Kariera a praca (kontynuacja Po co Cię zrobiono)

Poprzedni tekst zakończyłem na skraju wyboru kształcenia zakreślanego jako średnie i wyższe. Ono się różnie nazywa w różnych krajach i ma różny zakres w różnych czasach. Przyjmując, że większość czytelników jest zaznajomiona z realiami Niedorzecza podział na kanały gimnazjum-liceum-licencjat i technikum-licencjat będzie równoważny rozwiązaniom college. Tradycyjnie dodaje się do tego zrobienie fikcyjnego dyplomu magistra. Fikcyjnego, ponieważ wymagałoby to prowadzenia badań będących wstępem do dorobku naukowego, a system filtracji materiału ludzkiego zdemontowano, aby “wszyscy mieli wyższe” i każdemu kto ma nie da się przydzielić środków na sensowne badania, więc tworzona jest fikcja. Fikcja w większości “nauk” humanistycznych (to nie są nauki, tylko takie tam opowiadanie sobie bajek o bajkach) sprowadza się do opracowywania cudzych opracowań na podstawie tzw. dokumentów źródłowych bez sprawdzania ich rzetelności (większość źródeł historycznych jest sfałszowanych, ba – źródeł “prawa” też, jak z decyzją o zawieszeniu KŚ w PRL wydaną przez anonimowego dobroczyńcę ludzkości). Z doktoratami jest obecnie nie lepiej, bo niby z czego można zrobić doktorat w kraju agrarnym? Z socjologii? Gender? Uprawy i hodowle kontrolują przepisy i rozporządzenia eurogestapo. Poziom licencjatu (bachelor) jest więc ostatnim wykonawczym poziomem kształcenia – master czy PhD to przy obecnym stanie infrastruktury biurokratyczna fikcja doklejana do zastosowań praktycznych udających badania, gdzie gryzipióry dopisują sobie tytuły z badań nad praktycznym rozwiązywaniem trywialnych zagadnień sprowadzających się do substytuowania dawniejszej technologii (polecam komentarz Roberta Frosta będący samodzielnym artykułem w Forbesie).

Tylko że nie wszyscy się w ogóle kwalifikują do nauczania w taki sposób, w jaki zdolni są czytelnicy. Otóż dokładnie połowa populacji w Polsce nie dysponuje takim poziomem abstrakcji (i aparatem biologicznym w głowie), aby nauczyć się wykonania czynności z pisanego tekstu. Wprost – ci ludzie nie potrafią samodzielnie przeczytać, zrozumieć i wykonać czynności zawartych w instrukcjach. Nie umieją czytać ze zrozumieniem, a tylko 2/3 z nich w ogóle umie przeczytać zdanie w całości. Wiem, że dla wielu czytelników jest to niewyobrażalne, ale nie bez powodu automatyzujemy stanowiska kasowe i wsadzamy tam panią by się uśmiechała do klientów, którzy tak samo jak ona nie łączą kropek ceny za kilogram z należnością do zapłaty. Czyli co drugi osobnik w populacji nie potrafi właściwie czytać rzeczywistości, należycie przyswajać informacji i przetwarzać ich w racjonalny, pełnowartościowy, zdroworozsądkowy sposób. W konsekwencji osoby te mogą się nauczyć wykonywania zadań jedynie poprzez motoryczne wdrożenie i praktykę, a zmiany sposobu wykonywania zawodu czy samego zawodu w czasie ich życia nie są możliwe. Zakres zawodowy dostępny dla tych osobników to rzemieślnicy (choćby budowlani), sprzedawcy, policjanci, pracownicy biurowi (clerks). Przymuszanie tych ludzi do nauki czegokolwiek z książek jest małpim okrucieństwem, równie dobrze można im pokazywać wzór na obrusie – widzą tam tyle, co na rozkładzie jazdy pociągów. Jeśli wyślesz takiego człowieka do nieznanego miasta albo w podróż, to jest prawie pewne, że się zgubi. Dla tych ludzi w społeczeństwie przewidujemy ewentualnie pracę, a najczęściej robotę – powtarzalną, tępą czynność pod czyimś dozorem (bo nawet trudno mówić o kierownictwie). To są po prostu konie, które nam pozostały po tym jak zaczęliśmy kieraty napędzać silnikami. Z samego faktu, że jesteś w stanie przeczytać i zrozumieć taki długi akapit, nie możesz kwalifikować się do takiej grupy i odkładamy ich na oddzielną stertę.

Powstaje natomiast pytanie, w którym z kolejnych akapitów odłączyć się od pociągu dalszego kształcenia i zacząć monetyzację, bo procent składany wynika z czasu, bo niektórzy uczą się szybciej, a inni wolniej… A właśnie. Prędkość przyswajania wiedzy jest istotna. Bo stanęliśmy na granicy populacji, która jest zdolna przyswajać wiedzę i czasem nawet umiejętności z pomocy mnemotechnicznych (tekstów), a nie wyłącznie od eksperta. Powoli zaś dołączamy do tego systemy eksperckie w postaci filmów, interaktywnych pomocy (gryfikowanych testów), symulatorów i rzeczywistości rozszerzonej. To co przeciętny człowiek przyswaja w ciągu szesnastu godzin nauki, góra drugiej i dół trzeciej sigmy przyswaja w kwadrans. Przyswaja tym szybciej, ile ma już przyswojone traktując to jako bazę wiedzy, są pewne ograniczenia pamięci, ale możecie spokojnie przyjąć, że zakres 4 letniej nauki na poziomie gimnazjalnym/licealnym od strony merytorycznej (bo nie mnemotechnicznej – od tego mamy pomoce) trzecia sigma opanuje w dwa tygodnie. Resztę czasu te dzieciaki się nudzą w szkołach dla koni, a jak widzą tych samych durni wciśniętych na uczelnie to uciekają gdzie pieprz rośnie – zadekowali się na inżynierskich, ale i do linuksa zawitał CoC. Dla większości ludzi jednak takie zjawisko jak człowiek wciągający po książce (czy dwie) dziennie i zdolny przytoczyć z nich kwestie merytoryczne to “kujon”, należy jednak pamiętać, że na trzecich sigmach świat się nie kończy, choć szósta zdarza się (w danym przedziale wiekowym – kohorty ułożone dekadami) statystycznie jedna na populację Niedorzecza. Przewaga szóstej nad trzecią jest dokładnie taka sama jak trzeciej nad średnią, dlatego materiały specjalistyczne powstają wyłącznie w formie pisanej – nie ma tam ani zasobów ludzkich ani potrzeby, aby przetwarzać wiedzę w jakikolwiek sposób ułatwiający przyswajanie.

Kiedy więc wysiąść z pociągu i zmonetyzować?

Pytanie powinno brzmieć odwrotnie – po kiego idziesz do takiej a nie innej szkoły? (akurat nastolatek może co najwyżej odpowiedzieć, że idzie tam stadnie bo wszyscy idą) Zaczęto to pytanie stawiać w krajach, gdzie problem demograficzny ma już brodę. Zaczęto, bo tam doszło do wymierania specjalistów przekazujących wiedzę z wymienionego wcześniej poziomu praktycznego – technologii kosmicznych i nuklearnych. Tworząc dokumentację nikt się nie spodziewał, że za 50 lat głąby nie będą miały dość wiedzy teoretycznej, aby teksty zrozumieć oraz praktycznej, aby wyjaśniać im oczywiste podstawy wykonawcze. Bo to naprawdę są jaja, żeby ludzie kończyli inżynierię i nie mieli praktyki w użyciu narzędzi – a kto niby ma kształcić techników i zawodowych? Polonista? Historyk sztuki?

Wiemy, że obecny nastolatek nie za wiele wie o pracy, taki 16-18 latek ma zatem wybrać kierunek swojej pracy w przyszłości, a być może zdecydować się na kariery. Tam gdzie już zauważono, że to do niczego nie prowadzi problem rozwiązywany jest tak, że oferuje się dzieciakom możliwość dość swobodnej zmiany kierunku jeśli im nie pasuje, a kształcenie zaczyna się od praktyk, tak aby zapoznać człowieka od razu ze środowiskiem pracy. Szczerze polecam odwiedzanie różnych rodzajów firm od chlewni po archiwa, aby przekonać się czym to wszystko “pachnie”, bo chlewnia też ma kierownictwo, właściciela, dyrektora czasem, księgowych, techników, lekarza i to też jest jakaś ścieżka kariery (gospodarka nie składa się wyłącznie z urojeń Powerpointa). Mam takiego inżyniera, który nie spodziewał się, że powietrze w fabryce wyrobów metalowych jest albo zimne (bo przeciąg między bramami) albo z tlenkami metali w powietrzu (szczególnie jak nawali wentylacja) – dobrze, że nie trafił do kopalni, ale jeszcze wszystko przed Nim^^. Tyle że większość ludzi nie ma możliwości aby sobie fabryki zwiedzać, a jeszcze mniejsze aby posłać tam dzieci na praktyki. Co od razu unaocznia nam, że przyjrzenie się pracy kierownika, dyrektora czy przedsiębiorcy jest w ogóle poza zasięgiem, a jeszcze żeby tam trafić na praktyki… jak ojciec nie wezmą to pozostaje poszukać szkoły? Proponuję katedrę przedsiębiorczości na wydziale kapitalistów. I jakoś przypadkiem takiego wydziału i takiej katedry nigdzie nie ma. Są co prawda szkoły związane z zarządzaniem, ale wszystkie poważne są dostępne wyłącznie dla ludzi z doświadczeniem zawodowym, którym akurat wypadło dokształcić się z zarządzania bo proza kariery ich zmusza.

Racjonalnym rozwiązaniem na takim przełomowym etapie jest więc to proponowane przez system edukacyjny – pozostać w systemie edukacyjnym, aby na początku drugiej dekady życia być ciągle w systemie zmuszającym do czytania, przyswajania i jakiejś tam kontroli tego co osadziło się w umyśle. Gdyż jeśli oddzielimy 49,9 procenta populacji jako konie to z całej populacji na następnym etapie osadza nam się 34,1% ludzi (góra średniej i dół pierwszej sigmy), jest więc spora szansa, że to już tutaj jest przystanek i czas wysiadać. Kiedyś ta populacja kończyła kształcenie na poziomie średnim jako technicy, sensu uzyskiwania matury bez dalszego kształcenia nie było. Ludzie o takich przymiotach potrafią uczyć się z tekstów i mogą zajmować stanowiska brygadzistów (góra średniej), a w strukturyzowanym środowisku gdzie w sposób zorganizowany są zaprzęgnięci w system motywacyjny kij-marchewka (ekonomia choćby) są zdolni do mało abstrakcyjnego myślenia technicznego z nieefektywnym przetwarzaniem informacji, możliwe jest nawet (dla pierwszej sigmy) opanowanie zakresu licencjatu i specjalizacja w jakiejś dziedzinie.

Wypada wyjaśnić o co chodzi z sigmami, ponieważ wielu czytelników odnosi to zapewne wyłączni do mocy intelektualnych osobnika. Należy na zjawisko spojrzeć holistycznie – przyjmijmy model big five. Przyjmijmy (z praktyki), że inny zestaw cech jest pożądany na innym stanowisku i w ramach tego dobieramy ludzi; inne cechy musi objawiać techniczny do rozwiązywania rzeczywistych problemów pojawiania się gratów z surowców, inne sprzedawca, inne logistyk/księgowy, inne szef, a często te funkcje się łączą na wskroś co wskazałem w “Inżynierii drakkaru” i zarówno bycie handlowcem jest istotne, jak i administratorem, jak i szefem. I jeszcze żeby mieć ten “+” i wszystko sobie samemu zmontować – pełen luksus. Potencjał intelektualny w połączeniu z sumiennością pozwala na wskazane wyżej szybkie przyswajanie wiedzy z różnych zakresów, ale nie zrobi z introwertyka sprzedawcy, a z ekstrawertyka pustelnika siedzącego w garażu z obrabiarkami. Tak samo stała emocjonalnie osoba nie będzie pracować w modelu agile, a neurotyków nie da się sensownie użyć w żadnym innym, bo ich zniszczy długotrwały stres. Do tego w środowisku inżynierów coś takiego jak otwartość na doświadczenie (zawsze tak robiliśmy i po co to zmieniać?!) maleje wraz z przytomnym spojrzeniem na koszty i jeśli dominująca ilość szefów-inżynierów (handlowa makabra) jest dziećmi bessy to rozwój gospodarczy bez importu ustaje do czasu wysycenia całej gospodarki potrzebnymi dobrami i wymarcia tych dinozaurów (akurat takie zjawiska wskazują, że homeostat działa – bessa ma konsekwencje). Nie ma też absolutnie żadnej możliwości, aby szef był ugodowy: im wyżej w hierarchii, tym wyższy poziom antagonizmu i jest to jeden z powodów, dla którego kobiety nie awansują na wyżyny tych hierarchii (drugi jest taki, że hierarchia jest o dominację samców aby dobrać się do zasobu samic – po co samica miałaby stawać w te szranki ciężko pojąć). Jeśli więc zestaw tych cech wraz z możliwościami intelektualnymi pasuje do obranej ścieżki kariery to mamy sigmę – kwestia jak wysoką, a tego nie mierzy się w laboratoriach tylko wzrostem – wystarczy stanąć na portfelu i wiadomo jak kto zmonetyzował talenty (przypowieść o talentach Mt 25, 14-30). Jest jednak wysoka korelacja pomiędzy zdolnościami kognitywnymi a przynajmniej dochodami (nie oszczędnościami) gdyż tak czy siak jest to gra ludzi przeciwko ludziom o zasoby i temu co nic nie ma odjęte jest aby dodać, któremu i tak zbywa. Sami wszak zabieramy innym i dodajemy sobie^^ Warto jednak zwrócić uwagę aby zabierać sumiennie (nie ustając w trudzie), coraz to sprytniej i samemu nie zostać nadto obranym przez lepszych od siebie.

Z tego pułapu można już wysiąść z pociągu i zdobywać doświadczenie zawodowe nieszczególnie licząc na to, iż dalej coś jest jeszcze do ugrania. Z łapczywości na papier biurwokraci oczywiście uczęszczają dalej na zajęcia, ale nie rozumieją ich, uczą się na pamięć i wygłaszają formułki nie rozumiejąc ich sensu i implikacji. I piszę tutaj o pierwszych sigmach jeśli chodzi o intelekt. Takie zagadnienia jak ekonomia czy matematyka są nazbyt abstrakcyjne na poziomie pozwalającym aktywnie rozwijać dziedzinę, a zbyt wymagające aby stosować je bez możliwości ich wyprowadzenia. Dlatego ludzie na tym poziome stanowią kadry kierownicze niższego szczebla, lepszych brygadzistów, drobnych przedsiębiorców i całkiem możliwe jest skuteczne zrobienie kariery w korzystnym otoczeniu. Co wskazałem w przypadku handlowca+, że można zejść niżej – do nauki kompetencji zawodowych i przyswoić sobie (korzystając z przewagi intelektualnej i prędkości przyswajania) jakieś rzemiosła, co może przydać się niezmiernie a jeśli nic innego akurat nie obciąża czasu i nie ma okazji do prowadzenia własnej firmy (koniunktura licha), to jest to bardzo korzystne rozwiązanie – urządzenie sobie cofki i zdobycie solidnej podstawy na wypadek gdyby w walce o dostęp do żłoba trzeba było wypchnąć jakiego konia z poziomu na jakim jest kompetentny. Różne wszak przychodzą na człowieka terminy, a słabszych od siebie jest dość łatwo zepchnąć ze stanowisk gdyby się jakaś cofka gospodarcza przytrafiła.

Ten etap dla większości przytomnych ludzi jest właśnie idealny – zająć sobie pozycję pomiędzy wykonywaniem rzemiosła “+”, kierowaniem rzemieślnikami i wstępem do przedsiębiorczości. Tak działa większość Januszexów i im dłużej mam kontakt z takimi firemkami, tym bardziej dostrzegam przytomność tych czasem nieumiejących liczyć w pamięci ludzi (podobieństwo do osób współpracujących jest zamierzone i niektórzy wiedzą o kogo chodzi) mimo prowadzenia firm w kilku krajach i znajomości kilku języków oraz umiejętności werbalnej nauki kolejnego w dość krótkim czasie na bardzo komunikatywnym poziomie ze słuchu (z radia). Wielką społeczną korzyścią jest to, że ci ludzie zagospodarowują pozostałe 50% choćby w jakiejś części i dają zagospodarować się lepiej zorganizowanym już jako przyjmujące normalnym językiem polecenia instytucje służebne. Systemowe rugowanie takich ludzi biurwą, przepisami i podatkami doprowadza wyłącznie do dramatu biednych durni, których ani Janusze, ani nikt bystrzejszy od nich (z braku możliwości komunikacji z koniem, gdyż właściwa jest wyłącznie po niemiecku: Karol V mówił, że z Bogiem rozmawia w języku hiszpańskim, z paniami po włosku, z mężczyznami po francusku, a z koniem po niemiecku) nie chce w takich warunkach zaprząc do jakiegokolwiek pożytku.

Polecam dobrze się zastanowić, czy opanowanie jakiegoś technicznego zawodu i być może zajęcie się handlem w młodym wieku, tak aby rozejrzeć się po świecie i zastanowić czego właściwie się chce, zdobywając przy tym jakiś zawód gdyby przyszło spadać – to na cztery łapy. Bo to nie zawsze tak do końca wiadomo. Żeby robić za przykład to jestem informatykiem i księgowym, ale ślad nie pozostał ani po rozwiązaniach księgowych w jakich mnie ćwiczono, ani też po technologiach do jakich się kształciłem, ale sposoby myślenia nabyte ówcześnie pozwalają wpinać się w inne systemy podatkowe na tyle, aby w nich też kończyć szkoły oraz skutecznie korzystać z usług specjalistów i firm obsługujących te fasady. Natomiast programowanie bardzo dobrze ćwiczy charakter – wciskasz enter i na zimno dowiadujesz się “error: w tej a tej linii napisałeś, że jesteś guuupi”. I człowiek od razu wie, że trzeba bardzo uważnie czytać kod zanim się wciśnie coś na obrabiarce. Wiem – dzisiaj w kompilatorach są kolorowe zaznaczenia tego i śmego, jest nieco prościej przy wsparciu maszyny i nie trzeba się uganiać za każdym średnikiem. Nie będę przypominał, że kiedyś programy pisało się na kartce i wprowadzało w formie tabeli poleceń do maszyny. Są miejsca, gdzie tego jeszcze po y2k jeszcze uczyli tak na wszelki wypadek, jakby trzeba było odpalić jakie stare pudło.

Oczywiście koło 20 roku życia mamy przed sobą jeszcze kilka lat rozwoju intelektualnego na wysokich obrotach, a do tego samce w tym wieku jeszcze są dość agresywne, a formacja osobowości zazwyczaj nie jest zakończona. Warta rozważenia kwestia jest więc taka, czy prowadząc mikrodziałalność/usługi/rzemiosło/handel i uczęszczając na zajęcia, przewaga intelektualnego hardware’u oraz nabytej wcześniej wiedzy pozwala nam na jakieś sensowne zarządzanie czasem. Bo sami rozumiecie, że prowadzić usługi, dreptać na dwa fakultety, dokształcać się w domu i jeszcze mieć czas na rozrywki może być nie dla każdego – nie tylko z powodu chęci, intelektualnych możliwości, ale też zwyczajnie nie do ogarnięcia metabolicznie. To właśnie w tym wieku można się o tym przekonać. Jeśli w wakacje jest okazja to warto sprawdzić, czy ta pierwsza mikrodziałalność zaskoczy – może i tak. Może będzie wyłącznie sezonowa (często tak jest), z dużą pewnością pójdzie ona w bankruty (koniunktura nie jest obietnicą życia wiecznego) ale pokaże czy ma sens zabawa w przedsiębiorcę. A być może kariera rzemieślnicza – na początku idzie to jak po grudzie, ale prędzej czy później i tak ktoś musi zajmować stanowiska kierownicze w czasie ekspansji i bardzo ciężko jest kupić do fabryki przedsiębiorcę aby ogarnął bałagan na podłodze.

No, chyba że wychodzi Wam właśnie z uczeniem się (większość owczym pędem zostaje z tego powodu na uczelniach, bo inni zostają), ale wtedy trzeba uciekać z kraju agrarnego do przemysłowego, jeśli marzy Wam się kariera w STEM albo nabywać umiejętności interpersonalnych, organizacyjnych i administracyjnych. Niby z tego zakresu kształcą na przeróżnym “zarządzaniu”, ale po pierwsze kształcą tam każdego, a po drugie po co tam iść jak się nie ma praktyki odnośnie tego “jak wygląda praca menadżera” oraz sensownych widoków na stanowisko (szczególnie w młodym wieku, pozycja w korpo to taka sama fikcja jak premier Bantustanu – oficjalnie zarabia mniej od tokarza w gospodarce przemysłowej). Gdybyście mieli średniego MiŚia do przejęcia w rodzie, to studia z zarządzania po opanowaniu jakiegoś zawodu (albo handlu) mogą mieć sens. W każdym innym wypadku douczycie się tego błyskawicznie jak będzie potrzebowali, a jeśli nie będziecie się w stanie błyskawicznie uczyć, to nie jest to zajęcie dla Was i niepotrzebnie jedziecie tym pociągiem.

Wskazuję, że na tym etapie to co jest wymagane od człowieka (i po to go zrobiono), to wysyłanie sygnałów o poczytalności – że rozumie co mu się przekazuje, że wie dlaczego, że jest w stanie wyjaśnić co z tym zrobi, że jest sumienny. To ciągłe zagrywanie piłeczki do wszystkich wkoło, że jest się potrzebnym, pasującym, produktywnym i użytecznym członkiem społeczeństwa gotowym podjąć każdą normę tegoż (dostosowując się choćby z ubiorem). Nie potrzeba tam żadnych wywrotowców, niechlujów, bałaganiarzy i lewicowych naprawiaczy świata – to jest rurociąg, dobra płyną nim z przeszłości, są przetwarzane i po ujęciu potrzebnej nam w teraźniejszości części pozostawiane potomnym razem z niezdemontowanym rurociągiem. Tak działało zawsze i nie ma co psuć. Na tym etapie masz gromadzić kapitał, wykazywać oszczędność i jak do trzydziestki ustabilizuje Ci się charakter to będziesz miał okazje zaprezentować swoją władzę (w postaci kapitału), wyjść przed szereg i coś zarządzić. Bo przecież Konie Cię potrzebują, Janusze Cię potrzebują, a i powierzający Ci kapitał też mają plany na wakacje. Dlatego właśnie zajęcie przez Ciebie pozycji i wykazanie, że do tego właśnie Cię stworzono jest nie tylko możliwe – jest konieczne. Bo skoro możesz to musisz, bo nie ma aż tak wielu ludzi zdolnych to robić.

Z tym, że jeśli mierzymy ludzi przed trzydziestką wykonujących wielopłaszczyznowe, metakognitywne zadania wytwarzania innym ludziom produktywnego zajęcia organizującego im życie na poziomie, na jakim sami nie potrafią to jesteśmy już na drugiej sigmie, a tam jest około 13% ludności. Czyli trzykrotnie mniej niż tych, którzy nadali się na Januszy, menadżerów niskiego szczebla (i awansem w ciągu życia na średni) i drobnych przedsiębiorców. Tutaj dość ciekawy jest podział szkół wedle ich przeznaczenia w strukturach korporacyjnych (bo to korporacje wytwarzają obecną strukturę edukacyjną związaną z rankingami, są kraje gdzie taka struktura w ogóle nie istnieje). Jeśli chodzi o polskie uczelnie to zajmują one pozycje VLRM (miejsca o jakich nikt nigdy nie słyszał i nawet dyplomy są jakieś takie afrykańskie). Na taką uczelnię idzie się wyłącznie po to, aby przy pierwszej okazji uciec na jakąś wymianę studentów do LRM i tam zdobyć jakiś kwit, że się w ogóle było. Nie jest to jednak poziom kształcenia niegdyś uważany za godny uczelni, więc nie ma się czego tam zbytnio spodziewać. W dzisiejszej praktyce jest to poziom “wysoko wykwalifikowanego” personelu wsparcia dla menadżerów związany z konkretną branżą, specjalizacją, polem badań. Wytwarzanie tego typu ludzi na uczelniach konieczne jest dla badawczej chałtury, ale nie związanej jeszcze z własnymi badaniami, a wsparciem wykonawczym. W Polsce jest to odpowiednik licencjatu (oczywiście z poważnych kierunków mających zastosowania techniczne, a nie pierdół w rodzaju administracji, podatków czy innej teologii stalinowskiej mylnie zwanej prawem). W ten sposób wytwarzani są samodzielni pracownicy/kontraktorzy/mikroprzedsiębiorcy oraz niesamodzielne przydupasy dla mądrzejszych od siebie (da się niektórych wyciągnąć za uszy jeśli mają potencjał intelektualny, ale braki w innych przymiotach takich jak charyzma czy common sense – zdrowy, chłopski rozum, zdarza się nawet inżynier-oferma, za to świetny biurokrata do mielenia dowolnej ilości papieru tak długo jak ktoś za to płaci – zdolny uzasadnić celowość tego całego mielenia inwestorom).

Z własnej praktyki przyznam, że to właśnie wśród tych ludzi typuję kadry i mikroprzedsiębiorców aby sprawdzić czy rozwiną potencjał z organizacji pracy innym, charyzmy (aby ich posłuchali), zdolności administracyjnych, organizacyjnych, logistycznych. Tym zresztą jest LRM bachelor – low-ranked monkey. Zapewniamy ekspozyturom korporacji płynność ruchu, obsługę maszyn, transport, logistykę, kadry – fabryki muszą działać. I choć termin low-ranekd może się niektórym wydawać jakoś pejoratywny to dyskutujemy już o poważnych i zorganizowanych strukturach (dla korpo-małp), gdzie zarobki zaczynają się od tych oficjalnych dla premiera bantustanu i sięgają tych oficjalnych, jakie miał zanim został premierem. Nie są to więc jeszcze jakieś poważne rozgrywki kapitałowe, ale te trzynaście i pół procenta populacji wraz z pozostałymi dwoma z groszami konkuruje o przynajmniej 10% najwyższych, oficjalnych dochodów w gospodarce, aż po te nieoficjalne stanowiące 0,2% których nie podaje się w żadnych statystykach, bo nie ma to żadnego sensu gdyż ilość powiatów w średniej wielkości kraju można policzyć na mapie. Nie ma nawet sensu ryzykować stwierdzenia, że można oczekiwać więcej (od ludzi) – nie można. W pojedynczej kohorcie wiekowej dla ludności średniej wielkości kraju (Niedorzecza) ludzi z tego pułapu intelektualnego jest poniżej 25 tysięcy rozsianych po wszystkich zakamarkach gospodarki, łącznie około stu tysięcy aktywnych zawodowo ludzi we wszystkich aspektach spinających działanie struktur – każdy z nich ma zaklepaną strefę komfortu (a jęki dotyczą tylko skali komfortu) i nie jest tak łatwo ich skusić, kupić i wywieźć. Choć wielką zaletą jest pochodzenie z Niedorzecza (i znajomość lokalnego szumu liści) gdzie Wysoki Wódz postanowił się ich wszystkich pozbyć i tęgim kijem na eksport wysłać, ale nie będzie miał z tego żadnych fajek. I to nie pierwszy Wielki Wódz – to tam widać taka świecka tradycja, aby pozostali sami durnie – zada im się fluorek potasu, to będą potulnie i grzecznie się słuchali.
Jeśli nie marzy się Wam kariera naukowa a jedynie biznesowa, to jest miejsce aby wysiąść z pociągu, szczególnie że jest to wiek kiedy przychodzi ostateczny czas na realizację potrzeb demograficznych. A później jest czas na przekazywanie przetworzonej, obrobionej i częściowo dodanej własnej wiedzy.

Dalej jest pusto.

Na wyższym poziomie (trzecia sigma i wyżej) w oczekiwanej kohorcie jest nieco ponad dwa tysiące ludzi w całym kraju i być może dziesięć tysięcy aktywnych zawodowo w ogóle – dotarcie więc do takich ludzi wymaga niezwykłej akcji propagandowej, a ci co się nawinęli (tak – trafili się tacy, znam kilku) mają swoje własne firmy na zbliżonym poziomie. Tacy ludzie są na tyle rzadcy, że nawet specjalnie ze sobą nie konkurują bo jest ich mniej niż branż, w których taka moc korelacyjna się przydaje, a do tego nie wszyscy na tym poziomie intelektualnym są przedsiębiorcami czy menadżerami – część siedzi zakopana w badaniach, tam im też ciepło, mają swoich LRM, sami pokończyli różne uczelnie MRM (medium-ranked monkey). Większość siedzi na samej górze dochodów drugiej sigmy (0,2%) i nie spotkałem się, aby ktoś się kopał na krótkoterminowe wyrwanie czegoś więcej, bo nie bardzo jest co i komu, a nawet jak czasem się uda (czasem zdarza się koniom żłób podebrać) to bałagan z tego straszny mają durnie po urzędach, kurz, dym i płomienne okrzyki trybunów “złodzieje! złodzieje!”.
Ludzie na tym poziomie mają zdolność do wytwarzania nowych dziedzin, wiązania wielu innych, niezależnych działów, tworzenia własnych struktur. Ludzi z tego poziomu w populacji jest jak wskazałem niewielu, to oni wytwarzają nowe przedsiębiorstwa, nowe dziedziny wiedzy, prowadzą badania. Ale też zajmują się masową eksploatacją koni, bo przecież utytułowani krętacze czy wielcy trybuni to właśnie z tej półki się biorą. Powyżej trzeciej sigmy bardzo trudno jest określić potencjał intelektualny i cechy charakteru, niby są różne specjalistyczne testy, ale mówimy tutaj albo o rozległych obszarach wiedzy z wielu dziedzin albo o takich specjalizacjach, że tylko grono czubków znających się nawzajem (zazwyczaj przez internet, bo inaczej by się w takim mrowiu ludzi nie wyłowili bez tagów) zajmuje się daną dziedziną. Nie bardzo kto ma stawiać takim ludziom pytania na właściwym poziomie, gdyż takich na przykład szóstek w Niedorzeczu może być najwyżej tuzin, a mendel jak doliczymy Starszych & Mądrzejszych. To ledwo starcza na kohorty wiekowe, a żeby dwóch z takich ludzi akurat przypadkiem siedziało w jednej dziedzinie (na przykład prowadzeniu przedsiębiorstw) to byśmy od razu poznali tycoona. Warto też zaznaczyć, że jako silne odchylenie w systemie przyrostowym bardzo trudno jest ustalić cechy takiej osoby względem neurotypowej jako normalne. Z całą pewnością już na niższym poziomie, gdzie LRM stanowią filtr dla MRM są przeróżne bariery izolujące tych ludzi i zawężające im grono dostępnych znajomych do jakiegoś przytomnego poziomu, aby nie musieli obcować ze zwierzętami. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę HRM, to samo ustalenie spotkania z takim człowiekiem to poważny wyczyn i trzeba mieć pewien poziom socjalny aby w ogóle mieć szansę na odmowę (a nie zostać zignorowanym). Jeśli zaś odniesiemy się do vHRM będących celebrytami świata techniki i często tycoonami w swoich branżach to możemy sobie o nich co najwyżej poczytać. Dla ludzi od trzeciej sigmy wzwyż ze względu na plastyczność umysłową nie występuje zjawisko przypisania do branży, z konieczności zajmują się wszystkim czym zająć się trzeba. Porzućmy jednak ten wątek o zamkach w Hiszpanii.
Gdzieś w wymienionych krokach testowania swoich zdolności do objęcia pozycji społecznej i zawodowej człowiek powinien się odnaleźć. Nie ma tu miejsca na subkultury, palenie zioła i śpiewanie kumbaja. Nie żeby od używek i patologii chronił garnitur, ale ta gra polega na wysyłaniu sygnałów (choćby i dobrze sfałszowanych) o przynależności do grupy sukcesu, o wierze w ten sukces, o postawieniu wszystkiego na to właśnie społeczeństwo i jego rozwiązania. O całkowitą do niego przynależność i stanie się jego wzorowym członkiem. Po to właśnie rodzice robią dzieci, nie przecież po to aby leżały naćpane w krzakach. A jak się zrobi je hurtem to jest większa szansa, że się trafi jakieś lepsze (najkorzystniej jest zaś wytworzyć wielu pierworodnych, bo ci uzyskują z matki największe korzyści biologiczne – każdy następny miot jest słabszy). Trzeba też przytomnie gdzieś wysiąść ze zorganizowanego przez społeczeństwo pociągu uznając, że dla danego barana ta stacja to właśnie wymarzone i komfortowe łąki, mimo że każdy i tak będzie próbował awansować aż do zajęcia stanowiska na którym jest niekompetentny.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_Petera

Dead end job vs długość życia jako rozwiązanie

Większość prac nigdzie nie prowadzi w “karierze” – firma drobnego przedsiębiorcy z zasady nie będzie duża, ponieważ brak mu eksperiencji (i ma niedostosowane metody zarządzania, chociaż było kilka firm prowadzonych po gospodarsku, które spuchły do tego rozmiaru, że zaczęły się przepychać pomiędzy korporacjami). Jednak najkorzystniejsze dla ludzi zajęcia jakie na razie odkryto (poza paleniem cygar i molestowaniem stażystek) to uprawa ziemi w jako takich śladowo przemysłowych warunkach. Przemysł jednak oznacza takie skutki jak wymienione w kilku tekstach o demografii, w tym ten koreański ze względu na wprowadzane oszczędności – miasta stają się obozami koncentracyjnymi, a przecież nie będziemy ludzi na siłę wysiedlać w Bieszczady, bo i tak wrócą do Krakowa walczyć ze smogiem – uwzięli się.

Emerytury są formą zaniżania płac, a dla tych co nie chcą tak oszczędzać wprowadzono obrót nieruchomościami odbieranymi na odwróconych hipotekach na starość. W jednym wypadku aparat “oszczędzania” włożonej siły nabywczej nie odda, w drugim zabierze przy użyciu “wspólnego kotła” jakim przecież jest bank – nie każdy może taki kociołek założyć, ale każdy musi z jakiegoś korzystać. Nawet ja i nawet jeśli per proxy.
W tym kontekście warto się zastanowić czy interesuje nas praca, a mamy w życiu inne jeszcze cele do zrealizowania i o ile za młodu można popracować po 60h/w to później wypada zejść do 40h/w bo dzieci, dom, działka. A później spokojnie do 25h/w bo i dalszych potrzeb bytowych do realizowania nie ma, a dzieci sobie poradzą. Praca jest zajęciem ważnym, ale nie dominującym. Czym innym jest kariera. To oznacza zajmowanie coraz wyższej pozycji zarówno zawodowej jak i społecznej, zbywanie starej pozycji i nabywanie nowej, budowanie kapitału, ciągłe dokształcanie się i proaktywne dopasowywanie się do pozostałych grających we wspinaczkę na szklaną górę. Bardzo łatwo spaść, w tej wspinaczce też można sobie znaleźć gdzieś po drodze strefę komfortu i sobie odpuścić, ale najczęściej wchodzi to w krew i robi się to aż do końca. Nie ma tam żadnej perspektywy emerytury (bez zajęcia taki aktywny człowiek i tak umiera w przeciągu roku), a wyrabiane minimum to 80h/w nie tylko w czynnościach zawodowych, ale też po godzinach w przygotowaniu kolejnych przedsięwzięć, dokształcaniu się, prowadzeniu organizacji pobocznych i działalności zapasowych. Nie da się tego w żaden sposób pogodzić z takimi pomysłami jak work-life balance (chyba że się wysiądzie na jakimś etapie z tego pociągu uznając, że strefa jest dość komfortowa i jeśli pozycja spadnie to już do śmierci nie za wiele – znam takich co się pomylili i zjechali na krzywej kryzysu do poziomu mikroprzedsiębiorstw dysponując prężnymi, średnimi MiŚiami na dzień przed emeryturą). Takie słowo jak “urlop” możecie w przypadku kariery wykreślić ze słownika – wolny weekend to i tak będzie wielkie osiągnięcie.