Słabość Chin – prowokacja;
Można oczekiwać, że WASPy w USA od dawna kombinują jaki jest słaby punkt Chińczyków, którym można im przetrącić kręgosłup na dłuższy czas. Ten słaby punkt mało zależy od tego czy celem są Chińczycy, a bardziej od tego kto kombinuje. Warto zaznaczyć, że to są WASPy, a oni mają pewną, genetyczną historię. Czyli serię przystosowań ewolucyjnych do pewnego rodzaju warunków. Które to ciężką pracą i akceleracjonizmem Chińczycy wyrwali wszystkim niczym dywan spod nóg.
Tą słabością Chin jest to, że są najstarszą istniejącą kulturą. Czy tak zupełnie zachowali ciągłość można dyskutować. Przechodzili kolapsy. Ale nigdy takie jakie dla długiego nosa są normalnością. Czyli odkopywanie resztek i z rozdziawioną gębą wgapianie się w szlaczki, aby po dekadach czy stuleciach rozgryźć, że to są zapiski o historii uważanej jakoś tam za własną w piśmie, którego alfabet został zapomniany. I ponownej recepcji mitu do historii. Można oczywiście stawiać kwestię, czy to jest wada, że nigdy nie zaliczyli takiej gleby. A my owszem. Nie chodzi o to kto ją zaliczył, tylko kto ją zadał. Długie nosy robią sobie takie resety samodzielnie, bez pomocy z zewnątrz i to w miarę regularnie. Ponieważ nie raz stawaliśmy naprzeciwko rozwiniętej, prosperującej cywilizacji. Zorganizowanej, uporządkowanej i doprowadzaliśmy ją do stanu, w którym z powodu braku tej organizacji porzucano infrastrukturę (nie zawsze jej dymiące resztki) i zapominano o technologiach, rzemiośle, sztuce i piśmie na setki lat. Do następnej razy.
Bardzo istotnym jest to, że myślą o tym WASPy właśnie. Oni się nie potłukli spadając z Nieba. Nie pochodzą od aniołków. Nigdzie, w żadnej znanej linii rozwojowej patrząc po drzewie ich pochodzenia nie ma nic poza filtrami na ostrzu noża – przeżywa garstka na stosach zgliszczy. Ale przeżywa. I rządzi pośród ruin. Inkorporując największych sukinsynów przeciwnika do swoich. To zupełnie rozbieżna z azjatycką ścieżka rozwojowa w dużo ostrzejszych warunkach. Poczucia kolektywizmu u długich nosów nie ma co szukać poza koncepcjami filozoficznymi.
Warto zaznaczyć, że WASPy mają swój kraj ponieważ ich przodkowie wymordowali ludność go zamieszkującą. Każdym możliwym sposobem. W tym dystrybucją patogenów oraz patologii. Aby ich wymordować musieli przebyć ocean. Byli do tego zdolni, ponieważ wyruszali z kraju, który został podbity przez ich przodków tym samym sposobem. I do którego przodkowie przybyli przez morze na łodeczkach. Niezależnie czy kolonista był frankofonem czy anglofonem to historię miał tę samą – przybywał z kraju, do którego kiedyś przybyli przemili, brodaci panowie na łódeczkach, puścili wszystko z dymem i osiadli na kupie gruzów przejmując właść. I nie robili tego raz, to były kolejne fale germańskich zachowań z różnych regionów. Coś z czym Chińczycy spotkali się dopiero trzysta lat temu po raz pierwszy kiedy łódeczkami przemili panowie dali radę opłynąć cały świat i zadbać wszędzie o dobro bliźniego. Dla Chińczyków była to jedna z dłuższych katastrof jakie im się przydarzyły. Ale się wydźwignęli. Długo, w pocie czoła zbudowali sobie najliczniejsze i prosperujące społeczeństwo. Środki techniczne, cywilizację. Jednocześnie przenieśli kulturę, pismo, tożsamość. Nie gapili się na ruiny po przodkach nie wiedząc co to jest, kto to zbudował i po kiego. Nie gapili się w pismo obrazkowe jakby to była nieznana koncepcja.
Chińczycy tylko raz mieli kontakt z przeciwnikiem, który od Długich Nosów przyjął nieco wiedzy & praktyki “jak podbijać”. Do dziś Japończyków nienawidzą szczerze i z uzasadnieniem – nie oni jedni. A to było zaledwie kilka lat zabawy. Jednocześnie w tak ogromnej populacji mają problem z doborem żołnierza kwalifikującego się do wystawienia w standardowym towarzystwie (klimaty afrykańskie, złoża) gdzie ludy miłujące pokój (Rosjanie, Bułgarzy, Rumuni, Skandynawowie, kaukascy, franko i anglofoni) wystawiają swoich zbójców do tegoż pokoju zaprowadzania do kuchni. Zeznania osób biorących udział w takich działaniach, a za najlepszą rozrywkę uznających polowanie na człowieka mają różne oceny tego jak kto wojuje i traktują się nawzajem poważnie. Chińczyków uważają za dzieci, które trafiły tam przez pomyłkę, a trzeba brać pod uwagę, że Chińczycy wysyłają tam swoich zawodowych zakapiorów. Z armią, która dysponuje takim zapleczem produkcyjnym nikt jednak wojował nie będzie na spychanie się tarczami. Choćby i za tymi tarczami byli dorośli o krwiożerczości naszych przedszkolaków. Zdolność podażowa robi swoje. Więc WASPy z pewnością szukają jak takie społeczeństwa rozbito w przeszłości i Chińczycy na pewno wiedzą jak to się potoczy. Dlatego tak pieją o pokój na świecie. Do niedawna Długie Nosy też o to piały, ale Chińczycy postawili wszystko na głowie – pokój zapewnia prosperity im. Nie Długim Nosom. A to jest zbrodnia niewybaczalna.
Wszystkie kultury poza chińską posiadają jakieś tam opowieści o końcach świata. Jakieś tam Sodomy, Atlantydy, Potopy, upadki Babilonu, Syrakuz, Aten, Kartaginy, Rzymu, Holmgardu (Novogrodu), Miklagardu, rzezie Jórsala, Katarów (Bóg rozpozna swoich) i tak w zasadzie bez końca. Wbrew opiniom doktora mecenasa total anihilation nie jest jakimś wyjątkowym rozwiązaniem w kulturze Długich Nosów i Berlin nie był szczególnym wyjątkiem, chyba, że brać tylko tę część historii z ostatnich 250 lat i nie czepiać się o ruinki pozostałe tu czy tam. Nawet gdybym rzucił hasło “rzeź Sintry” to powszechnie skojarzy się z to prozą fantasy, a nie z zamkiem pod Lisboną zdobytym rok po tym, jak Sigurd Krzyżowiec wpadł tam z gościnną wizytą po złupieniu kalifackiej floty tam bazującej (zresztą zawitał tam również zdobytymi na kalifacie galerami) gdyż jak wiadomo najkrótsza droga z fiordów do sojuszniczego, nieodległego króla Baldwina prowadzi przez Lizbonę. Oczywiście w przypadku takich krzyżowców koncepcji końca świata objaśniać nie trzeba.
Warto więc rozważyć grę w sumy ujemne jaką Długie Nosy w razie czego mają we krwi. Ponieważ pochodzą z takich wąskich gardeł “za każdy nasz zginie tuzin wasz”. Długie Nosy mają w zwyczaju tak długo dewastować ogniem infrastrukturę celu, aż zniknie sam powód wojowania (przewaga trapionego ludu) i ze względu na deficyt sprawnej infrastruktury lud się sam rozlezie “szukać kartofli”. Dobrym przykład jest Rzym, któremu przy populacji jak na ówczesne czasy hopsztylionowej najazdy zdezorganizowały zaopatrzenie i dystrybucję do rozmiaru wczesnego Krakowa. Dlatego właśnie Chińczycy stają na głowie aby nie eskalować konfliktów, podchodzą konsyliacyjnie, jak dobrze pójdzie do Xi będzie w tych kwestiach świętszy od Papieża (chwilowo wakat na stanowisku). I dlatego może dojść do sytuacji, w której Jankesi będą prowokować Kacapów aby jednak skusili się komuś przyłożyć niukiem (bo na razie tylko Jankesi mają brudne łapki w tej kwestii) po czym wyrazić zrozumienie, wyrazy uznania i wpleść do narracji, że to jednak dopuszczalne. Wojowanie jak każde inne. Przecież nie chodzi o to w odwróconym Kisingerze, żeby Kacapy się na Kitajców z mordem w oczach rzucili, tylko o to, że gdy dojdzie do rozstrzygnięć nie przyłączyli się do fajerwerków wyprzedzająco odwetowych ze świadomością, że w nich nic nie poleci. Aby dokonać wielkiego dobra wystarczy, że zło na chwilę pozostanie obojętne.
Bo to jest jedyna przewaga, jaką Jankesi zachowali – liczbę niuków i dominację w technologii rakietowej. Oraz pewną przewagę kulturową. Bo gdyby tak się w zawziętości swojej poważyli spacyfikować Chiny rozkręcając prowokacje do niuków to mają ich ich kilkadziesiąt razy więcej. Wszystkich Chińczyków się nie zabije, ale zdezorganizuje im bazę cywilizacyjną na tyle, że stulecie czy dwa będą się zbierać. Nie trzeba dokonywać inwazji. W odwecie Chińczycy mogą oczywiście przywalić choćby i trzysta niuków w USA, ale… W Chinach zginą członkowie kolektywu, pracowite mrówki będące częścią organizmu, a w USA zginie plebs, do którego stosunek oligarchia ma taki sam jak na Kremlu, który nic nie wytwarza i jeszcze oligarchom pyskuje. Bo kultura oparta o indywidualizm ma zalety kiedy trzeba kolektywnie zebrać bęcki spuszczając większe. Do tego Długie Nosy zaprawione w takich zabawach, a dysponujące skromniejszą populacją mają niebotyczną zdolność odbudowy ze zniszczeń i rezerwuarem ludzików kulturowo spójnych na Starym Kontynencie.
To dość fantastyczne rozważania, w których wojna na niuki ma sens. Do tego wydaje się racjonalnym rozwiązaniem. Przecież w takiej Libii dobrobyt był, komuszyzm na soku i pierdach z dinozaura w zasadzie. A mimo to do uwalenie struktury wypłaszczono krainę aby się za bardzo od wydm w okolicy nie różniła. Bogactwo USA nie pochodzi wszak z tego, że się takie bogactwo wytwarza, tylko że innym się je pali i nikt tam samo dobrze nie ma. Bo wyobraźmy sobie tylko tę straszliwą alternatywę, że podli Chińczycy dalej by podnosili dobrobyt i przy rosnącej produktywności (a na taką się porwali i im wychodzi) nie mogąc upchnąć jej u siebie (a nie mogą) zaczną ten dobrobyt wywozić poza granice. Wiem, że to może być niewyobrażalne, ale pamiętam gdy w Niedorzeczu pojawiła się IKEA – ludzie wynosili garściami ołówki, bo były za darmo… tak samo z fastfoodów podsowiecali chusteczki. Po stosunku z komuszyzmem w kraju było nieco desperacji. Nawet taki głupi ołówek za frajer czy chusteczki inne niż w barze mlecznym Społem to było coś wartego rzucenia się niczym Reksio na szynkę. Podejrzewam, że w społeczeństwie dobrobytu jest wiele rzecze, które są “prawem nie towarem” i zupełnie nie zwracamy na to uwagi (na przykład zbójectwo zagrażające zdrowiu & życiu jest tak rzadkie, że nie nosimy karabel przy boku, a w zasadzie na urzędactwo by się przydały). W Chinach dla przykładu urzędasy nie są utrapieniem. To też ciężko sobie wyobrazić w niby zbiurokratyzowanym zamordyzmie, a jednak. Jest sporo rzeczy, które Chińczycy rozdają. Rzecz jasna nie tak całkiem za frajer – trzeba się słuchać, wtedy przyjeżdżają fachowcy od zarządzania i wprowadzają sensowniejsze porządki słuchającym się. W przypadku krain wyjątkowo ubogich to robi różnicę. Ale nie wszędzie koncepcja 72h tygodnia pracy się przyjmuje, na przykład w Europie już to przerobiono. Cała ta koncepcja wywraca jednak indywidualistyczną strukturę społeczną. Krok po kroku pozbawia oligarchów wpływów (bo co to za oligarcha, którego ręka nie karmi?), oraz limituje liczbę utracjuszy (frirajderstwo instytucjonalne), a co najgorsze zmusza urzędactwo do roboty (w wielu krainach skutkuje to wymianą kadry z czarnej na żółtą). Trzeba przyznać, że Chiny osiągnęły epicką liczbę ludzi, którzy nie pracują, a jakoś żyją. I mają wszystko w poważaniu. No i to jest właśnie to straszliwe zagrożenie dla Hegemona. Że krok po kroku ludność popadnie w zależność od chińskich dostaw, a za tym podążą zmiany polityczne. Wszak Chińczycy już to proponowali, a później obcięli USA kieszonkowe (zakup UST) wysyłając na karnego jerzyka. Każdy, porządny Długi Nos rozumie, że można sobie mieć jakiś tam ustrój, można sobie dowolne brewerie wyczyniać. Ale odmówić należnego z boskiego nadania trybutu? Nie zapłacić danegeld? Przecież to zamach na odwieczny porządek. Który od czasu do czasu trzeba przywrócić kładąc ogień pod strzechy, prując spichrze, wyrzynając chudobę. Bo się chamstwu we łbach poprzewracało – jak to panom nie płacić za sam fakt istnienia? Katarzy też kiedyś nawytwarzali za dużo dobrobytu tą no “mechanizacją”, trochę zgrabnych ruin po nich zostało. Taki jest porządek rzeczy w rozumieniu Długich Nosów.
//Oczywiście ten chiński dobrobyt podparty jest niewolnictwem. W korporacyjnym stylu, może nieco z przymusem social, credit i innych scorów gryfikujących żywot biorobotów. Bo ktoś tam za bezdurno tyrać musi na statku, w polu i kopalni. Niekoniecznie akurat Han – często właśnie ci ubogacani. No ale to inna wersja problemu znanego nam na Zapadzie – trzeba znaleźć kogoś, kto będzie robił za frajer, aby szlachta nie musiała się wysilać.
Spuszczenie więc podłym Chińczykom bęcków po jądrach jest jedynym co pozostało w arsenale Hegemona. Jest to jedynym co może cywilizację białego człowieka ustrzec przed straszliwym, chińskim zagrożeniem. Bo Chińczykom się ten cały postęp trochę zacina i jak nic będą potrzebowali zassać populacji, a ze względu na różnice w rozumowaniu jedyna, która im pasuje to akurat Długie Nosy. Przeskok na automatyzację i robotyzację jak zawsze zajmuje trochę więcej niż decydentom się wydawało (nie pierwszy raz) i będzie wymagał jednak nieco więcej łbów niż żyje, oraz nieco więcej pracy. Czyli tak zwana świetlana przyszłość jest jak zawsze w przyszłości. Znaczy jej upowszechnienie, bo potiomkinowskie demonstratory technologii to owszem są. Jak przemiana ołowiu w złotu jest możliwa do wyczerpania zapasów złota (nie ołowiu przecież^^).
I to jest właśnie ta słabość Chin. Że tam jest jakiś pomysł jak zrobić by dobrze przeżyć. A Długie Nosy w żadne tam przeżywanie nigdy nie wierzyły, wprost przeciwnie – zawsze szły w takie rozwiązania, gdzie zgrywane jest w straty, aż kogoś braknie na ringu.
Czajniki zapewne stają na głowie, aby Długim Nosy się nie wybudziły. Aby delikatnie, krok po kroku nęcone do honeypot bezalternatywnego dobrobytu skusili się na elektryczne jeździdełka, smartdomki, porządek, organizację, świat w kratkę. Kratkę kolejnych g w telefonie, dopaminowego ćpanka dostępnego po potarciu ekranu. Na iluzję tego, że to jakieś roboty robią, automaty czy choćby podsowiecony ze Star Trek replikator. A to, że gdzieś tam jest jakaś góra piramidy społecznej dobrze się upchnie za zasłoną. Oczywiście nie jakaś tam barbarzyńska wierchuszka, tylko Han. Bo jeśli Długie Nosy się wybudzą, jeśli znowu dla dekoracji wyrażą chęć by w każdym gabinecie wisiał portret kogoś z wąsem, a co popularniejsi agitatorzy zaczną nawoływać do czytania Tacyta, Liwiusza i Katona Starszego to z dyskursu powolutku zniknie koncepcja bogacenia się. Wrócą mollitia, virtus i disciplina militaris. Archeolodzy przypomną, że kiedyś może i byli jacyś Neandertalczycy, ale na potrzeby polityczne “zostały po nich ogryzione kości”. Że tu ruiny na ruinach, kości na kościach. Po dekadach pompowania Długich Nosów lewacką opowieścią wystarczyć może kilka lat by decyzję WASPowej wierchuszki o srogiej eskalacji bez trzymanki jedynym okrzykiem, który da się dosłyszeć będzie gromkie Waaagh!!!
