Po pracy

Beka z Czyrcza

Odcinek rozrywkowy i trochę kronik o niczym. Z braku lepszych tematów, które owszem są, ale muszę je anonimizować ze względu na różne zależności i podpisane bilety.

Pogrzmiałem z ambony (na Barona) o tym, że nie można zostawić sprzętu, a później oczekiwać, iż będzie działał niczym Ham z Solą po rozmrożeniu. Po czym mechanik mający doprowadzić śniegołaz na przegląd postawił mnie przed kwestią degeneracji pojazdu w ciągu roku, w trybie jakiego nie widział. Czyli pojazd sobie po prostu zgnił od bezruchu w soli sypanej skrzętnie na drogi. Włóczyłem się dwa lata po świecie, a ten sobie stał, babiniec ze względu na paliwożerność uruchamiał go oszczędnie preferując kosiarkę na zakupy. No i tak sobie postał, że trzeba go było wrzucić na odtwarzanie zdolności. Trafiło mnie dokładnie to, co wyrzekałem na Baronowe traktory.

To nie koniec beki. Młody ma polew, że jestem technicznie zapóźniony i akurat wynikło, że musiałem gdzieś tam się zalogować z urządzenia dysponującego wizją, aby coś tam potwierdzić. Przepiąłem łączność na urządzenie i zrobiłem co trzeba. Kilka dni później zaczęły mi się sypać ostrzeżenia, że dodano numer telefonu (nie znam) i dostęp do…

Szybko zrobiłem rachunek sumienia kto zna moje hasła. Jest pewna lista, ale numer telefonu wskazywał na Kalifat Północy.. Podejrzenie więc padło na młodego. Zmieniłem hasło, skasowałem numer i sprawdziłem jakich czynności dokonano. Żadnych. Rzuciłem sprawę w kąt. Budząc się dnia następnego przyszło mi do głowy, że to wygląda jak jeden z numerów tymczasowych, które wdusiłem w sloty sim. No tak – wystarczyło się przelogować na szpiegofon, a ten zaraz sobie dobrał pasujące mu, choć teoretycznie wyłączone numerki. Czyli automat sam sobie dobrał numerki, nie przyznał skąd i postawił zarzut, że to ja zmieniłem. Od czapy robi się ta automagizacja. A zabezpieczenia na szpiegofonach są istotnie słabsze niż na antycznym win7.

Tymczasem do młodego dotarło o co chodzi z ciśnieniem. Kiedy wylądował w szkole coś mi opowiadał, że istnieją opinie iż wcale nie jest ciężko. Swoje wiem, więc poleciłem aby przekonał się sam. Po miesiącu zameldował że wcale nie ma dużo nauki, więc uczy się do przodu i zalicza kolejne egzaminy. Po dwóch nawet dyskutował czy aby nie zrobić w tym roku “matury” (taki tam absurdystański odpowiednik tejże). Poleciłem wstrzymać konie choć uznałem pomysł za znaczący, tyle że nie rozwiązujący niczego (nie ma się co spieszyć). Poleciłem zachować uwagę i obserwować wydarzenia, a przy tym uczyć się do przodu.

Ostatnio zameldował, że rzeczywiście zaczęli podnosić ciśnienie, i delikatnie było tylko przez pierwszy tydzień podnoszenia. Pierwszy miesiąc był milusi tylko na przynętę. Po trzech miesiącach pierwszy osobnik zrezygnował i zabrał się ze szkoły pod zarzutem “za ciężko, za wysokie wymagania, za dużo rycia po zajęciach”. Szkoła oczywiście uzupełnia straty z listy zapasowej w innych przechowalniach dla nerdów. A kolejnych dwóch czy trzech już przebiera nóżkami, że w kilka miesięcy znikną. Ciśnienie zaczęto podnosić dzieciakom logarytmicznie.

Poruszyłem z młodym temat “jaki zakres wiedzy ociec pokazali do opanowania, żeby się bawić dalej na katehu czy elteu”, czyli taki jaki na kierunkach stem uważamy za delikatny wstęp do rozpoczęcia dyskusji “po co Cię zrobiono?”. I żeby to sobie rozpisał na trzy lata biorąc pod uwagę powiązania międzydyscyplinarne, czyli ile matmy trzeba ogarnąć do fizy, żeby robić chemię i stosować aparaty matematyczne w biologii, bo tam bez statystyki nie siadamy. Nie żebym jakoś szczególnie przykładał wagę do statystyki i probabilstwa, gdyż za młodu połapałem się w problemie danych wejściowych – są doprawione lepiej niż rozliczenia roczne, błędów w nich niczym skwarków w kaszy. I żeby sobie młody rozrysował krzywą ciśnienia.

Po czym wróciłem do kwestii wychowawczych. Przyjęli tam dzieciaki z ocenami (tak jakby oceny miały znaczenie – o czym się właśnie przekonują) oczekiwane 320/340, z widełkami na 300+ względem przedmiotów niegodnych (gotowanie, paplanie w językach). Młodego oczywiście przyjęli z pominięciem ocen (nie żeby mu brakowało, ale z przedmiotów kluczowych kwalifikował się dwa lata przed zakończeniem podstawówki). Czyli – przyjęli dzieciaki, które albo się bardzo dobrze uczyły, albo się nie musiały uczyć, bo szwedzką podstawówkę przeleciały na biegu jałowym bez wysiłku intelektualnego. Co jest częstym problemem, rozpoznanym w nerdowniach – dzieciaki nie umieją się uczyć, ponieważ nigdy nie musiały. Czytelnicy akurat tutaj znają to doskonale – otwierasz książkę, łykasz akapitami (z prostszych przedmiotów gdzie jest dużo tekstu, mało piętrowych wzorków książka może być do góry nogami) i wszystko jest oczywiste. Tam gdzie są wzorki łykasz kilka przykładów i w głowie relacje pomiędzy I/O układają się w porządki przypisane do wcześniej znanych porządków znakomicie je uzupełniając i pozwalając na przejście labiryntu kilkoma ścieżkami potwierdzającymi, że to dobry skrót i topologia aksjomatów nie została pogwałcona.

Takie szkoły i uczelnie mają ten problem rozwiązany. Albo dzieciaki umieją się uczyć, ryły i prawdopodobnie jest to szczyt ich możliwości (z przyczyn wrodzonych), więc trzeba je przekierować na bardziej ludzkie kierunki, bo są dobre i tam też jest dużo wkuwania. Albo dzieciaki nie umieją się uczyć bo nie wynikła taka potrzeba i teraz trzeba je nauczyć tego uczenia się (nieco z opóźnieniem, bo to końcowe etapy formacji) dokręcając śrubę i pokazując jak. Część się nie nauczy uczyć i zostaną rozdane do innych szkół (gdzie się odnajdą).

Stosowany jest tradycyjnie kij (dokręcanie śruby i podwójna księgowość ocen – jedne dla urzędu, drugie na potrzeby obiegu w nerdowniach). Te dla urzędu wynikają z tego na co kiedyś zwrócił uwagę @Koncereyra – jeśli wybierze się czereśnie to oczywiście będą one miały zawsze błyszczące wyniki względem średniej oczekiwanej. Ale średnia oczekiwana nie jest celem, tylko oczekiwania jakie stawia obecna złożoność techniki u przodowników.

Oraz marchewka. Szkoła jest zorganizowana jak uniwerek (taki bardziej gogolski). Czyli dzieciaki wrzucane są na głęboką wodę – nauczyciele od przedmiotów istotnych nie są nauczycielami. Są specjalistami delegowanymi z przedsiębiorstw i instytucji w ramach emerytury na ten odcinek frontu. Oczywiście wydawane są im kwity, że mogą uczyć smarkaterię, ale na takiej samej zasadzie jak mi są wydawane bilety na obsługę sprzętu wymagającego kwitu czy inne papierki “umi” z zakresu jakiejś specjalistycznej obróbki i obsługi procesów : “wczoraj byliście na kursie, zaliczyliście, tu macie kwitek, jesteście na ściance jako osoba uprawniona, bo porządek w papierach dla ubezpieczalni musi być bez względu na startup; się tak głupio nie patrzcie, że tę maszynę miesiąc temu żeście zbudowali sami – dozór wydaje na jej obsługę kwity od zawsze, mimo, że ta jest pierwsza i jedyna, urząd wie lepiej od was jak macie ją obsługiwać i wczoraj zaliczyliście z tego testy”.

Zajęcia z przedmiotów istotnych są prowadzone dokładnie tak samo jak na uczelni – przychodzi typ, tablica, dane, szukane, reszta jest oczywista. Kto nie zrozumiał ten ma problem. Ponieważ reszta jest oczywista to nie ma czego wyjaśniać, w razie pytań wskazane zostają zagadnienia do ponownego przestudiowania (skoro tu są to oczywiście powinni je znać, “może zapomnieli albo słabo kojarzą”). Na wykładzie przedstawiany jest proces dochodzenia do szukanych. Przeprowadzane są dowody. Na początek tak jest z matmy, z pozostałych zajęć laborki (czyli stosowanie pomiarów i rozwiążcie sobie co z nich wynika). Kiedy z matmy dociągną statystykę to na laborkach te pomiary mają sens. W tle zaś ciśnięty jest wstęp do analizy aby przynajmniej na fizyce dało się jakoś wyniki tych pomiarów tayloryzować w coś przypominającego funkcję.

Dzieciarnia jest więc stawiana przed kwestią “skąd to mamy wiedzieć” i dlatego mają zajęcia dodatkowe “jak się uczyć”. Ponieważ w tej detencji są izolowani od cywilizacji to z braku innych dystraktorów uczęszczają na nie. Aby na pewno trafiły na zajęcia gogolską metodą jest tam paśnik i relaks.

W ramach marchewki są też zabierani do okolicznych przedsiębiorstw i instytucji (szkoła istnieje właśnie dla tych przedsiębiorstw i instytucji, a nie tak z przypadku) gdzie pod widelcem są oprowadzane po różnych etapach montażu i wystrzelenia.

Ponieważ miałem pełną świadomość, że wcześniejsza szkoła (powszechna) nie ma żadnego sposobu aby lud dziki i mieszany sprowokować do pilności to wkręcałem młodego w różne aktywności, które do udziału w zabawie stawiają konieczność “trzeba umić”. I to umienie najczęściej sprowadzało się do zagadnień stem oraz praktycznych z techniki. Po czym nauczyłem go uczyć się samodzielnie, szczególnie że rozwój techniki pozwala na bezproblemowy dostęp do materiału, a nawet (w ostatnich latach) na cierpliwego & niestrudzonego objaśniacza dla pewnych etapów edukacji (akurat dla tych radzi sobie).

Młody przeszedł więc z trybu czasem się pouczę do “trzeba ryć”. Na razie jeszcze nie jest to ciśnienie wystarczające na niego bo jeszcze mu trochę “do przodu” zostało, ale samodzielnie wywnioskował, że musi uciekać do przodu, bo i tak zakończenie jest na pokrywce i lepiej nie trafić tam rozsmarowanym kinetyką. Oczywiście można od razu ewakuować się gwizdkiem do obszaru z niższym ciśnieniem i kolorować drwala.

Jak widać istnieje jeszcze jakieś zaplecze starające się utrzymać resztki rozumu na marginesie zapadniego komunizma i przemycić sposoby rozniecania ognia mimo panującego ideolo “wracamy do jaskiń po ciemku”.