Piwo w Piwnie
Wypada coś naskrobać na okoliczność ostatniego zjazdu gerontów. Tfu! Znaczy wspomnieć o istotnym wydarzeniu jakim był zjazd czytelników. A pierwszą poruszoną kwestią (przez Medicus, który tym razem wybiegł przed szereg aby zorganizować ifend) była konstatacja foktu, iż coraz rzadziej pojawiają się nowe dzioby (komu to przeszkadza?). Pojawiają się coraz rzadziej, ponieważ ludzie używający pisma jako głównego sposobu komunikacji wymierają. Pan Jacek D. wspominał o kulturze post piśmiennej. Jest oczywiście kasta, która te umiejętności przechowuje pokoleniowo, więc instytut danych z d wezwał dwie sztuki takich nastolatków z przechowalni aby mieć dowód anegdotyczny, ale wysiadając z samolotu jeszcze strzepywali śnieg z butów tak blisko można owo zjawisko znaleźć w koncetracji pozwalającej przywieźć parę homo sapiens legens z Arki.
Nie – nie zamierzam robić na tiktoku. Przeoczyłem media społecznościowe, nie znam się, nie mój sposób komunikacji. Zaproponowałem aby pomyśleć, czy kolejnych zjazdów nie planować już w sanatorium bo basen dobrze było widać z ogródka piwnego. I my chyba coraz bardziej potrzebujemy innych wczasów, tym bardziej że wszyscy grzecznie szli spać kiedy zamykano kran z piwem wczesnym wieczorem.
Miejsce wycyrklowano tak, aby mniej więcej prawie wszystkim było blisko, więc tylko garść osób fatygowała się kilka tysięcy kilometrów. @Impeer wyszedł z propozycją aby kolejne imprezy organizować w formie ogniska, bo to coraz częściej są opowieści gerontów i długie dyskusje z wnikaniem “co się dzieje w branżach” z punktu widzenia różnych przedstawicieli danej branży na różnych stołkach (będzie w tekście) używających tego samego do czegoś innego (jeden planuje i robi, drugi używa jako enduser, trzeci zarządza klejeniem tego cyrku w kupę).
Z kronikarskiego obowiązku jako małpa, pod której grafomaństwem ludzie zaczęli się organizować na pogaduchy przysiadałem się od stolika do stolika (po tym jak przemeblowaliśmy knajpę) aby pogadać z każdym, w szczególności z tymi, którym chciało się fatygować po raz pierwszy, a do tej pory tylko sobie pyskowaliśmy na forum. @Blacha objaśnił jak wierchuszka kombinuje z konfiskatami na manipulacjach huśtawką bondy-akcje ze stopami zwrotu, ale skoro łun to wie, ja to wiem, to każdy kto się tym zajmuje wie. Oczywiście władzuchna zawsze może liczyć na bezwład instytucjonalny i zidiocenie zarządców funduszy emerytalnych, ale nie znam przypadku władzy, która długo pociągnęła na scamie, bo widelec je. Jakoś utrzymywały się te reżimy, które konfiskaty przeprowadzały brutalnie, grubo i widelcem. Środki pośrednie nigdy nie zadziałały. Może dlatego przewroty pałacowe organizują pagony, a nie księgowi?
@Blacha zasugerował, że będzie do wyboru strata na akcjach lub bondach i będzie to tak zmieniane, żeby zawsze pod inflację zeszło. Ten numer przetestowano choćby u Północników, ale działał tylko na globalnej deflacji. I przestał działać gdy okoliczności zarzuciły deflację z powodu wzrostu złożoności produktów. @Impeer przytoczył słomiany pogląd o kolejnym beton złud, ale to jest rozwiązywanie zagadki mianownika/osi sortowania z któregoś z poprzednich odcinków. Chińczycy chyba jako jedyni wdrożyli jakieś (liche ale jakieś) rozwiązanie i tam chyba trzeba patrzeć, ponieważ przy wysypanym systemie dystrybucji nie ma kto dokładać netto do jakichkolwiek rozwiązań. Bo co to za rozwiązanie, które nie rozwiązuje niczego większości uczestników? Przecież to zignorują i dalej będą robić swoje. Jaśniepan sobie może uważać cokolwiek, chłopi i tak patrzą co robi karbowy.
Z optymistycznych akcentów było wystąpienie @Tadek. Kogoś z pagonem zaczęła boleć d i zaczynają blokować demontaż bazy przemysłowej, niby mają tam jakiś pomysł, ale na razie mogą co najwyżej spowolnić proces redukując chaos wywoływany przez Chłopców z Chicago. I tak na wszystko co potrzeba do wskrzeszania interesu w gejropie braknie, więc na otrzeźwienie potrzebne są bęcki, ale widać się zaczęło pod stołkami palić skoro wymieniają zarządy i przywracają majstrów do roboty. Jednak aby opony nabrały dawnej jakości to jeszcze długie wyrównywanie stawek do rozsądnych poziomów potrwa. O czym na razie strach myśleć, bo w Rosji z musu do tego doszło i jedni pieją o kryzysie, a drudzy, że właśnie tak jest normalnie i horoskopy dla psów nie mogą być po stawkach dla inżynierów. @Tadek oczywiście przybył wprost z piekła przynosząc zapach wrzucanej do kotłów siarki coraz niższej jakości. Piekło zamarzło. Jak tak dalej pójdzie trzeba będzie ograniczać prędkość na drogach.
@Kruk opowiadał o rzeźbieniu w brązie. O ile interesuje mnie jak co zrobić, to na czorta ludziom sztuka nie wiem. No ale jest taka nisza i taki interes. W każdym razie okazało się, że odlewnie tubylcze są technologicznie w czasach zimy stulecia więc pozostaje importować wytwór z “gdzie indziej” i jak sobie na szybko w głowie zmierzyłem co @Kruk opowiada, jakie wymiary pasują wytwórcy, jaka jest jakość i technologia, oraz dodałem dwa do dwóch, że ten ciąg produkcyjny nie jest state of the art tylko ubocznym skutkiem rozwoju innego rodzaju odlewnictwa, a tam się daje maszyny poprzedniej generacji, kiedy są zaprzeszłe… to mi wyszło (a coś tam o produkcji z metali niby wiem), że taboo, które naruszyliśmy drukiem 3d w metalu (“piasek” i warstwy) sypie się pod produkcją jubilerskiej dokładności wtryskarek na traconym wosku (wiedzieliśmy, że to tak będzie, ale nie było powodu aby budować tego rozmiaru komory, bo kto Ci kupi milion małych silników i armatury do rakiet?) leży i kwiczy jak każdy zabobon. Dla niezorientowanych – chodzi o to, że do armatur pracujących pod ciśnieniem (poważnym, dynamicznym i statycznym) nie stosuje się elementów odlewanych. Bo nieciągłości, bo wady. Taki zabobon długości mojej brody. Niby przy 6bar można. Później że przy 8 niby też. Później że 10 może ujść płazem bo poprawiała się jakość produkcji. Do zastosowań labowych tak przy 24atmosferach na zamkniętej komorze testowej z duszą na ramieniu odpalałem samodzielnie zrobione graty testowe z takimi elementami. Zanim się tym zająłem to narobili dziur w betonowym stropie. Jest kłopot jak to znosi krio, jak przy 200atm, jak przy 320, jak przy dynamicznej zmianie, tam jest dużo detali związanych z przepływem, entalpią, zanieczyszczeniami i kawitacją na porowatościach odlewu potrafiących rwać atom po atomie z armatury sycąc go korozją w przejściach fazowych.
Niby człowiek wie, że to lepsiejsza i tańsiejsza metoda produkcji, oraz jedyna jeśli chodzi o złożone elementy. Niby na drukarkach 3d (takich poważnych do metalu w piaskownicy) coś już wychodzi, ale jest problem rozmiaru w jednym przelocie i silniki się rozlatują na testach. Niby wiemy, że da się to odlać, ale roboty z odlewem jest tyle, że weź Pan zamów milion sztuk. No a tu @Kruk pokazał, że poprzednie generacje maszyn (jakich jeszcze w gejropie nie mamy) trafiły pod strzechy dla płochej rozrywki (znaczy śruby napędowe do mniejszych jednostek też tym pewnie robią tylko trochę inaczej). Czyli Wykombinowali masową produkcję łącząc jedną technologię z drugą. A firmy tubylcze Niedorzecza wiem gdzie są w tej branży i skansen razi. W kontekście armatur do elektrowni jądrowych nikt się tym pewnie nie zainteresuje, a to jest dość kluczowy problem “czy w danym kraju się da”. Bo skoro elementy odlewane są takie, to jakie są spawane. I w tym kontekście przytoczyłem kwestię “kolektorów spalin” robionych taką kombinowaną metodą (druk 3d w inconelu i spawanie zrobotyzowane tych elementów) aby uzyskać dość złożoną amraturę. Teoretycznie to miało być dobre i prototyp był całkiem, ale później przyszli księgowi, ucięli koszty i rezultat na produkcji jest taki, że w zasadzie nie było po co kombinować tej całej złożoności, skoro o porowatość bez obróbki można się potknąć (bo tanio miało być), a obróbki po nie ma bo droga i wymagająca.
Skutek tego będzie taki, że Chińczycy mogą iterować małe silniki w całości po pińcet dolca plus koszt materiału, który sami wytwarzają. Jeśli chodzi o artylerię rakietową to (kalibry gdzieś to 500mm) cena czyni księżycowy krajobraz.
Cały czas na lini był @Nomad bo miesiąc przed zlotem były zakłady kiedy cofnęli mu bilety na zlot (bo ktoś walnął w samolot z manpadsa). No i został w Sztejtlu. Żydzi Żydom we własnym kraju getta pobudowali, a @Nomad jak gdzieś pojedzie to zaraz tam zaczynają się strzelać. No i zaczęli. W dzielnicy hipersonik sponiewierał wieżowiec. @Nomad meldował, że złazi do bunkra i nie będzie na linii. Ale gdy piszę to się odzywa i żyje, nawet spokojnie było w nocy z 19 na 20 – ani jednego alarmu. Tak samo jak pojechał na U to tydzień później Pan Władek też wjechał. Ale @Nomad zasługuje na oddzielną książkę o swoich przygodach.
W czasie pogaduch objaśniałem jak składam teksty (aby było ciężko je czytać) i w kontekście wymierającej kultury pisma rozprawialiśmy o tym, czy wrzucić bibliografię. Czyli co czytelnik musi mieć zaliczone, co emeryci mają, żeby wiedzieć które terminy sobie guglać. @Gruby proponował ostry filtr – kto nie umie ten ma problem, czyli łódką na środek jeziora i z łódki – na brzegu policzymy ilu ogarnęło pływanie. Teksty są składane jak funkcje – tak żeby zależnie gdzie się postawi nawiasy, przecinki i średniki wychodziło kilka różnych rozwiązań, a że jest wiele for loop i wyjść warunkowych to przestrzeń rozwiązań jest jaka komu pasuje. Inaczej teksty miałyby po 60 stron (co się czasem zdarza) i trzeba to trochę kompresować jak instrukcje dla proca mając w pamięci, że być może wcale nie chodzi o to co jest napisane, tylko właśnie o else lub !.
Trzeba chyba jednak będzie wspomnieć z jakiej literatury wziął się tutejszy, zrozumiały dla nerdów slang. Że trzeba się zapoznać z Mazurem (cybernetyka) i Zajdlem (socjalizm) i Socjalizmem (przeżyj to sam). I poznać język Partii Nieboszczki. No i fajnie jak się asemblera ogarnia. Możliwe że czytaliśmy więcej kiedy do czytania było mniej bo jesteśmy dinozaurami i tak udało nam się ekstrahować jakiś koalang.
@Gruby jak większość zlotowców został jakoś tam dotknięty przez kryzys. Ponieważ zły dotyk boli, a nie jest to pierwszy kryzys @Gruby połasił się na owce i wyruszył do krainy gdzie są najpiękniejsze, sprawdzając po drodze czy pod palmą nie jest za ciepło. Przy tablicy wyjaśnił gdzie jaki paszport kupić i po kiego. Co spenetrował osobiście pod palmami.
Za to @Rpis zajął się meteorologią, opowiadał o pogodzie, głownie o chmurach. Jakie to z chmurami są problemy dla administratorów pogody, jak to firmy podłączają sobie pogodę i zapominają wyłączyć, albo zamawiają usługi z d. Na co włączył się praktyk dłubiący w cumulusach gdzie tną koszty wywalając te zbędne zawirowania i rozkręciła się dyskusja z @Papik co tam jeszcze ma związek z chmurkami, kto już przeszedł do Nieba, a kto ma pod górę. @Rpis podawał zady i walety rozwiązań alternatywnych, co się da wykombinować, jakie kto ma ceny i że klientom się nie chce zamawiać odpowiedniej pogody, a nawet nie wiedzą po co więc sysadmin tak łazi jak Pan każe. @Koncereyra pilnie notował, bo przybył z garażowego startupu zajmującego się oprogramowaniem dla małych urządzeń. Takiego typowego gdzie szef w swetrze chodzi i jeśli jakoś się to zepnie z zamówieniami to może, po dekadach będzie z tego coś więcej niż garaż. No i @Koncereyra macza palce w konkurencyjnym zamawianiu pogody, więc to jak klienci są łojeni przez konkurencję to trzeba pochwalać i robić tak samo (od tego w garażu jest dział marketingu), no ale na własne potrzeby mainframu to wypadałoby jednak pewnych rzeczy nie sss tak jak konkurencja, a rzadko można się dowiedzieć od sysadminów co głupiego klienci robią z Twoim produktem. I do tego od praktyków. Niby można zrobić customer survey, ale @Rpisowi takie rzeczy przez filtr od spamu nie przechodzą, i ewentualnie kliknie skip jeśli się przedrą.
@Koncereyra twierdził uparcie, że jest niezwykle nieinteresującą personą. Ale że trafił w miejsce gdzie wszyscy są tak samo mało interesujący to pozostało się tym nie przejmować. Objaśnił kilka rzeczy o edukacji, o tym co jeszcze system próbuje robić aby uzasadnić swoje istnienie. Pogadał z dzieciakami, którym za kotlety i chleba powszedniego płaci Esrange bo tam też próbują. Był bardzo użytecznym rozmówcą przy stoliku, informacje zagregowane, z przypisami. Trzeba go będzie jakimś podstępem zwabić na kolejną imprezę. Nie może być tak, że sobie będzie tylko na forum spamował. Trzeba wyzyskać.
W ramach przerywnika uprzejmie doniosę. Wlezę na ambonę, ogonem na mszę zadzwonię i powygrażam. Otóż wśród czytaczy od lat lęgnie się problem typowy dla każdego Trolla. Troll jak nic nie robi to myśli, a jak myśli to głowa boli. I dlatego Troll wali łbem w ścianę aby mało myśli, wtedy głowa nie boli. Toteż co kolejny czytacz (bez ujawniania) ma zagadkę z waleniem się butelką w dekiel na różnym stadium. Jakby na zlot przybył terapeuta to może z marszu prowadzić zajęcia grupowe. Nie mam w tej kwestii nic mądrego do napisania, nie znam się, widziałem to wiele razy, więc tylko powygrażam z ambony pomstując na patolstwo i wzniosę za nie toast. Ale jakby kto się na tym znał, to w zasadzie mógłby wrzucić słowo co i jak, kiedy jest czas, widełki, obsługi błędów. Jakiś wątek dla anonimowych czy jak.
Byłem kiedyś kilka dni odwiedzić i zobaczyć w takim ośrodku dla uzależnionych nerdów, no i niepolityczny widok. Zagonieni do lasu doktorzy, przedsiębiorcy, naukowcy gdzie alko było najmniejszym zmartwieniem – ze względu na zawód każdy miał nieograniczony dostęp do apteki. Dość powszechne zjawisko, znane w branży (nie tylko tej, ale są pewne różnice między zawodami, anegdotyczne oczywiście względem potrzeb relaksacyjnych – przedsiębiorcy częściej depresanty zażywają, żeby się otępić, a jajogłowce sedację i wycieczki do krain abstraktów) no i nic z tym nie zrobimy. Ponoć trzeba sobie znaleźć hobby. Na terapii od tego zaczynają, jak ktoś nie ma zainteresowań to sprawa jest zazwyczaj przegrana. I tu ciekawostka – sprzedawców (później zagonionych ceo) najczęściej leczyć się nie da, ponieważ ich zainteresowania są społeczne, metody relaksacji społeczne, a żyją w patologicznej grupie zawodowej i społecznej więc trzeba by im robić krzywdę i trzymać w piwnicy. A nerdy jak pieczarki i tak siedzą w piwnicach, więc przynajmniej jeden problem jest z głowy.
Jeśli kogoś zainteresuje dlaczego ten proces ujawniony przez @Kruk jest tak istotny w produkcji (chodzi o ceny, nie o jakość; choć pewne rzeczy niby da się uprościć, ale dopiero kiedy robi się dużodużo) to mogę rozwinąć w jakimś przyszłym tekście.
@Arguson siedział zblazowany, co powiedział na zeszłych imprezach stało się. Na razie w słonecznej Hiszpanii, ale wszystko przed nami jak świetlana przyszłość eurokołhoza. Za to śmiesznie zrobiło się na rozchodnym. Anegdotka jest. Jeden z czytelników pofatygował się ze ślubną i omyłkowo wlazła między mizoginy przy śniadaniu, bo byliśmy po temacie edu (@Koncerya omawiał, ja coś tam porysowałem, żywe egzemplarze anegdotyczne okazano) i wyszła statystyka. A ta lubi operować na dużych liczbach – wtedy wychodzi lepiej. Czytelnik przedsiębiorca postawił kwestię jak uzyskać skutek gwarantowany, więc niemieckim tokiem rozumowania – trzeba pociech zrobić dużo, a później na środek jeziora i kto do brzegu dopłynie ten dobry. Nasze dziady swoje plemię wrogom pod miecz oddawali. Z czego wniosek, że trzeba się mnożyć jak haredi. Albo jakimś rozwiązaniem alternatywnym. Na co ślubna, która przy dyskusji była zasugerowała, żeby sobie sam to jajo znosił bo się samicy już nie chce chcieć. No i rozwiązanie korporacyjne – jedną specjalistkę może zastąpić mrowie studentek, czy jakoś tak. W każdym razie skoro jedna kura daje jedno jajo, to do uzyskania większej liczby jaj trzeba więcej kur. Czemu oczywiście samiec podołać musi, bo taki jego smutny los na tym padole. No ale koncepcja dla samicy niby bulwersująca. Ponieważ omawiana kwestia dotyczyła sprawności potomstwa w generowaniu wywczasu i z tego punktu widzenia samice są w narożniku. Bo samiec sobie z puli jakiegoś tam potomka wybierze jako najlepszego i jemu miecz, pług czy inny kapitał przekaże. Za to jeśli samic wiele, to akurat może być nie jej potomstwo (wtopa statusowa), za tym idzie brak wpływu na nowego władcę (choćby gospodarstwa) i nędzny los na zapiecku. Dlatego samice rozsądnie zwalczają inne samice zanim te zaczną znosić jaja. Samcom kwestia ta jest ambiwalentna. Liczy się ilość, z niej jest jakaś szansa na jakość. Przystosowania ewolucyjne. Samica podniosła temat, że sprokurowanie potomstwa to tak prawie rok zajmuje co jest oczywistą dezinformacją – każdy samiec wie, że góra kwadrans, a jak się na starość człek wprawi to jajko można szybciej ugotować. I to na miękko. Sama wlazła między mizoginy to ma. Ale litościwie nie drążyliśmy tematu.
Przy tablicy plotłem coś o przesuwaniu średniej rozkładu populacji pod wpływem stresorów, dlaczego mamy akurat tak nie inaczej rozłożone piki i dlaczego utknęliśmy w sytuacji, kiedy wąskie gardło się wydarzy. Bardziej w kontekście zajętych nisz ekologicznych i sortowania zbiorów. Pokreśliłem trochę wykresów, nabazgrałem trochę odcięć i shift bars, które wychodziły już wyłącznie w lewo. Może komuś skojarzył się Taleb, a może ratchet issue z fiszyki – dowolne, losowe przesunięcie przy ścianie jest od ściany.
Wiele pytań padło o edukację smarkaterii. Z racji że rezultaty produkcji anegdotycznie okazano. U mnie działa – inni chcą tak samo albo lepiej. A że średnia wieku na zjazdach się przesuwa to chyba trzeba będzie popisać jakieś wątki jak to się robi. Wszyscy mniej więcej robimy to samo, tylko ci co mają mniej zniesionych jajek (z racji samoograniczania się z liczbą kur) spinają się nad mniejszą liczbą sztuk, nie mogąc sobie przełączyć w głowie, że algorytm ewolucyjny działa (czego są dowodem) więc łódka, jezioro, brzeg.
@Medicus opowiadał o swojej robocie, jak to zajmował się przeróżnymi przypadkami, jak na to biurwa, jaki stosunek do shissuslanderstwa. Kiedy omawiał przypadki komu się jaka krzywda działa, szczególnie dzieciom (cierpienia i przypadki ostateczne) to bardzo się wzruszał. najwidoczniej traumatyzuje go ta robota. Opowiadał też jak funkcjonuje exit i dignitas, jak się apteki żarły o to żeby im morbital sprzedawać, i jak przestali wydawać dawki zapasowe bo ginęły. Nic z tego ni w ząb nie rozumiałem (z tego wzruszania się) bo jak mnie boli to rozumiem, a jak kogoś to trzeba usunąć przyczynę, a nie przekładać to na siebie, no ale nie znam się. Może doktory takie muszą być bo inaczej nie działa.
W spokoju rozjechaliśmy się w przeróżnych kierunkach. Na lotnisku pogadaliśmy jeszcze o drobnostkach, a kilka dni później załapałem z kim rozmawiałem (właśnie pisząc), że to chyba był @Truman i maiłem go o coś zapytać, ale tak słabo kojarzę ludzi z pytaniami, że akurat wtedy mi się ta kulka nie wylosowała. Ponieważ tym razem było cyrklowane tak, żeby wszyscy mieli daleko to postanowiliśmy następnym razem zorganizować komuś wjazd na chatę – na sali nie było sprzeciwu leniwca, któremu nie chciało się taki kawał jechać, ale @Impeer i tak wsypał całą niespodziankę. Wtedy wszyscy będą mieli baaardzo daleko bo tam jest problem ostatniego kilometra.
