Automatyzacja – przesądy i zabobony
Kontynuacja. Chociaż nie chce mi się grafomanić. Na drugim monitorze dłubię kod i te cyferki jakoś bardziej mnie pociągają niż publikowanie bezmyśli. Więc co chwilę zerkam w prawo (odchylenie?) zamiast tu klepać. No ale @Koncereyra zapytał o chłoporobotnika (wskazałem robotniko-robotnika jako nowego stwora), a w ramach komentarzy do tekstu innym kanałem podesłano mi dyskusję Kremlinki z jakimś teoretykiem od wojowania, w której to dyskusji nie udało im się ogarnąć przebiegu funkcji w punkcie (trochę się nad tym będę wyzłośliwiał, bo to dobry punkt zaczepienia).
Tekst będzie o przesądach i zabobonach, które rozpowszechniły się na tyle, że wyłącznie w huku dział będzie można wrócić do rzeczywistości. Forma tekstu – grzmienie z ambony w piwnicy (mroczny kult wrażego mira) i zapluwanie się karła bezracji. Zjadliwie i bez logiki. No może nie tak do końca, na końcu może być inaczej.
Zacznijmy od Kremlinki. Wspomniano tam (w dyskusji, nie wiem jakiej, bo nie śledzę), że w Kacapii inflacja i o ile pracującym w przemyśle pensje rosną i “nie odczuwajo”, bohatersko równając do średniej gejropejskiej to “normalnym ludziom” żyje się źle. W tym zawarto tyle odklejenia, że czego nie dotknąć to leży.
To może od tej średniej gejropesjkiej zanim wbijemy kołek w krwiopijczy przesąd. Kiedy patrzymy na średnie i statystyki to tam cuda wianki można znaleźć. Ostatnio młody dostał w szkole temat o nierównościach w dochodach i miał sobie znaleźć statystyki. Znalazł z jednego tylko urzędu trzy różne za ten sam rok. Naturalnie bez opisów czy to netto, czy brutto, czy brutto brutto. Zależnie gdzie trzeba było wysłać to były inne wartości. Popatrzył się na to, i stwierdził, że nie dość że liczby się nie kleją, to jeszcze nie zna nikogo należącego do grupy zarabiającej w tych widełkach. Podparłem go w kwestii szukania metodologii i skąd się takie dziwne cyferki mogły wytabelkować, ale wniosek był prosty – statystyki opisują rozrachunek nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Tak samo jest z tą średnią gejropejską – takie Yeti, niby ślady zostawia, bo urzędasy dużo o tym piszo, ale na żywo nikt tego nie widział. Albo ktoś ma zdrowo ponad, albo netto netto medianę nie wystarczającą na rachunki (chyba, że dzieci wrzuci do gara i w pustym pokoju położy siennik obok czterech innych – jak to w pańskich czworakach). Jak do takich wyników dochodzi (dławienie dystrybucji) jeszcze wrócimy.
Istotni są ci kacapscy “pracownicy przemysłu” vs “zwykli ludzie”. To jest właśnie odklejone. Warto zauważyć (może niektórym się nie udało), że wszystko co mamy wokół jest wykonane przy użyciu produktów przemysłowych w przemyśle właśnie. Nawet żeby głupie drzewo zerżnąć (lub urodziwe panie, wszak im drzewo wynioślejsze tym trudniej wleźć na nie) to wypada mieć coś metalowego. Podpowiem – metalowe nie rośnie w lesie, nie rośnie też na łące i nie pojawia się niczym mleko w kartonach u von Lidla (mleko bierze się ze sklepu co wie każde dziecko, łąka i krowa to przesądy). Trzeba wykopać, a kopie się przy użyciu… następnie oczyścić, przetopić, walcować, kuć, obrobić mechanicznie, zahartować, osadzić. I już można rżnąć. W rolnictwie to samo – fosfaty trzeba przetwarzać w reaktorach chemicznych bardzo opornych na korozję (staliwa, hast alloy, inconele) inaczej wyrośnie 40-200 razy mniej (czyli gdzieniegdzie pszenica wcale by nie rosła, bo śnieg pada do maja, a rośnie). No i to metalowe to … (patrz wyżej). Plastiki – nie rosną na łące, nie rosną też w lesie. Elektronika… (patrz wyżej). A prąd oczywiście bierze się w gniazdka. Wystarczy w Castoramie kupić gniazdko, położyć na stole, wsadzić wtyczkę i już mamy zasilanie? Czy może coś za tą wtyczką jest? Jakieś metalowe kabelki? Nie rosną na łące? I dalej jakiś transformator? Nie spadł z Nieba? I dalej jakiś kabelki i generator, gdzie jest wielkie mnóstwo kabelków nawiniętych na wał i jakieś klatki, jakieś magnesiki? Może to w morzu złowili? Na haczyk z rybiej ości wyrzuconej na brzeg?
Dla uproszczenia (platońskiego więc o jaskini) – dzisiejsza gospodarka jest produktem cywilizacji technicznej opartej o przemysł. Tak jak gospodarka łowców – żebraczy była oparta o modły do lasu, aby wyszedł z niego zwierz. Przyjmijmy wielką równinę i mamuta (bo łatwiej sobie wyobrazić – nie myśl o różowym mamucie, nie myśl o różowym mamucie…). W gospodarce opartej o łowy dużych ssaków byłoby oczywiste, że łowcy mamuta wyżerają zaraz po polowaniu co bardziej energetyczne elementy (wątroba), żeby uzupełnić straty. Następnie kroją te elementy, których koszt energetyczny transportu jest korzystny (czyli, żeby cokolwiek dowieść pozostałym, głupio jeśli tankowiec paliłby więcej niż wozi) co oznacza, że mamut też ma EROEI. Tak – większość dużych ssaków lądowych po ubiciu było obdzierane z sadła, a mięśnie (takiego jak lubicie, krwiste steki) w większość były porzucane o ile nie zeżarto ich na miejscu, a łowcy tyle to nie zjedzą. Dlatego za mamutem czy bizonem się wędruje, aby się nie natargać za dużo, bo wtedy można utrzymać większą populację niż stacjonarnie. Zwierz łazi tam gdzie łazi, a nie tam gdzie nam pasują widoczki.
No i plot twist – łowcom mamutów żyło się dobrze, a zwykli ludzie (zbieracze, szaman od horoszkopów dla psów, fryzjer kotów, nerd knujący jak tu utwardzić ogniem kij, aby lepsiejszą dzidę zrobić) to mieli źle, bo od nich zależeli. No kto by się spodziewał?! Że podli łowcy mamuta ubiją i zamiast wszystko wodzu oddać, bo ten takie ustanowił lewo to sobie zeżrą co lepsze, a przyniosą innym tylko tyle ile zdołają, a nie tyle ile by inni chcieli. Skandaliczna sytuacja!
Ten atawizm przetrwał – otóż w cywilizacji technicznej pracownicy przemysłu też są zaraz przy niskiej entropii. I dlatego reszta gospodarki albo da im dużo, albo sobie fryzjer kotów z łekonomistą w pole pójdzie za pługiem dreptać bo bez fosfatów, które spadają z nieba (Szpaki robią na ziemię, a Zwykle na głowy) i syntetycznych (z gazu) urośnie tak mało, że trzeba będzie dużo ludzi do wielkiego mnóstwo pól, a z braku traktora wymagającego paliwa trzeba będzie założyć równouprawnionym chomąto.
Zabobon ujawniony w dyskusji na Kremlince, jakoby gospodarka zasypująca sąsiadów dzidami była wadliwa “bo Zwyklom źle” pokazuje odklejenie wynikłe z tego, że kilka dekad temu wywieziono produkcję przemysłową do Azji (głownie do Chin) z nadzieją, że to już tak będzie zawsze. Oni będą mamuty łowić, a nas będą karmić za horoskop dla psa. No jakoś się ogarnęli i horoskopu dla psa nie chcą. Kota też sobie sami ostrzygą. Wodza olali (razem z jego pomysłami o opłatach od pomysłów – jakieś brednie o własności intelektualnej, jak byłem mały tego nie było, i na starość zaczęło samo mijać),a nerda posadzili przy własnym ognisku własnego. Jeszcze zdążyli go przeprowadzić przez ognisko u Samego Wuja, żeby podpatrzył co tam inni knują.
Pogląd jakoby jakieś Zwykle nie robiące w przemyśle (w ubijaniu mamuta) miały żreć tyle mamuta co łowcy jest równie odklejony jak koncepcja aby ten co stoi na górce bliżej miał horyzont niż ten co mu się wleźć nie chciało. Cała ta “gospodarka” (gównoprace) niezwiązane z wydobyciem, przetwarzaniem i produkcją to tylko dodatek do łowienia mamutów. Fakultatywne widzimisię łowców, w łaskawości swojej pozwalających innym na podawanie im czaju oraz keczupu do frytek. Kiedy Chińczycy stwierdzili, że odpuszczają “kupowanie” od wodza wampumów na wieczne nigdy (Tbondy) to nagle sen złotego miliarda o życiu w bajce prysł. Kiedy Kacapy postawione pod ścianą cenami surowców poszły na udry to też było wielkie zdziwienie. Tyle że Kacapy przeszły lata dziewięćdziesiąte, więc wiedzą, że niewolnikami będą i tak. Wybór taki, że mogą być niewolnikami tubylczego sukinsyna i może przeżyją albo będą niewolnikami Chłopców z Chicago i będzie jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy im ziemianki splądrowano.
Tu nie ma żadnego dysonansu – w Kacapii gospodarka funkcjonuje normalnie. Pracownicy przemysłu to jest gospodarka, cała reszta to pochodna. Cała reszta jest fakultatywna. To oni są kastą dziobiącą. Ponieważ obecnie wojują to dokooptowana jest kasta wojująca, ale to tylko przestrzeń na mobilność społeczną. Zwrócę uwagę, że uchowało się nieco rodzin panujących w gejropie i oni właśnie są potomkami takich wojujących co na mobilności społecznej się wspięli mordując pozostałych.
Jeśli ktoś chce mieć prąd w gniazdku to nie otrzyma go na kredyt z banku, tylko otrzymuje go, ponieważ działa elektrownia, huta, kopalnia. Otrzymuje nadwyżkę EROEI, którą przemysł może, ale nie musi wypluć z noszenia gratów ze źródła o niskiej entropii i przemieniania w tę wysoką (wielkomiejską). Dlatego gospodarka oparta na sługach grzecznie, na dwóch łapkach obsługuje pracujących w przemyśle bo mogą przynieść nadwyżkę mamuta do podziału, a mogą polować mniej i nic nie przynosić. W Kacapii po prostu puszczono rynek na żywioł. I zarobki od razu wróciły do normalności – w przemyśle płace są kilkukrotnie wyższe niż w gównopracy.
Kiedyś pisałem o przywróceniu pracy dzieci. Dzieje się w temacie, poniektóre krainy już zaczęły obniżanie wieku. A teraz tylko czekać porównań zarobków programisty do górnika z psioczeniem, że górnik to jednak mało dostaje, a potrzebny jakoś bardziej.
Zanim się obejrzymy mity jakoby jakaś tam automatyzacja miała robić za złoty miliard prysną. Na razie jeszcze są głoszone, ale kto w tym cyrku pracował ten się w fabryce śmieje. Bo na końcu jest co najwyżej chłop uzbrojony w mechanizację, która pędzi gigawaty w większe maszyny pod jego czujnym sterowaniem.
Byłoby to śmieszne (to naigrywanie się z blichtru czystych rączek, na które ktoś ma pracować) bo przecież ktoś musi nowe rzeczy wymyślać i w czystym biurze kod klepać tylko, że wyobrażenie górnika z kilofem na przodku jest nieco przeszłe. Bo tym wymyślaniem, klepaniem kodu i podobnymi sprawami też zajmują się pracownicy przemysłu gdyż obecnie są to branże o takim poziomie złożoności, że jak nie umiesz w asm i c to nie ogarniesz urządzeń, którymi trzeba się tam posługiwać. A jak popsujesz to za bramę pogonią, więc selekcja jest ostrzejsza niż gdziekolwiek indziej (lekarzy tak nie gnębią za “błędy w sztuce”). Poziom złożoności wymaga łba, który ogarnia te “czyste gównoprace” w ramach relaksu.
W drugą stronę to już takie śmieszne nie jest kiedy z gównopracy ludzie są zaganiani na grubę (żeby wozidłem cały dzień targać hematyt z dołu na załadunek do huty) i z racji nieogarnięcia (oraz dystrakcji smyrfonami) zdarza im się z wozidła wyleźć i pod inne wleźć (gdzie drugi taki granatem od biurka oderwany kółko trzyma) co kończy się zwyczajowo gdy człowiek łbem ledwo do piasty sięga bo to nie są małe wozidełka. I nie – nie zautomatyzujemy (na razie) bardziej jazdy w takich warunkach jak wyrobiska przesuwające się co godzinę wraz z postępem wydobycia.
Dławienie dystrybucji w przemyśle. Ponieważ jest to jedyna działalność netto+ (oprócz rolnictwa, w tym uprawy drzew i wydobycia ryb) to jest to jedyne źródło zasilania w cokolwiek dla reszty populacji. Pozostaje tylko okraść łowców. To takie proste nie jest, ale w krótkim d(t) można opowiadać o metastabilności (jeszcze lecimy).
Pierwszym sposobem było oczywiście opodatkowanie łowów mamutów drożej od wódki. Znaczy praca w gejropie jest opodatkowana drożej od używek. Czyli władzuchna jasno daje do zrozumienia, że każdego kto śmiałby pracować postara się od tego niecnego pomysłu odwieść. Do gołej skóry obedrze. Stąd nałogowcy wymyślają różne obejścia jak tu jednak oddać się nałogowi (pracy) i jednocześnie nie dać się okraść krawaciarzom.
Piętro wyżej kradnie też biurwa na wejściu i wyjściu z fabryki (opodatkowując i zmuszając do rozliczania) oraz wymyślając jak to niby polować trzeba, bo co to tam łowcy wiedzą – biurwenamt wie lepiej jak się kopalnie, huty, elektrownie i fabryki prowadzi. Wszak łowcy mają dostarczyć tyle ile sobie władzuchna wymarzy, a nie tyle ile rzeczywistość pozwala.
I tak podkradając po kawałku biurwa (prywatna i publiczna) może zagrabione dobra wysłać do Wielkiego Wodza Długich Nosów, który zrewanżuje się wampumem (Tbondem) na świętego Nigdy. Na bazie tego jedyne co biurwa może to naobiecywać emerytur na świętego Nigdy i mieć nadzieję, że zostanie poparta czynem, a pracownicy umrą przed terminem (realizacji zobowiązań). Pracownicy przemysłu co prawda umierają przed terminem, ale cała reszta poszła do gównopracy i jakoś umierać nie chce, więc pozostaje wydłużać wiek emerytalny. W przemyśle to poszło szybko – umiera się gdzieś 55-65 więc koncepcja emerytur została porzucona dawno i spokojnie można prowadzić cały biznes “na czarno” (czyli zarówno wyzyskiwacze jak i wyzyskiwani doszli do porozumienia, że nikt się tych emerytur nie spodziewa i nie ma się co szarpać z oczekiwaniem biurwenamtu, żeby płacić, bo nikt z biorących udział nie ma w tym interesu – zeżremy tyle mamuta ile zdołamy gdy ubijemy, a że biurwy przy tym nie ma to może najwyżej opowiadać, że kiedyś tam nie dostaniemy emerytur – których i tak byśmy nie dożyli pracując w takich warunkach).
Ale to nie koniec beki z uczonych porównań. Bo porównania z każdego podesłanego materiału dotyczą mitycznej średniej unijnej, do której to dociągnął kacapski przemysł z płacami. Tak jakby na Zapadzie klasa średnia jeszcze istniała (Jankesi coś się odgrażają, że odbudują) gdy tymczasem nawet na dotacjach nie udało się jej utrzymać (dotowane MiŚie z powodu niskich cen zbytu zarosły krzakami, nawet jeśli szefowie są na tyle ogarnięci żeby do koryta dotacji dzioba wsadzić, to starcza to na jako takie przeżycie, a nie prowadzenie działalności – najwyżej na jej wolniejszy rozbiór). Kacapy więc (w podłości swojej) zaczęli klasę średnią odbudowywać. Po prostu zdjęli ograniczniki odsysające z przemysłu marżę (i co za tym idzie z pracowników tegoż przemysłu) i samo się zrobiło. Te odsysacze to to co widzicie w statystykach jako różnica pomiędzy wzrostem produktywności, a wzrostem płac. Produktywność przemysłu w Kacapii mocno kuleje z powodu geografii. Korupcja i bałagan jest tylko wisienką na torcie geografii, tam same odległości i koszty transportu wymuszają agregację, a co za tym idzie patologie dużych firm (odpowiednich sieciówek korporacyjnych na Zapadzie). Do tego pogoda też jest jaka jest – no taki mamy klimat panie kierowniku.
Z wymienionych powodów kacapska gospodarka ma się położyć już zaraz, za dwa lata (od czterech lat). Jak się położy za dwa lata to akurat pięć lat po zarżnięciu gejropejskiej. To są opowieści z gatunku “a u was biją murzynów”. Opowieści o tym, że im stanęło budownictwo mieszkaniowe (tak jakby budownictwo w gejropie nie stanęło wcale – siedzę na obrocie tymi materiałami i zajmuję się głównie piciem czaju oraz spoglądaniem w ścianę) są z tego samego gatunku. Tylko że Kacapy socjal wyeksportowały wprost na maszynkę do mięsa i mieszkań to im nie brakuje. W gejropie co innego – głównym problemem z mieszkaniówką jest struktura własności, mieszkań jest za dużo, ale to ostatni sposób jakiegokolwiek przenoszenia wartości w czasie, więc wyceny są odklejone od siły nabywczej.
Właśnie w tym jest cały pies pogrzebany, że powstały przesądy na temat “średniej”, która kiedyś owszem coś znaczyła, obecnie to tylko termin pożyczony ze statystyki, który ma takie znaczenie jak koszt brutto pracownika dla otrzymującego wypłatę – gdzie jest reszta wiadomo. Idzie na utrzymanie pasożytów (urzędasów). I klasy średniej nie ma, i Kacapy budują taką jaka im wychodzi, i Jankesi kombinują jak u siebie zacząć od nowa (o co ponoć są dąsy w aparacie, bo jedni chcieli na tym zarobić, a prikaz polityczny jest, żeby tkankę społeczną odbudować, bo nie ma kacapskiego luksusu wojny dwa rzuty kamieniem od stolicy, żeby przemielić ćpunów i kredyciarzy), i porównania gospodarcze czystych rączek ciągle opierają się na cyferkach z drukarki, a tymczasem te cyferki zawzięcie nie chcą zamieniać się w czołgi, samoloty, okręty i amunicję. Zmartwieniem (z takich zabawniejszych) kalifackiego królestwa jest to, że Tajom zachciało się więcej gripexów – wszystko fajnie, ale wymogi biurwy co do fabryki je produkujące są takie, że nikt nie wie jak i kim zrealizować zamówienia. Specjaliści wymarli, obecni mają tylko bilet (bo nie produkowali), a ci co jeszcze nie wymarli nie mają koszrnych biletów, bo po co im takie w kraju, który nie produkował?
Wnioski takie, żeby mniej snuć “kiedy to Novogród odłączy się od Moskwy?”, a rzucić okiem jak na własnym podwórku brakło klasy średniej, która jest jedyną grupą, którą da się zaciągnąć w kamasze (bo bidni uciekną nie mając interesu, a bogaci mając interes uciec). Na Ukrainie szybko doszło do konwergencji i wyprostowano dystrybucję (te same, azjatyckie problemy korupcji, choć korupcja jest mniej dokuczliwa niż unijna biurwa), a nawet wymyślono, że biedakom za wojowanie trzeba płacić (z góry) tyle ile zarobią przez całe życie i wtedy są gotowi ewentualnie tym życiem ryzykować.
Ustrój wpadł w spiralę wzajemnie negatywnych bodźców. Nie da się z tego wyjść – każdy ruch z punktu widzenia beneficjentów jest ruchem złym. Albo im polecą marże (i nie utrzymają aparatu) albo nie utrzymają aparatu. A marże lecą. Tak dogorywa każdy ustrój. W każdym (nawet w teokracji przewidującej celibat) beneficjenci mnożą się jak króliki i dość szybko do jego utrzymania trzeba sprzedawać odpusty (od CO2, IP, od vaty, od cukru, od plastikowej słomki, od mowy heretyckiej – tu można dopisać całą listę grzechów wynikających ze sraczki legislacyjnej i szamańskiego orzecznictwa [jeśli ktoś tu wyczytał koalang to ja na pewno napisałem to przypadkiem i nic nie miałem na bezmyśli]).
Optymiści zakładali, że ustrój będzie sobie powoli gnił. Rzeczywistość zawsze przysyła kanonierki i każe zasuwać za darmo. Kanonierki przysłali Kacapii, zasuwać trzeba na Jankesów (danegeld im płacić na utrzymanie imperium, jak każde w fazie schyłkowej monetyzujące military power nazywając to prowadzeniem deficytowego budżetu). Ciekawostką jest to, że Wielki Wódz Długich Nosów odkleił się od Danii i Grenlandii. Nie dlatego, że Dania taka groźna co wyjaśnili mi tamtejsi wojscy (naturalnie hipotetyczni i wyssani z brudnego palca, którego sobie dopiero wyjąłem z …). Otóż Północnicy wszelkiego sortu (jest ich kilka sortów) rzucili się na wyścigi deklarować gotowość. Aż się wierchuszki przestraszyły, że takich wojowniczych rezerwistów mają. Bo skoro rezerwa i ochotnicy tacy chętni, to co dopiero w aktywnej służbie, która ich od czasu do czasu mizia za uszami. Zanim się o tym wierchuszki zwiedziały to Jankesi mieli już czarno na białym raporty, żeby przerwać te Dziady i nie wywoływać skandynawskich duchów z morza, bo nastroje wskazują, że te duchy to tam mogą mieć i 50 państw po ledung na jarla, a i tak oni będą gryzzli & strelali, a ich to tak nie bardzo jest po co napadać. Do tego nikomu nie potrzeba odtwarzania unii kalmarskiej, globus bez tego ma zbyt wiele biegunów.
Kilka dekad temu na zajęciach z technik i organizacji produkcji (wiadomo jakiej) po tym jak ogarnęliśmy rozrachunek, zastępowanie na stanowiskach, swapy na dostawcach i podobne kwestie związane z zegarkiem i produktywnością padło zagadnienie “skreślamy rubrykę rozliczeń w walutach, blokada kontynentalna, banki się pogryzły, na morzach uboty, piraci, węże morskie – jak prowadzimy produkcję i rozrachunek? Co mierzymy i od czego zależy zachowanie zdolności produkcji oraz zdolności remontowych?”. Zajęcia te prowadził dziadzio, który dobrze pamiętał gdy w urzędach obok portretu króla wisiał portret wodza. A gdy wodza nie stało brukiew z bocznicy kolejowej kradli, żeby coś do gara włożyć.
Cały ten układ rozpadającej się gospodarki byłby dziwny, gdyby to była pierwsza raza. Ale nie jest. Dlatego doskonale wiadomo jak do tego doszło, jak to będzie przebiegało i dlaczego kończy się w huku dział. Jest to ciekawe zagadnienie zarówno z historii (przypadki znane), teorii gier (jak się to udało tym razem tak szybko, bo głownie z powodu rozwoju Matematyki, w szczególności logiki podejmowania decyzji w grach o sumach nieujemnych; wzorki się sypią przy pozostałych i wcale nie wystarcza przesunięcie poziomu odniesienia do relatywnego zera jak to Zwykle robimy w fiszyce; Zwykle robią na głowy, a szpaki na ziemię). No i oczywiście zagadnienie sortowania zbiorów z odwiecznym pytaniem – a w którego demona upchnięto entropię przy sortowaniu?
Cała koncepcja gospodarki od czasów niepamiętnych sprowadza się do algorytmu sortowania. Jakiegoś – to kwestia metryki. Ponieważ kilka razy próbowano wdrożyć jakoś szerzej racjonalizm (bezskutecznie) to metodą błędów odkryto, że trzeba jakoś oznaczyć użyteczność zasobów. Ta metoda działa dość sprawnie przy istotnych kryzysach gdy sumy gry są ujemne (populacja próbuje przetrwać). Ale gdy stresory słabną trzeba system jakoś uprościć, żeby jak najwięcej osobników (gdy ich liczba rośnie) brało udział. Taką metryką jest choćby monetaryzm, czy kapitalizm w ogólności – trzeba jakoś przypisać powszechnie przyjętą wartość abstrakcyjną do działań. Oczywiście w czasie piku na stresorze ten system ma istotną granulację (ile stali, ile węgla, ile zboża, ile wódki. Ile kawioru, a ile cementu – aby dynamicznie bilansować dystrybucję roboty wrzucanej na garba aby uzyskać jak największe użyteczności pozwalające przetrwać populacji), ale bez stresora można przypisać wartość do abstraktu fiata i na tym sobie folgować. Algorytm sortujący jest dość prosty – ma być taniej i na wyjściu wincyj fiatów. Teoretycznie to powinno działać, ale… nie powoduje uwiądu innych funkcji sortujących (potrzeby biologiczne), jest supresowane przez gry w pozycję społeczną, nie supresuje wewnętrznych dążeń atawistycznych poszczególnych osobników (dominacji i kontroli). Przy czym to nie są największe bolączki – w populacji jest pewien rozkład tego jak osobniki rozumują i niektóre rozumują szybciej oraz częściej, więc te dysponujące lepszym rozumowaniem od razu knują jak okpić grę. Czytelnikom tego bloga można takie zarzuty stawiać, ale kto by pierwszy rzucił kamieniem ten w grę statusową przegrywa, bo że niewinny to jedno, a że naiwny to istotniejsze. Oczywiście najbystrzejsi na planecie od razu sobie umyślili jak tu sobie punktów dopisać ile zechcą. Zaczęli drukować fiaty. I zaczęli je wydawać, a to już jest coś z gatunku rozdawania statusu społecznego (ślachectwa) za … no i ta “za” to czasem ma użyteczność (typowo w demokratyzujących się ustrojach w czasie wysiłku zbrojnego awans społeczny za popełnione czyny jest oczywistością), ale mamy przykłady krain, gdzie w skutek tego doszło do pauperyzacji grupy wybrańców. Zarówno w Rzymie status weterana tracił na znaczeniu gdy brakło zamożnych barbarzyńców do obłupienia, tak w RON coraz większe koszty utrzymania jednostek pancernych powodowały, że “rycerze” musieli zajmować się gospodarką (aby zachować zdolność wykonywania obowiązku i jeszcze przy tym mieć szansę wrócić), czy Japonia gdzie klasa zamieniała się w czystej wody biurwę zmiecioną pierwszą kanonierką. Tak jak Degenerujący się z rycerstwa do osiadłego ślachectwa RON padł pod zdziwionym postępami własnych żołnierzy Adolfem (Gustavem). Podobnie w Rzymie doszło do sytuacji, w której obywatel nie miał interesu by wojować, a wojowanie wysycili najemnie barbarzyńcy do których utrzymania potrzebni byli latyfundyści, a nie politykujący obywatele.
Podobnie padły feudalizmy kiedy aparat przestał dowozić to co potrzebne, a merkantyliści jak najbardziej dowieźli, no ale nie za darmo (trzeba było odpuścić decyzyjność).
Od której strony by tego nie ugryźć chodzi o mechanizm sortowania zadań. Kto zrobi taniej, kto zrobi więcej i kto zrobi to co jest potrzebne. Metryka – waluta obrachunkowa. Na przykład dular w naszych czasach. Albo floren, drachma czy jakiego tam grossa lub aureliusa akurat klepano. Na pewnym etapie ogarniane są metody administrowania tą masową dystrybucją roboty do wrzucania na garba – powstają świątynie, tam ktoś umie czytać, pisać, liczyć, i wymienia informacje. Nigdy jednak takiej wymiany informacji jak w ciągu ostatnich 5-10 dekad nie było, a to rosło już tak od trzech stuleci. Pierwszy raz udało się krok po kroku posortować wszystko. Co skutecznie dowoziło deflację (i sprytniejsi mogli sobie drukować). Pomysł Ingvara aby co roku obniżać ceny zakupowe wiązał się z tym, że dostawcy zwiększali wolumen. System się przyjął, wdrożyli wszyscy. Wysypał się jakieś 15 lat temu. Wtedy po raz pierwszy zakupowcy z Volno zaczęli być wykopywani przez podwykonawców bo produkcja dla nich była nierentowna i wolumen przestał dawać korzyść krańcową (bo można produkować masówkę na deficycie, ale trzeba mieć zbyt na detalu, no a przy masówce o jakim detalu mówimy? Koszt ostatniego kilometra za wysoki). Z Niedorzecza czytelnicy zapewne znają historie o tym jak niemieccy przyklejacze logo do ketchupu wylecieli od podwykonawców samego keczupu. Albo o tym jak (znowu Ingvar) szlag trafił cały przemysł produkcji wyrobów meblopodobnych po tym jak nie dało się tego upchnąć więcej (powstały marki dla różnych przedziałów cenowych opartych o nadprodukcję z wolumenów zamawianych coraz taniej przez Ingvarowe macki).
Zbiór został zoptymalizowany i liczba elementów do posortowania wynosi zero. W tym czasie te mniej korzystne w tej metryce zadania eksportowano do Azji. Przy czym nacisk deflacyjny oznaczał dla nich, że mają dopłacać do tego, że pozwalają złotemu miliardowi odbierać efekty własnej pracy. Kacapom nie trzeba było dwa razy powtarzać po wałku na giełdach 2013/2014, że ujemna cena ropy stawia kwestię wlewania jej do czołgów. Kacapii mieli zawsze dobre pomysły – wtedy prezentowali animacje o dowożeniu kontenerów z dronami pod lotniska i jakoś ostatnio (po dekadzie) sen się ziścił – dobry mieli pomysł, działa. Wtedy to nie było wykonalne (kto pamięta narzędzia do kodoklepstwa na takich poziomach abstrakcji jak rozpoznawanie obrazów dla urządzeń przenośnych wie dlaczego wtedy to były mokre sny; mesh nawigacyjny dla dronów wymagał wtedy spokojnej hali z silnymi emiterami, a nie kilku drzewek na horyzoncie i pasa drogi w poprzek terenu, z istotnym skrzyżowaniem). Ale wróćmy do zbioru.
On został zoptymalizowany ale według jednej metryki tylko. W tym czasie trzeba było dosypywać cyferek do innych funkcji, które w tym kontekście są nieopłacalne i zostały wysortowane poza gospodarkę. Zoptymalizowany zbiór ma jeszcze jedną zaletę (i wadę) nic w nim nie można i nie trzeba przestawiać, ale… funkcje przepływów (czyli od złoża do jaśnie pana) owszem się zmieniają. Demon spisujący entropię urósł (liczba urządzeń wykonujących obecnie obliczenia jest epicka, wciągają one 1/5 całych zasobów energetycznych jakie pozyskujemy), za nim urosła biurwa, a żeby reszta nie rzuciła grabek 5 dekad temu kiedy zaczął rozjeżdżać się wzrost produktywności z przydziałem cyferek zaczęty wymyślać gównoprace. Ponieważ w złożach magicznie nie pojawiają się nowe zasoby i trzeba przenosić kopalnie, przekształcać logistykę i wydłużać łańcuchy dostaw to okazało się, że całe to sortowanie nie przystaje do zmieniających się warunków, a luzu w nim już nie ma (nic nie można przestawić bo będzie gorzej). Choćby zmiana metryki wywoła taką awanturę, że przyssani do koryta na samej górze specjaliści od wyrywania cyferek strzelą focha. A bez awantury nastroje rewolucyjne (masowa potrzeba zmiany pozycji w drabinie społecznej) doprowadzą do rozpadu usztywnionych struktur społecznych (na przykład powstania NGZ) co ma pewien związek z widokami typowymi dla rewolucji we Francji czy carstwie. Praktycy wskazywali, że lepiej takie rozruchy wywołać zanim same się wywołają. Podjęto kilka niezdarnych prób supresji, ale jakoś nie wybuchały. Jankesi mając najwięcej luzu (i najwięcej do przegrania) wywołali wreszcie te duchy rebelii i mają co zwalczać (kiedy władza stosuje dekrety typowe dla stanu wojennego to fajnie jest jeszcze jakieś awantury wywołać, żeby kronikarze jakoś mogli to pokleić, że rzeczywiście czasy były wtedy straszliwe i słusznie władzuchna czyniła; za kilka dekad nikt nie będzie roztrząsał czy pierwsze było jajko czy kura, bo gdyby władzuchna się spóźniła to kronikarze pisać by musieli o błędach i wypaczeniach rewolucji).
Z punktu widzenia plutokracji zmiana metryki systemu i jakiekolwiek zmiany statusowe to strzał we własne kolano. Takie ustroje jak w gejropie czy w USA (jedno i drugie oligarchie śrubujące się na feudalizm) są na etapie na jakim niegdyś była Japonia (dwa razy, bo to wyspa) i przynajmniej trzy razy wyspy brytyjskie. Dochodzi do zastoju i tylko czekać barbarzyńców. Na kontynencie europejskim też wydarzyło się to kilka razy, ale ze względu na obszar oraz wymaganą do niego skalę barbarzyństwa najazdy ze stepów przez ćwierć świata ledwo zachowały się w zapiskach. Oczywiście Kim, Ajatollach czy Putuś to tak szczególnie nie mogą skutecznie napaść bo jakby przeliczyć najazd Hunów czy innych Mongołów w łbach na kilometr to tak po prawdzie mało kto miał okazję tę egzotykę zobaczyć. Problem dotyczy prawie wyłącznie władzuchny, a reszta to collateral na pokrycie kosztów najeżdżania. Jankesom też zdolność do napadania jakoś tak się rozlazła i dalsze przerzucanie deficytu na pozostałych mieszkańców planety nie przystaje do metryki. Jankesi robią u siebie porządek z algo sortującym, Chińczycy porządek już mają (też jest o kant, i śmichy wzbudza, że social score i do tego waluta i do tego biurwenamt, i do tego Partia – w cyrku się nie śmieją).
Władzuchna jednak wie, że jakiekolwiek zmiany by nie wystąpiły to oni po tym kontroli mieć nie będą. Choćby dlatego, że nie będzie czego kontrolować. I jakiekolwiek próby przejścia do nowego rozwiązania są bezskuteczne, ponieważ przy takiej populacji umocowanych na stanowiskach nie da się wszystkich przeprowadzić na drugi brzeg. A to znaczy, że zaczną się rzucać wzajem do gardeł i skutek będzie taki sam jak oddolne rewolty. Z punktu widzenia arcykapłona za jedno czy spichlerz się spalił, czy go myszy obżarły, czy tłuszcza rozgrabiła – jego władza sprowadza się do rozdawania gdy brakuje i zabierania lizaków gdy nadwyżka. Bez spichrza nic po arcykapłonie i wszystkich jego zausznikach (oligarchii).
Te najazdy barbarzyńców to też nie są wydarzenia, które trwają rok czy dwa. To są zazwyczaj zadymy tlące się po kilka pokoleń. Nadzieja że tym razem będzie inaczej i uda się wywojować w kilka lat pozostanie płonna. A nikomu nie chce się przekształcać gospodarki, co za tym idzie struktury społecznej pod nową metrykę (stal, węgiel, ropa, produkty zbrojeniowe) ponieważ… ci co mieliby awansować to nie będą nic obiecywać biurwenamtom bo ich szczerze nienawidzą i przy pierwszej okazji na butach rozniosą (tak jak weterani w U wynieśli na butach biurwę z urzędów i pozabierali im stanowiska, tak formalnie to się odbyło pod zarzutami korupcji, błędów i wypaczeń, ale pomijając dekoracje to tak się to odbywa). A ci co niby są decyzyjni nic nie chcą zmieniać bo wiedzą co ich czeka. Ci co niby mają mieć interes (populacja) to żadnego nie mają i zachowają się jak w Bizancjum (też wzorowa biurwokracja) uciekając, poddając się i nie angażując w jakiekolwiek awantury. Bizancjum nie dało rady zastraszyć własnych mieszkańców ponieważ nie miało marchewki. I tak samo każda wysycona (optymalnie posortowana) gospodarka też nie dysponuje już marchewką (bo całą zżera administracja).
Cała nadzieja więc w barbarzyńcach. Nie że zaraz na czołgach wjadą, ale w tym, że sparaliżują DDosami system bankowy, co wywróci rozrachunek, a przy kompletnie padniętej gospodarce aparat zamiast rozwiązywać problemy zacznie je rozmnażać. Czego dobrym przykładem jest Kalifat Północników gdzie kilka lat temu trąbiono o rozpadzie przedsiębiorstw gospodarki pierwotnej, później o rosnących kosztach (inflacja, bo robić nie miał kto), później o spadku 1/3 populacji w ciągu roku do ubóstwa, a 1/6 do nędzy. Ktoś tam niby napomknął, że wypadałoby pod taką presją zawiesić rozliczenia, no ale zrobiono odwrotnie – stopy rosły, wywłaszczono 1/5 ludności, a kupić tego nie miał kto więc… wydrukowano pod to papier i żeby się przyjął trzeba było obniżyć stopy wracając do stanu pierwotnego tylko już bez zasobów. W gazetach wypisują głownie o tym jakie jest zadłużenie (klimaty starożytnej, greckiej oligarchii przed oddłużeniem), a że ściągalność leży i będzie coraz bardziej leżeć to zaczęto tarmosić niedobitki klasy średniej. Tarmoszenie jest dość zabawne i większości populacji (która nic nie ma) nie przeszkadza – otóż potrafią zabrać firmie samochód, za to że jeździ nim osoba zadłużona. A zadłużona bo za mało zarabia jako kierowca. No ale jest w dyspozycji dobra, więc niech firma sobie dochodzi od kierowcy dlaczego wrócił bez pojazdu. Dlaczego bułek nie dowieziono do marketu to będzie najwyżej interesowało jakiś tam kupujących.
Oczywiście nikt przytomny (bo policji kazano asystować komornikom w takich sprawach, więc do policja zgłasza do komornika, że kontrolują właśnie samochód, i pasażer wieziony w bagażniku ma zobowiązania więc można tę furę capnąć) nie fiknie tak firmie, gdzie zaraz przyjedzie ekipa z długą i rozpędzi smerfy granatami więc plagi spadają na niedobitki tej populacji, którą z punktu widzenia Kapitana akurat ruszać by nie trzeba aby nie wzbudzić nastrojów. No ale aparat też chce żyć i smerfowanie to praca tymczasowa, z której każdy chce uciekać jeśli przeżyje, a występuje tam tylko jako przysłany z pośredniaka przymusowy. Na takich pałach oparty jest obecnie ustrój. Kiedy od mundurowego (od interwencji z dłuższym widelcem) usłyszałem, że słusznie plagi na krawężniki spadają za takie brewerie i nie ma nic przeciwko aby mieszkańcy sami sobie rozwiązywali problem z natrętami zacząłem głębiej wypytywać o motywacje, no a te były typowe jak to u mundurowych od rozwiązywania prawdziwych problemów – kto z poczciwego mieszkańca zbójcę czyni takimi prowokacjami sam sobie skutków winien, bo smerfy nie są od produkcji negatywnych nastrojów społecznych. Wobec czego psiarnia bez powodu nie chce wzywać grup interwencyjnych, bo wpadną, położą wszystkich na glebę, zadadzą pytania, a później napiszą raporty i dopiero smerfy mają przeprawę w kontroli wewnętrznej. A tam podobne klimaty jak w Niedorzeczu.
Sytuacje takie jak pod Biedronką kiedy to “doszło do strzelaniny”, ale tylko smerfy miały broń, tylko one strzelały i tylko one trafiły do szpitala w Północnikowie nie są już nawet warte wzmianki. Jeśli smerfy kogoś pacyfikują i zatrzymają to najpewniej dlatego, że nie stawiał oporu. Gdyby stawiał to byłoby wiralowe nagranie jak rozgania koedukacyjny patrol.
Wróćmy do algo sortującego – to był dobry przesąd, to długo działało, wiele rzeczy udało się usprawnić. Ale jak każde uproszczenie nie zadziałał na rzeczywistość. Sprawdził się świetnie w środowisku testowym, no i na zakończenie testu, aby zapuścić algo ponownie trzeba ten zbiór ponownie zrandomizować. Słychać wycie przy korycie? Znakomicie^^
Ta focia na tytule to jest dostawa żelastwa ze znanej firmy, którą czytelnicy zapewne kojarzą pod marką marynistyczną (produkcja okrętowa, połączenia promowe, wycieczkowce). Mieli dostarczyć zgrubnie “żeby się zmieściło” i zastanawiam się czy po prostu gdzieś mieli zakurzony palnik, którego nikt już nie umie używać, a akurat przechodził praktykant. Dali mu na odwagę butelkę, do tego garść grzybków i posłali w bój. Ten nie wiedział dlaczego ma pokrętło od etynu, dlaczego od tlenu, jak przykręcał jedno to gasło więc odkręcił na maksa etyn i przetopił aż pryskało. Nikt mu nie podpowiedział, że to tylko na start bo żeloz pali się egzoenergetycznie i wystarczy sycić tlenu żeby ładnie pociąć. Po tym jak innemu dali przyczepę, którą nie umiał cofać przestaje mnie dziwić że nic nie działa. Ale ma wszystkie certyfikaty koszerności 🙂
