Kapitał bez pojęcia pieniędzy (i towarów) a podatki

Obrachunek kapitałowy, w tym skutki podatkowe dla kapitału bardzo łatwo przedstawić właśnie bez użycia pieniędzy – sama koncepcja środka wymiany na tyle dekonkretyzuje uogólnieniami, że ludzie są gotowi uwierzyć w liczbowe banialuki, które są zupełnie niewykonalne i skutkują abstrakcyjnym zadłużeniem. Przyjmijmy takie hipotetyczne zjawisko jak przedsiębiorca, który dobrze przemyślał biznes (czyli nie jest naćpanym optymistą) i w oparciu o zmienności oraz ryzyka zabezpiecza wykonanie czegoś tam (projektu). Przyjmijmy, że w planie jest wykopanie rowu, którego kopanie pożytkuje pracę 100 ludzi (bo będziemy liczyć odsetki) w czasie 1. Dość ogólnie i abstrakcyjnie. Przyjmijmy sobie, że to jest efektywna gospodarka jak nasza i trzeba doliczyć 8% zatrudnionych na rolnictwo, aby tę hałastrę wyżywić. Co daje nam potencjał 108 ludzi zagonionych do roboty w czasie 1. Można założyć 30% czasu pracy na choroby, urlopy i inne “muszę wyjść do urzędu/sklepu/na piękne panie” bo to tak w rzeczywistości wychodzi, że ludzie od 3 do 4 miesięcy w roku nie pracują w ogóle albo nieproduktywnie (mają busy work). Pozostawia nam to 75 ludzi w robocie (zaokrąglamy) czyli praca zajmie o 30% czasu więcej niż centralny planista mógł sobie uroić (przesuwamy wykres w prawo). Jeśli chcemy wyrobić się w terminie, potrzebujemy (razem z wyżywieniem) 27 ludzi więcej co stawia nas już w obliczu 135. Ponieważ takie abstrakty jak państwo nie mogłyby się manifestować, jakby jakich dołów nie kopały i górek nie sypały to oczywiście nas opodatkują, żeby im też co jakiego wzniosłego (kopiec jaki narodowy) usypać.

Przyjmijmy sobie delikatnie 10% podatki od naszych pracowników (podatki od pracy). Zmniejszy to ich produktywność z tych 135 o 15 (bo mimo ujmowania tej pracy z naszej sumy, to dla kogoś jest ona dodatnia więc i koszt wyżywienia – wszystkie liczby są rzeczywiste w księgowości i ujemne stany magazynowe tylko w budżecie abstraktu) co daje nam łączny koszt utrzymania tego bałaganu na 150 ludzikach. A teraz przyjmijmy, że podatki są takie jak w rzeczywistości – 80%, czyli państwo zabiera nam z kopania rowu 117 ludzi. Na początek proponuję uświadomić sobie, że przy takich podatkach jakie mamy, państwo zabrało nam 117 ludzi z pracy przeznaczonej dla setki, czyli zabrało więcej niż było gdyby przyszli sami ochotnicy na własnym wyżywieniu w czynie kopać rowy. Oznacza to, że państwo ma wyższe oczekiwania od kultu religijnego opartego o fanatyków (z tego proponuję wysnuć wniosek taki – bo ja przecież wiem co czytelnicy powinni myśleć – że może się całego aparatu państwa pozbyć, a KK i tak sobie z administrowaniem w kraju poradzi). Lądujemy więc na 252 ludzikach pracujących, z czego 66 celowo i kilku zaopatrzeniowo. To tak właśnie wygląda dzisiejsza struktura zatrudnienia – poniżej 25% populacji jest zaprzęgniętych do jakichkolwiek produktywnych zadań.

“20.08.2018 Według Głównego Urzędu Statystycznego w II kwartale 2018 roku w rolnictwie pracowało 1 604 tys. osób, w przemyśle – 5 182 tys.” – dane oczywiście dla Polski, nie będziemy sobie stroić żartów z gospodarką opartą na usługach. Ten monitor, w który się patrzycie, to zdaje się nie jest usługa, tylko materialny produkt?

20.08.2018 W lipcu 2018 roku przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 6231,1 tys. osób – podaje Główny Urząd Statystyczny.”

To teraz dodajmy ryzyko i od razu nam się ujawni czym jest kapitał. Bo przecież widać jasno, że nie ma tu żadnego abstrakcyjnego środka obrachunkowego, ani nikt niczego z nikim nie wymienia. Nie ma tu więc żadnej bzdury pod nazwą kapitalizm (kapitalizm to taki mempleks, aby gwałconym ekonomicznie wydawało się że im dobrze, ale jak im się coś nie podoba to zawsze mogą zapoznać się z przemocą wprost bez takiego pudrowania – try communism^^; wszystkie inne mempleksy licho pudrowały i ostatecznie trzeba było prolom skóry garbować). Otóż każde ryzyko jakie wystąpi, wymaga zwiększenia liczby uczestników – dodania ludzi do projektu. Ponieważ przyjęliśmy na początku liczbę stu ludzików (plus rolnicy co ich karmią) a na końcu mamy liczbę 252 ludzików przy obecnym modelu redystrybucji (tego kopanego rowu) i jeszcze chcemy dodać jakieś ryzyka, to jest zupełnie jasnym iż niezależnie od tego jak nazywałby się ustrój, kapitałem (bo w takim mempleksie żyjemy) jest zdolność wykonawcza – jakaś tajemna moc posłania stu ludzi przez 2,5 jednostki czasu, aby realizowali nasze zamierzenia. Tajemna moc – czary mary. Wilk kieruje tak swoją watahą, a my jako gromadni kierujemy tak rodami, gromadami i innymi wodzami, którzy przeciw nam knują i z którymi zawieramy koalicje. Te czary mary to są wszystkie możliwe sposoby na raz – kijem, marchwią, kłamstwem, przekupstwem, groźbą, przemocą, oszustwem, wyzyskaniem naiwności, a nawet cudzych działań celowych akurat w danym interwale zbieżnych, korzystnych dla nas bądź niszczących nasze przeciwności czy neutralizujących (absorbujących) ataki przeciwko naszym planom. Homo pravus – człowiek przebiegle dysponujący innymi człowiekami (zazwyczaj chętnymi, aby nimi dysponował kto starszy i mądrzejszy), którzy w swej naiwności (wdzięczności, obietnicy nagrody, udziału w łupach, zyskach, celowości wyższych potrzeb i artystycznych uniesień) zrealizują swoimi zasobami nasze potrzeby. Nie ma tu żadnego dysponowania środkami produkcji, kapitałem, prawem – jest wyłącznie dysponowanie ludzką wolą wykonania na nasze potrzeby zadań (być może nawet bez rozkazu – sami wymyślają, jak zrobić nam dobrze licząc na to, że są cwańsi). Oczywiście ludzie w swojej naiwności szukają opieki, wsparcia, grupy – kolektywizmu gromady. I większość z nich ma motywacje pozwalające utrzymać jakiekolwiek istnienie i funkcjonowanie gromady i mempleksu, jaki jest dla nas korzystny. Ponieważ nawet najbardziej emocjonalne, empatyczne samice zajmujące się pomocą innym samicom i ich dzieciom, kiedy te je rodzą, mimo że nie działają z naszej woli czy z rozkazu, a nawet bez naszej wiedzy o takich zdarzeniach jak przekazywanie potomstwu całych mempleksów, to dostarczają nam bardzo ważnego dobra – tych ludzików, i to od razu zaprogramowanych by nas słuchać (albo zmusić nas do posłuszeństwa). Dostarczają nam całej masy ludzików, w tym takich gotowych aby w hierarchiach naginać cudze karki do naszej woli. I my takimi ludzikami jesteśmy – chętnymi zgiąć kark przed potężnymi, bo nawet jako potępieni pragniemy służyć im z ochotą. Gdzieś tam na samym dole planetarnej hierarchii wyzysku depczemy słabszych, by dostarczać ich owoców ich pracy silniejszym. Można do tego przypiąć jakieś fajne etykietki, że to taka religia, albo ustrój, albo prawo tak nam mówi (słyszycie czasem głosy? – urzędnicy słyszą^^ – otwierają książeczki i deklamują “prawo mówi”^^). Ale darujmy sobie te pierdoły – pozostaje jedynie rozwiązać kwestię, w jaki sposób w zastanej rzeczywistości to wszystko zorganizować, aby wobec tych co potrzebują 252 ludzików do kopania, użyć ich mniej, tak powiedzmy… 150? I to mimo panującej wokół opresji wymagającej abstrakcyjnej liczby 252, kiedy w rzeczywistości i tak jest ich mniej niż setka, a do tego większość nie umie albo nie chce nas słuchać.

Dowodzenie w tym kopaniu rowów implikuje wyrażenie woli, dość żelaznej woli popartej jakimś argumentem (obiecajmy im emerytury^^ i lokaty w złoto na 18%). To wyrażenie woli jest dla ludzi nakazem. Któremu się poddadzą lub nie, a opisana redystrybucja jest rozdziałem rezultatów. Gospodarka ludzi jest więc z natury nakazowo-rozdzielcza, a kwestią praktyki pozostaje, dlaczego ktoś poddaje się czyimś rozkazom. Mamy na to przeróżne sztuczki. Ludzie przecież mnie słuchają – najwidoczniej mają ku temu powody i na razie nie są to zwarte ugrupowania obijaczy gruch (ale wszystko przed nami). Jakkolwiek makiaweliczny wydźwięk mogą mieć powyższe akapity, to oderwijmy się na chwilę od indywidualizmu i przejdźmy do abstraktu – gromady. Jeśli władca zagoni plebs do budowy oczyszczalni ścieków, infrastruktury drogowej, szkół & przedszkoli – czyli wszystkich facility, jakie wymieniają kolektywiści w logice “gdyby bogaci nie wydali na luksusy to to właśnie by my zbudowały”, to w obecnie przyjętym sposobie myślenia jest to “dobre” (dobrze i źle to takie koncepcje wymagające świadków – to tylko w ich głowach powstaje osąd). Jednakże szkoły, oczyszczalni, elektrowni i drogi nie buduje się samodzielnie – oczywiście robimy to gromadnie i jest tam jakaś hierarchia, redystrybucja, a z tego wynika, że na końcu pojawi się luksus, koks i dziwki (bo takie są realia – taki mamy klimat). A skoro nie samodzielnie tylko gromadnie, to wracamy do tezy tego akapitu – ktoś musi przyjść z “kapitałem” (takiego pojęcia używamy obecnie na opisanie tych czary-mary) – czyli ktoś musi przyprowadzić ludziki, wydać im polecenia, one muszą być sensowne, oni go jeszcze muszą posłuchać i jeszcze musi być cały trójkąt kontrolny & regulacyjny, który skoryguje powstałe w procesie błędy. I jeszcze narzędzia, i jeść im dać, i zapewnić latryny, i piwo, i ciuchy robocze, i kojo, i… sobie wymieńcie, ile ludzie mają dziś potrzeb – najlepiej to spróbujcie coś zbudować poza zasięgiem sieci telefonii komórkowej – będzie zdziwienie, ile sprzętu jeszcze trzeba dowieźć. Jednakże inaczej zbudować czegokolwiek dużego nie potrafimy.

Przywódcy polityczni muszą między innymi dostarczać takich dóbr publicznych jak wyżej wymienione, a sami nie potrafią ich wytworzyć. Natomiast przedsiębiorcy na przywódców politycznych się nie kwalifikują (politycy operują na grupach inkluzywnych, a przedsiębiorcy na ekskluzywnych). Politycy potrzebują więc kogoś, kto im te dobra wyczaruje, czyli dysponuje tym czary-mary-kapitałem. Teoretycznie można sobie wyobrazić formacje zmilitaryzowane, ale jakoś to nie działa i ma to związek z ekskluzywnością grup jakimi dowodzą przedsiębiorcy – mundurowi tego luksusu nie mają (choć starają się to emulować w czasie pokoju, jednak w czasie niepokoju i tak dostają grupy zawiązane doraźnie po stresorem zewnętrznym i wewnętrznym). Pozostaje więc tylko to co działa, czyli przedsiębiorcy – i tutaj dochodzimy do realpolitik. Bo sami państwo rozumieją, że tam 252 ludziki się wyliczyły w tym modelu redystrybucji, co prawda firma mająca sotnię ludzi na pożarcie to jest bardzo poważna organizacja i z człowiekiem co ma taką półszwadrę w dyspozycji trzeba się układać – no co takiego mu damy czego mu trzeba? Z politycznego punktu widzenia dostarczenie między innymi tych dóbr publicznych to być albo nie być więc obiecają wszystko, a przedsiębiorcy zazwyczaj biorą z góry^^.

Inklinuje to bardzo ciekawe zjawisko – istnieją koncerny zajmujące się wyłącznie dostarczaniem infrastruktury dóbr publicznych (elektrownie, sieci energetyczne, telekomy, aparat rozrachunkowy, drogownictwo, ścieki, woda, utrzymanie tego wszystkiego w ruchu). Te firmy nie mają wyboru – tylko do wytwarzania tego mają struktury, które są tak duże, że się nimi “nie skręci” w jaką inną branżę. Potrzebują one polityków, którzy potrzebują dóbr publicznych od nich właśnie. Jedyna więc możliwa struktura polityczna w takim układzie to taka, w której politykami zostają ci, którzy te dobra od nich wezmą i coś im obiecają, i tylko tacy dostaną wsparcie od firm i dobra publiczne aby przywódcami zostać. Inaczej się tych dóbr dostarczyć nie da, więc politykom pozostaje nawciskać ludziom jakiś pierdół, że tego chcą, muszą chcieć, no i to oczywiście kosztuje. To przecież ci ludzie są tą setką ludzików u przedsiębiorcy, więc sami realizują swoje zamierzenia infrastrukturalne. Ale w rachunku mamy jeszcze pozostałych 150 ludzików – a to jest już władza polityczna aby ich wykarmić i nie posłać na budowę (część z nich to rolnicy co to wszystko karmią więc ich odgarniemy na oddzielną stertę). Ta proporcja podziału 100:150 to ogólna struktura udziału wydatków publicznych w sumie wydatków populacji, natomiast produktywność (materialne rezultaty ludzkich działań) dostrzegacie wyłącznie w wyniku pracy tej pierwszej setki – reszta to po prostu władza nad tym, że daje się komuś jeść i trzeba znaleźć mu jakie zajęcie (przekładanie papieru z prawej sterty na lewą, stemplowanie, wydawanie pozwoleń, ulg i koncesji). Czyli można produktywność podnieść (teoretycznie) x2,5 i dalej by wszystko hulało?

Można nawet bardziej. Ale! Praktyka jest wszystkim. Podniosłem produktywność czterokrotnie na wejściu – brawa, oklaski, oczywiście; a potem zacząłem dłubać przy skali – od razu wyrósł mi aparat dozorowy, regulatorzy, a sam zostałem biurokratą. Skala hierarchii ponad tę najmniejszą (sześcioosobową rotę) jest utrapieniem. W normalnych ludzkich gromadach trzeba zebrać aż dwa rody (potomstwo dwóch dziadków – nestorów) aby wyrwać do roboty tylu samców w jakimś roboczym wieku. Ponieważ są dwa, to już jest problem hierarchii, memetyki, podziału zadań, metod wykonawczych – wraz z rozrostem struktury cyrk jest wyłącznie większy. Dlatego gospodarka składa się z multum rzemieślników & mikrofirm, a potem wraz ze skalą rzędami wielkości leci to w liczebności, dlatego że produktywność tych struktur jest dzielona, ale ich wpływ polityczny rośnie. Tylko że polityki ani się do gara nie włoży, ani nie da się wydoić.

 

Jednakże!

Młode samce wytwarzają infrastrukturę (w urzędach są stare samice, chyba że ustrój jest na skraju wydolności i już nawet dzieci nie ma po co rodzić – wtedy młode też). Ryją w kopalniach, wycinają lasy, orzą, sieją, zającują przy taśmach. Egzodynamicznie ulepszają nasz świat. Trafiają do struktury, w której z niewolnika awansuje się na beneficjenta z wiekiem – przynajmniej taka jest powszechna obiecanka emerytalna. Ta infrastruktura powstaje i jest. Pozostaje jakoś umorzyć zobowiązania – jest więc inflacja, rosnące ceny, drożyzna, ruchomy wiek emerytalny, Marcin P. A jeśli już naprawdę nie da się sposobem, to pozostaje nastroje spacyfikować zbrojnie obiecując jednym młodym narwańcom infrastrukturę tych drugich jak im łby poukręcają. I do infrastruktury samice, nieśmiertelną chwałę i takie tam. Zupełnie nie ma znaczenia wynik takiego starcia – czy oni strzelają do robotników, czy Niemcy do Polaków – ważne aby suma roszczeń spadła. Jak już odpowiednio spadnie to się ustala jakiś konsensus i tyra dalej. Bo jednej rzeczy nie wspomnieliśmy od samego początku – nie wiemy czy przedsiębiorczość i przemysł ma termodynamiczny sens i czy rozwiązuje jakikolwiek rozwiązywalny problem który nas trapi^^. Tak – działania przedsiębiorców mogą mieć długofalowo taki sam brak sensu jak na krótką metę ma działanie biurokratów. Tego akurat nie wiemy, ale są przesłanki z obserwowanego świata (astrofizyka) aby podejrzeń nabrać i się nad nimi w jakimś rozdziale zastanowić. Są to kwestie czasu, drogi, energii, dostępności paliw, celowości ekspansji, celów do zrealizowania, struktur i logik jakie są przy tym skuteczne.

Przedstawiony powyżej problem znany jest od czasów Gilgamesza. Jeśli spędzicie nieco czasu nad archiwami/tłumaczeniami źródeł, które zachowały się po cywilizacjach (w rozumieniu organizacyjnym i technicznym – coś tam sobie budowali i było to dla nich duże) to wszystko sprowadza się do liczby niewolników jakimi dysponujecie oraz skalą struktury, w której dochodzi do biblijnego pomieszania języków (rysunek techniczny jest ścisły – na tyle, że podlega interpretacji^^, ale klient ocenia rezultat – panie ten element nie pasuje do maszyny). Mamy tutaj więc kolaps całej myśli filozoficznej o stosunkach międzyludzkich w organizacjach i przedsiębiorczości do banału – niewolnictwa – wykonywania cudzej woli, realizacji cudzych pragnień. Cała reszta to tylko umotywowanie, dlaczego takich pragnień a nie innych, dlaczego my a nie oni (do koryta) i dlaczego oni a nie my (od strony barierek, tarcz i armatek wodnych). Można tu sobie wymyślać dowolne predestynacje, kapitały, dziedziczenie, pochodzenie, wolę bóstw, losu, przypadek. Ale jeśli chcecie cokolwiek zbudować, to musi u innych ludzi istnieć mem “etosu pracy”. Naiwna wiara, że budowanie tej całej cywilizacji technicznej ma jakiś sens w odległej przyszłości. Konfrontuje się to z brakiem tej wiary – że rezultaty mają być tu i teraz i to nie jakieś wydumane, a proste: wypić, zakąsić i żeby chociaż asystentki była ładne.

 

Pułapki takiego rozrachunku publiczno-prywatnego

Są raczej oczywiste – padła nam podaż ludzików w ramach tego systemu redystrybucji. No po prostu baby przestały dzieci rodzić. Ale w innych systemach wcale nie wychodziło lepiej, bo albo się kończyli niewolnicy, albo odechciewało się pilnować tym od tłumienia kiedy tłumionym odechciewało się roboty. Inne rozwiązania lokalne (armia, zakony) nie mają własnej podaży ludzi wcale (zakonnicy w zakonach się nie robią, a ludzie do armii wstępują obecnie z motywacji politycznych i stąd cały ambaras z polityczną kontrolą nad armią jako źródłem mięsa). Zwracam ponownie uwagę, że pomimo tego iż nam się wydaje, że te kropki się gdzieś tam poza naszym wyobrażeniem łączą i ten chaos relacji kilku miliardów ludzi ma jakiś sens, to na razie jedynie taki że ktoś to posysa (a nam się wydaje że nawet rządzi i ten bałagan zaplanował – ale to tak nam się tylko imaginuje) oraz że do czegoś tam wydumanego prowadzi (i każdy inaczej widzi to “dobro wspólne & świetlaną przyszłość”). Stąd sny o sztucznej inteligencji, która ogarnie to czego my nie potrafimy i zrobi nam dobrze ponad nasze wyobrażenie – to tak biali właśnie dogodzili czarnym^^ przewagą technologiczną, organizacyjną i przebiegłością niemiłosierną. Nie jest możliwe w dużej skali ustalenie co robimy i w jakim celu, a pomysł że jest to niemożliwe bierze się stąd, że jak dotąd nie udało nam się tego ustalić i doskonale wiemy dlaczego – wyjaśniłem to tekst wyżej i jest to oczywiste dla każdego praktyka polityki. Rozwój zawiera podział – infrastruktura jest jedna, a nas się mnoży nieco więcej i trzeba kogoś zepchnąć ze skały, więc jakkolwiek zaczynamy wspólnie, to później się różnicujemy na frakcje, separujemy grupy i zaczynamy brać się za łby. Problem każdego ustroju jest taki sam, jak dzieci po obejrzeniu czterech pancernych i psa – każdy chce być dowódcą czołgu, ale nie ma chętnych na robienie za Niemca. Spychamy więc tych których zepchnąć się da do roli niewolników w każdy możliwy sposób, a tych co nie chcą się podporządkować i realizują jakieś własne cele nazywamy patolami, subkulturami, grzesznikami. Prawdopodobnie nie ma żadnego sensownego rozwiązania tego kłopotu i nie ma się tym co przejmować. Pozostaje sobie zrobić dobrze i nie kłopotać się innymi – mają swoje łby, niech nimi główkują na miarę swoich możliwości i szczęścia.

 

Przeskoczmy na chwilę do kapitalizmu finansowego

Bo ja tu o jakiś ludzikach wypisuję i zdolności ich posyłania do tyry. Przez tyrana oczywiście. W kapitalizmie finansowym korzystamy z różnych memetyk (na przykład płac, walut, zarobków, zysków, kosztów) ale każdemu dość prosto da się wytłumaczyć, że te sto produktywnych ludzików kosztuje sto środków płatniczych (sto sztuk złota – zróbmy dobrze Smokom & Lochom; smokom tymi sztukami złota a pozostałym tęgim knurem). Widzimy więc, że wyprodukowanie tego rowu ma wartość 252 sztuk złota w redystrybucji, produktywny nakład pracy zaś 100. Na razie ominęliśmy ryzyka i marżę kapitalisty, ale już z tej oczywistości widzimy że mamy deficyt 152 sztuk złota do założeń rzeczywistych. Jeśli rów zamówimy z budżetu państwa (niech to będzie jakiś program socjalny, budowa szkół czy oczyszczalni ścieków albo pseudoinwestycje w elektromobilność) to nawet bez dodawania tej marży wychodzi nam jasno, że 152 będzie deficytem budżetu państwa przekładającym się “wprost” (zaraz to skomplikujemy) na nadwyżkę netto naszego tyrana posyłającego ludzi do roboty czarem swego słowa. Tak, tym jest właśnie deficyt w budżecie – depozytem akonto przedsiębiorcy (jakiegoś tam mitycznego kapitalisty). I przy obecnym sposobie redystrybucji jest on przynajmniej półtora raza wyższy od nakładu “pożytecznej” (zamówionej, zleconej) pracy. “Przynajmniej” bo zaraz to skomplikujemy i wskażemy kto ma mniej (wszyscy mają mniej – nawet tyran, ale nie wszyscy wykonają zobowiązania^^). Jeszcze tak żeby mieć w pamięci (bo to zaraz nam się przyda) ten deficyt 152 to jest pikuś, bo sektor prywatny ma wewnętrzne zadłużenie (wzajemne podmiotów) x2-x3 tego w zobowiązaniach jawnych (kredyty, rzadko pożyczki) oraz rząd wielkości więcej w krótkoterminowych należnościach towarowych (kredyt kupiecki). Jest to niezwykle istotne i bardzo potrzebne przy tym do czego zaraz to sprowadzimy, a sprowadzimy to do pracy tej sotni, która jest oraz sumy obiecanek które zależą. Zależą w tym wypadku należy czytać “to zależy^^ czy Ci oddamy rękaw od tego płaszcza”.

Teraz środek przywracający przytomność w tym bałaganie gdzie jest sto sztuk złota w ludzikach, 152 w politycznym elemencie redystrybucji, 300-450 w ujawnionych zobowiązaniach oraz 4k-5k w przeróżnych należnościach towarowych & usługowych (pamiętajmy też o odroczonym terminie płatności na pół roku, który jest rzeczywistością dla wielu firm – to tutaj leży kredyt kupiecki). Stańmy sobie teraz w kolejce do realizacji tych zobowiązań – zrobi się tak śmiesznie, że ludzie na poważnie wychodzą z transparentami na ulice, żeby im kiełbasy dodrukować, ale ta kolejka dziobania rzeczywiście ma sens.

Bo te nasze “sztuki złota” – pieniądz, waluta, zobowiązania to jest konwencja społeczna. A nie fakty. A fakty są nieubłagane – dolar dziś jest lepszy od dolara jutro (a już od tego na emeryturze jest lepszy niż najlepszy – wprost szwajcarski).