Po co Cię zrobiono?

Pomijając patologiczne kultury żebraków kaleczących swoje dzieci by wzbudzały litość, nikt nawet w stanie poważnej nieprzytomności nie planuje, aby jego dziecko (w liczbie pojedynczej z powodu indywidualnego kierunku tekstu) zostało kloszardem, pijakiem, narkomanem czy bezrobolem (tak samo leisure class nie planują swojemu kariery utracjusza). Mimo to wielu ludzi okupuje te pozycje społeczne, co uznajemy za objaw ich wysokiej nieprzydatności pozostałym. Z drugiej zaś strony zachowania prezentowane wobec osób o wysokiej pozycji społecznej wskazują, że ludzie są gotowi wiele poświęcić, aby właśnie te osoby zajmowały taką pozycję z korzyścią nie tylko dla nich, ale też dla wielu innych – w obu wypadkach zachowanie ma charakter zbiorowy (choć niejednorodny). Możemy więc z grzeczności wobec czcigodnych rodzicieli przyjąć, iż starając się sprostać celowi zajęcia właściwej (sobie) i istotnej pozycji w hierarchii (społecznej) wytwarzają potomstwo przydając mu taki sam cel w kolejnej iteracji. Produkując zaś potomstwo uzbraja się je jak najlepiej (na miarę własnego rozumu i dostępu do zasobów) na miarę ambicji rodziców, a czasem nawet na miarę możliwości tegoż potomstwa. Przynajmniej w teorii & zamierzeniach. Gdyż jeśli rozejrzycie się wkoło to zauważycie, że dla większości ludzi poprzednie pokolenia nie pozostawiły w ramach zastępowalności pokoleń mieszkań, miejsc pracy w fabrykach, pojazdów, obiektów rekreacyjnych a nawet struktur społecznych i handlowych, w których można z marszu wziąć udział. Jeszcze można jakoś wybaczyć, że nie pozostawili komputerów i sieci teleinformatycznych zmuszając nas do budowy coraz to nowszych, no ale pozostałe braki są niewybaczalne.

Niewybaczalność zaś objawia się w masowym porzucaniu struktur i terytoriów niegotowych na absorbcję wyprodukowanych ludzi (pod zarzutem, że podatnicy jacyś nie tacy się jaśnie urzędowi trafili i naczelnik wolałby innych – i vice versa). Bo przecież możemy przyjąć, że po to właśnie wyprodukowano nowych ludzi, aby zastąpili poprzednich, że tamci bazowali na jakiejś infrastrukturze i tę można przejąć do dalszego wyzyskiwania z niej pożytków.

Jaki więc ten człowiek ma być i kiedy… jeśli oczywiście zapytamy naćpanych oksytocyną matek, to będą coś bredzić o dzieciństwie, zabawie i “na wszystko inne ma jeszcze czas”. Ale na cóż nam zdanie nieprzytomnych – dzieci są wytwarzane wyłącznie po to, aby były przez prawie całe swoje życie dorosłymi, a ich dzieciństwo ma znaczenie o tyle, że jest czasem selekcji i rozpoznania czy nadążają za resztą z procesem wychowawczym i zajmowaniem pozycji w grupie czy też marnują zasoby. Kiedy trzymacie więc w ręku próbującego zmanipulować Was automatyką emocjonalną wielkich oczu i uśmiechniętej paszczy bobasa zastanówcie się, czy ten bobas w wieku siedemdziesięciu lat będzie mógł z pozostałych czerpać dość mocy socjologicznej, gdy własnej mu braknie. Czy będzie to potrafił, czy tak wszystko zorganizuje, aby mieć co i z czego czerpać? To będą oczywiście jego problemy, ale jeśli nie nauczy się tego w kilka dekad to Wy nie będziecie czerpać z niego i też będziecie w czarnej d – dlatego na wszelki wypadek populację należy wytwarzać licznie, ekspansywnie i bez oglądania się na konwenanse. A to, że Zero pokrzyczy z trybuny na braki w budżecie no to pozostaje przyjąć, że dzieci nie są tanie, a i piękne panie też jakiej mocy socjologicznej potrzebują do umotywowania demograficznych wysiłków. A moc socjologiczną w większości przekazujemy za pomocą kolorowych papierków (wampum – jak to w indiańskim rezerwacie) bo nie każdy dysponuje takim posłuchem, aby posługiwać się wyłącznie dobrym słowem. Na wszelki wypadek gdyby jednak samo dobre słowo nie wystarczyło to przydaje się nabity rewolwer.

Pomiędzy tym etapem kiedy człowieka buja się na rękach do momentu kiedy buja się on już na fotelu mija kilka chwil i warto się orientować, jakie wyzwania stawia przed nami gromada, aby miała komu stawiać wyzwania. Bo gromada składa się ze współpracujących (być może nawet bez większego zrozumienia) ludzi, którzy skutecznie (to bardzo ważne – skuteczność) realizują zadania jakie sami sobie postawili, którzy stawiają sobie właściwe zadania i sami wymyślają co i jak zrealizować, aby było dobrze. Oczywiście mamy też w populacji roszczeniowy ogon (który próbuje kręcić krokodylem) i przedstawicielom ogona wszystko się nie podoba, nic sami nie wymyślają i oczekują, że gromada wyda im rozkazy – i wyda, ale ich pozycja w gromadzie będzie na poziomie konia – a koni już nie hodujemy, gdyż silniki na paliwa kopalne rozwiązały problem pchania kieratów. Koni się co prawda nie hoduje, ale się je uprawia – uprawia się końmi jeździectwo, ale nie byle jakimi końmi, tylko tymi najszybszymi, najsilniejszymi, najpiękniejszymi – reszta trafia do Włoch.

Mam w zwyczaju tłumaczyć ludziom którym się nie chce, że mam kompletnie w d ich motywacje i jeśli nie czują się zmotywowani do realizowania zadań na oczekiwanym przeze mnie poziomie z oczekiwanym przeze mnie w czasie ich wykonywania entuzjazmem, to problem z brakiem motywacji nie leży po stronie zleceniodawcy, ale wykonawcy i łatwo to sprawdzić znajdując innego oferenta. Po cóż nam skrzywione mordy, którym nic się nie chce i łaskę robią, że żyją? A ze skały ich!

 

Współpracujących!!!

Jeśli więc kilkuletnie dzieci zaczynają się integrować i nawiązują interakcję to dlatego, że chcą ze sobą wzajemnie współdziałać. Robią to dokładnie tak jak będą to robić konstruując powiązania handlowe, produkcyjne i dystrybucyjne w przyszłości – wysyłają sygnały o swojej przytomności (racjonalności) i oczekują odebrania takich, a co za tym idzie nawiązania interakcji pozwalającej rozszerzać zakres tejże. Dorośli nie robią nic innego, tylko robią to na bardziej abstrakcyjnym poziomie, ponieważ zajmują się CPSami. Ta sytuacja powtarza się w życiu na przeróżnych etapach i jest bardzo istotna. Powtarza się w szkole, w pracy, w biznesie. I to nie raz, a regularnie, codziennie. Wymagania te będą coraz bardziej zróżnicowane w różnych aspektach życia zawężając się do coraz mniejszych zakresów działań (inaczej bajeruje się klienta, inaczej załogę sprzedawców, inaczej produkcyjną, inaczej piękne panie, a inaczej dyskutuje człowiek z metalową konstrukcją tłumacząc palnikiem, że więcej młotkiem prosił się nie będzie). Są też wyłącznie trzy rezultaty tego kontaktu – osobnik nie uważa grupy za interesującą (akurat początkowo bardzo rzadkie, bo nie ma wcześniejszych doświadczeń); grupa akceptuje osobnika z wzajemnością i rozpoczyna się dalsza gra o coraz większej złożoności prowadząca do udziału w pracy i dystrybucji dóbr w gromadzie; grupa nie akceptuje osobnika – i to jest z punktu widzenia zwierzęcia gromadnego zepchnięcie ze skały, nie mamy żadnych szans na funkcjonowanie samotnie jak misie polarne, nawet traperzy po zapasy ruszają do miasteczka bo pewne zasoby wytwarza się zbiorowo. Oczywiście może się okazać, że inna grupa owszem – przyjmie, ale ze względu na poziom selekcji jaki przeprowadzają dzieci poziom oczekiwań jest tak niski i tak jednorodny, że dziecko odrzucone z takiej grupy zostało ocenione, że jest z nim coś bardzo poważnie nie tak. I to bardzo poważnie, ponieważ dzieci opóźnione/upośledzone, ale ze sprawną automatyką emocjonalną są do grup inkorporowane w pierwszym odruchu, a zjawisko to utrzymuje się nawet w okresie podjęcia pracy zawodowej (dlatego w ogóle tworzymy miejsca pracy dla takich niezbyt kojarzących) gdyż to co badają dzieci, to nie są kwestie sprawnościowe czy osobnik jest silny, inteligentny, bogaty tylko czy jego addytywny system dystrybucji zasobów kierujących automatyką zachowań działa na tyle prawidłowo, aby w ogóle odbijał piłeczkę. Ten system najłatwiej jest zdemolować rodzicom wychowując dzieci inaczej niż im się odruchowo wydaje, że można. Takie zachowania u rodziców powstają wyłącznie w środowisku, gdzie gromada przestała funkcjonować, ponieważ w każdym innym wypadku wkoło jest dość osobników z doświadczeniem, aby powstrzymać (i przekonać odruchem stadnym) do zachowań sprawdzonych (więc prawidłowych) “robiliśmy tak od zawsze”. Przypadki kiedy gromada nie funkcjonuje to takie, kiedy pojawia się kapitan państwo w postaci wiedzących lepiej złodziei dzieci (państwo w osobach urzędników odpowiada za wysyłanie dzieci pedofilom “do adopcji” co jest dowodem na to, iż państwo tworzą zwyrodnialcy i odpowiadają w nim za selekcję kadrową – państwo to patologia zorganizowana przez patoli^^), lub kiedy kontakt pomiędzy osobnikami prowadzony jest przez smyrfona na bazie mediów społecznościowych.

Dzieci są więc robione po to, aby już jako dzieci skutecznie włączyły się w działania gromady. Jeśli nie włączyły się na tym etapie to ich dalszy rozwój nie będzie prawidłowy (już się nie włączą). Oczywiście można by zaproponować tutaj jakieś zrzucanie ze skały niedoróbek, ale nie trzeba – te dzieci i tak zostaną zmuszone do uczestnictwa w gromadzie, tylko że już bez wypracowanych umiejętności (pominięte etapy rozwoju) i inne dzieci takiego osobnika zniszczą (chyba że jakimś sposobem nadgoni braki – to bardzo rzadki przypadek). Bo dzieci są homo sapiens i z natury są okrutne.

 

No, to skoro już zapisaliśmy się do gromady pozostaje przejąć stery^^

Przecież niczym innym jest właśnie cała zabawa w kolektywne podejmowanie decyzji, co wskazałem w “Mechanika tworzenia mempleksów (polityka)”. Jak już jesteś w gromadzie to biologiczny odruch pcha na szczyt. I jedni robią to lepiej, inni gorzej, a z praktyki wiemy, że najlepsi robią to innymi. Już u kilkulatków udaje się rozpoznać przypadki błyskawicznie rozwijające inżynierię umysłu (nie teorię tylko od razu zastosowania praktyczne bez zastanawiania się o przyczynach) – kłamią, manipulują, oszukują, rozbudzają emocjonalnie, prowokują. Te dzieci przeprowadzają ataki na spójność testowanego na wcześniejszym etapie ustroju wewnętrznego każdego człowieka pozwalającego mu na utrzymanie się w ramach zachowań racjonalnych. I odnajdują luki powodujące zachwianie tej równowagi (emocjonalnej, postrzegania, wnioskowania) a następnie faszerują nowym zestawem poleceń i stabilizacją w nowej hierarchii “teraz jesteśmy przyjaciółmi na zawsze”. To co robią, to jest stosowana w sektach metoda rozmrażania, rekonfiguracji i zamrażania osobowości. Społeczeństwo-gromada robi to z każdym z kim się da na każdym etapie, ponieważ inaczej nie da się kierować taką masą dających się rozmrażać byle czym durni i siła odśrodkowa rozdrobniłaby taką społeczność na rozemocjonowane sekty (choćby w postaci zwolenników pozornie antagonistycznych partii politycznych, drużyn sportowych, a w czasach starożytnych objawem tego były bijatyki z okazji wyścigów rydwanów, zaś sami sportowcy byli przedstawicielami partii politycznych – względnie finansowanie przez takie stronnictwa). Niektóre dzieci w tym się właśnie ćwiczą i jest to dla nich korzystne, uważamy je za bystre i inteligentne, ale jeśli przychodzi do wnioskowania to bywa tam kulawo (i wtedy taki mały bajerant próbuje przekonać, że operacje algebraiczne należy przeprowadzać tak jak on uważa, względnie że to jakieś marginalne trywia cała ta matematyka).

Jednak są też inne przypadki – część dzieci (nie za wiele – może co trzydzieste) dość szybko się łapie, że struktura gromady jest jakaś nie taka. Nie tylko że głupia, ale też przeszkadzająca im w rozwoju zainteresowań. Mają rację, gdyż posłane do szkoły trafiają w coś, co w naturze nie występuje – środowisko rówieśników wyposażone w nauczyciela-mianowańca, który (o ile nie jest hobbystą z powołania-znam takiego z przypadku) ze względu na zarobki najczęściej jest ciężkim tumanem na bazie wykształciucha. A teraz dają jeszcze tumanów zindoktrynowanych, którym dzieci w kilka minut rozkładają argumentację. Te dzieci poznacie po tym, że szukają kontaktu ze starszymi dzieciakami oraz (niektóre) zaczynają analizować odpowiedzi dorosłych jako potencjalnie fałszywe, ponieważ uzyskują różne odpowiedzi na ten sam temat od różnych dorosłych. To myślenie jest pierwszym objawem (u reszty pojawia się kilka lat później, najpierw u dziewcząt), że osobnik zaskoczył sam z siebie – że interesujące są intrygi starszych, że jest tam ciekawsza złożoność, że to tam są podejmowane decyzje i dzielony dostęp do zasobów. W normalnych warunkach – wychowania w gromadzie dzieci w zróżnicowanym wieku nikt by nawet nie zauważył, że tym osobnikom coś wadzi w idiotycznej strukturze koedukacji równorocznych, bo by do takiego absurdu nawet nie trafiły – po prostu integrowałyby się coraz wyżej w drabinie wiekowej, aby na pewnym etapie przejść do integracji z dorosłymi biorąc udział w przedsiębiorstwie (niezależnie czy akurat by wypadło ganiać mamuta na etapie łowiectwa-zbieractwa czy też liczyć kropki pod mikroskopem w biotechnologicznym labie).

Te dwie wymienione wyżej grupy (czyli tak co dwunaste dziecko) w przyszłości zajmą istotne pozycje społeczne dlatego, że zajmą je najszybciej nawet jeśli z powodu supresji dominujących gerontów będą je zajmować w gromadach izolowanych, a nawet w subkulturach. Na pozostałych nie można wymusić żadnym sposobem rozwoju o takim nasileniu, natomiast można u tych lepszych ten rozwój zaburzyć lub skierować na nieprzydatne społeczeństwu w przyszłości tory – na przykład nakształcić historyków sztuki w ilości niewspółmiernej do potrzeb. Bo chociaż dopuszczamy, aby dzieci czytały książki o polowaniu na bizony i bawiły się w Indian, to raczej nie planujemy im kariery wodza strzelającego się z bladymi twarzami (nie wspieramy tych zachowań poprzez zabieranie na polowania na bizony, choć “bizony” owszem – mamy w okolicy), natomiast dzisiaj bardzo wielu smarkaczy chce zostać piłkarzami czy skoczkami narciarskimi i jeśli chodzi o kopanie gały to niestety przez durnych rodziców są wspierani. Niestety, ponieważ trzeba tłuc pustym łbom (dorosłym) na spotkaniach klubowych, że dzieci nie są sportowcami i że wyniki jakim kibicują są osiągane przez ułamek ułamka populacji i nie – ich dzieci praktycznie nie mają szans w sporcie, ponieważ w piłkę nie gra się smartfonem przy czipsach. Do dzieci jeszcze jakoś to dociera – do dorosłych nie bardzo, wszak zrobili po sztuce i chcą jednym realizować swoje marzenia, a wszyscy mają je podobnie płaskie.

Dzieci jednak odruchowo ogarniają czym zająć się powinny – zajmowaniem pozycji w grupie, w jakiej się znalazły. Uczą się więc gier społecznych – operowania osobami. To co rozumiemy jako intelekt objawia się w tym wypadku jako zdolność do kłamania, przekonywania, zastraszania, rozbijania spójności emocjonalnej przeciwników i ich więzi społecznych oraz zdobywania koalicjantów, współosiągania celów, realizowania swoich celów w ramach ogólnej agendy. Przy okazji jest też drugie przystosowanie – operowania przedmiotami. Ludzie używają narzędzi i uczą się ich używać, wytwarzać je, modyfikować. Narzędzia są niezwykle istotne dla naszego gatunku i mózg jest przygotowany na recepcję zastosowań (do tego stopnia, że konstruuje się w oparciu o te zachowania reklamy) z użyciem przedmiotów. Przystosowanie do operowania osobami i przedmiotami jest na tyle różne, że w przypadku młodych osobników ujawnia się dymorfizm płciowy objawiający się dysproporcją zainteresowań – samice raczej osobami, samce raczej przedmiotami. W późniejszym wieku samce w wyniku walki o dominującą pozycję w hierarchii są zmuszone uczyć się operowania osobami, ale w inny sposób niż robią to samice – bez naćpanej oksytocyną empatii. Rodzice i ich marzenia nie stanowią więc aż takiego wielkiego problemu i zapewne ta właściwość charakteru, aby podważać autorytety i nie zgadzać się na zastany stan rzeczy oraz wybierać własną drogę życiową jest ważkim przystosowaniem, dzięki któremu nie brniemy na manowce. No, chyba że jedno pokolenie nabuduje stadionów jakby nic innego do roboty nie miało, a kolejne wyjeżdża w poszukiwaniu fabryk i nie chce spłacać rachunków za stadiony pobudowane na kredyt.

Jest jeszcze kolejny problem z rozbudzaniem aspiracji zarówno u dzieci, jak i szanownych rodzicieli. Zaczęło się do tego, że to nie ród ma kształcić młodzież, ale jakieś zewnętrzne, wyspecjalizowane instytucje. Ten wniosek wysnuto z tego, że tak robili możni. Owszem robili, ale tylko z pewną częścią swojego potomstwa i to w dość późnym wieku, kiedy potomstwo wykazywało predyspozycje pozwalające spodziewać się zwrotów z takich nakładów. Dziś ta przytomność co jakiś czas wraca i podnosi się krzyk o egalite. Motywacje, jakimi podpierane są aspiracje są całkiem przytomne – celem jest zwycięstwo w wyścigu szczurów. Ale ludzie nie są równi – jedni są wysocy, inni silni, jeszcze inni przebiegli. Akurat na obecnym poziomie technologicznym i społecznym w walce o dominację największe szanse mają przebiegłe i inteligentne samce. A ze względu na poprawę wyżywienia oraz zapewnienia przez EU nawet świniom zabawek (bodźców przedmiotowych) udało się podciągnąć niedożywiony ogon do krzywej dzwonowej tak, aby nie wystawali ze swoim niedorozwojem wynikającym z nędzy, ale dalsze pchanie ich czipsami nie daje rezultatów w postaci przesuwania krzywej w prawo. Ta krzywa pełza w funkcji czasu dlatego, że bystrzejsi mieli więcej dzieci od pozostałych, współpracowali ze swoją stroną krzywej, a resztę rugowano z dostępu do zasobów i rozmnażania. Po wielu iteracjach rozkład przesuwał się w prawo – Azjaci zaczęli cywilizację budować kilka tysięcy lat wcześniej od białych więc mają przewagę na rozkładzie, choć widać, że bardzo wysilili swoją krzywą (ma wysokiego garba, zamiast płaskiego rozkładu – jest tam więc wysoka unifikacja i nie bardzo jest kogo wypchnąć poza nawias). Ponieważ charakter gospodarki jeszcze 300 lat temu sprowadzał się do napędu siłą mięśni to kwestia tego, czy połowa populacji miała rozum na poziomie konia nie stanowiła problemu. Części koni się pozbyliśmy wprowadzając silniki, a pozostałych uznaliśmy prawami wyborczymi i teraz konie głosują na osły, żeby te za nich wszystko robiły. Oddają im za to swoje marchewki^^

Zarządzający końmi (klasa średnia w całej swojej rozpiętości, niezależnie czy była to jeszcze szlachta zajmująca się gospodarowaniem czy drobne kupiectwo albo KK) w ramach własnego systemu kształcenia (cechowego) wytwarzali swoje własne kadry. W przypadku zorganizowanego kupiectwa i KK (kupiectwo i bankowość) doszło do pewnej specyfiki identycznej z dzisiejszymi korposzczurami (w wydaniu biurowym jakie jest outsourcingowane do Polski) – nazwijmy ich roboczo klerkami (od tego pochodzi słowo klerycy). Jest to grupa społeczna żyjąca w wymuszonym celibacie (z przeróżnych przyczyn nie mogą na raz pracować i mieć rodziny), zajmująca się pracą w aparacie biurokratycznym. Jeśli rzucicie okiem na historię Hanzy – struktura była identyczna i kantorzy (pracownicy biurowi) nie mieli ani możliwości, ani okazji do prowadzenia życia rodzinnego, w rezultacie wokół ich dormitoriów wyrastały całe “wesołe miasteczka” burdeli. Z całą pewnością jednak ludzie niewytwarzający kolejnych generacji są ślepą uliczką i na taki cel mogą być wytwarzane nadwyżki populacji, ale nie pierworodni przy braku zastępowalności. Klasa średnia zajmowała się wytwarzaniem tej nadwyżki, ponieważ miała aparat edukacyjny w postaci własnych przedsiębiorstw. Nadwyżka ta była na tyle duża, że było z czego uzupełniać aparat martwej ręki (ówcześnie KK). Dzięki pozbywaniu się tej nadwyżki w ślepą uliczkę klasa średnia dokonywała powolnej i racjonalnej ekspansji opartej o zastępowalność pokoleń i akumulację dóbr (stąd właśnie koncepcja oszczędności). Rozwój głupich pomysłów politycznych doprowadził nas jednak do plebejskiej wersji crowdfundingu – kolektywizmu. A z braku środków (możliwości kształcenia we własnych przedsiębiorstwach tak jak robi to KK czy wcześniej cechy) trzeba było jakoś to substytuować i stworzono szkolnictwo powszechne. Miało ono robić dokładnie to samo co cechowe, z tym że po kształceniu cechowym otrzymuje się “skrzynkę z narzędziami” (przedsiębiorstwo), albo jest się odsyłanym na karierę korposzczura (clerk) z konsekwencjami (fajnie że żyjesz – ale z puli genetycznej wypadasz), a konie można było posłać do wojska. Prole zaś składały się głównie z koni i to do tego niedożywionych i z deficytami wychowawczymi – w ciągu stu lat udało się to w niektórych krajach połatać dociągając ich do minus pół sigmy. Ale to dalej są konie i dalej nie dostają wozu (przedsiębiorstwa), żeby czymś pracować. Są nawet programy wspierające konie “skrzynkami z narzędziami” (dotacje na otwarcie firmy), ale po pierwsze są one skromne jak na obecną gospodarkę (a przy tym rozrzutne ze względu na ilość koni), a po drugie mają dwa odchylenia ujemne w skuteczności prowadzeniu biznesu – nie upada tylko 2% na koniec okresu pilotażowego. Pomysł (szkolnictwa powszechnego) mimo że nie działa, w ciągu stu lat wyparł szkolnictwo cechowe (zawodowe) i całkowicie zlikwidował klasę rzemieślniczą (dziś rzemieślnik jest bardzo drogim zasobem przemysłowym). Iluzja tego, że szkoła średnia daje przepustkę do czegoś tam (nie matura lecz chęć szczera) się przyjęła, a potem wszyscy ubzdurali sobie, że powtórzą numer samej elity – i poszli na uniwersytety.

W 1950 roku, kiedy uruchomiono powojenne programy na rozruch kim się da, aż 3% ludzi trafiało na uniwersytety. Wcześniej były to ilości niemierzalne. Dziś zależnie od kraju jest to 30-45% – co się stało z poziomem odczuliście na własnej skórze, a przy odrobinie szczęścia na tych co w skórę dostali, gdy Wam się udało. Oczywiście ludzie rozumni zorganizowali sobie w tym bałaganie porządek – jest kilka uniwersytetów na świecie, gdzie dalej studiuje 3% populacji. 3% czyli od pogranicza drugiej sigmy wzwyż – i są to uczelnie, gdzie jeszcze 30 lat temu można było się dostać ze względu na stan zamożności rodzicieli. Obecnie stan majątkowy rodzicieli nie ma tam znaczenia, ponieważ na nic zda się kształcenie ludziom, którzy nie nadążą z łączeniem kropek. Są nawet uczelnie, gdzie śruba jest dokręcona na 0,1% – trzecia i czwarta sigma. Zwierzę zamieszkujące te uczelnie to biały i żółty samiec homo sapiens – kobiety są rzadkością, gdyż ten poziom intelektualny stosujemy wyłącznie w dziedzinach ścisłych (STEM), a w naukach społecznych do niczego się te kategorie jeszcze nie przydają (w szkołach dla władzuchny zaś miejsca wynikają z pochodzenia, nie z wyników). Dla samic te dziedziny nie są tak interesujące, więc się na te uczelnie nie pchają.

To zjawisko jest warte podkreślenia – koniom wmówiono, że ukończenie uczelni jest przyczyną sukcesu zawodowego ludzi odnoszących sukcesy, więc odkąd poszły tam konie, “zmieniły się” przyczyny osiągania sukcesów. Zmieniła się nawet moda – konie noszą dziś garniaki, iq-tycoons swetry i ogrodniczki. Jeśli więc nie masz w planach szarpać się o miejsce na wybitnej uczelni to szukanie sobie wykształcenia między końmi ma o tyle sens, że wybierzesz się na techniczne studia przekazujące wiedzę o tym jak się dalej uczyć w wybranym rzemiośle – jak czytać schematy, instrukcje, specyfikacje. Dalej pozostaje praktyka, ponieważ i tak w ciągu dekady od zdobycia dyplomu wszystko co było na wykładach będzie nieaktualne.

Jest jednak praktyczne zastosowanie koni w tym sporcie. W ciągu ostatnich 150 lat wypracowaliśmy metody delegowania zadań nie tylko w produkcji, ale też w badaniach. Dzięki temu uzyskaliśmy nowe aparaty organizacyjne, do jakich wcześniej nie mieliśmy dostępu. Za przykład może posłużyć inkorporacja ludzi z pierwszej sigmy jako techników do badań w materiałach czy biotechnologii, wsparcie ich systemami mnemotechnicznymi i eksperckimi pozwoliło nawet przydawać im zespoły złożone z ludzi normalnych (aż do pierwszej pozytywnej sigmy) i nawet jakoś mało produktywnie ich wykorzystać – wcześniej nie dało się tymi końmi nic uzyskać. Dzięki temu posuwamy na przód badania, poszerzamy bazę wiedzy i doświadczeń. Ten sam proces przebiega w informatyce – jeszcze 60 lat temu programistami zostawali wybitni księgowi i matematycy – ludzie, którzy byli niezwykle zdyscyplinowani, uporządkowani i spostrzegawczy. Te cechy nie zdarzają się w populacji nazbyt często i każda branża tak zaczyna. Potem nisko wiszące owoce zerwali pierwsi biznesowi it-tycoon, aż wreszcie udaje się w ramach ładu korporacyjnego organizować przedsiębiorstwa o charakterze biznesowym.

Pozostaje z grzeczności wyjaśnić, jaki charakter mają przedsiębiorstwa niebiznesowe, które prowadzą pionierzy sprzed ery biznesowych, no bo muszą się czymś różnić? Od razu służę objaśnieniem – przedsiębiorstwa pionierskie mają charakter imprezowy. W obecnych czasach turbulentne przejścia z modelu party na business są znane czytelnikom choćby z takich firm jak Blizzard. Przedsiębiorstwo o charakterze imprezowym składa się z zapaleńców gotowych pracować poniżej racjonalnych stawek rynkowych nawet bez spodziewanych w przyszłości zysków wyłącznie z powodu realizacji własnych pasji – tym też bardzo długo próbują przy rekrutacji reklamować się firmy wymagające od pracowników kreatywności.

Jakkolwiek koni da się użyć, to jednak ich poziom spostrzegawczości urąga sigmom, a co za tym idzie metody kształcenia również nie są przystosowane do tego poziomu percepcji. Dlatego sigmy uzyskują w takim standardowym nauczaniu liche wyniki, ponieważ znudzone zajęciami (najczęściej złożonymi z mnemotechniki dla koni, kiedy wszystkie dane można wyprowadzić z podstaw w locie) nie uczęszczają – jest wszak tyle innych, pasjonujących zajęć (szczególnie w wieku, kiedy przymuszają do nauki^^). Ten model kształcenia (słuchaj-podporządkuj się-przyjdź na ustaloną godzinę) jest pozostałością z okresu, kiedy w dokładnie taki sam sposób jak dziś w it klepaczy kodu zaprzęgaliśmy populację do produkcji przemysłowej. Ubocznie tak samo rozwijamy badania nad chemią (i farmacją) czy biotechnologiami, elektroniką. Różnica pomiędzy it a wymienionymi branżami to aspekt fizyczny – stanowiska pracy w it dość łatwo kopiować (są wirtualne), za to w pozostałych branżach występuje tam więcej specyficznych narzędzi o charakterze materialnym, a nie będącym powszechnym & uniwersalnym (jak komputer) produktem. Z tego można odgadnąć, iż szkolnictwo powszechne służy do odfiltrowania koni niemających cech przydatnych do zajęcia jakichkolwiek istotnych pozycji już na początku kariery, a często nadających się wyłącznie do pracy (praca i kariera to dwa różne zagadnienia). Różnica pomiędzy dawnym modelem edukacji, gdzie trzeba było się wykazać aby iść wyżej i “coś zdobywać” po przesianiu przez redukcyjne sita bez zmiany retoryki została zastąpiona modelem, gdzie wspinają się wszyscy od razu na samą górę i ten, kto sam nie wykombinuje jak z tego pociągu wyskoczyć będzie go pchał^^

 

Każdy produkt jest wdrażany, ponieważ komuś do czegoś jest potrzebny. Ludzi wytwarza się do pracy.

Sieci dystrybucji paliw powstały jako “stacje benzynowe” gdy benzyna była odpadem frakcyjnym wylewanym do rzek. Gdybyśmy prądu mieli tyle, że wywalalibyśmy go “do rzeki” w postaci jakichś podgrzewaczy jezior, czy (jak Rosjanie) do suszenia zimą betonu przez podpięcie prądu do zbrojeń, a w domach byśmy mieli urządzenia prądożerne a nie energooszczędne oraz sieć dystrybucji co to zniesie i jeszcze z kopa jej można przysolić, a się nie zawali, to by cała te elektromobilność była tak prosta we wdrożeniu jak pojazdy benzynowe. Z tym, że benzyna szła do rzeki jako odpad, a prądu do rzeki jakoś nie wylewamy, za to wdrażamy oszczędności na wydatkowaniu energii i przesyle, że sobie nie można podłączać czego się chce w warsztacie jak pół wieku temu (mam takie urządzenie, co pobiera nominalnie 35amp na 3 fazach – oczywiście pobiera zawsze i od razu na maksa, więc w garażu jest pewien problem z podłączeniem tego, bo podpięcie na 63amp kosztuje nieco więcej niż na 16 i 24, bo dziś problemem sieci jest Twój prąd maksymalny, a kiedyś poza hutą aluminium nie był – kiedyś – w państwach przemysłowych, zapewne rodzice pamiętają kiedy w miastach włókienniczych w Polsce ogrzewanie było za darmo jako odpad z produkcji? – dziś te same bloki się dociepla).

Ludzi masowo wytwarza się do pracy, tylko nie bardzo wiadomo do jakiej, więc generalnie do żadnej. Z dyplomem z “wyższej uczelni” dość łatwo skończyć podając ketchup do frytek. Jest to jednak rozwiązanie na tyle korzystne, że w ogóle się ich socjalizuje i dopuszcza do udziału w peryferyjnych strukturach obsługowych dla gospodarki przemysłowej zabierającej się za eksploatację głębin i przestrzeni kosmicznej. Jest to wystarczające, że nie przeszkadzają i jakoś tam od biedy da się ich użyć jako rezerwowej armii prologodzin lichego sortu w przedsięwzięciach organizowanych przez lepszych od siebie. Bo przecież struktura społeczna nie składa się z samych koni rżących na widok tańca z palmami. Ktoś tam musi im organizować zajęcia i trud codzienny, aby usługi z jakich durnie chcą korzystać ktoś wymienił za to, co są w stanie swoim końskim rozumiem wytworzyć. Te ktosie to są sigmy, już te pierwsze – stanowiące szesnaście procent społeczeństwa to wielkie osiągnięcie pod warunkiem, że im się będzie chciało durniami zająć. A przecież odciągani są nie tylko do przedsiębiorczości, ale i na wygodne posadki w urzędach, strukturach siłowych, organizacjach antyspołecznych (gender, feminazizm) czy choćby zbrodniczych z natury (partie polityczne). W takim otoczeniu liczba sigm dysponujących zasobami pozwalającymi na skuteczne ułożenie życia zupełnie przeciętnym durniom drastycznie się kurczy. Ponieważ zaś przedsiębiorców brakuje, to durnie starają się wyłonić ich wtórnie z tych przydzielonych już do innych struktur dobierając sobie na szefów przedsiębiorstw mianowańców z urzędów czy nawet optując za “pracą więźniów” (polecam w IT). A jeśli tych zabraknie to dobierze się z pozostałych – co prowadzi do ekonomicznych dramatów, jakie widzieliśmy w postaci peerelu zarządzanego przez mianowanych przez sovieta przeciętnych durni, którym dano broń, jakiej nie byli nawet w stanie wyprodukować (typowy przykład postkolonializmu).

W tym miejscu warto sobie odpowiedzieć, po co jest się wyprodukowanym. Bo to ważne pytanie. Jakie zasoby zostawili przodkowie, czego nauczyli, jakie rzemiosła można praktykować u wujów, stryjów i kuzynów. Z własnego przypadku i jego podobieństwa do powszechności wnioskuję, że większość ludzi jest tak spauperyzowana, iż nie ma nawet od czego zacząć. W takiej sytuacji co zaradniejsi zaczęli wyciągać się za włosy z bagna sami, a potem wyciągać resztę z tego to banalnego powodu, że ktoś pracować musi, a jak się zbuduje własną grupę społeczną to można z niej czerpać moc socjologiczną w zamian za korelacyjną. Konie raczej zostawimy w bagnie, aby się tam już potopiły – za bardzo wierzgają przy wyciąganiu, są zbyt roszczeniowe nie rozumiejąc powagi sytuacji. I po to właśnie robi się ludzi – aby samodzielnie ustalili sobie cele, stworzyli społeczność i zajęli w niej wypadkowo (kolektyw vs prywata) korzystne pozycje aby wszystkim żyło się lepiej. Warto się zastanowić co takiego się ma czego trzeba tym, do których chcemy się przyłączyć. Albo których chcemy zorganizować – co mamy im do zaoferowania. To co nam się wydaje zostanie bardzo skutecznie zweryfikowane przez rzeczywistość i w pewnym momencie (zazwyczaj kiedy masz już wiek poważny) może się okazać, że nikt Cię nie zapyta czy chcesz przejąć patriarchalne obowiązki i zorganizować innym życie – umiesz i musisz, wszyscy tego oczekują i spróbuj tylko ich zawieść, a zawita anarchia. A ponieważ nie mamy po naścioro rodzeństwa jak kiedyś, za to pierworodni rodzą się lepiej odżywieni i bystrzejsi od kolejnych miotów, to raczej nie macie okazji żeby rozejrzeć się wkoło z niemym zapytaniem “czy ktoś inny mógłby to za mnie zrobić” – najpewniej jesteście w takiej sytuacji, że jeśli nie Wy to już nikt nic nie zrobi. A odbudować się po bohaterskich przodkach przez ponad siedem dekad budujących komunizm (1945-2019) jakoś trzeba. Aby wyprodukować kolejnych ludzi do napędzania tego samego kołowrotka.

CDN