównie do skarg od dzieci, donoszące nauczycielom, że Jasio chce za odpowiedź zapłaty, a e-jaj daje odpowiedź za darmo tylko w szkole zabronili telefonów. Znak czasów – trzeba uciekać dalej i szybciej korzystając nie tylko z kalkulatora, ale i e-jakulatora słów. W najgorszym wypadku zamiast nas kulturalnie pogrzebać to zdarzą podpiąć i zmuszą do myślenia aż do końca.