Mainstream

Automatyzacja szmacja – pułapki;

Żeby nie było tak całkiem cicho przed zjazdem to naskrobię tekst, w którym będzie trochę o automatyzacji vs indukowane wyobrażenia o niej, trochę o tym jak to wygląda w krainie przodującej (wbrew folderom bo sprawa ma dekady) i trochę o złudzeniu jednokierunkowych przemian społecznych. Wszystkie drogi będą prowadziły do tego co i tak jest oczywiste.

//kiedy będę się odnosił do globalizacji będzie to dotyczyło wyłącznie pierwotnego przemysłu produkcyjnego – kopalnie, huty, rafinerie, stalownie, produkcja maszyn i urządzeń;

Zacznę od delikatnej tezy, że automatyzacja zabija produktywność i podaż. Oczywiście w tabelkę można wstawić co się chce i udowodnić dowolną tezę, dlatego w folderach reklamowych, programach Partii i podobnych bzdetach dla łatwo wzbudzalnych humanisiów pokazywane są wioski potiomkinowskie zaraz po ich uruchomieniu. Księgowi borykają się później z tym latami, dekadami i jakoś tych wiosek nikt nie pokazuje po 2-3 dekadach. Często po pięciu latach nie ma czego pokazać. Oczywiście rzucę przykłady anegdotyczne (na podparcie własnej tezy z którą będę się spierał; ale uda mi się ją podważyć w bardzo wąskim przedziale przypadków), z którymi miałem kontakt.

Zacznijmy od tych słynnych “przemian społecznych”. Wyobraźmy sobie, że w czasie kiedy Jankesi mieli produkcję naj na świecie całym i byli przodującym hubem produkcyjnym podsysającym od Niemców i pozostałych bardziej zaawansowane rozwiązania aby je wdrożyć w skali i rozmachu właściwym starożytnym Jankesom nie byłoby żadnych, istotnie ludnych krain biednych z dobrymi rzekami. Takich dla przykładu Chin. W takiej sytuacji globalizacja nie miałaby sensu i kołowrotek leciałby sobie dalej tak jak leciał (istotne, ponieważ Chiny już takiej alternatywy na planecie nie mają, z robiły wszystko tak samo jak USA tylko lepiej bo już na błędach poprzedników). Przemiany społeczne przed globalizacją miały taki kierunek, że ludzie migrowali do ośrodków przemysłowych (nie do miast, tylko ośrodków przemysłowych właśnie), a bolesny deficyt kadry technicznej forsowano edukacją, stypendiami i pensjami. Głównym zajęciem choopa było obsłużenie i budowa infrastruktury (coraz mniej choopa musiało ciągnąć pług), wytwarzanie produktów i od czasu do czasu postrzelanie się z innym choopem o cokolwiek. Głównym zajęciem baby zaś było obsłużenie choopa i wytworzenie większej liczby bab und choopów do kolejnej iteracji.

Ponieważ taki ustrój bardzo wypłaszczał dystrybucję sprawowanie władzy (czy to z boskiego nadania, czy finansowej, czy politycznej) traciło na znaczeniu. Ta z boskiego nadania padła w pierwszej iteracji. Oczywiście istniały ludne, zapóźnione Chiny i akurat miały wszelkie zalety (głównie wybrzeże i układ rzek) aby tam przenieść produkcję i robić taniej. Gdyby nie to system Zapada dotarłby do saturacji zawodami technicznymi tak jak dotarł u Sovieta. W średniowieczu doszło do takiej sytuacji w rolnictwie. Osiągnięto pik podażowy, przeszedł on falą przez kontynent i nie było jak odsysać na frirajderów. Wymyślono sprzedaż odpustów i urządzono kilka wojen o poglądy ganiące ten numer, co by w zasadzie niczego nie zmieniło gdyby nie mała epoka lodowcowa, która zmusiła niektórych do ruszenia zmarzniętego tyłka.

Ekspansja okazuje się tu samograjem do momentu wysycenia niszy ekologicznej. Planeta złośliwie jest okrągła, zamiast kulturalnie rozciągać się na nieskończonej płaszczyźnie. Już w latach siedemdziesiątych, kiedy każdy inżynier dłubiący przy rokitach robionych (z gospodarczego punktu widzenia) “bo nam się wyjątkowo nudzi w gospodarce więc przepalmy zasoby i dodajmy pozory celu” miał odbębnione za młodego rozwożenie gazet rzucanych z roweru w drzwi co bystrzejsi stawiali pytanie, czy stabilna sytuacja (bo wtedy była z przyrostem populacji, chwila metastabilności) spowoduje, że wszyscy będą pracować w zawodach jako tako technicznych powoli eliminując pozostałe. Oczywiście były jakieś widma armagedonu, ale to co u Jankesów wychodziło samo to u Sovietów robiono z rozdzielnika. Gospodarki obu krain szły w kierunku zasobowym, a największym bólem było “skąd by tu wziąć jak najłatwiej sok z dinozaura”. Czajniki przeszły te wszystkie etapy w trzy dekady. Też stawiali sobie pytania, a oni to akurat mieli lepszą bazę do ich stawiania. Z jako takich niby testów wynika, że przeciętny Han jest nieco bystrzejszy od przeciętnego długiego nosa. Oczywiście wewnątrz każdej populacji zmienność jest większa niż pomiędzy populacjami więc Czajniki nadrabiają ostrą selekcją i liczebnością. Selekcja jak zawsze wypacza liczebność i trochę na tym tracą, ale są na etapie forsownej edukacji (u Długich Nosów pozostałością tego jest pruski model szkodnictwa, który nie wiadomo po co dziś jeszcze jest – taki artefakt; coś jak pantofle z kokardami dla dyplomatów czy inny żabot – relikt feudalizmu). No i Czajniki w trzy dekady doszły do sytuacji, w której kształcą największa ilość techników i inżynierów (to się obecnie mało różni, zmieniła się struktura potrzeb z powodu złożoności) na planecie, łupią edukację u innych i mimo to brakuje, brakować będzie i nie ma żadnego biednego, wielokrotnie ludniejszego kraju, który można by tak jak ich zglobalizować. Próbują to co zostało (Afrykę, Indie) no ale tam albo rzeki pod górkę, albo ludzi nie dość, albo bieda niewystarczająca. W ciągu ostatnich dekad nędza na planecie poważenie się skurczyła i oczekiwania wzrosły. Teraz ludzie już nie wychodzą z nędzy tylko z biedy. A to wykładniczo większa ilość zasobów, które muszą zdobyć by zmienić swój stan posiadania.

W Chinach zaobserwowano dokładnie te same przemiany społeczne co na Zapadzie wcześniej. Coraz większa część populacji nie jest w stanie przebić się przez edu i rzuca grabki. Następnie dołuje stawki w usługach (prostych) i też rzuca grabki. W trzy dekady doszli do sytuacji, w której istnieje zauważalna część populacji, która grabek nigdy nie podnosi, ponieważ jest coraz więcej sygnałów w macierzy połączeń społecznych, że grabie i garb są skorelowane, a poprawa stanu posiadania i statusu społecznego bez związku.

Sztuczka Zapadu polegała na tym, że wywieziono podaż pierwotną (produkcję przemysłową). Co rozładowało nacisk na edu (skutki dziś mamy, ale Chińczycy mają te same nie mogąc powtórzyć numeru) i rozładowało stan posiadania w stratyfikacji społecznej. To jest właśnie ciekawostka, że przed globalizacją od wykształcenia technicznego wprost zależał status społeczny, stan posiadania oraz stabilność konsumpcji (dochodu w dyspozycji). Ówcześnie szefami działów, firm etc zostawali inżynierowie. Coś co ma miejsce w Chinach obecnie. Coś takiego jak gdakacz (sprzedawca) było marginalne, nie było takiego zwierzęcia jak ceo mba, który pojęcia nie ma jak firma wytwarza produkt. Była oczywiście kasta kupców, giełda działała i istnieli ludzi zajmujący się zakupem gdzieś tanio, masowo, następnie transportem masowym i wyrzuceniem towaru w porcie by go rozwieźć – drewno, minerały, żywność. Ale nie było to powszechne zmartwienie w każdej firmie (znaczy nie kombinowano jak kupić tanio i sprzedać drogo, ponieważ łańcuchy dostaw były obsłużone przez wyjątkowo bystrych kupców – nie trzeba było w tym grzebać, a kasta nie rozrastała się, więc na bogato żyła z wolumenu). Co ciekawe – tak to obecnie działa w Chinach. Przyczyna jest oczywista – zbudowanie kopalni, rafinerii, huty, stalowni wymaga sporych nakładów, to czy wytwarzamy tyle gratów aby otworzyć jeszcze jedną kopalnię jest oczywiste przy znanej podaży i ostatnich iteracjach “co poszło nie tak” (czyli dlaczego były opóźnienia i wypaczenia). Takie łańcuchy są dość oczywiste, bo kopalnia osiąga pik w ciągu 15-25 lat (kiedy wyrównuje nakład poboru za 50 lat funkcjonowania) i funkcjonuje około 50 lat (bo w tym czasie zmieni się technologia i zależnie od potrzeb będzie można ją porzucić lub rozgrzebać nowszym sposobem jeszcze raz). Co oczywiste, ktoś kto “idzie do kopalni” gdy ona jest otwierana (a system nakazowy kazał wykształcić “n ludzików z dziurą w d” lub rynek nakazał “zwabić płacami i przeszkolić n ludzików z …”) ma tam roboty do emerytury, której raczej nie dożyje w zdrowiu, a nawet poza zdrowiem. Tak samo huta – zależy od tego czy działa kopalnia, elektrownia – coś tam trzeba wsypać i musi być ta huta i kopalnia by było komu wysłać, tak samo rafineria. Cykle są dopasowane do oczekiwanej długości homo sapacza.

No i globalizacją Zapad sobie ten cykl przerwał. Ponieważ odkryto olbrzymią kopalnię taniej roboty to potrzebna była kasta handlowców (obecnie zdegenerowani do opowiadania bajek, z braku towaru, ale do tego dojdziemy), którzy łączyli te dłuższe łańcuchy. Za tym musiał ekspandować system handlowy (istotność giełd, czyli mechanizmów porównawczych) i niejako przy okazji szlag trafił kupę mechanizmów społecznych (edukację, cykle produkcyjne, strukturę doboru osobników w rodziny). Trafiłby tak czy siak co wiemy z przypadku Czajników tylko oni nie mając opcji ominięcia tej ściany “wywieźmy produkcję do innego, jeszcze ludniejszego kraju z dobrym układem rzek i wybrzeżem” penetrują ją – może wcale nie jest taka gruba i zazbrojona? A może jest^^

Do ciekawych wniosków doszli właśnie Czajnicy. Otóż nie da się wysycić zapotrzebowania na zawody techniczne. Im więcej jest infrastruktury, im więcej planowanej, tym coraz więcej trzeba łbów. Z czego wniosek, że trzeba rozwijać sektory masowe, powtarzalne, gdzie temat jest ogarnięty tak, że można zmniejszać liczbę łbów. Może się to komuś kojarzyć z automatyzacją, ale nie w rozumieniu krawaciarskim (że dla hajpu czy sama dla siebie) tylko w celu ograniczenia liczby potrzebnych łbów bo na planecie tylu nie ma, nie będzie w żadnym rozsądnym horyzoncie i z powodu zmienności w populacji przy złożoności infrastruktury – coraz bardziej nie będzie.

Warto zauważyć, że Czajnicy epicko zredukowali wszystkie inne posysacze ludzików – na przykład administracja i biurokracja są tam zautomatyzowane, a ludzie są potrzebni wyłącznie do kontaktu z ludźmi. Taki interfejs władzuchna/uśmiechnięty ryj tępego, ale usłużnego urzędnika/ejaj, który się już urzędasa tępego nauczył i przetłumaczy jego pierdoły na wsad do systiema. Zadaniem urzędasa jest wyłuskać z żali wyrażanych przez petenta coś co ejaj może zmielić na wsad. Całą robotą urzędasa jest uśmiechanie się i bycie miłym, bo on ma wyłącznie reprezentować władzę i uprościć kontakt. Nie musi być kompetentny bo pytania wywali mu ejaj, a on ma je zadawać tak długo i na takie sposoby, aż uda się sformułować z petentem coś do przyjęcia dla słuchającego ich transkrybera i wsadzić w system. Genialne zagospodarowanie hostess. Sto lat bym nad tym siedział i tego nie wymyślił. Przecież w populacji jest w pip empatycznych ludzików, których nie da się użyć w żadnej technicznej robocie, a potrzebni są do kontaktu z ludzikami którzy sami nie ogarniają.

Tutaj wtręt o ejajach – nie ma kwestii czy maszyna myśli, bo tego nie robi, ale to co robi unaoczniła jak wiele czynności, które uważaliśmy za specyficzne dla gatunku okazało się bezmyślnymi. Pisanie większości tekstów, wytwarzanie większości obrazów, dźwięków, przekładanie papierków i sortowanie tabelek okazały się… zadaniami na miarę trochę bardziej skomplikowanego tostera. Ejaj dla większości ludzi jest tym, czym dla koni był silnik – zachowano konie wyjątkowe i wyłącznie dla sportu/rozrywki. Czyli jacyś tam artyści, pisarze i poeci się zachowają, no ale tylko do celów rozrywkowych i wyłącznie najlepsi. Chałturę zastępuje koń mechaniczny / toster prawie bystry.

 

Ściana o którą rozbija się Hanowa wierchuszka jest dość ciekawa. Żeby pozyskać tych potrzebnych technicznych, którzy w rozkładzie populacji leżą tam gdzie leżą (w kilku osiach, więc ich tak wcale dużo nie ma) trzeba mieć tę populację. A ponieważ cała reszta nie bardzo poprawia swój los, a co prostsze rzeczy techniczne są zmechanizowane (patrz pisanie wierszy) to złożoność doszła do poziomu, w którym wiedzą powszechną dla nietechnicznych jest to, że nie są potrzebni, nie ma dla nich zajęcia, a jak jest to jakieś takie niepoprawiające losu. W rozkładzie populacji akurat wypada na empatyczne panie, które niby by miały rodzić kolejne ludziki, ale to do nich informacja o braku zapotrzebowania na ludziki takie jak one dociera z pewnością. Więc Partia nie dostaje dość ludzików, z których można odsiać potrzebne.

Na Zapadzie ten problem wyeksportowano do Czajników, no ale jak Czajnikom brakuje to akurat nam będą robić infrę – a tu mi czołg jedzie.

Łby same radzą na swoje braki. Otóż większość roboty, którą robimy w badaniach i rozwoju to oprócz “czy się da zrobić” jest jeszcze “jak to co już oganiamy zrobić prościej tym co już ogarniamy gdzie indziej”. Bez udziwnień – po prostu zmniejszyć nakład i złożoność roboty. W pewnych branżach nie jest to wcale takie skomplikowane technicznie. Na przykład Czajniki wdrożyły oczywiste rozwiązania “jak prościej zrobić pojazd do wożenia ludzików”. Dostały taki rozkaz i żadnych ograniczeń. Zrobili.

My tak nie możemy… i to piszę z pozycji zamieszanego w robienie Samochodów. Coś tam podpisałem, więc nie wnikajmy które, ale na Północy aż tak dużo firm dłubiących samochodziki to nie ma. W każdym razie pierwszą formę do chassi robiłem kiedy garaż miał 30 osób. I o ile w dziale R&D można mieć wszystko w poważaniu, to gdy produkcja ma być road legal wszystko leży. Z powodu regulacji. Tak – na Zapadzie robimy samochody źle, ponieważ przez sto lat ich wytwarzania narosło technologii, które zamieniły się w biurokratyczny zabobon i mimo zmian technologicznych nie da się pewnych rozwiązań wdrożyć. Na przykład dziś unobtanium do budowy kolektora spalin, który znosi 1600 Kevinów jest dostępne w cywilu. I w zasadzie da się, bo w wersji testowej/wyścigowej/demon-stratora nikogo to nie boli. No ale road legal wymaga by tam było max ca 900 Celcjuszy, bo dalej jest katalizator i inne pierdoły. Ja wiem że azotki etc, ja wszystko rozumiem. Ale tak samo jest z konstrukcją nośną, przeniesieniem napędu, oświetleniem, strefą zgniotu (sprawdza ktoś strefy zgniotu w traktorach? no właśnie – a jak a jest oczekiwana prędkość w mieście?), zewnętrznymi wystajnikami pod zderzenie kolizję z pieszym czy cyklistą (jeszcze proponuję dodać wpływ na krowę przy eksporcie do Indii i z owcą, a kozą gdy pojazd może jeździć w góry). To co jest w kwestii osiek i zawieszenia do naczep to już stan umysłu. No po prostu na Zapadzie się nie da bo zabobon. U Czajników zrobiono od nowa i można zejść z produkcją samochodu (lead time) z 19h do 4… W Europie jest to od 23 (popularne premium w wersji podstawowej) do ca 80 (bazowe wersje luksusowych road legal; przy czym jest ich wytwarzanych tak mało, że w tabelkę można wpisać co się komu podoba). W rezultacie nakład roboty na Czajnikowóz jest jakoś 20-25 krotnie mniejszy niż na DługoNosowóz.

Nie chodzi o to, że coś robią lepiej, chodzi o to, że mniej się przy tym narobią. To i tak jest tylko wózek na zakupy do jeżdżenia po mieście, a jeśli zamiast spłać pojazd 60 miesięcy spłacasz go w kwartał to więcej osobników ma dostęp do dobra. Tak samo jest ze zmywarką, klimatyzacją, kompiutrem, zorką, kuchenką, lodówką, wanną, butami, ciuchami.

Bo ciuchy to też jest ciekawe zagadnienie. Otóż ciuchy są wytwarzane w taki sposób, że istnieje masowa produkcja tekstyliów. Następnie są one cięte (obecnie też już zmechanizowany proces, bo trzeba milionów identycznych ciuchów dla milionów ludzików, a białe czy niebieskie tnie się tak samo jak czerwone i żółte) i kobity dziergają to na maszynach. Im bardziej maszyny są ogarnięte tym mniej tam dozoru i czynności manualnych, więc schodzi więcej towaru. Za komuszyzmu produkcja tekstyliów była tak samo masowa, po prostu panie cięły sobie w domu i w domu szyły. Były chyba nawet jakieś periodyki z wykrojami i instrukcjami jak to kleić. Znaczy był nie tylko młody technik dla samca, ale były też jakieś jego odpowiedniki dla samic, gdzie była dokumentacja techniczna i opisany proces wytwórczy fatałaszków napisany tak, że samicom podchodziło. Książki kucharskie chyba przetrwały, ale żadnej nie mam. Zachowały mi się jeszcze takie jak zbudować dom, co można zrobić z drewna i podobne. Bo że gazetki “zrób sobie komputer siam” każdy miał w domu, a przy okazji kompiutra słabszego od dzisiejszego sterownika do serwa to oczywiste.

Rozważmy jednak kwestię, dlaczego niby techniczni tak dobrze gościli w dystrybucji dóbr. Bo przecież każdy krawaciarz może wyjść na scenę i powiedzieć – obniżymy im pensje i poszukamy tańszych. Musi istnieć jakiś powód, dla którego nie mogli ich znaleźć. No i ten powód jest oczywisty nawet w reżimach totalitarnych. Otóż potrafimy przeliczyć samochód na roboczogodziny. Tak po prawdzie to jakiś tam większość z nas (pomijamy @Kruk, może jeszcze kogoś) dałoby radę sklecić w garażu i pomijając zabobon biurokratyczny dałoby się tym pojechać na zakupy. Po prostu byłoby to bardzo pracochłonne. Tak lekko licząc to byłoby jakieś 2-3 tysiące roboczogodzin. A rezultat byłby taki sobie. Biorąc pod uwagę wyposażenie warsztatowe (takie jak moje) to dałoby się to zrobić w jakieś 400-600h i efekt byłby nawet do przyjęcia (w każdym razie można by się tym było przebić przez betonowy słupek bez strat własnych). Oczywiście samochód jest przykładem dość ekstremalnym. Ale to samo dotyczy wieszaka, szafy łóżka, miksera, latarki, szpada i taczki. Próba “zapłacenia mniej” kończy się tym, że wytwórcy nie stać na zakup dobra (bo musi utrzymać krawaciarza) – wytwórca więc skalkuluje, że zamiast wytwarzać dobra u krawaciarza sam se zrobi. Więc będzie miał mniej czasu/sił na robotę u krawaciarza. Czyli na fuchę pójdzie. Bo przecież magazynier też potrzebuje szafki, kierowca potrzebuje szafki etc. Do krawaciarza chodzi się jedynie żeby zapłacić czynsz, podsowiecić materiały i narzędzia. A zarówno narzędziowiec, magazynier jak i kierowca też by chcieli mieć, a za tyle sobie nie kupią od krawaciarza więc kooperacja jest oczywista – dla wspólnego dobra^^

Dlatego nie udało się w żadnym ustroju mieć ciasteczka i zjeść ciasteczka. Techniczni albo mieli wysoki status bo im płacono, albo mieli wysoki bo wytwarzali/naprawiali graty. Rzemieślnicy mają ten przywarę od czasów niepamiętnych. Władzuchna walcząc z tym (czy to finansowa czy świecka) co najwyżej nie dostanie ciasteczka do zjedzenia.

Gdyby kogoś naszły wątpliwości, że “ta razy była inaczej” to odsyłam do ekspansji IT w ostatnich dekadach. Jak ma dziurę w d to kodu naklepie. Ponieważ było zapotrzebowanie na szybkie wysycenie branży. Tym razem cykle produkcyjne wyniosły 5 lat zamiast 50 i się w dwie dekady eladorado ograniczyło do garstki specjalistów. Dokładnie tak jak w hucie, kopalni czy produkcji pojazdów u Kitajców. Po wytworzeniu infrastruktury nie trzeba jej już wytwarzać. Wystarczy kilku szpeców od obsługi.

Co to wszystko ma wspólnego z automatyzacją. Otóż powszechnie głoszony przez krawaciarzy hajp jest taki, że oni sobie będą handlować, a maszyna zrobi. Wystarczy jednak rzucić okiem na Czajniki i sprawdzić czy to prawda – owszem prawda, Ala i Bob. Ala jest taka, że do utrzymania ruchu potrzeba znowu tych specjalistów (co w kopalni, co w IT, co w hucie). I akurat jak tej automatyzacji jest dużo to trzeba tych ludzi sporo i drogich. Owszem – można to też trochę zautomatyzować, zmechanizować i bawić się w modularność. Ale to już zrobiliśmy. To już, to nie jutro. I dalej brakuje.

Automatyzacja to taka wioska potiomkinowska, aby miała sens musi być bardzo ustandaryzowana, bardzo liniowa i mieć bardzo długą perspektywę. Czyli musi być przetestowana algorytmem ewolucyjnym. Tego się nie da testować forward, to wiemy tylko patrząc na lewą stronę wykresu. Na tej stronie widzimy, że produkcja śrub, profili, tekstyliów, cementu, zbrojeń, betonu, szkła, desek i belek zadziałała. W przypadku elektroniki – zadziała z tego samego powodu (skala i długi dystans). W przypadku pojazdów – trochę zadziałała, ale rynek został wysycony. W przypadku “on demand” customizacji – padła na glebę i jest martwym koniem.

Tymczasem marżowość jest właśnie w customizacji, on demand i podobnych niszach. Gdyby to nie były nisze to by nie było tam marży bo była masowość – tautologia. Więc każdy krawaciarz opowiada farmozony jak to zautomatyzuje niszę gdzie produkt będzie się dopasowywał do akuratnego zamówienia bez granic. No więc ten… każdy stopień swobody podnosi wykładnik złożoności i zmniejsza precyzję. Oczywista oczywistość. Istnieje pewien graniczny bilans akurat wyrażany w nakładzie pracy na utrzymanie takiego urządzenia w ruchu, który musi być niższy od nakładu pracy na zrobienie takiego produktu ręcznie. Dlatego większość firm wywaliła roboty w krzaki i robi ręcznie “tanią siłą roboczą”. Czy ona jest taka tania to wystarczy popytać w haerach – pracowników za tyle co chce krawaciarz nie ma, albo nie umieją. Jak już przyjdą i umieją to za tyle każą dzwonić po serwis bo im się nie chce dotykać i odpowiadać. Zresztą w takiej “oszczędnej” (lean) firmie i tak nie ma narzędzi oraz budżetu, więc po co rozgrzebywać?

Większość linii mających dwie dekady (proste produkty) nie ma kto obsługiwać, ponieważ lista modernizacji wygląda tam jak kod po trzecim menadżerze w ciągu dwóch lat w IT – nikt nie wie o co tam chodzi, a ten co wie to tu nie pracuje i przyjdzie za więcej niż zarabia cały zespół, wywali wszystko do śmieci razem ze specyfikacją i menadżerem włącznie na początek. A później czytając specyfikację klienta jego też wyrzuci za drzwi i poleci dział fantastyki w najbliższej księgarni. Taka linia po trzech dekadach skutkuje nerwicą u księgowego. Dlatego linie zazwyczaj nie przeżywają pięciu lat, a jedynym powodem ich wytworzenia i zakupu są dotacje na hajp.

Znam ciekawy przypadek (z Danii) zautomatyzowanej fabryki maszyn. Ostatni stopień swobody to podejmowanie zróżnicowanych detali i assembly (w tym pakowanie). Po prostu nie dało się ogarnąć tej zmienności maszynowo za rozsądny hajs. Wszystko działało świetnie na początku, ale później zaczęto zamawiać coraz bardziej udziwnione produkty więc w kilka procesów trzeba było wstawić ludzika (bo maszyna nie miała takiego stopnia swobody, a przystawka do rozwiązania problemu wymagałaby zamówienia 100tys sztuk produktu, a nie siedmiu). Liczba ludzików rosła, złożoność rosła, pojawił się taki problem, że na podejmowanie produktów i assembly trzeba było coraz bystrzejszych ludzi (adaptujących się do zmian), a do tych prostych części linii odpornych na monotonię. No i w populacji tylu to ich nie było. Nie dlatego że fabryka była taka duża tylko turnover rate i fama była taka, że adres stał się nieklikalny nawet w pośredniaku. Nikt tam nie chciał robić, w każdym razie nie za tyle. Produkcję zaczęto zlecać do mniej zautomatyzowanych firm, a an końcu posprzedawano park maszynowy po kawałku demontując linie. Cała historia zajęła pięć lat do sprzedaży ostatniej śrubki. Czyli postawiono wioskę potiomkinowską na dotacjach, po dwóch latach kulała, po trzech zaczęto demontaż. W Chinach sytuacja jest taka sama – większość innowacyjnych firm tak kończy. Po prostu nie ma tego w niusach w Pcimiu dolnym bo to byłyby niusy na poziomie “w Sandomierzu zamknięto 17 osobową firmę produkującą wihajster” – nikt nie wie ani co to za wihajster, ani dlaczego to istotne, ani o co poszło. Przecież wihajstry robi też tyle innych fabryk. No i ta akurat okazała się nierentowna.

Jedynym obecnie źródłem rentowności są dotacje.

Czyli o zautomatyzowanych piekarniach zapomnijcie – po trzech dekadach eksploatacji nie da się uzasadnić w żaden sposób ich utrzymania jeśli mają produkować coś więcej niż jeden rodzaj chleba (standardowy chleb powszedni). Każda zmiana procesu to dodatkowej urządzenia, które przeczą zasadzie “działa – nie psuj”. Ponieważ marże na chlebie są liche to jest to ostatnie miejsce do które przyjdzie dodatkowy łebski coś łatać. Było nie udziwniać.

Zautomatyzowane fabryki maszyn czy pojazdów – tak, ale poproszę zamówień na 50 lat po 100tys rocznie bez żadnych pików i odchyleń, to wtedy można się w to bawić. Samochody są sezonowe? No to co roku trzeba budować nową fabrykę, a specjalistów przenieść, co ze spłatą tej poprzedniej? A niech się waadza martwi. W przypadku tej waadzy u Jankesów jest to zmartwienie Dimona. Mógłby oczywiście wyjść przed szereg i wygłosić poemat o urawnile – będzie taki sam ciuch dla każdego, żadnych udziwnień, taki sam samochód, taka sam telefon i laptok, wszystko będzie takie samo. No tylko głupio tak bo do ustroju nie pasuje – jak niby podkreślić w takim wypadku przynależność do lepsiejszej kasty? Dimonowi nawet nie wypada wypowiadać takich rzeczy wprost, więc bredzi o stagflacji, co oznacza dokładnie to samo. Bo Jankesi właśnie tę transformację przeprowadzają – muszą dogonić Czajników w standaryzacji. Najpierw trzeba przywrócić dystrybucję czyli sens pracy w w zawodach technicznych. To znaczy, że trzeba wyjaśnić wszystkim co przez ostatniej 50 lat poszli do usług i dupereli, że to był błąd i wypaczenie. Najprościej wyjaśnić to liczbami na pejslipie (w tym ustroju działa) więc organizują demolkę tych zbędnych narośli wywożenia produkcji. Co w każdej firmie oznacza, że dział zakupów wróci na tory zbliżone do dawnych – kupuje się ciągle ten sam towar od ciągle tego samego dostawcy, bo jest blisko, bo robi to samo, bo dzięki temu utrzymuje ludzi, którzy wiedzą co robią, a nie co miesiąc szukają roboty, bo będą mieli za co żyć na starość bo fabryka będzie dalej mogła drukować dywidendę. Przecież musi być jakaś nadwyżka żeby można ją było dystrybuować. Inaczej po co ktokolwiek miałby się angażować w zabawę?

Jednocześnie trzeba zlikwidować całą kastę krawaciarstwa opartego o import taniej siły roboczej (po naszemu Januszexy) przepędzając potencjalną siłę. Aby przywrócić proporcje dystrybucji do jakiś akceptowalnych poziomów. Nie ma bardziej odjechanego przypadku niż USA dla tej metryki, więc i wyzwanie epickie.

No i jednocześnie trzeba przeprowadzić sensowną automatyzację, a że sens daje się stwierdzać wyłącznie na lewej stornie wykresu to bankstera kombinuje jak postawić huty, elektrownie, kopalnie, stalownie, fabryki śrubek, tekstyliów i scalaków. Tylko wracają do tego samego problemu co zawsze – tylu ludzi o takich kwalifikacjach to nie ma, nie będzie, a do tego skutecznie zniechęcono każdego, potencjalnego chętnego aby się tym zajmował, ponieważ każdy ma empiryczne dowody w swojej sieci społecznej, że gdakaniem i hajpowaniem jako sprzedawca lepiej się żyje, za nic się nie odpowiada, a wytwarzaniem dóbr zajmą się jakieś mityczne roboty/Czajniki/ufoki.

Na kanwie tego w Szwecji doszło do nieznanego zjawiska. Że się wszyscy wzajem zjadają to normalne. Ale w przemyśle ciężkim i maszynowym (czyli ta słynna zbrojeniówka co tak ma niby wesprzeć eurogejstwo) udawało się jako tako zachować spójność z klucza pagonowego. Łańcuchy produkcji były w miarę stabilne bo stanowiska zajmowano w relacjach służbowych z lumpen (służby wojskowej). Zawsze istniały jakieś nieformalne sposoby rozstrzygnięć i dogadywania, tak żeby nikt stratny nie był. Oczywiście gra statusowa i selekcja, ale żeby nasze w kupkę, cudze w d… No i sankcje nałożone na carstwo wywróciły energetykę, dystrybucję dóbr i wyceny. Tradycyjnie zaczęto się kopać po kostkach, ale w takiej sytuacji niektórzy się poprzewracali. I nie było czym ich podnieść. Co więcej – ci którzy wyszli jako tako poobijani ale na nogach zrobili odcięcie. Czyli przestały funkcjonować kontakty nieformalne po dawnej linii służbowej. Zanikł model rozstrzygania sporów i podziału łupów. Może się to wydawać nieistotne, Ala i Bob. Ala jest taka, że trzeba przełożyć na jakieś bardziej zrozumiałe dla demoludów wyrażenia. Bo w królestwie kalifackim wszystko jest tak samo tylko się inaczej nazywa i jest mniejsze. Wyobraźcie sobie, że w armii i flocie (bo nad morzem trzeba mieć flotę) istnieje zwiad. I on ma szczeble. Wiadomo, że przy braku W całość sił zbrojnych jest bardziej niż skadrowana więc się tam kariery nie zrobi. Ale zwiad z zasady zasila razwiedkę. Czy taką czy siaką to się nikt nie dowie, bo nawet nie wiadomo czy ktoś jest czy nie jest w strukturach. No i ten zwiad skoro służy w czasie pokoju to przecież nie zajmuje się patrolowaniem własnego lasu w ramach ćwiczeń tylko zajmuje się handlem, wywiadem ekonomicznym, działalnością finansową – oczywiste oczywistości, że razwiedka musi wiedzieć czy skóry baranie idą na mundury zimowe. A po służbie dostaje się jakieś tam stanowisko w łańcuchu produkcji na potrzeby i się tych “skór baranich” czy innych wihajstrów pilnuje, żeby magazyny były pełne a skarbce nie topniały. Coś jakby emerytura z gotowością do powrotu gdyby królestwo chyliło się ku upadkowi, a barbarzyńca następował na fosę i pluł na palisadę.

Wyobraźcie sobie, że doszło do sytuacji, w której interesy poszły tak bardzo na południe, że emerycie w “zwiadzie” przestali się do siebie odzywać, nie rozstrzygnęli dąsów i zerwali kontakty. Nie pozornie, tylko się rozpadła struktura społeczna trzymająca ten porządek od wieków. I weź teraz zamów wihajster do czegoś tam pomalowanego zieloną farbką, kiedy ze sobą nie gadają, nie gadają z tymi, którzy rozstrzygali spory (wyższe szarże) i w ogóle zajęli się eksportem do Jankesów bo inaczej szlag trafi interes. Hollow state.

Pułapki na humanisiów. Wielokrotnie wspominałem o krawaciarstwie kręcącym hajp, że automatyzują to czy tamto. Ponieważ maszyny i urządzenia są wykonane z metali to można przyjmować, że instalacja powinna funkcjonować najmniej 10 lat. Księgowi mają więc ogląd jak to wyglądała ta lewa strona wykresu po dekadzie. O ile interes dożyje dekady, bo zazwyczaj nie dożywa. Problem identyczny jak w OZE – w warunkach laboratoryjnych, przy niedosyconym rynku to w zasadzie można pokazać, że działa i się opłaca. Ale w momencie kiedy zaczynają być hurtem z rynku posysani specjaliści to dowiadujemy się, że nadwyżka była płytka, a podaż jest licha. Tak samo jest z każdym materiałem wsadowym – jakaś tam nadwyżka podażowa jest, ale nie skalowalna z dnia na dzień. Dlatego krawaciarze starają się automatyzować kwestie niszowe (na przykład magazynowe), ale że każdy towar ma inną charakterystykę składowania, produkcji, podziału do wysyłki to najłatwiej jest to zrobić dla niepodzielnych, zintegrowanych produktów w kartonach. Względnie na paletach. Przy towarach nasypowych też są próby takiej standaryzacji, ale dla zboża działa, dla wody działa, dla śrub zwykłych z pewnymi udziwnieniami jakoś tam działa, to dla handlu stalą nie działa. Ponieważ produktem wychodzącym ze stalowni jest 120 metrowa wstęga czegoś. W przypadku blachy może być dowolnie dłuższa, bo na bęben się nawija. Oczywiście firmy kupujące stal w bębnach mają ogarnięty obrót tym i własne transporty (ze względu na masę większość firm nie jest w stanie tego nawet rozładować). Ale większość detalu kupuje stal w arkuszach (procesy są do tego dostosowane). Te arkusze są jednak różne i znowu dochodzi cięcie. Jedni kupują ilość, więksi na wagę. Jedne gatunki są puszczane z “prostowni” (taka część stalowni, gdzie zamiast na bęben albo z bębna blacha jest dzielona na arkusze – łatwo rozróżnić czy były cięte z wstęgi czy z bębna, jak taka z bębna poleży to dostaje banana i na laser się nie wstawi, no ale taniej było^^). Liczba udziwnień nie jest nieograniczona, więc magazyn jeszcze ujdzie, ale na profile na przykład system magazynowy jest pozbawiony sensu ze względu na odpady. Bo blacha ostatecznie jest w niepodzielnych arkuszach, a profile klienci kupują na metry, i pięć po metrze to nie to samo co pięć metrów raz. A przy 12, 15 metrach różni się transport i rozładunek.

Widziałem kilka firm gdzie próbowano zautomatyzować magazyn blach. No i nigdzie nie udało mi się znaleźć funkcjonującej instalacji starszej niż pięć lat. To może być powód nie tylko technologiczny, ale koniunkturalny. Zautomatyzowany magazyn profili on demand jest sensowny tylko wewnątrz firmy, która operuje ograniczonym asortymentem i różnica wynika z obróbki (cięcie, wiercenie, doklejanie wihajstrów). W przypadku kombinatu to kopanie się koniem, odpadu będzie tyle, że “aby się nie zmarnowało” pracownicy będą to prywatyzować. Ewentualnie na złom będzie szedł materiał, który nadaje się do innej produkcji, ale nie da się tego obsłużyć z zyskiem, więc nie jest obsługiwane wcale.

Humanisiom najczęściej demonstruje technologię sprzedawca. W warunkach tak bardzo odklejonych (laboratoryjnych), że nawinięty makaron na uszy, opisujący ekstrapolację przykładu nie odpala niewiary u równie durnego kupującego, za to pobudza mu wizje. Na szczęście co starsi decydenci mają w głowie bezpieczniki – albo zabierają ze sobą technicznego wyjadacza (na co sprzedawcy się nie godzą atakując złym nastawieniem, brakiem zaangażowania i niekompetencją przykładem anegdotycznym “bo tam było inaczej, a to jest inne”) albo na drugi dzień, jak już im dopaminka spadnie idą do technicznego z folderem i papierkami aby wyjaśnił jak bardzo to jest głupie. Technicznie to się może rozbić o “pokaż mi taką instalację po pięciu latach” co implikuje “pozwól innym zbadać teren bojem skoro to taka zajefajna innowacja, nie tylko złoty medal da się opchnąć”. Ale często jest też pytanie o finansowanie “jak długo zamierzasz pozostać na stanowisku, bo ja się będę musiał z tym klamotem użerać pod nową dyrekcją”.

Podejrzewam, że ma to związek z edukacją – wzorki podawane tumanom, czyli na początkowym etapie kształcenia mają kąty proste (zachowanie energii w zderzeniach absolutnie sprężystych) z pominięciem tarcia i rzeczywistości. Później daje się im wciskać liniowe ekstrapolacje bez świadomości narastania oporów o kwadrat przyrostu zmiennej celowej. Bez warunków początkowych i podobnych założeń które ekspandują prosty wzorek do dwustronicowego programu obsługującego funkcję wejściową. Większość rozwiązań zwyczajnie przestaje się skalować kiedy wchodzą do użytku, ponieważ zmieniają środowisko w którym funkcjonują. Specjaliści są tylko tak długo jak się ich nie potrzebuje, kiedy wszyscy zasysają bo to złote runo (jak IT) pokłady dobra wyczerpują się błyskawicznie i jakość spada. Tak jest z każdą drobnostką techniczną, a złożoność w obecnych wizjach automatyzacji jest zatrważająca. OZE też miało niby działać, tylko przy innej sieci dystrybucyjnej, którą miał dowieźć nie wiadomo kto, nie wiadomo kim, ale wiadomo kiedy – w odległej, świetlanej przyszłości. Podobne opowieści są o magazynach energii – zapytaj humanisia opowiadającego takie bzdety czym jest energia i zacznie rzucać tekstami “każdy to wie”. Czyli opowiada o magazynach abstraktu. Kiedy jednak przebijemy się do równań i ich związku z rzeczywistością to czar pryska.

 

To jedna z tych klas społecznych, którą władzuchna właśnie pauperyzuje chaosem w zamówieniach publicznych. Handel pustym magazynem bez zdolności jego zapełniania kredytem wyczerpał się (Dimon nie ma magicznej zdolności zamieniania papierków na towary; może wymieniać towary na towary i dosypać trochę papierków, aby ktoś capnął więcej z górki, a innym “rozliczy się w przyszłości”, tej świetlanej oczywiście). Zabrakło frajerów do wsadzania w proces za darmo (wcześniej wsadzali Czajniki, aż sobie cały proces sami ogarnęli i nie muszą dzielić się wynikiem).

Jednak największy ból przywracania systemu do ostatniego działającego (u Chińczyków bo ściana, u Jankesów bo kiedyś znaleźli frajerów) dotyczy kasty rekuperującej marżę. Handlowcy szukający gdzie można urwać jeszcze centa (i pal diabli koszty dostawy) oraz z kogo centa zerwać bez względu na entropię generowaną w macierzy relacji społecznych (co kończy się rozwiązaniami politycznymi jak w przypadku Jankesów; bez tego bezpiecznika zdarza się doprowadzić do stanu w którym władcy łeb spada razem z koroną, a później gania się pozostałych winnych) zwani potocznie pośrednikami. Czyli zarówno rentierka (wynajem mieszkań jest interesem jeśli jest marginesem działalności w proporcji do liczby habitatów, kiedy staje się standardem to problem mają przedsiębiorcy, bo jeśli nie ma mieszkań to nie ma ludzi czyli “tam to sam sobie rób”; model wyzyskiwania migracji na wynajem został odcięty dekretami likwidując samą kwestię migracji) jak i pośrednictwo pracy ( kiedy z powodu braku mieszkań nie ma pracowników nie ma czym handlować). Co wywala patologiczny model gospodarczy narosły w ciągu ostatnich dekad (wywożenie produkcji własnej i utrzymywanie tańszej niewolnikiem). Ostatnie odpryski tego już nieaktualnego rozwiązania jeszcze mi się trafiają. Wczoraj akurat z firmy, w której pięć szyldów temu (wspominałem czasem szefa tej firmy w tekstach, później prowadził jego syn, “zbankrutowali” tyle razy, że stali się lokalnym memem jak to robić, żeby zarobić; w końcu wykupiła ich sieciówka i wprowadziła sieciowe porządki) robiłem jako podwyk (kryzys 2008) wpadł na magazyn ktoś od nich odebrać żelastwo. Młody Filipińczyk z łapanki. Poleciłem cofnąć pod suwnicę i tu ściana… dali mu przyczepę, ale on nie umie jeździć z przyczepą, a już cofać w cale, do przodu jeszcze jak Cię mogę przez powiat się przetoczył. Ale wsiadł i próbuje. Po chwili zawołali mnie, żeby wpadł na plac z popcornem bo beka jest. No więc próbował cofnąć, ciągle się łamał i mu wreszcie placu brakło. Zlitowałem się, otworzyłem, wysadziłem zza kółka, machnąłem wajchą klnąc na stan techniczny pojazdu, zjechany palec wybieraka i rzęchowatość, cofnąłem pod suwnicę, nawrzucałem żelastwa, kazałem przypiąć i wracać na bazę. Przy czym nikt na placu nie ma obowiązku jeździć pojazdami klientów i ubezpieczalnia tego nie kryje, więc to jest “nie nasz problem” i chyba trzeba będzie klientów z tym problemem cofania zostawić.

Jednak gospodarka nie trzyma się na sieciówkach. Standardowym klientem detalicznym zawracającym głowę na godzinę przed zamknięciem (zakłócającym picie czaju) jest prowadzący warsztat emeryt. Bo emerytury na Północy są tak wysokie, że niedosłyszący, prawie ślepy dziadek, który ledwo kica i ręce mu się trzęsą jest zmuszony pracować. I o ile jeszcze te dwie tony na 700 kg przyczepę suwnicą mu wrzucę, choć to drobnica (bo normalnie to wagony i naczepy się tym ładuje) to w głowę zachodzę, jak on będzie to zdejmował. Rekordzistą był jednak emeryt w golfie jedynce, który wsadził do niego sześciometrowe profile w całości (trochę wystawały, nie dużo, tak ze cztery metry), i ledwo dotykając przednimi kołami asfaltu skierował się na warsztat. Branżowi nuworysze czasem chcą żeby wrzucić coś na dach, ale zawsze pytam czy aż tak tego dachu, słupków i przedniej szyby nie lubią, bo żeby osobówką heba na dachu wozić to jednak jest sport ekstremalny na rondach. No ale tak wygląda podjadanie przez dekady marży i na takich firmach opiera się gospodarka. Bo przecież nie na tych, które z dotacji opłacają 20 tonowy transport wrzucając na niego pół tony dupereli. Może trochę na tych, którzy na taki transport wrzucają 30 ton, zrzucając 10 po drodze jeszcze nie daleko komina rozwożąc do klientów tak, żeby na trasę wyjechać już z legalnym tonażem.

To są właśnie te realia automatyzacji – ledwo kicający emeryt z trzęsącymi się rękami wytwarza dobra. Nie jakieś hajpowane roboty i automatyczne linie. Zmiany społeczne dopiero się rozkręcają. Jak zawsze – deficytami w podaży.

Na pewno będzie ciąg dalszy z przypadkami anegdotycznymi i uogólnieniami pod tezę.