Mainstream

Yeti bytuje w śniegu

Niczym redaktor Obleśnych nowinek wybrałem się na Północ, prawie na samą. @rpis w litości swojej dał mi na bilet (na szczęście nie w jedną stronę) i ruszyłem do miejsca, z którego przylatują sowy. Śnieżne sowy. Teraz muszę sklecić tekst z mchu i paproci poruszając jakieś zmyślony tematy o ufokach aby uzasadnić całą eskapadę. Wszystkie miejsca, osoby i wydarzenia są zmyślone, fotki wygenerowane przez e-jaja, a całą opowieść zmyśliłem wydając kasę zamiast na bilet to na coś mocniejszego. I dlatego przez kilka dni byłem poza zasięgiem, zgrabnie leżąc na podłodze blisko flaszki, a jeśli cokolwiek wrzucałem na boczne kanały komunikacji to były to wygenerowane w pijackim widzie obrazki. Nie da się ukryć, że były one w kolorze myszek. Co uwiarygadnia historię 🙂

//Tu będzie #do brzegu, gdzie jest sedno tekstu: “Janusz! To już jebło i wszyscy w środku wiedzą, że ich dach przygniótł.”;

//obrazki mają podciągniete poziomy aby udawać normalne oświetlenie, bo byłyby dość ciemne; te najjaśniejsze są robione czymś, co na normalnych szerokościach nazwalibyśmy zmierzchem – ale to samo południe; jeden zostawiłem tak jak było – fioletowy, to tak tam jest; część się uparła, że w najlepszym razie będą niebieskie;

Jeśli ktoś przypadkowo rozpozna omawiane miejsca, postacie i wydarzenia to z całą pewnością się myli, ma przywidzenia i powinien skontaktować się z lekarzem. Wszyscy na świecie trzymają się za rączki, a nasza bohaterska biurwokracja uczyniła nasze życie lepszym od tego jakie Bóg zorganizował w Edenie.

Wcale, a wcale nie będę roztrząsał kwestii jak bardzo jesteśmy w d, jak się tam urządziliśmy i pragniemy wyjść drugą stroną. Zrozumiałem po kiego firmy do mnie dzwonią i gdzie jest źródło problemu. Nie rozwiążemy już tego problemu, sprawa jest przegrana. Bo gdyby w takich labiryntach pogubiły się Gołębie to jeszcze byśmy sobie poradzili, ale niestety stworzyliśmy aparat tak złożony, że pogubili się w nim sami twórcy. To tak jakbyś czytał kod własnych funkcji i nie rozumiał co autor miał na myśli więc dorabiał łatkę prostującą zmienne na wyjściu w rezultacie czego cały proces po drodze jest ignorowany, a zmienne co prawda pasują do przeprowadzanego testu, tylko maszyna nie produkuje tego co powinna. Ale ma pięć certyfikatów od siedmiu instytucji, więc musi być dobrze.

Północ ma różne klimaty. Tam gdzie bytuję jest morze z prawie każdej strony, temperatury stabilne i wilgotność bagienna. Zimno jest z powodu konwekcji – w powietrzu jest mnóstwo lodowatej wody. Czasem ona pada z góry na dół, zazwyczaj z powodu sztormu pada w bok, natychmiast osadza się na skórze i zbiera ca 34 kalorii na gram czyli człowiek musi zeżreć jakieś 57 kalorii na każdy gram lodowatej wody osiadający na skórze tylko by utrzymać się przy życiu.

Na obrazku randomowe nerdy zmierzające do paśnika przy nastu stopniach (nachylenia gruntu, no przecież nie mrozu). Otoczenie nie ma na nie wpływu gdyż omawiają rozegraną partię szachów.

Na Północy bardziej, daleko od morza problemu z wodą w powietrzu nie ma. Nie żeby jej tam nie było, tylko gdy dzien jest ciepły to marne 20 stopni na minusie powoduje, że cała ta woda z powietrza jest wyjmowana i składowana przyziemnie. A gdy jest zimny to nie powodu aby sprawdzać co się z wodą stało bo człowiek też jest z wody i można skończyć przy gruncie. Chyba że taki człowiek składa się z tłuszczów – wtedy na chwilę może wyjść. Ale że oczy też są z wody to dobrze mieć tłuste powieki, tłusty, płaski nos, a oczy osadzić głęboko.

Mięso z renifera jest tłuste (w książkach niby podają, że niby stosunkowo nie, ale chodzi o to, że renifer ma ten tłuszcz pochowany wszędzie, nie można tak po prostu odciąć sadła jak świni; niby jest tam więcej białka niż tłuszczu i dlatego sycące). Zjadłem garść i nie wiedziałem którędy na górę. Tłustością (sytością) bije nawet łosia. Ale jeść trzeba, a świnia tam nie wyżyje. Renifer nie jest tłusty w taki sposób jak świnia – skubańce pomiędzy miomery dały radę wcisnąć tłuszcz. Wygląda jak czerwony mięsień, ale siłowniki zawierają towot wszędzie. Niby nie jest tłuste, ale jak się połknie to żołądek od razy wysyła sygnał, że jednak pełno. Frytkami można najwyżej to rozcieńczyć. Młody frytkom ledwo dał radę.

Podróże na Północ turystom kojarzą się najczęściej z lądowaniem na najspokojniejszym, dobrze osłoniętym lotnisku rabusiów – tam siada się miękko. W pozostałych lokacjach już takich luksusów nie ma. Podchodząc na Północy sztorm rzucał latadłem przez mleko, a do tego wiało w ogon. Lepsze jak kolejka górska. Piloci kulturalnie przyłożyli kołem prawym jednocześnie odwracając ciąg, blokując koła i starając się utrzymać sanki w miarę na torze, w miarę nosem do przodu. Na pasie było śniegu po kostki, ale tylko od warstwy lodu licząc, i tylko przez chwilę, bo zaraz zrobiło się więcej, a spychacze wrzucały kolejne zaspy na wywrotki wywożące to wszystko w stronę lasu. Szare kadłuby A400M, które zacząłem liczyć, ale brakło mi palców wzbudziły niejakie zdziwienie, jeden z nich właśnie kończył załadunek. Zacząłem się przyglądać oznaczeniom kraju, który na pewno nimi nie dysponuje, na lotnisku kraju, którymi również nie dysponuje. I bocznicy kolejowej zapchanej pokojem i miłością skrytymi pod białym puchem.

Całą tę pokój i miłość można przecież wysłać statkiem, albo koleją jak już komuś się bardzo spieszy. Z tym że koleją i tak ciągle jadą transporty z Narwiku. Ale te wybierają się tam, gdzie przeładunek w portach nic nie da, bo do Jervenpaa ciuchcią się za wiele nie zawiezie. To ciekawa okolica – ludzi jest tam tyle, że nazwiska noszą takie jak kraina właśnie. Po imionach się rozróżnią, a ostatecznie po otczestwie. Sporo z nimi pracowałem, gdzieś pewnie w dawnych tekstach jakieś wspominki o Markku czy Samim były. No to oni się tak właśnie nazywali nie bez powodu.

Od razu pomyślałem o @nomad, który to ostatnio zwalił sobie na nogę czysta kilo pręcika i ma w drobny mak połamane kości. Dowód na to (anegdotyczny^^), że nie ginie się na U tylko w fabrykach – tam zagrożenia prawdziwe. Nie jakieś drony, balistyki i rokity tylko brak spostrzegawczości przy robieniu w żelazie. Zastanowiło mnie, czy smakował mu biały chleb nad Morzem Czarnym i czy przyjedzie z humanitarką tam, gdzie z chlebem i morzem jest odwrotnie.

Czy kolejna awanturka będzie szła przez Pieczengę na Murmańsk czy z Murmańska? Czy celem jest tajna baza reptilian Gad-żyjewo (wiem że to od bohatera z Kaukazu tak nazwali, ale Obleśne Nowinki zobowiązują)? Jedynym powodem, dla którego bytuje tam tak wielu ludzi jest to, że granie sterczące zamiast wydm są bogate w złoża, które są rzut kamieniem od statku gotowego wywieźć to do wiecznie głodnej huty, z której wychodzi pokój i miłość. Ale tego się nie dowiemy, bo turystów tam wsadzają do lochu i na nic spozierać nie nada.

Wróćmy jednak do osi tego pijackiego zwidu. Na lotnisku było tłoczno od Jankesów z plecakami niczym w relacji Kraków-Rzeszów. Gdyby nie nerdy ze znaczkami programów Mars Exspress, EJSM i EJSM-Laplace można by pomyśleć, że to inny bantustan. A tak, bo przyfrunąłem tu szpiegować ufoków, a nie reptiliańskie spory o strefy porywania deficytowych dziewic. Nic dziwnego że ostatni Gad-żyjewo ostał się tak daleko. U ludzi cywilizowanych to niemodne.

Termometr wyświetlał wesołe dwadzieścia stopni (temperatur dodatnich nie wskazuje bo i po co?), ale suche powietrze wcale nie chłodziło. Choć wiaterek był spory, ale woda leciała już w paczkach. Zdjąłem rękawice, żeby sprawdzić. Niby zimno, ale nie dokuczliwie jak na południu Północy. Wsiadłem w następny transport i ruszyłem dalej. Do wyboru był Narwik albo gorzej. Od razu trzasnął mnie atak paniki. Wspomnienia sprzed kilkunastu lat pracy zimą w tych górach. Zaspy dookoła miały tę samą wysokość. Zwierzęcy instynkt aby nigdy więcej nie oddalać się od sadyb ludzkich gdy są tak wysokie. Że trzeba dolewać paliwa aby generator nie zamarzł i w campingu było w miarę do życia, a maszyny nie stanęły.

Dotarłem na miejsce i podałem łapę młodemu. Jak zawsze było niby ciemno, ale niby ciemno jest zawsze, chyba że akurat zawsze jest jasno. Słońce pojawia się nisko nad horyzontem i robi sobie jaja latając zaraz po horyzoncie nigdy nie wschodząc, cały czas udając, że właśnie jest zachód, albo wschód. Ale on ani do góry, ani w dół się nie wybiera, tylko bezczelnie w bok odmierzając czas. Niby ciemno nie jest bo wszędzie są światła i śnieg odbija je dobrze, ale wystarczy wyjść nieco za krawędź cywilizacji i mimo śniegu jest ciemno jak miejsce, w którym zaczęliśmy się urządzać. Latarnie są włączone nawet w dzień, wystarczy trochę chmurek ze śniegiem aby ciemno. Tak zresztą właśnie było. Hokuspokus aparatu łapał głównie przelatujący przed obiektywem puch, a kamerka w telefonie okazywała się mieć nędzny zasięg na kilka kroków. Może właśnie dlatego typy z widelcem ignorowały bezsilne próby uwieczniania transportów. A może dlatego, że oswoili się przy białym chlebie z tym krojem kurtki jako swój choć obcy ma dokładnie ten sam. A może mi w końcu wyjaśnili, że nikt nie kazał tego pilnować bo to ma być widać. Któż spamięta takie pijacki widy?

Myszki w każdym razie były białe i zakrywały znaki drogowe do połowy słupa. Przynajmniej w miejscach odśnieżonych. Bo w tym zignorowanych było widać okna pierwszego piętra. Czasem. Na śniegu ślady zajęcy i reniferów penetrowały obszary zamieszkałe. A co jakiś czas w miejscu gdzie powinna być droga wystawał znak ostrzegawczy sanek z pieskiem, a drogę przecinał pas sanek, skuterów i quadów śnieżnych (quad na gąsienicach zamiast czterech kółek).

Młody oprowadził mnie po obiektach, które były istotne do późniejszego nawigowania w okolicy i nogi szybko weszły mi w d od górek, gdzie z jednej strony budynku są okna pierwszego piętra, a z drugiej wyjście w las rosnący na wysokości czyniącej pierwsze piętro parterem. Na wszelki wypadek okna są po obu stronach pomieszczenia, aby dostarczało złudzenie sporej kubatury.

Zdjęcia satelitarne okolicy były cokolwiek nieaktualne. Ciekawe czemu. Tak samo jak focie z dróg robione przez sprytne samochodziki z kamerkami. Cenzura dotarła tu wcześniej. Rozkład dróg i ulic zmienia się dość szybko gdy przemysł pochłania sadyby kopiąc pod cywilizacją dołki. Rzuciłem się spać i rano ruszyłem do ośrodka detencji ufoków. Istotne drzewo w lesie warto ozdobić wstążką. Ale tu cały las jest we wstążki, bo tu nerdownie jedna na drugiej i tak aż do launchapada. Nerdy też przełażą w te i we wte, a jedyne po czym można odróżnić tych teoretycznych od praktycznych to po wieku. Jak zawsze od teoretyzowania jest młodzież, a od roboty dziaderstwo.

Poziom dezorganizacji i rozpadu aparatu poznać można nie tylko po tym, że potrafią przyjąć uczniów na nieistniejące kierunki, ale też potrafią (ministerstwo) zrobić to z półrocznym poślizgiem, więc kombinują jak przyjąć jeszcze +1/3 uczniów w połowie roku. Co prawda w nerdowni nie ma problemu – po prostu zaostrzy się selekcję i przeprowadzi rzeź niewiniątek. Ale nie potrafią nawet z wyprzedzeniem ułożyć planu kto z kim, gdzie i kiedy. Tak to jest jeśli administracją zajmują się lewnicy, a nie inżynierowie – nawet obozy koncentracyjne się nie udały kiedy próbowano pozbyć się tubylców.

Nadmienię, że nieliczni tubylcy też mają stratyfikację społeczną – zamożni, ci którzy robią w renifera oraz biedni, ci którzy robią w rybę. To nie są oczywiście odniesienia do zamożności w rozumieniu cywilizowanym tylko takim plemiennym, a ci od ryb są mocniej zasymilowani z okupantem i żyją bliżej standardów znanych nam z cywilizacji. A Ci od reniferów po staremu. Nie masz własnego gavtti to jesteś bidny, dom z ogródkiem się nie liczy.

I tak skręciliśmy w stronę systemu edukacji. Przyjmijmy, że organizowany jest spęd rodziców (wywiadówka^^) niby drugiej szkoły w kraju (w rozumieniu jakiś tam ministerialnych dostania się na i podobne brednie), gdzie jest poniżej stu uczniów po całości, a szkoła ta wytwarza 15% personelu od regionalnego rocket science w rozumieniu ścisłym (nie w takim, że sobie ktoś duperele w matlabie liczy, tylko wytwarza napędy, satelity, eksperymenty, urządzenia – rzeczywistość; kalkulacje są uboczne i można zlecać Hindusom). Czyli jak trzeba wysłać niesporczaka na wycieczkę to oni go muszą złapać. Z tym że spora część ojców to też nerdy, czego nie da się ukryć, więc przyjechali pod opieką matek (tych dzieci, nie swoich). A pozostałych po prostu nie przywieziono – muszą starczyć matki. Jeszcze by się rozleźli po okolicznych instytutach i szukaj wiatru. Zaprosili nas na lekcje. W oślim rzędzie (dziaderstwo) rozpętała się burzliwa dyskusja czy fiszyka jest dobrze tłumaczona. Fiszykę prowadzi typ, który 40 lat napędy i resztę gratów składał, i go ze starości pognano do nauczania dzieci, a że składanie napędów wymaga doświadczenia to łącznie ma przebite osiemdziesiąt. I nie da się tego ukryć. Dziadzio stwierdził, że rzeczywiście dałoby się to tak wyjaśniać i byłoby lepiej, ale to pierwszy rok, i baza wiedzy dzieciaków jest niespójna, w kraju prerekwizyty są wtłaczane w podstawówkach na różnym poziomie, więc stara się uzyskać jakąś konsystencję do dalszej obróbki. W wyniku czego połowa uczniów mu się nudzi, a połowa ma głupie pytania. Dziewczyny uczą się zadań na pamięć. Na egzaminach oczywiście zadania są podmieniane i nic się nie klei (belfry doskonale wiedzą, że uczniowie potrafią na pamięć i dlatego im podkładają takie żaby – mają sprawdzić kto rozumie, a nie kto umie zdać egzamin).

Do tego nie może prowadzić na raz matmy z fizą, choć prowadzi tej samej klasie matmę i fizę (bo nie ma kto tego robić) bo ministerstwo. W zasadzie by mógł, ale to wolno dopiero na uniwerku, a tam zakładają, że oni już to wszystko będą umieli. Uniwerek ostatnio nawet wpadł i zrobił im żarcik – kilku gimnazjalnych nerdów wybrało się na konkurs dla ostatniego roku fiszyki i jeden z gimnazjalistów pierwszego roku zrobił całe 25%. Nie będziemy wskazywać który – wiadomo który, wiadomo że pozostali gimnazjaliści zrobili mniej.

Byliśmy też na zajęciach z języka, robili analizę czegoś tam (zapożyczeń). Ale nikt nie wpadł na pomysł przywołania Chomskiego, mapy rozprzestrzeniania się języków i ludów. O tym że do zajęć z języka wypada od razu włączyć jakiś rozległy model językowy też nikt nie pomyślał. Pozostało siąść z belframi i rozgryźć o co tu urwał chodzi. Czy to taka fluktuacja czy co?

#do brzegu

Po tej rozmowie naszły mnie czarne myśli. To jest jedna z takich topowych szkół w kraju. Nawet zauważalna na świecie. Zrobiona tylko po to, aby okoliczne nerdownie miały skąd brać uzupełnienia. Jak się okazało ludzie od metodologii tam są, podpięci u samego żłoba w ministerstwie (nie tylko tym od oćmiaty i szkodnictwa; to od miłości i pokoju też ma coś do powiedzenia bo tu się garnków nie lepi), wszystkie statystyki i wnioski. Oraz rozporządzenia polityczne. Oraz biurwę. O ile w przypadki Niedorzecza można coś tam jeszcze opowiadać, że są w czarnej, to tutaj są od dawna i zaczęli się urządzać. Ta szkoła jest przypadkiem, w którym próbują coś jeszcze ratować, i nie bardzo wiedzą jak. W takich normalnych nie ma już nawet czego próbować. To nie w tej szkole leży wampir pogrzebany. System kształcenia podstawowego na Północy leży i nawet nie kwiczy. Opinie pojawiające się w niedorzecznych internetach opisują wsie potiomkinowskie dla humanistów. Tymczasem w Finlandii (tak często stawianej za wzór) i skandynawskich okolicach od środka wygląda to zupełnie inaczej. Mimo że starają się zawracać trend kijem. Dosłownie kijem.

Skrótowy wniosek do jakiego będzie prowadzić ciąg dalszy: “Janusz! To już jebło i wszyscy w środku wiedzą, że ich dach przygniótł.”.

Pogadałem z belframi. To co im przeszkadza to metryki, do których stają się dopasować narybek. Mają z tym problem nawet na uniwerku, bo ostatnio studenci poszli do sądu, że dostali brak zaliczenia laborek, za złożenie prac (odpowiednik naszych licencjatów) dzień po deadline. I podparli się tym (studenci), że paczki & listy też nie przychodzą JIT tylko kiedy przyjdą. A jeśli od liczby maili (z zaliczeniami) zatka się skrzynka uczelni to nie ich problem.

Przeszkadza też to, że kadra (model treningowy) z kwalifikacjami jest stara. Akademia nie nadąża za własnymi publikacjami. Na przykład tłumaczyli, że nie rozumieją dlaczego dzieciaki chcą przesuwania zajęć na dziewiątą czy dziesiątą, kiedy emeryci mogą wstać o szóstej. To że smarkateria ma przesunięte godziny aktywności (chronotyp) pierwsze słyszą. W takiej (rozumiecie) modelowej szkole z kraju, o którym pisane są peany jak to tam dobrze szkolnictwo funkcjonuje i jakie jest postępowe (tymczasem jest pudrowanym postępactwem).

Dziderstwo sobie uroiło, że dopasuje kijem bez marchewki do takich wzorców, bo im systiema przestała działać i to niby z braku kija (nie z braku marchewki oczywiście). Kłopocik taki, że ich studenci puszczają kantem i potrafią gremialnie odejść z semestru, a czasem z uczelni i jeszcze się handryczyć po sądach, że bulling. Oczywiście pohukują, że jak się komuś nie podoba to droga wolna – w Chinach działa. I wyciągają statystyki pokazujące jak dobrze działa w Chinach. Jakoś w metodologii pominęli, że porównują całą populację ludnościowo małego kraju do… wyników połowy procenta populacji chyba najludniejszego “u nich działa”. I takie bzdety opowiada osoba, która zgodnie z kwalifikacjami akademii na statystyce się zna (jest to osoba niezwykle bystra, żeby nie było; tylko starość usztywnia myślenie). Posłuchałem tego, zadałem kilka pytań kontrolnych, znają pytania, znają odpowiedzi, ale na ciągu dalszym rozbijamy się o przepisy, metryki etc. Jakkolwiek bystre akademiki to w momencie kiedy im stoją z kijem, że ma być metryka (punkciki) dla minedu to ściana. Dobrze wytresowani.

Powyżej ściąga dla belfrów, żeby rozpoznawali uczniów. Na zdjęciu każdy przetrzymywany z kartką jak przy godziwym zatrzymaniu po odczytaniu praw.

Jednocześnie występują belfry, które z minedu nie mają nic wspólnego (przysłały ich firmy od rokit na zasłużony wywczas; esrange i irf). Po postawieniu pierwszego pytania “dlaczego nie wyjaśnił czegoś tak i siak?” od razu wie, że wypadałoby, ale dali mu uczniów o nierównej konsystencji, więc połowa nie wiedziałaby nawet o czym mówi, a do tego matmę i fizę prowadzi im on właśnie, ale nie może prowadzić matmy i fizy na raz, bo minedu nie pozwala i trzeba zgodnie z programem. Więc nawet jak da się wyjaśnić coś w połączeniu z czymś innymi zachowując ciągłość co do czego i z czego wynika od razu odpowiadając na pytania babińca “czy na egzmin dostaną listę wzorków?”, że wzorki nie są do niczego potrzebne, ponieważ one wynikają z pytania i można je wyprowadzić na kolanie (to operacja logiczna, a nie coś czego trzeba się nauczyć na pamięć) to od razu rozwarstwiłoby mu klasę (i tak jest rozwarstwiona o czym wie – gnojki od szachów mają zadania porobione do przodu i się na zajęciach nudzą; babiniec nie nadąża próbując uczyć się matmy i fizy na pamięć; co jest typowe). Wie że można inaczej, alu ma kazali, ma 80+ i ma już problemy z liczeniem, więc nie będzie zmieniał świata, w zasadzie prowadzi zajęcia na autopilocie bo ponad 40 lat posyłał rokity za karmana, a wcześniej odklejał myśliwce od pasa. Zarówno licząc jak i majstrując temi rękami. Tutaj jest aby dożyć swoich dni.

Gdzieś w całym tym kminieniu metryk akademia nie obcięła się, że mioty są jakoś mało liczne. Nie ma żadnej nadwyżki. Jeśli będą wybrzydzać to zostaną w splendid isolation. Ale dostosować narzędzi nie potrafią, więc przywracają ostatnią, działającą wersję systemu, która wymagała mocnej demografii do obsługi kija (bo przyjdzie ktoś inny), ale miała marchewkę. Bez różnicy potencjału na kiju i marchewce żarówka nie świeci, no uparła się i przegadać jej nie można.

Gdzieś przeoczono zmiany z kilku ostatnich lat. Nie tak że całkiem – pisanie prac odeszło do lamusa, bo generatory tekstu. Sprawa dość oczywista. Od robienia testów na laptoku też odeszli, bo ktoś podpowiedział, że z poziomu pytonga, którego uczą w podstawówce można podpiąć rozpoznawanie zawartości ekranu do klikadła i testy same się rozwiązują. Coś jak autoaim w fps – umiesz czitować w fps to umiesz w testy. Skoro już jesteśmy przy e-jajach to pociągnijmy.

Powszechne oczekiwanie (normików) jest takie, że w akademii są mądre hominidy i się na takich mądrych narzędziach jak e-jaje znajo. No kto jak nie łune – tę łakademiki to już muszo, przecież to do sajens jest. Wystarczy poczytać jakieś hajpowane posty o tym co to e-jaje nam zrobią za frajer. I jak raz – e-jaje naprawdę robią całą tę robotę za frajer, bo zamiast ciepła odpadowego z wolnych mocy są narzędzia dla publiki – kalkulacje odpadowe?

Jednocześnie ci co narzędzia robią z akademii raczej uciekają, jest zaledwie kilka uczelni na planecie, bardziej ośrodków technologicznych z doklejoną uczelnią gdzie nerdy się okopały i im wygodnie bez liberalizmu “każdej małpie wyższe”. Akademia składa się zaś z tych, którzy w sosie własnym, klepiąc się wzajem i pokoleniowo po ramionach wlepia certyfikaty, że mundre są. Nie żeby zaraz wszystkie akademiki głupie były, cała kupa jest mądrych, tylko w tym poronionym ustroju tagowania ich dyplomami część się pogubiła z dyskryminacją. Czyli rozróżnieniem prostego faktu, że nie chodzi o to jak fajnie nazywa się funkcja w języku wysokiego poziomu, tylko jak modulowany jest sygnał w mikroklocku i można go tam wsadzić nawet kartą w dziurki. To nie chodzi o to żeby być utytułowanym krętaczem z nomenklaturą na dwie strony, tylko wiedzieć jak wprowadzić do kabla prąd w dziurki. To nie korona czyni królem.

Akademia więc się popłakała, że cała koncepcja wypracowań, prac własnych, esejów etc poszła w diabły z powodu e-jaja, że łun wróg i skaranie bo nie można już używać metryk po staremu. A tak dobrze było!

Słyszeliście kiedyś, aby ktoś ze STEM skarżył się, iż wprowadzenie kalkulatora, później lepszego kalkulatora, a później programowalnego kalkulatora (komputera) coś im popsuło w kwestii kształcenia? Że teraz to już nie będzie trzeba się uczyć? Odwrotnie – jeszcze więcej trzeba się było przez te ustrojstwa uczyć. Taka drobna różnica pomiędzy STEM i humanistami. Ale to humaniści są od mielenia ozorami i to łune piszą rozporządzenia jakim młotek jest godziwy do wkręcania jaskółek. Stan obecny jest taki, że wywalili do kosza całą koncepcję pisania czegokolwiek, a do tego pisania na kompie – pisać trzeba ręcznie. Zgadnijcie czy ktokolwiek dziś jeszcze umie pisać. Ale nie uprzedzajmy foktów.

Powyżej kontrabanda – baner przytułku z materiału tak lekkiego, aby dało się go skryć w skafandrze.

E-jaja da się jak najbardziej wykorzystać w edu (pisałem o tym, eksperymenty przeprowadzone na żywym organizmie; u mnie działa^^) tylko trzeba nauczyć dzieciaki z tego korzystać. Tak samo jak z kalkulatora, butów, przejścia dla pieszych. Najpowszechniejszy czat potrafi poprowadzić zarówno zajęcia, jak i objaśnianie indywidualne, jak i egzaminację na poziomie dla żadnego nauczyciela nieosiągalnym – ma niewyczerpaną cierpliwość, uwagę, koncentrację. I do tego potrafi przedstawić ocenę lepiej niż numerek w tabelce, objaśnić co poprawić, czego się uczyć, czego się dalej uczyć. Jest nie do pobicia w szachy, w go i edu.

W tym samym czasie akademia opiera się na publikacjach, a nie na wdrożeniach. W tym kontekście nie dziwi, że piszą programy naprawcze i niczego nie poprawiają. Zauważmy, że rozwiązania istnieją, techniczni je wdrażają aby ułatwić sobie życie (masz tu smarku e-jaja, używa się tak i tak, nie będę Ci już wymyślał pięciu kartek zadań z matmy, masz od tego automat), akademicy tylko plotą o tym, że to robi za kogoś robotę :

“Those who can, do; those who can’t, teach.”

Wyposażenie szkoły dobre. Więcej niż przyzwoite, widać że firmy dosypują tam bez hamulca. Widać że dosypane jest na kierunek techniczny, do którego brakło belfrów (bo obok jest kopalnia hematytu, a przebij technicznemu sztywnymi widełkami z ministerstwa w takiej to okoliczności). Zresztą inni nauczyciele też uciekają – po kiego masz się użerać z gnojkami, skoro możesz jechać 7km/h wywrotkę przez 8h szychty? Żadnych maili po pracy? Nikt nie jęczy? Albo obsługujesz ładowarkę do pociągu przez godzinę czy dwie, a sześć książki czytasz. No chyba że trzeba w jakiś wagon zasadzić z lacza bo się stawia?

Powyżej: dzieci mogą się najeść, starsi napić. Jak to w stołówce szkolnej.

Są teleskopy, lutownica i zasilacz labowy dla każdego, trochę mikroskopów (dużo jest laborki bio i chem; szafy z kontrolowaną atmosferą, raz na jakiś czas z iss podrzucają niesporczaka z objawami wyjścia bez skafandra). Aczkolwiek przy braku (zawieszeniu z braku belfrów) kierunku technicznego w teleskopie nie chyta tracker – serwa działają, tylko nikt nie wie czemu nie da się zaprogramować (nawet nerd od makroszkopów). Czyli kupa fajnego sprzętu, który jest wykorzystywany tak powiedzmy na ćwierć gwizdka. Zaznaczam, że z powodu podpięcia do lokalnego szpejs bez aero oraz far szpejs, układziki na orbicie (przemyt^^) nie ma tam czegoś takiego jak brak budżetu na projekty czy jakieś pomoce. Nie wiemy co zrobić trackerem – kupią nam nowy teleskop. Kto bogatemu zabroni. Balon z pomiarówką na 30 km wysłać? Luzik. Chomika na suborbitalną? No to chwila – trzeba chomika zważyć, poczekać aż coś będzie leciało i sprawdzić czy w kubaturę wejdzie. Oraz specyfikację jakie przeciążenia lubią chomiki i jakie mają mieć wygody 🙂

Jest oczywiście sprzęt VR, cuda wianki, żeby dzieci mogły pobawić się molekułami w środowisku interaktywnym. Tylko że to wszystko zamiast mieć oprogramowanie z akademii (numery tcp/ip mamy, bo nerdy w CERN potrzebowały zarządzać dużą ilością danych z różnych urządzeń i sobie same zrobiły, takie nazwisko jak Kahn z całą pewnością kojarzycie; alternatywnie mielibyśmy protokół DECnet i X.25; to na tym wisi całe WWW, jeśli szukacie pierwszej strony w necie to http://info.cern.ch/ ) kupuje od korpory – musi kosztować. Tak jakby cała ta banda utrzymywana z podatków nie mogła siama. Może, tylko kiedy już może to się zwija z akademii i idzie do prywatnego sektora po monetyzację, bo ileż można ganiać w dziurawych butach?

Z czego czytelnicy zapewne już wywnioskowali, że centrala nie ma za dużego wpływu na jakość finansową szkół od strony wyposażenia/projektów, za to szkodzi urawniłówką płac (co łatają samorządy, bo odległa lokacja gdzie Słońce czasem nie dochodzi). Za to bardzo upierdliwe jest centralne sterowanie (też urawniłówka) programem, metodami kształcenia, narodnymi testami i związanymi z biurokracją odchyleniami do środka w dzwonku Gaussa. Kiedy to pisałem magiku Elonu spełnił swojemu wybranemu obiecankę wyborczą i minedu rozpędził na cztery wiatry. Ale to inna, dużo ciekawsza historia.

Brak nauczycieli od techniki doskwiera też uczniom – projekty dyplomowe robią, akurat przechodziłem przez pracownię prądoniki i jeden miał coś pokazać, ale nie działało. Akcelerator kołowy dla kulek (gdzieś focia jest, ta ze świeczką). Bez sensu ale też fajne. Popatrzyłem, powiedziałem co jest bez sensu, zmieniliśmy zasilanie i ruszyło.

W tym kontekście zwrócę uwagę, że akademia często porównuje metryki do innych krain (Chiny, Japonia, Korea) i zamiast przyjrzeć się kiedy i do czego jest tam stosowany system uznawany za represyjny osiągając konkretne wyniki po prostu wdraża kopiuj wklej pewne rozwiązania bez analizy czym i na jakim etapie ma to sterować. Po czym ci sami akademicy (konkretnie ci sami – członkowie jakieś tam rady od projektowania konia przypominającego wielbłąda) jęczą, że dostają wielbłąda i mają z niego zrobić konia.

Aparat edukacyjny taki jak w krajach azjatyckich jest scentralizowany, ale dlatego, że jest sitem selekcyjnym, a nie promocją inkluzywności. Jego zadaniem nie jest powszechna i [przymiotniki] edukacja, tylko oszczędzenie środków i fatygi samych poddanych procesowi serią widełek umi/nie umi. Ze względu na ilość takich forków (testów) są w stanie przekierować znaczącą część populacji do zadań adekwatnych dla ich biologicznych możliwości. Nie wszystkich, nie zawsze, nie bez patologii (cokolwiek nagannej z punktu widzenia kultury indywidualistycznej), ale im działa w pewnych zakresach.

Na obrazku hematyt luzem.

Akademickie długie nosy (bo garbate takie głupie nie są) starają się zacząć proces od środka dopiero wtedy wdrażając sito. To że mówimy o zagadnieniu tak złożonym prowadzi do prostego wniosku, że zmiennych będzie bez liku, więc do ich interpretacji nie kwalifikują się metryki jedno czy kilkuwymiarowe (oceny na świadectwie). Że to rozwiązanie jest wadliwe wskazuje pełne zignorowanie tychże metryk w biznesie, przedsiębiorstwa szukają ludzi, którzy im rozwiążą problem, a nie “mają metryki”. To że w energetyce istnieją wymogi lewne aby bilet był obchodzone jest wielotorowo – robi ten kto umie, ten kto ma kwit stempluje. Kiedy ścieżka zdobycia kwitu się upraszcza (na telefon) to wydawane są kwity, że każdy umie (miałem przypadek gdzie certyfikowany rozłożył ręce stwierdzając, że brak prądu to wola Ał-Łacha więc padło, żebym naprawił rzeczywistość). Po jakimś czasie wdraża się nowe lewo, nowe kwitki i wszystko pozostaje po staremu. Skoro nie takie metryki to jakie?

Zapewne dużo użyteczniejsze będą profilowane przez osobnika e-jaje. Będą one w stanie zapewnić komunikację (bo tym są świadectwa, certyfikaty i zaświadczenia stwierdzające umi/nie umi) zdolne zarówno odczytać pytającego w czym ma problem (jako że sprofilowany do osobnika e-jaj, czuwający na nim Anioł Straż będzie rozumiał co dureń ma na myśli) i na bazie nie kilku, ale miliardów zmiennych znaleźć kogoś (też sprofilowanego pogaduchami codziennymi, udziałem w życiu jak aniołek za plecami) kto ten problem umie rozwiązać. Problemu nawet nie trzeba nazywać – tokeny się zgadzają wystarczająco. Co prowadzi do banalnego wniosku, że takie systemy będą zdolne do przewidywania czego dalej typa uczyć i jak daleko go popchnąć. Wiem to bo sprawdziłem na żywym organizmie i to działa (z edukacją i rozpoznawaniem gdzie pchać). Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, że działa odwrotnie od urawniła. Dokładnie urawnił^(-1).

Odwrotność czego? Urawnił robi tak, żeby pomoc w rozwoju przydzielać uczniom, którzy sobie nie radzą. Czyli jeśli nie radzisz sobie dajmy na to z matmy, i wcale Cię nie interesuje przedmiot, z którym sobie nie radzisz to trzeba Ci wcisnąć jeszcze więcej matmy, abyś nagle zmienił poglądy? Tymczasem z pomocą e-jaja można uknuć szczwany plan jak to zrobić odwrotnie. I da się to zrobić wyłącznie kiedy dzieci jeszcze są na etapie infinite loop “a jak? a dlaczego?”. E-jaj tym wypadku, i na takim etapie jaki akurat był dostępny jest narzędziem wsparcia gwarantującego nieskończony pokład cierpliwości spamującej dany loop w wybranych kierunkach. Przyjmijmy, że matma nie, a bio tak. Wkręcamy wtedy smarka, że to jest system, jak ktoś lubi bio to znaczy, że radzi sobie z mnemotechnikami – umie wymienić dużo dinozaurów czy coś w ten deseń. Wprowadzamy kolejne koncepty analityczne (nie zdradzając, że to ma jakiś związek i tak się nazywa) jak jedne (akurat interesujące smarka) organizmy są związane z innymi, jak wygląda sterowanie w nich, dlaczego musiałyby zjeść tyle a tyle, żeby utrzymać taki aparat ruchu, budowę mięśni, kości, czym się różnią kości. I powoli, w miarę gromadzenia materiału zaczynamy rysować kreski między kropkami wdrażając systematykę (akurat tutaj gatunków), co z czym się klei, pada oczywiste pytanie jak z Trexa zrobić wróbla, wchodzą budowa komórki, osmozy, nukleotydy, porwany niewolnik na elektrownię-mitochondrium. Krok po kroku dochodzimy do aminokwasów, a stąd już droga do chemii, więc rozgryzamy chemię, to trzeba liczyć, więc liczymy, więc jak chcesz mieć zdolność do zadania następnego pytania w loopie to tak czy tak trafisz na systemy sterowania, chemię i matmę. Więc matma to taka biologia w pewnych zastosowaniach chemicznych, w statystyce etc i od tej storny atakujemy mózg gówniarza. Wykorzystując jego naturalny mechanizm ciekawości, a uzyskanie odpowiedzi wymaga poznania aparatów takich, jakie na razie rozgryźliśmy.

Obrazek ze śniegiem, śnieg jest zawarty na większości obrazków.

Tak samo odwrotnie – jak matma to e-jaj będzie piłował matmę, ale mózg kaszojada operuje jeszcze mocno na motoryce, więc wymaga wyobrażeń i posługiwanie się abstraktem formalnie wymaga pewnego treningu. Wprowadzając kolejne koncepcje zwracamy uwagę na zastosowania, tu będzie najpierw fiszyka, później chemia, w chemii będą fajne łamigłówki, z chemii biologia, jako duże, rozbudowane równania, które obchodzimy statystyką, bo atakiem numerycznym krok po kroku spektrumna nie dźwignie. I gdzieś tam po drodze uzyskujemy zainteresowanie tymi zagadnieniami.

Te ścieżki są typowe, używane historycznie, wynikają one z różnych sposób analizy danych jakie stosują ograniczone rozmiarem czaszki hominidy. Wielu biologów obecnie wychodzi z fiszyki do wyższego uorganizowania. Oczywiście ciągle mamy przepaść pomiędzy ekosystemem, złożonym organizmem i biologią molekularną, jest to przepaść gigantyczna i zasypujemy ją atakiem statystycznym, ale sam sposób myślenia zawsze wychodzi albo z analizy, albo z mnemotechniki. W miarę jak Matematycy ujednolicają, a inżynierowie upraszczają liczenie narzędziami udaje się przeskakiwać pewne “problemiki”. Nie zawsze są to skoki spójne w szczególe z rzeczywistością i trzeba to później przez dekady szlifować, ale działa.

Problemem jest fiszyka – wykonano gigantyczny skok, wszystko się zgadza, tylko Matematycy się nie zgadzają i obecnie rozwijane są (od dekad) całe obszary algebr, żeby jakoś to ugryźć, bo poważnie zabrnęliśmy (to jeden z powodów, dla którego nie mamy komputerów kwantowych zgodnych z oczekiwaniami, wyszło, że rzeczywistość nie nagina się do uproszczeń i ekstrapolacji). Ale są to problemy niekolidujące z kształceniem dzieciarni – to jest odległy horyzont tego co udało się osiągnąć, daleka wyprawa w nieznane i przypadkowe natknięcie się na dobre miejsce do okopania. Typowy przypadek “nie wiemy jak się tu znaleźliśmy, a Matematyk sarka”.

Wróćmy do głównego wątku z tej odklejonej dygresji. Czy uda się wykonać skok z prymitywnych i już całkowicie nieadekwatnych sposobów kształcenia? Pogadałem po tej wycieczce z przemysłowcami na stanowiskach i wiedzą, że są w d, a jedyne co można robić to czasem mnie przepchnąć przez biurwę, żebym połatał doraźnie deficyty w inżynierskim narybku, który jest po niewłaściwej selekcji i samoloty rozlatują się w powietrzu z powodu menago. Nic nie działa, ale z przyczyn politycznych na razie nie zostało zmienione – musi się samo zawalić.

Zapewne taki skok (jak z telefonów po kablu do komórek i nowoczesnego systemu bankowego, jaki doświadczono w Niedorzeczu wobec braku adekwatnych usług) jest możliwy, i jest typowy, i zrobią go sami rodzice. Zapewne konieczne jest do tego zignorowanie (lub rozwiązanie) centralnego systemu edukacji, a do tego trzeba rozmontować spory kawał pasożyta (dla żartu i ciągłości nominalnej zwanego państwem). Zapewne więc zrobią to przedsiębiorcy rozwiązujący swoje własne bolączki “samoloty mają nie rozpadać się w powietrzu, bo nimi czasem latamy”. Wdrażanie systemu azjatyckiego jest pozbawione sensu (miało sens przy innej demografii, ale wtedy nie mieliśmy jeszcze problemu z systemem pruskim). On już jest prymitywny, zaprzeszły i Azjaci też kombinują jak go zmienić w coś adekwatnego, bo dostrzegają problem który im wygenerował (naturalny problem obchodzenia przez uczestników systemu samego systiema każdym możliwym sposobem – jest marchewka, trzeba dotrzeć do marchewki i pal diabli ściany labiryntu).

Niby brakuje zachęty aby to zrobić (marchewki), ale kij spadających samolotów może być motywatorem. Są pewne objawy (odtwarzanie szkół przyzakładowych jak ta omawiana w pijackim widzie, tyle że tutaj akurat o rokity chodzi, a nie zbijanie palet czy mebelki), ale do tego trzeba sito wprowadzić na wcześniejszych etapach. Co wszyscy wiedzą, wiedzą że musi być seria krótszych “szkół” zamiast długiej podstawówki. Więcej selekcji, większa elastyczność w ścieżkach, jednocześnie Niemcy sprawdzili, że skutkuje to produkcją fachidioten, którzy są później nieelastyczni w zmieniających się warunkach. Azjaci po prostu wywalają część populacji na śmietnik (biedę), ale robi to problem demograficzny (to ta część populacji dostarczała liczebności). Tak źle i tak niedobrze.

Na obrazku widać budynki zamaskowane pogodą.

Jednocześnie w oderwanych, nerdowskich ośrodkach technicznych (zderzacze, launchpady, datacenter, biochem, petrochem, sieć szkieletowa – podstawy cywilizacji) problem jest znany i mając do dyspozycji środki techniczne, które działają or else co zapewnia skuteczną selekcję. Jest to poważnie na przekór akademii, która opiera się na publikacjach (produkcja papieru, obecnie generatory tekstu zrobiły na tym epicką inflację) czyli wymaga zdolności komunikacji, gdy jednocześnie przedsiębiorstwa nie publikują jak im jakiś na przykład elektromagnes działa, nie liczą punkcików, tylko uzyskują warunek konieczny “u nas działa”. Kto ma łeb żeby zrozumieć co robi źle, jedzie do nich, patrzy co i jak zorganizowali, że działa, próbuje implementować gdzie indziej, gdzie jest prawie tak samo, a nie działa. Ta metoda sprawdzała się przy wolniejszych cyklach technologicznych, ale dziś jest to kłopot, bo technologie stosowane w niektórych branżach nie są zdolne do wytworzenia wielopokoleniowych standardów. A w procesie ich tworzenia zamiast selekcji co działa z perspektywy “długo próbowaliśmy różnych sposobów” stosujemy hajp. Naturalna sprawa, ale zwykle był czas aby się uleżała – tym razem tego luksusu w pewnych dziedzinach nie ma (w tych cywilizacyjnie istotnych jest, dlatego konserwa się ostała; ale w tych kulturowych i metodologicznych bałagan).

Różnica pomiędzy produkcją edukacyjną w omawianej Azji i omawianym zapadzie jest taka, że Azjaci dostają standaryzowany produkt i gigantyczną ilość odpadu, a zapad ma odpad wymieszany z produktem i wszystko ometkowane, że zgodne ze standardem, a później kliencie (przedsiębiorco) męcz się. W rezultacie przedsiębiorcy składają oferty “szukam produktu, może mieć metki lub ekwiwalent”. W obu wypadkach deficyty systemowe są uzupełniane tak samo – produkcją garażową. Czyli edukacją prowadzoną w warunkach domowych. Oczywiście spuszczanie wszystkich na rodzicielski garaż jest drogą donikąd, ponieważ większość ludzi się tą robotą nie zajmuje, gdyby to robili to nie potrzebowalibyśmy systemu edukacji. I tutaj uwaga – u Azjatów jest to tradycyjna rola matki, dlatego tam wykształcenie kobiet jest nieco inne, nieco wysokie i nie ma takiego znaczenia dla przedsiębiorstw – ono jest potrzebne do replikacji u dzieci. Co jest sensownym rozwiązaniem, na które bym nie wpadł. No ale to społeczeństwo kolektywistyczne, a nie indywidualistyczne, więc u nas musi być młoda i głupia, bo jak nie jest głupia to się nie nabierze i replikować nie będzie na czym.

Tu ciekawe statystyki, które mi akademicy podali (bo to nie jest tak, że całkiem bez sensu). Otóż według nich jeden na sto dzieciaków (pi razy oko) nie wymaga edukacji. Czy ją dostanie czy nie nie robi różnicy, i tak sam będzie się uczył. Porąbie las bo las istnieje. Jakieś 6-7% ma predyspozycje do samodzielnej nauki i czasem trzeba popchnąć albo wyprostować. Taki trening nadzorowany (wiadomo do czego się odnoszę^^). Reszta musi być ciągnięta na łańcuchu za wozem i nic się z tym nie zrobi. Z co bystrzejszych będzie wyrobnik (w rozumieniu akademii). Czyli to dawne wyższe obejmujące 10% populacji miało podstawy eksperymentalne. 50% jest bez sensu i stąd cały ambaras bo prikaz polityczny był, że ma być 50%. Co drugie drzewo w lesie obwiązane wstążeczką, że zajmie miejsce 10 drzew rozłożystą koroną. W lesie inflaton field nie zaobserwowano co skutecznie podważa hipotezę o wielkim bum. Względnie pomysł jest na pewnym etapie głupi – jesteście w balonie, nie wiecie jak tu trafiliście i nie wiecie gdzie jesteście.

U mnie działa – znaczy rozwiązanie istnieje. Nie jest ono powszechne. Ale skoro u mnie działa to można stosować e-jaje do rozwiązywania tego problemu 1% i 6-7% balansując pomiędzy popychaniem na właściwą ścieżkę belfrem oraz nieskończonymi pokładami cierpliwości automatu. Akademicy oczywiście postawili kwestię, że trzeba rozwijać komunikację, bo kto nie umie zakomunikować co mu wychodzi to jakby nic nie umiał. Młody wytrzeszczył oczy (ma doświadczenia w przemyśle i wie że wprost przeciwnie: nie ma powodu ujawniania własnej niekompetencji, a w konfrontacji z kilkoma łbami każdy pomysł ma wady, tylko niektóre mają je mniejsze niż rozwiązanie obecne więc wdrażamy, a później się poprawi jeszcze raz i ponownie), a ja uszy. Zwróciłem uwagę, że to tak nie działa w biznesie. Akademicy mają swoje doświadczenia (wszak z firm ich przysłano) i zauważyli, że istotnie, że z tym publikowaniem i komunikowaniem to w biznesie nie, ale… ale robicie ludzi do biznesu, a nie do pudrowania trupa w akademii? Konsternacja wtargnęła do dyskusji.

O tym jaki gatunek nerda tam występuje będzie później, ale wystarczy się rozejrzeć aby zrozumieć, dlaczego ich ta komunikacja tak boli. Z oczywistych względów akademicy w wieku emerytalnym żadnego e-jaja nie wdrożą. B nie ma rozporządzeń, nie ma metodologii, nie ma standardów. A oni muszą wypełnić rubryczki, zrealizować [klękamy!] Podstawę Programową [spocznij!] i są oceniani wedle ministerialnych wytycznych. Jeśli komuś się zdawało, że w Polin jest źle, a na Północy trawa jest zielona to jednak nie. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma? Te wszystkie bajki o fenomenalnym systemie nauczania w krajach Północników to propaganda. W kontekście “wturaja szkoła w stranie” aż strach pytać, czy w tych nieprzodujących w ogóle jest jakaś trawa, o umaszczenie nie warto pytać.

W skutek czego nie można przeprowadzić eksperymentu w ramach systiema, ponieważ trzeba by go najpierw opisać. W obecnej sytuacji losowe ułożenie rezultatów po wrzuceniu granatu ma spore szanse być lepsze od zastanej konfiguracji. Eksperymenty pozostawiamy więc w domu, a skutek w szkole jest taki, że smarkacz ma pozaliczane przedmioty do przodu, więc na część zajęć nie musi się fatygować. Na części nie ma co robić (bo już zrobił dawno, a jak czegoś nie wiedział to mu dżipit wyjaśnił). A belfra i tak nie ma kiedy zapytać indywidualnie, ponieważ nie wymyślono dyżuru tak aby wszystkim pasowało. Młody pyta więc dżipita i mnie.

Oczywiście można od razu wpaść na biznesowy pomysł “to my zrobimy takiego e-jaja i sprzedamy”. To głupi pomysł. Model językowy służy do mielenia językiem, to statystyczny kalkulator do ejakulacji słów. Akurat przypadkiem robota nauczyciela polega na mieleniu ozorem. To czy coś z tego wynika jest sprawą drugorzędna. Tę drugorzędność można w maszynie wzbudzić promptem, u belfra własność sieci albo jest, albo nie jest. Tak powiedzmy gdzieś do poziomu trzeciego roku (wyższe) STEM dżipit sobie radzi. W humanistyce to nie wiem bo się nie znam, dla mnie język to struktura geometryczna, więc nawet jakbym miał sprawdzić to nie wiem czy się to masa (filozofię to wiem, że tęgim kijem). W intrygi i rozumowanie te modele są słabe (płytki i nawet pętle wielokrotnie powiązane robione im zewnętrznie do wtórnej analizy nie pomagają), ale to powszechny problem z modelami do zabawy w niepełne dane. Jeśli chodzi o zakres ścisłych to gdzieś tak na poziomie drugiego-trzeciego roku pewnych specjalizacji (z tych, które znam) modele się gubią w uproszczenia. Choć niektóre fakultety mają ogarnięte na poziomie znaczniejszym (lepsze dane treningowe tam są, bo były budowane ściśle i właśnie jako treningowe tylko dla ludzi).

Do pewnego stopnia da się nauczyciela zastąpić przy żmudnej, indywidualnej robocie z materiałem. W pewnych zagadnieniach się nie da. To kwestie formacji, role model i podobne. Oczywiście belfry od dawna nie są żadnym role model dla smarkaterii powyżej czwartej klasy podstawówki dla dziewcząt. Przy czym maszyna nie ma statusu społecznego, więc w procesie mózg kaszojada nie wczepi jej jako odniesienia dla osiągnięć własnych w predykcji przyszłości. Jeszcze od biedy w takich szkołach jak omawiana coś da się zrobić, bo wykładowcy temi ręcamy rokity i samoloty dłubały. Więc od biedy mogą być jakimś tam pośrednim odniesieniem, ale ich status materialny i społeczny jest dla dzieci otrzeźwiający. Belfer więc będzie potrzebny, tylko że z punktu widzenia większości czytelników odniesieniem dla kaszojada jest ociec. To też jest jakiś sposób, wtedy cały minedu i ustrój edukacyjny zbędny est. Dla całej populacji tak to nie pociągnie, a przy kurczącym się zasobie demograficznym (bez wskazywania co się komu kurczy) trzeba wyłapywać zdolnych do podtrzymania infrastruktury. Kwadratura koła.

Akademicy trafiają jednak na problemy, które nie śniły się fizozofom. Niektóre sobie uroili. Tak jak brak rozeznania chronotypu i jęki, że smarkateria nie chce dreptać na zajęcia rano. Myśleli, że wezmą to w karby tabelek i biurokracji, ale młodzi są nazbyt zsocjalizowani systemem komunikacyjnym i do tego zbyt nieliczni aby im dziaderstwo fikało. Umieją w wyciąganie wtyczki i sprawdzanie kto tu jest sprite, a kto pragnienie. Do tego przekrój społeczny w takich szkołach wskazuje, że umieją w takie rzeczy grać z dziada-pradziada. To nie jest gównażeria z awansu społecznego, którą można wkręcić w jakieś samokrytyki bo pierwszy raz do miasta przyjechali.

Akademicy zameldowali, że dzieci jęczą iż od zapisania całej kartki boli łapa. To że nie miały one zbyt wiele kontaktu z trzymaniem pisadła w łapie, bo są już drugim pokoleniem, które od małego stuka w klawiaturę (mówimy o szkole mocno technicznej, więc to już drugie – nie jak u reszty) to tylko połowa zagadki – oni z domu wynieśli, że całe to pisanie ręcznie do niczego się nie przydaje, a do tego jest bardzo powolne. Można oczywiście robić notatki, ale są to raczej gryzmoły czy szkice, a nie dokumentacja. W poprzedniej iteracji był znany problem, że dzieci (ówcześnie my) dopuszczamy się (niektórzy) pisania jak kura pazurem. Kto z białej rodziny ten skrupulatnie porównywał wypisane recepty z własnym zeszytem oceniając ów zeszyt wzorowo. O co się czepiajo? Dziś problem pisania jak kura nie występuje, dziś to brak wytrenowanej motoryki i rzeczywisty ból wynikający z takiego anormalnego aktu jak trzymanie pisadła i pokrywanie papieru barwnikiem. Przecież każdy cywilizowany człowiek używa do tego klawiatury – jak przodkowie. Nadmieniłem akademikom, że dzieciom trzeba pokazać nawet jak działa mysz od kompa, bo w epoce ślizganych ekranów nawet to urządzenie wydaje się jakimś gramofonem pradziadka. Tak daleko jak posługiwanie się narzędziami akademia jeszcze nie zabrnęła. To się bardzo zdziwią jak już do tego dojdą.

Omówmy zwierzyniec. Hominid pobierany do szkoły ma dużo “punkcików”. To że metryka przyznawania tych punkcików jest ustanowiona przez instytut danych z d to raczej nikogo nie dziwi. Dlatego sporo dzieciaków jest przyjmowanych z pominięciem kwestii “punkcików” szczególnie, że w administracji zarówno Kapitana jak i samej szkoły jest delikatnie mówiąc… armia austrohuculuska. Istnieją nawet przesłanki (żywe dowody) by sądzić, że wysoko postawieni rodzice przepychają swoje bystre pociechy kanałami. Jednakże w środowisku badanym nawet bystre pociechy mogą okazać się dość przeciętne i sobie nie poradzić.

Na obrazku – odgarnęli spychem. W pługi bawią się tylko na ekspresówkach.

Rozpiętość zwierzyńca jest spora – niby są w wieku, kiedy mogą legalnie kupić energetyka, ale… część chłopaków to jeszcze dzieciaki (poziom rozgarnięcia życiowego), część dziewczyn już ma takie w miarę dorosły poziomy rozumowania (samice tak mają). Spora część jest tak nerdowata, że pewnych kwestii jeszcze sama ze sobą nie poruszyła (na przykład nie rozpatrywali nigdy kwestii własnej płci, jest to dla nich nieciekawe pytanie). Poruszeni tym pytaniem jako istotnym niektórzy się pogubili. Inni szukają odpowiedzi. Jest dziwnie. Jedni postanowili spróbować czy nie mają tej drugiej, inni pytanie zignorowali, niektórzy się schowali i twierdzą, że parametr nie istnieje stosując środki odstraszające. Być może w moich czasach było oczywiste, że to nie jest kwestia istotna, i że w przypadku szkoły gdzie spektrum a jest tak gęste, że widać je na ścianach korytarzy (nikt nie maże po ścianach, wszyscy wieszają kartki) to pytanie nie ma sensu. Ale social media musiały wtargnąć. Ktoś chyba nie doczytał, że w spektrum a identyfikacja własna powstaje długo i mozolnie, bo definicja “ja to ja” bez odniesień porównawczych do wzorca jest wystarczająca do funkcjonowania. Inaczej byłaby to inna jednostka dla innego rodzaju czuba.

Rodzice też… co czasem widać. Wiek rodziców nieprzeciętnie wysoki jak na wiek pociech. Status socjoekonomiczny ponad średnią. Zawody – typowo nerdowe poza jednym czy dwoma wyjątkami. To bardzo ciekawy przypadek – jedno z dzieci jest z pochodzenia polityczne (zwierzę polityczne, rodzice w polityce). Z przedmiotami ścisłym jest średnio na jeża (czyli nie jest źle – poziom odniesienia jest dość wysoki), ale dzieciaki grają w jakieś tam gry społeczne (młody mi tłumaczył ale nie spamiętał – polegają na tworzeniu koalicji i oszukiwaniu się wzajem) gdzie to zwierze polityczne miesza wszystkimi jak chce. Oczywiście są też przypadki dzieci obrzydliwie bogatych, gdzie pewne wyskoki są łatane smarowaniem (raczej wyskoki imprezowe i demolki gaśnicą).

To że część gra w logiczne (szachy i podobne) nikogo raczej nie dziwi, widziałem jak to robią (młody został sponiewierany za każdym razem przez kolegę, choć zapiera się, że to nie tak i to z mojego powodu – czyli jak mnie widzi przy stoliku to wydaje mu się, że gra z idiotą^^) no i nie nadążyłbym w te trzyminutowe partie gdzie figura sypie się hurtem.

Część dzieciaków w ogóle się nie odzywa, jest przezroczysta. Część ochronnie ubiera się czarno i liczy swoje. Pomijając jeden przypadek przepaść w przedmiotach pomiędzy samcami i samicami kłuje w oczy. W programie jest biologia molekularna, więc bez maty mi nie podchodź, a do tego konieczna jest chemia fizyczna. Będzie przeprawa. Z punktu widzenia samców jest to średnio zbyt rozległe (w biologii jest za dużo zmiennych, żeby zmieścić na kartce), z punktu widzenia samic średnio zbyt złożone (zbyt skomplikowany aparat matematyczny aby to gryźć ściśle). Widać to już na początkowym etapie nauczania u przodujących – samce nerdy rozgryzają to tak, by nie było wątpliwości, więc przejście na wyższą złożoność (dłuższe łańcuchy chemiczne z pętelkami w węgle) to cała masa obliczeń i przeskok na łączenie tego w łańcuchy na potrzeby bio ma zbyt dużo rozwiązań, a sprawdzić trzeba wszystkie (po tym jak odkrywasz iż może istnieć więcej niż jedno rozwiązanie równania nei odpuścisz żadnemu). Samice nerdy zaś starają się uszeregować zjawiska funkcjonalnie tylko to nie ma związku z aparatem. To jeden z powodów, dla którego niewielu ludzi ma łeb aby rozgryzać czwartorzędowe struktury białek i potrzebne są multidyscyplinarne zespoły od klepania kodu, rozwiązań ścisłych, do tego probabili przebrzydłych no i oczywiście samych pań od taksonomii i funkcji, żeby to spinać. Na tę chwilę bawią się w odtwarzanie i jakieś tam podstawowe procesy badawcze “ile diabełków da się wyhodować na szmince po jednym użyciu”, ale to co mają w poważnych zastosowaniach jest zautomatyzowane (szafy próbek mielone przez robota w cyklach – @papik będzie zorientowany). Na razie robią to ręcznie.

Starsze klasy wyglądają jak nerdy po selekcji (neurotypowi odpadli). Czyli działa. Jednocześnie widać, że brakuje im nauczycieli od coraz bardziej palących kwestii technicznych. Projekty wyglądają nędznie (widziałem w innych szkołach i nawet w technikach na Północy wygląda to nędznie, do poziomu śmieszności jeśli o kulturę techniczną chodzi). Gdyby do takiego wyposażenia dorwało się średnio-lepsze technikum elektroniczne w Polin to rozkręcono by halę produkcyjną w pierwszym semestrze, a drugim podmieniono szyld szkoły na fabrykę dronów, a towar byłby mocno eksportowy. Wygląda to jak deficyt zdolności kombinowania w obliczu rozpasanego dobrobytu. Jednocześnie tej szkoły nie stać na nauczycieli… Sen wariata.

Podsumowując.

Na stan obecny to jest i tak lepiej niż gdzie indziej. Obiektywnie – lepiej już było. Kapitański system edu nie nadążył za czasami. I to nie nadążył nawet tam, gdzie niby powinien. Jest cofka metodologiczna. Zapewne niebawem o systemie edukacji w postaci zintegrowanej będziemy jedynie wspominać. To jest już nazbyt odklejone. Jeśli co bystrzejsi rodzice zaczną ewakuować dzieci na homeschooling i podobne rozwiązania przy użyciu narzędzi już istniejących to minedu pozostanie co najwyżej jako hollow school, artefakt minionej epoki. Nie wiem czy w obecnej sytuacji gospodarczej taki artefakt utrzyma się dłużej niż naście lat, ponieważ pojawią się pierwsze zróżnicowania w przemyśle (obecnie ludzie z tytułami po szkołach mają ostro pod górę, firmy uznają edu za nieadekwatne; będzie gorzej – nie pod górę, ale wcale). Oczywiście w kontekście akademii, szkolnictwo zawodowe i praktyczne radziło sobie innymi sposobami. Może dzisiejsze zawody są nieco bardziej skomplikowane, ale przedsiębiorstwa mają problem więc go sobie tak czy tak rozwiążą. I zapewne nie zrobią tego niezdolne do odpowiednio szybkiej reakcji molochy, tylko MiŚie, które korpora z radością kupi. Pierwiosnki tego stanu już są – znalazłem nieco startupów, które skupiają się na wytworzeniu kadry technicznej i sprzedaży jej w pakiecie. Głównie kadry deficytowej czyli żydokonduktorzy (nie wiem jak przetłumaczyć semiconductors bo głupi jestem i nic o łączeniu alu z miedzią w cienkich warstwach nie wiem).

Metodologii nikt nie zmieni. Bo wdrażanie w aparacie politycznym polega na mieleniu ozorem i robieniu slajdów w pałę płętach. To nie ma żadnego związku z tym co stosujemy, bo jedyne co możemy powiedzieć to, że na osobnikach jakimi dysponujemy działa. Nie będzie do tego badań, ponieważ wykresu na miliard zmiennych wzajemnie powiązanych nikt na slajdzie pokazywał nie będzie. Nie da się tego ująć prościej, więc łatwo postawić zarzut, że jest nazbyt zagmatwane. Podzielimy się na obozy i oboziki, że my robimy tak, inni siak, a tam owak. Rezultaty w biznesie wykażą komu wyszło lepiej i błyskawicznie wróci koncepcja gildii, rodów i tajników nauczania – kręgów wtaJamniczenia.

Opowieści o odklejonej akademii i minedu nie są przyczyną tego stanu rzeczy. Przyczyną jest biurokratyzacja wynikła (jak zawsze) z dobrobytu przekraczającego potrzeby. Coś z tej planety jednak wykopaliśmy i zrobiliśmy z tego dużo betonu. Zanim udało się zagospodarować te potrzeby sensownie to tradycyjnie poszły na bezsens – wzajemne poklepywanie po ramieniu, nieróbstwo, całą kastę pasożytniczą (biurwę) po czym ustrój społecznoekonomiczny poszedł po spirali do osobliwości. Ale to temat na inną opowieść. Nie tu leży problem, nie w samym edu. Przywrócenie normalności tradycyjnie nastąpi przez bałkanizację – każdy zrobi sobie, a później zajmie nisze ekologiczne unifikując, i po zrealizowaniu przewag na laurach wjedzie kolejna bałkanizacja. Algorytm ewolucyjny jest niszczący dla większości, ale działa.

Nauczycieli w tej szkole rzucono na prostowanie braku selekcji w szkole poprzedzającej (fejkowe oceny), marnują więc czas próbując przywrócić konsystencję ciężkim toporem i wiór przy tym leci. Z przyczyn politycznych (aby wszyscy czuli się dobrze) sito selekcji, które jest konieczne na wcześniejszych etapach nauczania zostało zdemontowane. Skutkiem czego na późniejszych etapach zamiast zająć się nauczaniem odpowiednio przygotowanego materiału wsadowego zajmują się odsiewaniem ziarna. A że jest na to nieco za późno i nie ma algorytmu, i nie ma algorytmu korekcji błędów wychodzi to koślawo. Z całą pewnością obniżając poziom kształcenia, bo że selekcja tam przeprowadzana jest delikatnie mówiąc odklejona z innej epoki jest problemem ubocznym, do którego można się dostosować.

Jesień średniowiecza już w edukacji popełniono. Jak widać na wygenerowanych obrazkach – teraz jest zima. Ale my sobie ją przeczekamy w ciepełku, w garażach niosąc ogień we własnych kuźniach ignorując kaganiec oćmiaty.

Wyczerpany tym pijackim widem cztery dni do siebie dochodziłem w płaskim terenie tak mi te kopeczki i dołeczki dały w garba. Niby człowiek wiedział, że voodoo szkodzi, ale wszystko boli jakbym się przez śnieg jaki przedzierał. I te białe myszki wielkości zasp… na jakiś czas trzeba odstawić butelki. Ale mi się nazmyślało.