Stopy walut przytomnego zastosowania (2)

Ten labirynt pomiędzy producentem a przetwórcą jest dość skomplikowany, ale też jest bardzo rozproszony na końcach niczym naczynia kapilarne. @polish_wealth proponuje aby zorganizować sieć sklepów na wyłącznie własne produkty tak jak robią to von Lidle, baronowie Auchan czy sir Tesco korzystając ze swoich dziedzicznych przywilei szybkiego handlu i decydując, kto w ogóle może dostarczać na rynek po tym jak spacyfikowali targowiska. Zapewne jednak sklepów nie mamy, sieci dystrybucji nie mamy, z czarnoprochowców nie zaczniemy się strzelać ze strażą wiejską i otwierać targowisk, zapewniając ochronę babci z pietruszką przed siepaczami z us i sanpidu. A skoro nie tak, to jak zarobić se? Bo przecież te wskazane przeze mnie spready są rzeczywiste. Ja sobie oczywiście kit z okien zacząłem na tym arbitrażu dłubać, ale co chwilę wpada ktoś z kapitałem i stawia rurociąg obok mojej ścieżki z wiadrem – też dobrze, bo tak tanio & hurtowo, że zmusza mnie do otwarcia systemu kapilar i dystrybucji detalicznej od nowego rurociągu – rynek wraca do równowagi, ale ja muszę mleko zamiast śmietany chłeptać. Skoro nie tak, to jak? Czas na dygresję historyczną z bohaterskiej przeszłości. Zwrócę uwagę, że cały czas operujemy na wycenach dóbr w dobrach po kosztach usług będących kosztami wytworzenia wszystkiego sprowadzonymi do mianownika żarcie/wydobycie/transport. To być może nieco sprzężony mianownik jak na leminga, ale dla przedsiębiorcy oczywista oczywistość konfekcjonowania obrotu. Jeszcze ani razu (poza ceną paliw dla przykładu rzeczywistego) nie odwołaliśmy się do istniejących walut. Nie musimy się do nich odwoływać, duża część obrotu jest pozawalutowa właśnie z powodu taniej ropy & transportu, a system finansowy dla kupców ma znaczenie peryferyjne. Dla korporacji międzynarodowych zresztą też.

Dygresja historyczna i cybernetyka. Dzisiaj dystrybucja tekstyliów w Polin odbywa się z chińsko-wietnamskich centrów masowych dostaw (dla przykładu Tuszyn) gdzie zaczaiły się kontrole celne i skarbowe na wychodzących pytając o paragony. Tak jakby zadaniem mundurowych nie było strzelanie do ruskich i szkopów (bo przecież ciągle nie skapitulowali) tylko do polskich przedsiębiorców (z czego wnioskujemy, że to jednak są wrodzy mundurowi tak dla niepoznaki tylko polskojęzyczni folksdojcze). Dawniej (kiedy Tuszyn był błotnistymi parkingiami z planami posypania ich żużlem) w Niedorzeczu produkowanu tekstylia gdzie popadło w całym kraju (tam gdzie akurat była woda dostępna), szwalnia była na szwalni, ale nie tylko. Chałupniczo produkowano też elektronikę, transformatory, silniki elektryczne, mechanikę precyzyjną – będzie pan zadowolony. Część z tego to było takie B&R jak dzisiejsze “małe chińskie miasteczko przy Hong Kongu” – Shenzhen, a ręcznie robione na sztuki, bardzo precyzyjne transformatory czy dysze sterujące satelit (Pleszew, dziś jest tam chyba DMG) szły do Japonii i RFN. Zebranie tego do kupy i scalenie w jakiś produkt (w czasach kiedy internetu i komórek nie było, za to państw niemieckich był dostatek) przerastało moce korelujące centralnych planistów (z tego powodu kiedy MM bredzi coś o budowie państwowego przemysłu, to nie ma dość głupich ludzi w kraju aby obsłużyć takie urzędy, a mądrzy robią za tyle co łun sam jako prezes banku). Z problemem radzono sobie kontaktami poziomymi, i chociaż towarzysz Kossecki coś tam opowiadał, że w Partii centralizm to skutecznie miał uniemożliwić i tego się obawiano, to w handlu to właśnie sprawiało, że ludzie się wpław przez morze nie rzucali, tylko coś tam sobie dłubali obchodząc zamordyzm o wiele dotkliwszy niż dziesiejszy. Wyglądało to tak, że jeździliśmy po całym kraju od wytwórcy do wytwórcy, od targowiska do handlowiska, z giełdy na giełdę i wymienialiśmy jedne rzeczy na drugie nie tylko w ramach kraju, ale również po obwodzie całych demoludów, gdzie sytuacja spreadów z miejsc podaży była taka sama jak opisana wyżej liczbowo, tylko ceny były narzucane urzędowo po lokalnych kosztach produkcji bez uwzględnienia kosztów transportu, a przypominam że Niedorzecze wraz RWPG to odalony od mórz i niepołączony rzekami interior, więc po magazynie “wojewódzkim” ze spreadem 3-10 nie było transportu morskiego (większość krain ma wyłącznie strefę przemysłową przybrzeżną i przyrzeczną – w środku jest najwyżej rolnictwo & leśnictwo, a kopalnie z konieczności) z mnożnikiem x2 i mniej w wyniku konkurencji tylko dalej mnożniki +1 (obwód), x3 (konsolidacja) co dawało na poziomie kraju 30 i 100 na poziomie imperium sovieckiego, ale po obwodzie 5. Spread pomiędzy 5 a 100 jest olbrzymią przestrzenią handlu drobnego i tak wyglądało to w demoludach, ale i wcześniej też bo geografia się nie zmienia. Każda centralizacja handlu (kupcy holenderscy za RON – Arend Dijckman) natychmiast demolowała handel i niszczyła struktury polityczne kierując na morza aparat lądowy niezdolny ani do konsolidacji, ani do rabunku majątku skonsolidowanego (na potrzeby budowy floty niezwykle potrzebnego) KK. Oczywiście transport dawniej nie miał ropy, więc człowiek soviecki i tak miałby lżejsze życie niż w średniowieczu, ale po pierwsze niewiele, a po drugie różnicę skonsumowała feudalna biurokracja (dlaczego feudalna to kiedy indziej) tego ustroju więc towary w centrum imperium i tak nie były dostępne po 100 – były jak w średniowieczu po 400, co wykłuczało sens transportu opartego na ropie i sprowdzalo transport (choćby w Niedorzeczu, żeby nie epatować jakimiś ruskimi bagnami) do furmanki z chabetą, której sprawdzano trzeźwość (woźnicy nie było sensu). Drzewa jakkolwiek rzucają się na samochody aby je wokół siebie owinąć, tak nie rzucały się na furmanki i nigdy nie widziałem konia z wozem rozbitego na drzewie – ma to swoje zalety. Na szczęście handel po obwodzie zapewniał cenę w okolicy 5, a lokalność systemów walutowych sprawiała, że dostarczano do lokacji towar, sprzedwano za lokalną walutę, kupowano towar lokalnie tani i wywożono do lokacji gdzie był drogi (zaznaczyłem żeby to sobie przyswoić – jak wygląda obrót bez dominacji systemu finansowego, bo wielu czytelników takiego zwierzęcia jeszcze nie widziało, a będzie je niebawem musiało oswoić – to jest waluta z takiego stopu metalu przytomnego zastosowania – do handlu lokalnego).

Przerywnik na towarzysza – gdyby lokalna (przy fabryce) komórka Partii dogadała się z lokalną (przy innej fabryce) komórką bratniej Partii w bratnim demolandzie serią takich doagadanek po obwodzie, że im wyślą od siebie kołdry, tamci za te kołdry wyślą dalej pralki kolejnym, którzy za to wyślą gwoździe kolejnym… i tak do zamknięcia obwodu, to sami rozumiecie że przy spredzie 5-100 w skali obracania pociągami towarowymi trzeba by inaczej położyć w demoludach tory i nie prowadziłyby one do centrali. Polecam obejrzeć obrót towarowy/finansowy pod hegemonią USA czy Brukseli naszej umiłowanej – wygląda to dokładnie tak samo. Amazon z centrami paczkowania jest objawem choroby, nie lekarstwem – to jest interes wynikający z ciężarów nakładanych na małych przedsiębiorców, a zarobki tam – nie poruszajmy tematu i nałapmy czarnuchów? Było więc surowo zakazane centralę olewać i wszystko przez centralę musiało iść. Tak jak dziś przez sanepid, skarbówkę, banki, lidla/amazona, celników. A mimo to zorganizowano obrót towarami po obwodzie – dało się. Zrobimy to znowu i już wyjaśniam jak i dlaczego to robimy.

Oczywiście przedsiębiorcy kryli się wtedy w Partii, wojsku, bezpiece i KK bo gdzież indziej mieliby swobodę ruchów? Toteż bezpieka pilnująca Partię, aby nie było kontaktów poziomych po kraju i pomiędzy demoludami dość szybko poinformowała centralę, że się pod pokrywką gotuje i jest interes do zrobienia, a że scentralizowana biurokracja nie jest w stanie przeprowadzać operacji handlowych (tak – duże banki nie są zdolne do prowadzenia handlu), transportowych czy produkcyjnych, to muszą używać bardzo ciężkiego narzędzia jakim są nakazy, zakazy i rozrachunki. KomPartia niczym nie różni się od strony wykonawczej dla gospodarki od dużego banku czy to komercyjnego czy cenrtalnego. Wymyślono wtedy do spięcia tego wszystkiego rubla transferowego – taka waluta wirtualna. Nie wiadomo po kiego to wymyślano, gdyż w obrocie demoludów w handlu obowiązywał dolar i marka. Tak właśnie powstają waluty bloków kontynentalnych, od czapki, a pierwotny dla nich i tak jest już istniejący handel. Tyle że marka i dolar były gdzieś wymienialne na towary, więc przez to istniał na nie popyt, na rubla transferowego nie było żadnego popytu i nic za niego nie można było kupić. Nikomu więc po nocach nie śniły się sposoby jego zdobycia, gdyż waluta spinająca wymianę dóbr którymi nie chcemy się wymieniać słabo stoi na FX.

Pada nam pierwsze powiązanie z rzeczywistością – co takiego kupujemy za euro lub dolary? A za co sprzedajemy naszą pracę? A owoce naszej pracy? Tak jak w dygresji historycznej jeszcze niedawno tak wyglądał handel tam gdzie istnieła produkcja, tam gdzie już nie istnieje i są masowe dostawy z Chin wszystko scentralizowano. Z rozliczeniowego punktu widzenia jest to prowincja, a to zmusza do tańszej i cięższej pracy niż w punktach węzłowych czy przy szlakach transportu, z racji tego że dostarczenie tam czegokolwiek i odbiór towaru wymaga nakładu większej ilości usług (paliw i transportu) oraz mocy korelującej dzielonej na mniejszy wolumen towarowy. Moc korelująca płynie więc do centrów – tam gdzie może obsłużyć duże wolumeny i względem nich jest tania, dla peryferiów ze względu na małe wolumeny jest ona droga. Dobrym przykładem są koszty wysyłki do Highlandu Szkocji – są one istotnie wyższe niż do pozostałej części Wyspy. Podobny problem występuje na wszystkich peryferiach (Afryka, Korea Północna – też highgland, Islandia, heartland) a wzmaga go jeszcze ograniczanie przepływów dóbr, usług & ludności w ramach przeróżnych kontroli, zapór, ceł & taryf.
Rzućmy biurokratycznym żarcikiem vat. Ten nakładany jest od “wartości” towaru (nie od ceny deklarowanej przez sprzedawcę w zgodzie z odbiorcą), a tę urzędas bierze sobie z sufitu (sprawdza ile co kosztuje u niego w hubie, czyli cenę lokalnych produktów ma 20, a obcych 40) po czym względem tego dowala 1/5 vatu. Jeśli więc jesteście lokalnym producentem za 1 i wysyłacie towar w cenie transportu własnego 1 do jakiegoś innego przetwórcy albo dystrybutora w kontakcie poziomym, to należny podatek będzie wymyślony przez urzędasa w granicach 4-8 na dobry początek. Oczywiście nikt przytomny nie będzie w takich warunkach handlował, ale można oczywiście wynając biurwę prywatną do obsługi tegoż i dodać kolejny koszt 1, aby zmniejszyć te podatki do 1-2. Mamy więc towar za 1 w cenie nie 2 po transporcie, a 5, co rzutuje na koszt wsadu dla kolejnego przetwórcy. Z takiego systemu podatkowego wynikają lokalne (podawałem przykład Japonii i Włoch) powiązania przedsiębiorców omijających cały ten absurd kontaktu ze zbójeckim państwem, więc na takich opornych, nie mających zamiaru pracować za 0,2 (bo to oznacza pięciokrotne podbicie ceny – spadek płacy realnej) wprowadza się ograniczenia obrotu gotówką, kontrolę na kontach etc. Są też kraje na Sz, gdzie pozoruje się wdrażanie takiej kontroli, gdyż nawet ministerstwa pozakładały tam konta w zagranicznych bankach tak im biurwa nadojadła. To może jeszcze cło? Cło to taki kolejny vat tylko po staremu, w miejscu gdzie dało się to pobrać.

To włoskie czy japońskie “produkujemy lokalnie” ma bardzo poważne konsekwencje rozliczeniowe w systemie nastawionym na podatkowe pasożydowanie na cudzej pracy. Choćby takie, że trzeba dysponować środkami produkcji jakich najczęściej się nie wytwarza (chociaż kraje na Sz radzą sobie i z tym zagadnieniem). Kolejne jest takie, że obecne waluty nie są emitowane przez miasta powiatowe czy landy, ale przez banki centralne. Lekarstwem na to są prywatne waluty rozliczeniowe (waluty banków centralnych technicznie tym są, ale udajemy że to instytucje państwowe, choć takie nie są – państwa nie mają nad tymi bankami kontroli) w tym waluty cechowe (guild money, pieniądz branżowy) takie jak WIR dla formalności nazywane “środkiem obrachunkowym” (accounting currency) nie ujawniającym się w cyrkulacji (terefere – przecież jest na księgach, to można sprzedać z całym przedsiębiorstwem składającym się wyłącznie z księgi). Kolejnym przykładem jest SDR spełniającym wszystkie powyższe dla WIR, ale będący “roszczeniem” (reserve assets): jest to pozycja księgowa wzięta z prototypowego banku centralnego, gdzie w księgowości istniało pojęcie posiadania na księgach zobowiązania cudzego (roszczenia) jako kapitulacji (stanu rewizji ówcześnie magazynu) występujące do dziś jako kundfordran (svenskie zobowiązanie klienta) mogące być później skuteczną podstawą odpisu. Nadmieni,ę że szwedzka skarbówka nie ma wytycznych (jak w wielu sprawach) w jaki sposób wyceniać te roszczenia, więc w księgi można sobie wpisać co się komu podoba, a ponieważ są to źródła rachunkowości w bankowości akurat, to na bazie tego mechanizmu funkcjonują zapisy długoterminowych zobowiązań takich jak “kredyty studenckie” (highschool też) w USA i UK zabezpieczane oczywiście przez budżet w pokrętny sposób agencjami zabezpieczającymi spłatę kredytów. Zapisy te oczywiście mają swoje źródła (skąd się wzięła kwota) z objaśnieniami w księgowości równoległej/nieoficjalnej z jeszcze starszego obiegu raportowania, włoskiego gdzie nazywały się riscontro, które to w angielskiej formie ksiąg ledger były podstawą sprawozdawczości kantorowej (biurowej) na potrzeby kupiectwa jeszcze w czasach pierwszej z trzech drugich rewolucji przemysłowych w Niedorzeczu. Wtedy skarbówka nie pobierała podatków na bazie obowiązków sprawozdawczych, więc sprawozdawczość miała więcej sensu, gdyż była prowadzona na potrzeby przedsiębiorcy. Co unaocznia nam, iż wiele jest rzeczy dopuszczanych w księgowości w krajach niestalinowskich, a w Polin jakoś nie. Takich rzeczy jest więcej i stalinowscy księgowi jak słyszą co jest dopuszczalne, to ciarki po plecach im przechodzą gdy dostają taką dokumentację transakcji z zagranicy. Spróbujcie w Polin zapłacić jednej firmie za dostawę z innej i przepchnąć to w skarbówce to zrozumiecie w czym żarcik. Tylko w Polin jest to problemem – urzędasów trzeba sobie wychować, a skoro nie da się marchewką to pozostaje ten drugi sposób.

Wracając jednak do obrotu towarowego – jeśli wytwarzamy coś w łańcuchu lokalnym, to mało się wozimy i w naszym koszyku rozrachunkowym jest mało ropy, a co za tym idzie mało dolara. Jeśli do tego wozimy się krajowym samochodem a nie importowanym, to jest co najwyżej waluta krajowa w tym koszyku, a nie międzyanarodowa. Jeśli do tego samochód jest produkowany w naszym regionie, to nawet ta waluta krajowa nie jest potrzebna – może być jakaś abstrakcyjnie regionalna (jeśli brać pod uwagę liczbę ludności to NOK, SEK i DKK spełniają to kryterium). Z tego zaś wynika stan rezerw banku mającego takie transakcje rozliczać, a z tego wynika jakie przedsiębiorstwa muszą mieć w tym banku zobowiązania (najlepiej) aby będąc na łańcuchu stanowić rezerwę pasującą do koszyka dóbr pożądanych, mających płynność proporcjonalną do koszyka obrotu doraźnymi walutami rozliczeniowymi (ślady symboliczne takiego systemu znajdziecie w banknotach szkockich banków). Wymiana lokalna zamyka nam się w kosztach jednostkowych (usługi), a wymiana z użyciem centralnego hubu winduje nam ten interes >40 w obrocie detalicznym, dlatego właśnie przepuszczanie towaru przez centralny system transakcyjny (mający w koszyku przedsiębiorców zabezpieczających naszą wymianę i owszem, ale przez wymianę z odległym wytwórcą) wymaga kapitału o rząd wielkości większgo już nie tylko wyłącznie z powodu zabezpieczanych wycen, ale też z powodu wolumenów. Jest to tak drogie, że nawet w systemie scentralziowanym powstają banki branżowe, specjalistyczne i rozrachunkowe na potrzeby pewnych skal i rodzajów przedsięwzięć niezajmujące się żadną inną działalnością. Bank centralny dla przykładu służy obsłudze banków, ale są też banki handlowe dla firm czy spółdzielcze dla lokalnych MiŚiów i wszystkie były rozdzielne od kas kredytowych czy lokalnych banków oszczędnościowych. Przyczyną był charakter stanów magazynowych: przedsiębiorcom na nic złoto, a cywilom na nic akcje przedsiębiorstw, czego objawem było rozdzielenie rachunków oszczędnościowych i rozliczeniowych – to są w rzeczywistości gospodarczej dwie różne waluty i tylko z powodu rosnącego wydobycia energii (węglowodorów) oszczędzanie w walucie rozliczeniowej dla przedsiębiorstw było w ogóle możliwe. Rządy i banki nie muszą prowadzić żadnej walki z gotówką czy dłubać przy indywidualnych stopach procentowych aby wrócić do różnego oprocentowania rachunków, wystarczy przy obecnym boczniaku wydobycia dopuścić do multiwalutowego systemu obrachunkowego na bieżąco wycenianego jeden względem drugiego (konserwacja oszczędności względem inwestycji) aby błyskawicznie doprowadzić do destrukcji kapitału. I tak dzieje się to bez jakichkolwiek decyzji ze strony rządów i banków, ponieważ tezauryzację (konserwację owoców pracy) przechowuje się w PM, będącą przy użyciu SGEI środkiem gwarancyjnym handlu ropą. Bez tego zastosowania (rozrachunkowego) złoto nie byłoby wyceniane w walutach jako pieniądz. Waluty rozrachunkowe (takie jak BTC) wykazują względem pozostałych gwałtowną zmienność – o to tak właśnie by wyglądało rozliczanie waluty inwestycyjnej względem tezauryzacyjnej. Konserwacja oszczędności z punktu widzenia proli ma za zadanie zapewnić im konsumpcję owoców pracy 1:1 przeniesionych w czasie, kiedy mają miejsce wzrosty to nawet tak potrafi działać, kiedy jednak gospodarka jest przeregulowana to wzrosty są pozorne i mają miejsce w postaci niekonsumowanej infrastruktury – wpływa to na wzrost cen infrastruktury jaką by chciały kupić prole (mieszkania) i też coś sobie skonsumować. Mimo pozorów przeniesienia 1:1 rosnące ceny wykluczają zakup. Ale to jeszcze da się lemingom przepchnąć. Natomiast w czasie kryzysu podaży magazyn (bank) jest wykorzystywany jako substytut produkcji – zamiast wyciągać z fabryki wyciągamy z magazynu tyle, że wtedy wszyscy produkują licho (rozpadają się struktury produkcji i łańcuchy dostaw) więc sprzedajemy nasze oszczędności tanio 1:1/x. Dlatego różne, dające się rozpiąć i rewaluować systemy walutowe mają wielką zaletę dopasowywania obszarów rozliczeń poprzez obniżenie wycen lokalnej pracy przy lokalnym zaopatrzeniu w produkty podstawowe. Bez takiej konserwacji produkcji podstawowej dewaluacja nic nie daje i trzeba wypluć z banków rezerwy, a lokalną walutę najlepiej skasować. Słusznie się wtedy tłumy buntują, bo to prawdziwe skaranie mieć w korelatorze durniów, którzy do takich alokacji doprowadzili, że trzeba porzucić system rozliczeniowy. Euro wyleciało z rachunków przedsiębiorstw pozaunijnych po awanturze cypryjskiej, a dolar pozostał – wynika to z ryzyk jakie stworzyło zróżnicowanie dolara dla przedsiębiorstw i euro dla kołchoźników, którym można stany waluty skasować.

Dawniej wiele marek produkowało narzędzia na własne potrzeby i te czasy mogą wrócić, wystarczy pokręcić przy kosztach transportu. Takie molochy jak Peugeot czy Daewoo zapewne kojarzycie z samochodami, ale zanim się za to wzięli, to mieli pod swoją marką bardzo jakościowe wiertarki, frezarki, narzędzia ręczne, a nawet pilniki i młotki. Celno-podatkowy koszt transportu powoduje, że można taki przemysł za zaporą zbudować, ale też trzeba ludziom pozabierać paszporty żeby zgodzili się pracować za 0,1 albo płacić za lokalny towar przepuszczony przez “centralę” 10 zamiast 1. Zazwyczaj nie pomagają na to nawet tęgie lagi, jedyny praktykowany sposób to wyspa albo odcięty półwysep żeby nie pouciekali, co zapewnia dogodne wyjścia eksportowe.

Handel na peryferiach.

Systuacja handlu obwodowego w kontaktach poziomych przy użyciu drobnego transportu wynikała z niejawności produkcji (względnie dystrybucji jawnie reglamentowanej) i ta sytuacja wraca. Niejawność produkcji dzisiaj jest dużo łatwiej zachować niż w przeszłości, gdyż dzisiaj pracowników importujemy na różnokolorowych warunkach. Nie funkcjonują oni w społeczności lokalnej i ich wyciśnięcie z układu ma mianownik ekonomiczny, ponieważ nie mają zdolności utrzymania się bez dochodów w danym terenie wysokich kosztów nie mając oparcia w rodzinie (dlatego rozbijane są rodziny i indukowana jest mobilność proli, przecież nie wyjeżdżają dlatego że gdzieś jest dobrze, tylko dlatego że u nich jest źle). Tworzy to układ feudalny korzystny dla stron, o czym przekonali się już konkurujący z Ukraińcami – im wolno pracować ile chcą, ich żadna PiPa nie chroni przed przepracowaniem, na rękę też dostają tyle ile wycenia szef, a nie ile wycenia szef minus to co ukradnie państwo. Różnica jest dwukrotna przy płacy, a z godzinami nawet trzykrotna na wypłacie. Bo przecież produkty wykonane w nadgodzinach nie stoją na półce w cenie x1,5 “made in overtime” czy nawet x2 “poświęcono dzień święty”? Tak samo przytomność przywracana jest rozbestwionemu socprolstwu na całym kontynencie, a przy okazji przywracana jest przytomność biurwie, której coraz częściej jest wzkazywane, że nikt się do nich nie zgłasza i nie mają zdarzeń do obsługi mimo szacunków z sufitu, że jest tyle roboty dla nich. Strzałem w podatkową stopę kapitana-państwo było wprowadzenie odwróconego vatu na surowce wsadowe (takie jak stal, cement), niby to miało połatać wyłudzenia (z tym że wyłudzeniami zajmują się klasy uprzywilejowane i będą sobie dalej wyłudzały co chcą, bo im się to z racji przywilejów należy, mają je wypisane na togach i pagonach). Sytuacja obecna w systemie podatkowym wygląda tak, że surowiec nieprzetworzony w cenie 1 jest z podatkiem 1,25 (dla wygody obliczeń vat 25%, w se taki jest). Z powodu niemożności rzeczywistego odliczenia (upierdliwe kontrole) kupuje się to “na paragon” (no bo skoro i tak nie mogę odliczyć to na co mnie rejestrować firmę?) bo gdyby brać na firmę i doliczać koszty nieodliczonego vatu (albo koszty kontroli i obsługi biurokratycznej w tej samej cenie) to dokładając pracę na produkcie mielibyśmy 2,5 plus niezwrócone lub wydane na biurwników ,25 i tak w każdej następnej firmie 2,75 >=> 5,5 + 1,375 >=> 13,75 + ca3,5 = cena klienta końcowego 17,25. W skonsolidowanej produkcji byłoby to przy koszcie produkcji 3 + materiał 1 + vat sprzedaży 1 = 5 vs 17,25 ceny z łańcucha MiŚiów po uważania urzędactwa, dając 12,25 minus jakieś 3 pozamiatanych pod dywan kosztów – jeszcze 2,5 vatu, ale wypłacając lokalnym prolom około jakieś 3-4 w przeciwieństwie do MiŚiów w tym lańcuchu (takimi żartami jak CIT się nie kłopoczmy). W łańuchu niejawnym te koszty wyglądają zaś tak, że wsad kupujemy opodatkowany 1,25 i dokonujemy trzech operacji produkcyjnych z transportem mając koszt pracy łączny 4 (taki jak proli w korpo, ale nikt z tego nie odliczy na zusy i pity zaniżając wypłaty do 0,5) i lądujemy na rynku z ceną 5,25 mając jeszcze 5,25 luzu do łącznych kosztów korpory. Sami państwo rozumieją ,że jest jak zarobić se w takiej przestrzeni pod warunkiem, że po wyjściu surowca z systemu podatkowego ślad po nim zaginie. Oczywiście to też urzędasy ganiają, ale na tyle nieudolnie, że kilka ustrojów już tak z nimi przeżyliśmy. Zaznaczam, że ten towar jaki niby podatkowo ma wychodzić po 17,25 urzędowo, w korpo po 10+, a w MiŚiu po 5+ jest na pirsie po ca20, a po drugiej stronie morza, gdzie tego nie strugają po ca40.
I wychodzi na to, że taniej jest delegować pracownika aby pojechal z walutą w kieszeni coś kupić i to przywiózł, niż kupować to przez firmy zajmujące się importem co powinno być tańsze (po to mamy rynek?). Ostatnio nawet kazali opodatkować podatkiem śmieciowym wwożoną elektronikę i plastik, że to niby kiedyś do kosza pójdzie. Pozostaje obudowy z drewna robić. Wiemy jednak że temu pracownikowi wolno dać do kieszeni maks 10k euro bo inaczej to terroryzm, pralnia, zbrodnicza grupa pragnąca obalić władzę i straszliwy handel pietruszką. Co sugeruje nam, że musimy mieć jakiś system rozliczeniowy w kompensatach towarowych, musimy przywieźć towar i wywieźć towar, a kwity jak zawsze się zoganziuje jakieś ładne. Srebro to jest formalnie towar i nawet ma vat, więc nadaje się jako zabezpieczenie transakcji ovatowanych do czasu kiedy ich dokumentacja jest potrzebna. Bo jeśli się nie przydała to po dostawie można wyrzucić. Towar zaś nabijamy na kasę jako używany na vatmarży. Można kupić używany wkrętak “po regeneracji”, węgiel, drewno, gaz techniczny (używany^^), wanny, stare panny, a nawet używany cement i dachówki “z recyklingu”.
Idźmy dalej, z punktu widzenia drogiego peryferium (ceny 40-60 zamiast 20-40) na Sz, gdzie albo morza albo góry wokół utrzymywanie pracowników kupujących towary od Maroka po Kaukaz oraz wożący to od przetwórcy do przetwórcy (popakować to trzeba w krajach tanich a nie drogich, bo klient w kraju drogim chce mieć popakowane i wtedy mu się wydaje że to drogie musi być) sprowadza nas na poziom demoludów, ale taki kraj na Sz zasysając towary zewsząd musi ciągle dewaluować walutę (co też czyni), a że zalągł się tam JPM można ryzykować konsekwencje wenezuelskie. Bo przecież taki handel drobny nie stanowi o cenach (bariera geograficzna) – może je lokalnie nieco obniżyć, ale o wycenie stanowią dostawy masowe i mimo bazarowej wyceny dostawy na 10 w sklepie dalej będzie 40-60. Jednak w przypadku obsuwy taki kraj zupełnie nie ma czym płacić i zostaniemy z towarem oraz siecią obrotu, trzeba dość szybko przekształcać się w sieć handlową albo rozliczeniową. Bo przecież srebro jest bardzo dobrym środkiem obrachunkowym w porównaniu z tym co zrobiono z walutami próbując nauczyć świnię latać za 20-40 przy zarobkach 1. 20-40:1 to właśnie proporcja kosztu habitatu do zarobków. Bo mieszkań się co prawda nie importuje, ale zabezpieczenie systemu rozliczeniowego owszem i dlatego trzeba wytworzyć własne, lokalne, a z tego wynika że nie mogą być duże i muszą mieć lokalne koszyki zabezpieczeń. Czy stany magazynowe Waszej firmy pozwalają Wam rozliczyć się z pracownikami w czymś, czego oni doraźnie potrzebują gdyby akurat rynek nie sprostał?