Struktury rozpadu. W jaki sposób powstaje dużo małych przedsiębiorstw.

Bo przecież można sobie wyobrazić jedno wielkie przedsiębiorstwo “kombinat od wszystkiego na planecie”. A mimo to takiego przedsiębiorstwa nie można się doszukać nawet w skali powiatu, choć branżowe podejścia w skali kraju się zdarzały i niektóre korporacje azjatyckie na obszarze swoich władztw feudalnych nawet podjęły śmiałe próby, ale im nie wyszło i już nie próbują ponad formę (ponad doklejanie logo). Megakorporacje składają się z MiŚiów. Jeśli próbują składać się z czegoś innego, to ponownie składają się z MiŚiów i każda konsolidacja kończy się właśnie w ten sposób. Rozłóżmy więc struktury na obecnym etapie – jakie są, skąd się biorą, dlaczego konsolidując się rozpadają. Dlaczego firmy wykupują udziały u podwykonawców i dlaczego te sprzedają je, aby zbankrutować.
Przedsiębiorstwa występujące w przemyśle (i obsłudze finansowej) zostaną scharakteryzowane w tekście “Charakterystyki przedsiębiorstw. Poplątana plątanin rur, rurek i rureczek.” (ostrzeżenie przed tasiemcem). Tutaj ujmę skrótowo przyczyny, dla których pionowe góry hierarchii tworzone przez Babilon stale osypują się w postaci małych przedsiębiorstw wydzielających się z korpo, wydzielających się w czasie inkorporacji oraz powstających oddolnie. Takich zasadniczych przyczyn można by wymienić kilka: obrachunkową (podział wyniku i kapitałowy koszt nietrafionych decyzji), decyzyjną (korelacja i kontrola), hierarchiczną (emocje i kontrola). Rozpoczniemy od abstraktu, iż centralny planista ma śmiały plan.

 

Śmiały plan centralnego planisty

Jest to plan możliwy i realny. Ba – jednoosobowe przedsiębiorstwo tak przecież właśnie działa, a planista spotyka wszystkich wykonawców w każdym lustrze. Jednak przy większej strukturze rozmijanie się rezultatów z planem nie jest mierzalne szybko, bezpośrednio i nie podlega stałej korelacji przez planistę. A jeśli struktura hierarchiczna ma 3 poziomy, w tym 2 poziomy decyzyjne i 2 wykonawcze, to obieg “przytomności” nie tylko jest powolny, ale do tego korelator może uparcie nie zgadzać się z faktami. Takie kolektywne korelatory tym się różnią od czubków indywidualnych, że się ich nie leczy. Ale też funkcjonują w środowisku patoli (praktycznie nie ma pracowników najemnych niepozostających w niepatologicznym przymusie pracy) więc jakoś się to zarządzanie psychuszką przez pensjonariuszy kręci. Przyjmijmy jakiś plan wytworzenia produktu przez średnie przedsiębiorstwo produkcyjne, gdzie podzielimy wynik na koszty pracy, marża, koszty stałe, kapitałowe środki produkcji (zwrot), materiał, rozkurz: kp20|m20|ks10|kśp10|ma20|r20 i przy sprzedaży dojdzie do tego jakiś tam vat, pozostałe podatki (CIT) wynikną zaś ze stosunku marży do pewnych udokumentowanych aspektów pozostałych kosztów wytworzenia.

Oczywiście organizujemy to z pełną świadomością, że kśp to fikcja. Uprzemysłowienie miało miejsce dekady temu i można śmiało przyjąć, że istniejące firmy środki produkcji mają już dawno spłacone, a nakłady na nowe kśp są tak znikome, że spokojnie można je ukryć w rozkurzu (zamieść pod dywan). Nawet mikroprzedsiębiorstwa operują na narzędziach, na które dawno zarobiły. Istnieje kilka typów przedsiębiorstw, gdzie kśp pozornie nie są fikcją, ale wynika to z metod alokacji jakie stosowane są w przemyśle (aport parkiem maszynowym) – po prostu przekłada to kśp na czyjąś stertę przychodu. Zaznaczam że fikcją jest, iż celujemy w zakup nowej maszyny w wyniku zużycia starej – jeśli kupimy nową to postawimy ją równolegle do starej i będą tyrać obie, aż ta stara padnie. A jak nas na nową nie stać, to stara będzie tyrać tak długo aż koszty serwisu vs jej produktywność w funkcji przestojów nie przekroczą kśp “nowej” maszyny. Najczęściej fikcja w okresie pomiędzy rzeczywistym zakupem kśp (którego nie można przecież odliczyć w całości naraz – z powodu biurwiego “nie bo nie”; a kredyty nie są za darmo) a rzeczywistym, wysokim kosztem serwisowym i przestojów jest maskowana leasingami & wynajmem maszyn z pozornie zewnętrznego przedsiębiorstwa. Oczywiście małe i mikroprzedsiębiorstwa zazwyczaj nie dysponują mocą korelacyjną aby robić takie przekładanie dokumentów pomiędzy stertami (chyba że to MiŚ o nietypowym rozumku) więc pozostaje walić na podatkach wprost, albo robić laskę za darmo co w Niedorzeczu jest sportem narodowym. Ten nasz przyjęty kśp ma więc charakter kosztu stałego (w przedsiębiorstwie średnim i większym), a w małym nie istnieje gdyż maszyny po wdrożeniu są kanibalizowane na wynik (pracowanie maszyną ma zmonetyzować wkład w nią w funkcji pracy i w postaci tezauryzowanego kapitału go pozostawić, z tej przyczyny przedsiębiorca w każdym czasie uczciwie twierdzi że do interesu dokłada i jest to stan faktyczny). Równocześnie kśp jest w innej firmie przychodem, ale tamta firma może mieć inne koszty, inny próg rozliczeń ryczałtowych, a nawet inną formę dokumentowania wpływów (kasowy zamiast memoriałowego) w zupełnie innych niż przedsiębiorstwo produkcyjne okresach rozliczeniowych. W rzeczywistości zaś kśp w przedsiębiorstwach produkcyjnych wynoszą od 15% wzwyż, a tym więcej im gorsza jest koniunktura, co skutecznie uniemożliwia pojawiania się nowych przedsiębiorstw na rynku – poziom ryzyka jest wysoki, gdyż strata kapitałowa na kśp wraz z ks do czasu zbycia nietrafionej (a ściśle indywidualizowanej) alokacji po kursie rynkowym (wynikającym z adaptacji urządzeń na swoje potrzeby, transportu, instalacji przez inne firmy) zazwyczaj oznacza utratę całej sumy wkładu. I dlatego spółki mają ograniczoną odpowiedzialność, ponieważ w takim wypadku licytacja w postępowaniu upadłościowym ogranicza dalsze straty wynikłe z bystrości pensjonariuszy prowadzących taki dom wariatów. I dlatego też po planecie walają się zapełnione maszynami fabryki, których nikt nie kanibalizuje, ponieważ w okresie pokoju & prosperity cena surowca jest tak niska, że nie ma chętnych do wywożenia tego na złom. Oczywiście kiedy prosperity kuleje to zaczyna nieco ubywać tego żelastwa.

W teorii średnie przedsiębiorstwo mogłoby zaoszczędzić na kp w stosunku do małego gdyby sprzedało wolumen. Można by się pokusić nawet o jakąś automatyzację – w teorii przynajmniej. W praktyce wszystkie nisko wiszące owoce zostały zerwane już przy mechanizacji, a zrywanie kolejnych wymaga specjalistów, których na rynku już nie ma – zagospodarowano ich wcześniej do prostszych rzeczy. W rezultacie fabryki są rozbrajane z robotyki i manualizowane w pewnych zakresach, a uzbrajane w innych i powstaje cała masa prostych, masowych, powtarzalnych, niskopłatnych zajęć, których nikt przytomny nie chce wykonywać po pierwszej wizycie w biurze nieruchomości i skonfrontowaniu swoich zarobków z cenami lokali. Ponieważ kp wbrew twierdzeniom łekonomuf jako koszt przedsiębiorstwa nie są czyimś dochodem. Można by polemizować że oczywiście nie w całości, ale realnie to są one dochodem prola w 1/3 pro forma, a potem jest to odbierane do 1/6-1/8 kp. Reszta jest rozkradana przez przeróżnych dobroczyńców ludzkości na różne formy spędzania wolnego czasu dla żartu nazywane “sprawowaniem urzędu”. Jeśli więc wytworzenie jakiegoś produktu sprowadza się do serii czynności manualnych o wysokiej korelacji motorycznej ręka-oko na surowcu mającym znaczny rozrzut właściwości wewnątrz serii (na przykład pręty czy profile jakoś uparcie nie są proste i to na wiele różnych sposobów) to od razu co bystrzejszym prolom przychodzi do głowy, że z rachunku kp20|m20|ks10|kśp10|ma20|r20 zarówno koszty pracy (kp) jak i marża (m) dają razem 40/100, a przecież koszty stałe (ks) w małej firmie są o wiele mniejsze w proporcji do dużej, bo jak się nie pracuje to światło jest zgaszone i na recepcji też jest pusto. Co więcej – w małej firmie rozkurz (r) dużo łatwiej kontrolować zmniejszając go przynajmniej o połowę pod własnym, czujnym okiem, a kapitałowe środki produkcji nijak nie uczestniczą w kosztorysie ponad materiały eksploatacyjne. Oczywiście te kśp trzeba jakoś zdobyć (wejść w posiadanie), ale w sytuacji gdy nie stoi nad nami żadna biurwa pilnująca jakości stanowiska pracy prola i dbająca o spełnianie najnowszych norm (gdyż sami się wyzyskujemy na starym sprzęcie) to możemy korzystać ze starszego wyposażenia, często lepszego, a bez naklejek wymuszających konsumpcje przez biurwę – w sytuacji gdy konkurujemy ze średnimi przedsiębiorstwami te kśp będą względnie tanie. Prol więc (uzyskujący realne 2 z 7kp) po otwarciu mikrofirmy ląduje na 40/75 (=52/100 ma20|r10|ks5 ) z wynikiem finansowym podczas gdy średniofirmowy kapitalista z m20 i urwanym bokami kśp10 wyląduje po podatkach, kosztach księgowych i łapówkach gdzieś na realnym 10-15. 10-15 to jest oczywiście sytuacja 5-7 razy korzystniejsza niż prola, oczywiście przy innych kosztach życia i utrzymania statusu, więc raczej 4-5 razy korzystniejsza, ale jeśli prol po otwarciu firmy będzie dobrze omijał haracze (co krótko i średnioterminowo jest możliwe ale komplikuje się z czasem i wymaga ekspansji lub przebazowania) wyląduje w sytuacji jeszcze lepszej na 20-30. Oczywiście gdyby dał się oharaczować (kombinując na nieurągającym przyzwoitości poziomie w księgach) to lądowałby w sytuacji podobnej jak właściciel średniego przedsiębiorstwa. Co wskazuje nam, że dokładający pracy do mikroprzedsiębiorstwa prol (na stawkach równych z tym przedsiębiorstwem) ma podobne wyniki finansowe co szef średniego przedsiębiorstwa jeśli proces produkcji składa się z pracy manualnej – czyli przedmiotem jest manufaktura oparta na pracy indywidualnych rzemieślników. Konsolidowanie więc pracy rzemieślników jest drogie, a jedynym sensem takiego działania jest skala (produkcja statków, pociągów, fabryk) przy której nie ma sensownego sposobu podziału zadań i redystrybucji w obliczu bardzo kosztownych środków infrastruktury potrzebnej do produkcji. Natomiast wszystko co da się rozdrobnić z ekonomicznej przytomności rozdrabnia się samo, gdyż w ten sposób jest produkowane efektywniej przez większą liczbę ludzi, którzy zamiast siedzieć na recepcji czy “szefować” zajmują się pracą produkcyjną z łatwym przelicznikiem redystrybucyjnym w akordzie na własnym rozrachunku. Nie ma więc sensu tworzenia wielkiej, kolektywnej Centralnej Manufaktury Niedorzecza, zaś połowę pracy w przedsiębiorstwie wykonuje pierwiastek pracowników. W średniej firmie-manufakturze rozpadającej się na małe pozostaje bez zajęcia zarówno kontrola jakości (bo od oceny rękodzieła jest i tak klient) jak i biurwa pozorując rozwiązywanie problemów jakie tworzy (HR zajmujący się urlopami czy godzinami pracy – widzieliście taki problem w mikrofirmie? no to to jest sztuczny problem) choćby w postaci prowadzenia rachunkowości (mikroprzedsiębiorca łatwo sprawdza stan swoich rachunków mierząc grubość portfela – jeśli z niego ubyło to coś jest zapłacone, a jeśli przybyło to ktoś mu zapłacił; kredyt umarł, pożyczka nie żyje więc co niby jest godnego zapisu?).

Po co więc nam średniego rozmiaru przedsiębiorstwa, ich kadry, kontrola jakości i kierownictwo? Na pewno nie po to aby organizować prace ręczne dorosłym dzieciakom! To są peryferyjne działania przedsiębiorstw, które spokojnie można zlecać doklejonym mikrofirmom tak długo, jak główny produkt średniego przedsiębiorstwa jest ekonomicznie zasadny samodzielnie. Zbieranie się w kolektyw do wykonywania wycinanek łowickich nie zwiększa produktywności (wprost przeciwnie – płace wymuszają równanie w dół). Skoro więc nie do tego, to do czegoś innego – a no zapewne średnie przedsiębiorstwa powinny wykonywać produkty o średniej złożoności wymagające średnich (a nie mikro) nakładów na kapitałowe środki produkcji oraz wymagające pracy zespołowej. A do tego nie każdy w populacji się nadaje, więc z samego tego faktu tak zorganizowanych struktur nie będzie nazbyt wiele, co wymusza na reszcie populacji uznania ich $ds za wysoki i zapewnienia zasilania (żywnością i surowcami), a w przypadku nie dość dobrych rezultatów – odcięcia tegoż zasilania i przymuszenia tym samym do zajęcia się czymś pożytecznym indywidualnie, bez zaciemniania dystrybucji kolektywnym bałaganem. Bo w takich średnich strukturach ze względu na rozproszony korelator, bałagan występuje przy każdym wdrożeniu czegokolwiek nowego i dlatego takie średnie struktury nie mogą ot tak zmieniać i dopasowywać sobie produkcji do wymagań klienta – to one wychodzą z gotową ofertą i niewielką elastycznością na rynek właśnie dlatego, aby wytworzyć nierzemieślniczo produkty, które dzięki temu są tańsze. I do tego średnie przedsiębiorstwa potrafią zagospodarować osobników homo rzekomo sapiens, którzy samodzielnie ani nic sobie nie zorganizują, ani też szczególnie do jakiejkolwiek pożytecznej pracy bez dozoru się nie kwalifikują. W sytuacji gdy rotacja w branżach odbywa się nie tylko przez zatrudnienie, ale też przez urodzenia i śmiertelność, długoterminowe przetrwanie średniego przedsiębiorstwa jest zjawiskiem zdecydowanie przypadkowym, natomiast powstawanie średnich w wyniku konsolidacji mikroprzedsiębiorstw (lub inwestycji oszczędnych a nachapanych mikroprzedsiębiorców rozwijających małe firmy w średnie) i dalszej stratyfikacji spółdzielców aż do wytworzenia hierarchii zapewniającej dostarczanie średnio skonsolidowanych produktów. Mikro i małych przedsiębiorstw jest dziesiątki tysięcy razy więcej niż dużych – i to tak właśnie jest dobrze i takie uorganizowanie jest prawidłowe, a misesowskie brednie o tym, iż każdy powinien biznes rozwijać (aż do osiągnięcia niekompetencji?) to takie bajki dla grzecznych korwinistów. Rozwój piekarni do poziomu Centralnej Piekarni Niedorzecza został przetestowany w Moskwie i zakończyło się to brakiem chleba, zaś urok wielu lotnisk rozsianych po całym kraju ma tę niewątpliwą zaletę, że może nad nimi być różna pogoda.