Konsekwencje rzeczywiste przesunięć wykresu w prawo

Tak czy tak wykres rośnie długoterminowo, ale! Przesunięcie w prawo powoduje odroczenie konsumpcji z braku przedmiotu do skonsumowania oraz przesuwa konsekwencje przetwórcze jego konsumpcji – czyli produkty będące rezultatem konsumpcji. Dość tej językowej demagogii – odraczamy zakup domu => odraczają nas piękne panie => odroczone jest potomstwo => na rynek konsument dotrze później, ale producent, organizator, polityk, żołnierz i szewc również. Jeśli dotrze tam w ogóle. Fakty podważają sens konstruowania gospodarek przemysłowych z punktu widzenia ogółu populacji i dlatego przemysł ma sens – jest tak skutecznym filtrem jak rolnictwo czy hodowla. Łowcy i zbieracze zostali wyparci przez rolników bez jakiejś ogólnoplanetarnej wojny z łowieniem, bez udziału planetarnego rządu i oczywiście Galaktycznego Spisku Żydów. Dlatego właśnie stosujemy sztuczki racjonalizujące durniom zjawisko, którego żaden trzeźwo myślący człowiek nie łyknie jak Reksio szynki – a tego mianowicie, że zasilania nie wystarczyło na realizację JEGO potrzeb w czasie przewidzianym przez NIEGO. Racjonalizacja przesuwania (durniom) wykresu w prawo bez obniżania przez nich wydatku mocy na potrzeby przesuwających jest umocowana sakralnie w aspektach poznawczych. Za sacrum w moich czasach i w okupującym mnie kręgu kulturowym uznawane jest bóstwo pod nazwą “prawo”. Wszelkie aspekty życia, handlu, porządku społecznego i użycia drabiny są tymże wymysłem niby regulowane. Niby, ponieważ jest to tak skomplikowana religia, że sami wyznawcy jej nie ogarniają, a nawet kapłani nie radzą sobie z jej oderwaniem od rzeczywistości. Racjonalizacja zachowań nieracjonalnych związanych z przesuwaniem wykresu sprowadza się do prostych sztuczek handlowych znanych jeszcze w starożytności związanych z bezskutecznością w egzekucji roszczeń. Za wysiłek oferowana jest durniom wielka zapłata, ale jej znaczna część zostanie im wypłacona “na emeryturze”, przy czym nie wspomina się durnym samcom, że co trzeci z nich nawet tego wieku nie dożywa, a ponad połowa nie dożywa końca pierwszego roku wieku emerytalnego (przyjmijmy 65 lat jako wiek rozpoczęcia życia na łaskawym chlebie). Młodzieży zaś oferuje się prekariat “bo jeszcze nic nie umieją” (mieć ćwierć wieku na karku i przyjąć, że nie umie się zabić drugiego człowieka i zabrać mu każdej rzeczy która jego jest, może tylko Niemiec w obecności którego ciapaci mogą zgwałcić jego matkę, żonę, a ten jeszcze sam będzie chętny na igraszki), który to trwa do czasu, aż są bezskuteczni jako egzodynamicy. Rozmnażanie zaś przesuwa się durniom tak długo, aż nie mogą się skutecznie rozmnażać i w tym cały ratunek, że durnie sami z siebie wymierają po wyeksploatowaniu mając dzietność <1,3. Każdy przytomny samiec wie, że zdrowe dzieci samica może mieć mniej więcej w wieku 15-25 lat, a później szanse na to maleją. Jedyne co nas ratuje to to, że samice, nawet naturalne blondynki mają na tyle instynktu, że raczej unikają wysokiej dzietności z durniami, choć wyboru szczególnego w populacji nie ma i lepiej być siódmą konkubiną tego co ma, niż ulubienicą jakiegoś niedorajdy.

Zasoby, jakie durnie wytworzyli i nie wykorzystali, są jednak rzeczywiste. Pozostaje je redystrybuować.

Za kontynuację tego tekstu z wykopalisk rozpoczętego w wakacje 2018 zabrałem się obecnie (czerwiec 2019), ponieważ bardzo wiele rzeczy, o których pisałem (a które dotyczą bałkanizacji gospodarki) zaczęła mi wchodzić w drogę na tyle, że wierzyciele postawili mnie przed tablicą i kazali wyjaśnić kilka aspektów cyklu gospodarczego, a potem zadali jeszcze jedno pytanie, na które odpowiedź jest rozwiązaniem problemu, które to rozwiązanie jak ich ostrzegłem im się nie spodoba i właściwie nie powinienem o nim nawet wspominać pozostawiając to domyślności. Jeden z czytelników ma nawet zdjęcie z tego wykładu przeprowadzonego wokół palety i kreślonego na jej wyściółce.

Funkcjonowanie cyklu gospodarczego dla przemysłu w takim otoczeniu jakie mamy, a jakie właśnie znika objaśniałem wielokrotnie, przytoczę skrótowo praktykę tego ciągu od lewej do prawej w następujących po sobie fazach:

F1 – mikroprzedsiębiorstwa zmuszone głodem, w osobie swojego CEO biorą na grzbiet jakie narzędzie i ruszają w pielgrzymkę po ludziach czy się komu przyda jaka robota. Wiele gospodarek funkcjonuje na tym etapie, tacy rzemieślnicy są lepszą wersją rezerwowej armii bezrboboli, ponieważ są wyposażeni w narzędzia i zmotywowani. W gospodarkach, z jakimi się stykacie od urodzenia takie zjawisko miało miejsce wyłącznie przez krótki okres czasu (rozpad gospodarki w latach dziewięćdziesiątych w demoludach), a przez pozostały okres (zarówno za komuny jak i po rekonsolidacji czy w RFN, Francji, USA, UK czy gdzie tam jeszcze ludzi zaniosło) deficyt rzemieślników jest zjawiskiem stałym – gospodarki są sprawne.

Ten etap podnoszenia się gospodarki jest dość iluzoryczny z tego względu, że znaczna część tych co pogrywają w rzemiosło dopłacają do tego z poprzedniej górki mając w rzeczywistości wyżej uorganizowaną firmę i muszą jakoś przetrwać cykliczną zamieć. Znam takie firmy rozsiane po bliższej i dalszej okolicy, z którymi łączyło mnie na różnych etapach to i owo, ale przede wszystkim od prowadzących je dinozaurów nauczyłem się zginać kark przed rzeczywistością. Mimo że jest to etap bardzo dochodowy o wysokiej sprawności kapitałowej (nie ma księgowych, trójkątów kontrolnych, rozliczenia są natychmiastowe bo innych nie ma) to jest rozdrobniony, zdekomponowany i nieszczególnie produktywny. Proszę sobie wyobrazić, że miałbym produkować na rynek maszyny tak jak to robię sobie w czasie kryzysów w garażu – ich ceny byłyby niebotyczne ze względu na wolumen. Tak gospodarki (tej jaką znamy) prowadzić się nie da.

Przypomnę jeszcze po kiego nam te narzędzia i udawanie rzemieślnika. Na serwerze jaki zasiedlamy ludziom nie wyświetla się nad głowami zestaw kwalifikacji ani ich poziom, solidność i historia zleceń – no taka niedoróbka, niech ktoś coś z tym zrobi^^. Sposobem na rozróżnienie księgowego od Boba budowniczego jest szata, która zdobi człowieka oraz markowe akcesoria niezbędne do wykonywania zawodu. Dość łatwo poznać stolarza, montera, elektryka, spawacza przynajmniej w takim ogólnym zakresie po tych akcesoriach i oczywistym stroju roboczym. Nie trzeba się wtedy głupio pytać co taki człowiek sprzedaje, a po narzędziach widać czy umie zarobić na narzędzia. I od razu wiadomo czy taki się nam przyda czy też nie. Podejrzenie, że na takim etapie szef, kierownik, brygadzista, księgowy i biurwa od iso nie ma wzięcia jest słuszne, więc ci trzymani na ciepłych posadach mają tam płacone z poprzednich górek, to oznacza, że z ich poprzednich zarobków (więc lepiej z punktu widzenia takiego pracownika zgarnąć górkę i sobie żyć za tyle samo bez chodzenia do tyry, chyba że ktoś sobie nie umie tego sam zorganizować), no a przecież można zaryzykować – zwolnić tych ludzi i potem poszukać nowych^^. A jak już gdzieś zaczniemy coś sprzedawać w sensownym miejscu to poszerzamy ofertę o kolejne etapy, które przypadkiem mamy, znamy, umiemy.

F2 – nie sprzedajesz się już sam – sprzedajesz się ze śwagrem, a do tego można jeździć już pickupem bo na paliwo da się zarobić. Różne branże różnie wchodzą w ten etap cyklu gospodarczego. Zasadniczo im droższe wyposażenie, tym szybciej jest zmuszone z przyczyn kapitałowych wejść w wyższe F bo koszty stałe cisną. W wyniku tego trzeba schodzić z cen żeby dokładać mniej, a przy okazji wpiąć się w nowopowstające łańcuchy i jeszcze nie wiadomo które będą później kupon płacić. Zasięg przedsiębiorstw rośnie i pojawiają się pierwsi pomocnicy/zatrudnieni, a jeśli cykle są dobrze zapętlone warstwami w branżach to można dość długo utrzymywać deflację (tak długo jak gospodarka jest globalna). Na pickupie jest napisane, a nawet narysowane co robimy, czym robimy i co to za firma (nawet nie musi być zarejestrowana, a wszyscy i tak wiedzą że istnieje wbrew formalnościom).

F3 – rosną MiŚie, na początek małe, ale są to MiŚie na miarę możliwości, odtwarzane są pierwsze struktury hierarchiczne, dochodzi do absorbcji proli licytujących się pod bramą kto bardziej zgłodniał i przyjdzie tyrać taniej. To taka pierwsza, mała konsolidacja kiedy zaczynamy wychodzić na rynek z ofertą podażową wykazując pierwsze objawy jakiejś akumulacji (najczęściej rabunkowej, ale też się liczy). Oczywiście wymagania kwalifikacji i egzodynamicznych poświęceń na rzecz przedsiębiorstwa są olbrzymie, ale że można na takim etapie w ludziach przebierać, to się co lepsze rodzynki wyjmuje z rezerwowej armii bezroboli.

Jest pewien szalony wariant F3 – bo tutaj powstają przyszłe korporacje. To spółdzielnie o charakterze imprezowym (z czego wynika konieczność ekspansji w biznes), na przykład takie gdzie okazuje się, iż środki zakumulowane z poprzedniego cyklu pozwalają na rozpoczęcie własnej produkcji czegoś potrzebnego na wyższych poziomach uorganizowania, a nawet może być to produkcja maszyn. To dość istotne z punktu widzenia systemu bankowego, ponieważ dostarczanie środków produkcji pozwalających konsolidować wokół nich kolejne przedsiębiorstwa wyznacza masowe przepływy kapitałowe i banki jeśli chcą istnieć, to muszą w te rurki wkręcić kurki. Wszystkie marki produkujące maszyny i narzędzia jakie znacie istnieją, ponieważ banki je przeoczyły i nie wyzyskały, a potem to już w drugą stronę dyktowano warunki, bo te firmy sobie udziały w bankach kupiły razem z lobbystami i politykami. O ile gołodupcy mogą się skrzyknąć kiedy chcą z braku innych zobowiązań, to ludzie dysponujący środkami produkcji umawiają się jeszcze w poprzednim cyklu koniunkturalnym na takie eventy, ponieważ załadowanie się w taką garażową ekspansję “tu na razie jest ściernisko” musi iść w parze z realizacją wielu innych zobowiązań ciążących na takich osobach. Przy czym zwroty z takich przedsięwzięć (o ile się sprzedadzą) są epickie.

F4 – rosną Średnie MiŚie, dochodzi do konsolidacji przedsiębiorstw z warstw F1-3 pod jednym dachem ze zintegrowanym kanałem sprzedaży, co oznacza że do gry weszli handlowcy. O ile w F3 radzą sobie jeszcze przedsiębiorcy mający sprzedaż jako konieczny dodatek do kompetencji, to tutaj konieczni są profesjonaliści nie zajmujący się niczym innym (i zazwyczaj o niczym innym nie mający pojęcia, dlatego powstają takie biurokratyczne wynalazki jak inżynierowie-sprzedawcy, żeby z bardziej złożonych dziedzin tłumaczyć na szekle zapewniając jako zintegrowany aparat wsparcie kompetencjami sprzedawcom o czystym rodowodzie). Takie firmy mają rzeczywiste zapotrzebowanie na biurwę, to tutaj dopiero etat znajdzie księgowy czy audytor od przekładania papierów – to jest przyczyna, dla której w tych zawodach zarabia się marnie, są potrzebne tylko w pewnych częściach cyklu i wyłącznie dochodami z tej części pokrywa się ich pensje w całości.
Jest pewien wariant średniej firmy (w produkcji przemysłowej oczywiście domyślnie jak to w moich obecnych tekstach), który przygotowywany jest na inny etap cyklu – sprzedaży do Babilonu. Od razu budowana jest tam struktura biurokratyczna i podział zadań typowy dla porządku korporacyjnego. Taka firma wdraża “procedury” wynikające z podporządkowania się pod pewien porządek audytu zarówno w rozrachunku, zatrudnieniu jak i podziale zadań. W trakcie konstruowania tego typu przedsiębiorstwa potrzebnych jest wiele mikrofirm z modelu F1 i F2 właściwie kupionych tam “na etat”, tyle że po stawkach brutto dla przedsiębiorstw, a obciążenie pracą nie jest ciągłe i spada z czasem z powodu coraz większego bałaganu jaki generuje “wdrażanie porządku”, który to porządek zajmuje się głównie przesuwaniem wykresu w prawo. Trzeba dobrze wyczuć kiedy wyjść i przeskoczyć do mniej uporządkowanej firmy na pozycje gdzie trzeba zasuwać, ale z perspektywami przejęcia udziału w torcie i dostarczania dóbr wszelkich dla średniego przedsiębiorstwa będącego na innej prawdzie etapu. Ale to też opisywałem w tekstach z pierwszego zse o tym, co myszy mogą zwojować w spichlerzu.

Jeśli chodzi o jakieś normalne cykle gospodarcze, to na tym etapie kończy się normalność. Wszystkie następne zjawiska należą do artefaktów wynikłych z bardzo szczególnych warunków, takich jak gwałtowne zmiany wynikłe z technologii, dostępu do paliw, energii, transportu, zasobów niewolniczej siły roboczej. Od dwustu lat mamy takie właśnie przypadki spiętrzone, więc przyjmujemy je za normalność, na tym spiętrzeniu zaś wisienką na torcie jest siłowe utrzymywanie przez suwerena-beneficjenta globalizmu (w tym wolnego handlu) i dostaw w bardzo rozciągniętych łańcuchach. Ta sytuacja zapewne się niebawem skończy i krewetki znowu będą łuskane tam gdzie są poławiane, a nie wysyłane na inny kontynent. Po prostu wszystkim dojdzie koszt ochrony transportów i ryzyko bezskuteczności dostaw. I trzeba będzie wszystko wystrugać sobie na miejscu, a w rezultacie przeciętny poziom życia drastycznie spadnie – do takiej przaśności jak w demoludach.
To przeciąganie cyklów koniunkturalnych sprawiło, że artefakt jakim jest duże przedsiębiorstwo stało się w świadomości mas czymś normalnym, a poszukiwanie tam zajęcia celem edukacji do tego stopnia, że dzieci są uczone porządku formalnego jaki tam panuje (wcześniej były wyłącznie dyscyplinowane do terminowego przychodzenia do pracy w przemyśle).

F5 – artefakt jakim jest przedsiębiorstwo duże wymaga pewnego szczególnego equilibrium – muszą się tam wsypywać prole tanim, nieprzerwanym strumieniem, dlatego że z powodu skali taka hierarchia nie jest zdolna zapewnić dość mocy korelującej aby samą siebie podtrzymać dając zadowalające zwroty. Ma po prostu niską sprawność w każdym aspekcie swojej działalności, ale konsoliduje jakiś produkt niedający się sensownie, powtarzalnie i w dużych ilościach pozyskać inaczej.

Oczywista oczywistość, że przy tak niskiej sprawności można zrezygnować albo z wysokich płac, albo z podatków żeby podtrzymać coś tak rozrzutnego, jak zbędne piętra hierarchii i trójkątów kontrolnych. Bardzo często przyczyną, dla których te przedsiębiorstwa w ogóle istnieją, są decyzje administracyjne o zrobieniu tego czy tamtego (wojna z klimatem jest dobrym przykładem) z czego powstają gargantuiczne urządzenia, których wytworzenie jest większym obciążeniem termodynamicznym niż problem jaki zwalczają. Takie przedsiębiorstwa po pierwsze konkurują z wszystkimi mniejszymi o prola, albo oszukując na płacy systemem politycznym (komuna walczyła z małymi firmami, a teraz walczy z nimi eurokomuna), po drugie ukierunkowują system edukacyjny na wąskie, niepotrzebne poza tym przemysłem specjalizacje, które można wykonywać wyłącznie w wąskim oknie czasowym zapotrzebowania tych kwalifikacji przez ten szczególny rodzaj przemysłu.

Da się to tak wyzyskać, że można nabyć kwalifikacje praktyczne na cudzy koszt po skończeniu szkoły (akurat w Polin takich dużych zakładów przemysłowych przez jakiś czas nie było, ale Niemców przycisnęło i znowu się pojawiają możliwości nauki zawodu dla elektroników, elektryków, spawaczy, tokarzy etc.). Wada jest taka, że jest się wyzyskiwanym za psie stawki, a do tego młodzi łykają, że te wszystkie papiery co podpisali to naprawdę (zakaz konkurencji, zwrot kosztów szkolenia) – tak jakby gołodupcom coś dało się odebrać. Jeśli akurat kończycie technikum czy licencjat w takim otoczeniu i się do czegoś takiego załapiecie, to o ile nie dacie się zdegenerować takimi warunkami możecie szybko zdobyć bardzo dobre kwalifikacje (inwestowanie w siebie) oraz nawiązać kontakty z generowanymi przez takie molochy przedsiębiorstwami (w czasie rozpadu) lub obsługującymi je (za inne stawki oczywiście i przy wymogu większego doświadczenia). Zazwyczaj jednak takie molochy z wieloma aspektami produkcji sobie nie radzą z racji tego, że biurwa żyje tam własnym życiem, a dział finansów i prawny odrywają się coraz bardziej od rzeczywistości podczas gdy dział kadr staje się udzielnym księstwem o charakterze burdelu. Z tego wynika kolejny etap i kolejne w nim prawdy.

F6 – nie da się ukryć, że przejście z etapu trzeciego na czwarty ma pewien posmak drapieżności, zagarniania pod wspólny dach (aby wszystkim było równie lepiej) z rzucającym się w co bystrzejsze oczy widmem kanibalizmu. O ile etap czwarty przy dobrym zasilaniu może mieć jeszcze posmak dobrowolnej spółdzielczości w zrzeszaniu się by stworzyć jakiś złożony produkt by go redystrybuować dla wspólnego dobra, to kolejne etapy tej dobrotliwej dobrowolności nie mają, gdyż ich celem jest wspólne lepsze będące wrogiem dobrego. Etap czwarty to początek zagarniania przestrzeni i podporządkowywania sobie przedsiębiorstw. W piątym objaw się nasila, pod warunkiem, że jest zewnętrzne zasilanie w proli (z wsi do miasta, z imigracji). Co oczywiste w szóstym też trzeba coś zjeść aby przedsiębiorstwo mogło trwać. Trzeba przeżuwać, trawić i niepolitycznie porzucać zużyte tym razem średnie przedsiębiorstwa. Przyda nam się do tego arkonim przygotowany w poprzednim tekście “charakterystyki przedsiębiorstw” anzPK, bo tym właśnie jest zasysanie średnich przedsiębiorstw. Dalsza ekspansja dużych firm z etapu piątego odbywa się po szerokości rynku i musi mieć charakter zorganizowany. Przedsiębiorstwa nie są w stanie filtrować jakości proli, ich przygotowania zawodowego ani stanu opanowania rzemiosła własnymi kadrami (jest to zbyt powolne i przesuwa wykres w prawo, a czas nagli) wobec czego muszą pozyskać kadry cudze już przetestowane na rynku, z prolami które te kadry sobie przetestowały, z aparatami dostaw i je sobie wchłonąć. Inkorporować. Jak to się technicznie odbywa wyjaśnię w tekście “charakterystyki przejęć”, bo czasy kiedy handlowano akcjami na giełdach minęły odkąd pojawili się tam gracze z nielimitowaną ilością waluty. Kadry średnich przedsiębiorstw są w pełni świadome tego procesu, wiedzą jak przedsiębiorstwa są przejmowane, wiedzą dlaczego, wiedzą jak to się kończy, czasem się do tego przygotowują, ale z zasady mają pełną świadomość, że jest to sytuacja bezalternatywna, i to światło na końcu tunelu na nich pędzi by rozjechać. Kiedy moloch dobiera się do średniej firmy, spotkanie kierownictwa przebiega w atmosferze rezygnacji, gdyż pozostaje jedynie ustalenie w jakiej pozycji będziemy dawać na początku oraz za ile. Potem o obu sprawach będzie decydował już duży podmiot, a kadra średniego będzie wyłącznie wykonywać rozkazy. Średnie przedsiębiorstwa są w tym procesie wysysane, gdyż przejście z etapu piątego na szósty jest informacją iż dostawy proli się skończyły i dalszej ekspansji ekstensywnej nie będzie. To oznacza, że rynek zbytu może i wzrośnie, ale rynek podaży trzeba podzielić, reglamentować i będzie się kurczył. To jest pewna przypadłość demograficzna krain przemysłowych, dlatego jest ich niewiele i są małe.

Na tym etapie duże przedsiębiorstwa podporządkowują sobie średnich jako poddostawców uzależniając ich od swojego wolumenu zamówień i profilu produkcji, w kolejnych etapach przejmując coraz więcej funkcji decyzyjnych o ich finansowaniu i rozwoju na siebie realizując cięcia właśnie na tym terytorium poszerzonym zamiast w centralach. Należy jednak mieć na uwadze ,że rynek konsumpcji się kurczy z przyczyn demograficznych, a ludzi nie produkuje się w fabrykach więc produkcja dóbr na potrzeby ludności nie ma sensu. Produkcja na potrzeby przemysłu, wydobycia, infrastruktury sens ma. Gdyż mosty konsumujemy zbiorowo, a okręty i koniak w mesie ustami reprezentującego nas komandora. Kolejne konsumpcje średniaków (często jeszcze powstających z małych firm) będą miały miejsce na kolejnych etapach, będą coraz bardziej żywiołowe aż do konieczności połykania startupów aby nie podejmowały konkurencji z molochami (jak słaba jest gospodarka, kiedy zamiast pracować w molochu mającym infrastrukturę opłacalniej jest zacząć od nowa w “garażu”?).

Od tej pory rynek jest wyłącznie dzielony, a wartości dodanej jest na nim coraz mniej i trzeba coraz większą część populacji spychać w subsistence aby utrzymać trzon gospodarki w postaci pokoleniowej piramidy. Całe rozszerzenie poza tą piramidą, która trzyma się kompetencjami przy środkach technicznych jest gospodarczo zbędne, ale wytwarza ciśnienie na stanowiska z odpowiednich kohort wg piramidy wieku populacji, która akurat dzisiaj jest odwrotna do piramidy hierarchii społecznej. Czyli na samej górze ciśnienie jest najwyższe, a najmłodszym (milenialsom) daje się nagrody za sam fakt uczestnictwa. Oczywiście ludzie z samej góry piramidy aby utrzymać pozycję cisną pozostałych co skutkuje kontynuacją agresywnego kanibalizowania gospodarki. IT21 wspominał, że kryzys jest po to aby przedsiębiorstwa nieefektywne sobie zbankrutowały i w rezultacie inne przedsiębiorstwa (efektywniejsze) mogły się nimi pożywić (korzystając ze środków produkcji i proli po przecenie), ale w takim agresywnym systemie poszerzania wpływów kryzys położy nie tylko przedsiębiorstwa nieefektywne, ale nawet te normalne, i te dochodowe, i każdego kto był zbyt blisko łańcuchów dostaw którymi pożywiono się (wysysając z nich moce swobodne i robocze) na potrzeby przejścia przez kryzys. Pozostaną przedsiębiorstwa kontrolowane przez najagresywniejsze, najbardziej zaradne sitwy, po całej reszcie pozostaną zgliszcza, niezależnie od tego czy coś z sensem produkowały i czy były dochodowe. Akurat posługujemy się językiem Niedorzecza i tam takie zjawisko pozamiatania całej gospodarki na początku lat dziewięćdziesiątych wystąpiło – no to tak to wygląda na samym końcu gdy kończy się F9.

F7 – eksploatowanie średnich przedsiębiorstw przez duże ma taką konsekwencję, że one też muszą sobie jaką kaloryczną dietę znaleźć i skrócić układ pokarmowy. Racjonalnie jest więc zrobić to samo co duzi – zjadać przedsiębiorstwa małe i mikro, a zlikwidować u siebie dział kadr i koncepcję zatrudnienia w ogóle. Przedsiębiorstwa średnie nie mają jednak takiego luksusu jak duże, ponieważ nie dysponują działami prawnymi aby mniejszych od siebie nękać sądami – szczególnie w sytuacji, gdy przedsiębiorstwa małe mają taki sobie porządek formalny i niesatysfakcjonującą ściągalność z byle jakiej wartości netto. Jednak o te małe firmy konkurują również przedsiębiorstwa duże, z tym że nie po to aby się nimi pożywić w całości, ale już wyłącznie anzPK (akronim z tekstu charakterystyki przedsiębiorstw) gdyż to kadr właśnie do obsługi takiej liczby proli potrzebują, a MiŚie mają kadry po bardzo sprawnym procesie rekrutacyjnym, wobec czego jest tam gotowy materiał na kierownictwo niskiego, a może i średniego szczebla. Z tych małych firm wszyscy się uzupełniają, a ich właścicielom pozostaje spakować środki trwałe do kontenerów (bo akurat duzi wcale takich narzędzi nie potrzebują – mają własne lepsze i dużo droższe) i jakoś przeczekać to wariactwo pod cudzym butem ucząc się grzecznie odpowiadać “yes massa” i robić za murzyna. Wszak do miski pan nasypie – dobry pan, bo bliżej drukarki ustawiony. A że są tam (w średnich i dużych) braki kadr, to się te wszystkie drogie graty używa do fuch realizując żywotne potrzeby ludności; gdy zaś projekty dobiegają końca i zbędne graty idą do utylizacji, wczasy zażywają myszy w spichrzu.

F8 – to jest taki etap koniunktury, który w PRL3.0 zaczął się w połowie 2010 roku, a w całej EU nasilił się obecnie (i w RFN chyba skończył i mają recesję). W sytuacji kiedy nie da się już z żadnego źródła pozyskać mocy roboczych (tanich proli z importu, kadr ze zdemolowanych biurokratycznie małych firm, aparatów produkcyjnych ze zmuszonych do poddaństwa średnich) pozostaje ciąć wydatki. Trzeba je ciąć proporcjonalnie tak, aby produkcja nie stanęła z braku chętnych przyjść do pracy proli, aby kadrze się chciało tych proli korygować i do pożytecznej (z punktu widzenia przedsiębiorstwa) pracy gonić, aby klienci kupowali, dostawcy dostarczali więc tnie się na biurwie – podatki są za wysokie więc się ich nie płaci, a technikalia zostawia specjalistom. Temat zawsze zaczyna się grzecznie od przepisów, potem Kapitan wprowadza ostrzejsze przepisy i pozostaje nie płacić na rympał. Wiele osób uważa, że wynikają z tego zagrożenia, ale należy brać pod uwagę że w walącej się gospodarce Kapitanowi wali się dłużej i poważniej, więc nie ma jakościowych kadr i nie będzie zdolny do opanowania pożaru. A nie będzie, ponieważ nie da się utrzymać etosu pracy za darmo, a w urzędach tylko w początkowym etapie jest co ukraść (łapówki za zwroty, ulgi, odroczenia) – potem wszystko jest już rozkradzione i wprowadzone zaostrzenia. Oczywiście w urzędach zostają pracownicy, ale na takim poziomie rozgarnięcia i zaangażowania jak słynny kurator Amber Marcina (trzymanego wiele lat w areszcie wydobywczym bez jakichkolwiek przystających do sprawy finansowej zarzutów – imitacja państwa wykonana z dykty dobrze wygląda w tv z kontrolowanych ujęć i postprocesie cenzorskim). A skoro się wali, to się zawali – wtedy żadna gospodarka nie będzie przez chwilę funkcjonować i zanim jakikolwiek aparat się pozbiera, to będzie czas dobrać sobie jurysdykcję gdzie gospodarka wstanie pierwsza i troski porzuconej nie będą naszymi, a później to będą już wyłącznie sprawy historyczne gdyż to, iż deficyty w rozrachunku uzupełnialiśmy najpierw prolami, później firmami i podatkami wynika z faktu wyczerpania każdego z tych źródeł w wyniku jego eksploatacji.

Służę oczywiście grzecznym wyjaśnieniem, dlaczego nie płacimy podatków – gospodarka ma działać, jak nie działa to się gospodarzowi nie należy micha. Jak zapracuje to dostanie – proszę użyć armii i zapewnić nowe rynki do eksploatacji, a jak nie to samotne matki muszą sobie znaleźć bogatych panów (dobrze da i ma), a emeryci & renciści umrzeć, bo skoro nie pracują to żadnego z nich pożytku – co japoński premier postawił na porządku dziennym swoim słynnym pytaniem “jak długo zamierzacie jeszcze żyć?”.

I dotarliśmy do wyczerpania się wszystkich pól eksploatacji wartości skądkolwiek wyrwanej.

F9 – wyczerpują się możliwości regulowania zobowiązań i dochodzi do uruchomienia kaskad wykonawczych procedur wyjścia. W takiej skonsolidowanej, a więc centralnie zarządzanej gospodarce silnie przeregulowanej duzi pożyczają kasę od mniejszych, a ci od jeszcze mniejszych i najmniejszych poprzez odraczanie płatności. Tym najmniejszym to nawet obiecuje się odległe emerytury czy inne zasiłki – to są aż takie odroczenia. Ponieważ cały układ bazuje na bieżączce (ongoing concern) i przepływ jest więcej wart od oszczędności (przy kryzysie majątek trwały jest przeceniany w dół, a oszczędności dewaluowane) to im wyżej jest kto w hierarchii, tym bardziej jest w jego interesie utrzymanie statusu quo i do niego dołoży. Erozja systemu nie dokonuje się jednak na bazie wyliczeń, a sieciowego odpowiednika rozchwiania emocjonalnego dla wykonalności. To nie jest porównanie, to jest wprost ten sam układ ewaluacji wag, jaki następuje przy reorganizacji każdego układu sieciowego gdzie zasilanie waży i da się to ująć w następujące kroki (kolejne, wzajemnie uwikłane akapity) odbijania informacyjnej piłeczki z dołu do góry w głuchym telefonie niezrozumienia, podejrzliwości, informacji o braku informacji oraz oczywistej oczywistości, iż zasobów dla wszystkich nie starczy – z tym, że kto wyjdzie za wcześnie ten straci przychody i nie przetrwa (na wciąż drogim rynku wysokich, przyobiecanych przepływów), a kto za późno, straci oszczędności i będzie musiał wcześniej sprzedać się taniej w niewolę do tyry. Do tego wiemy, że gramy ze starszymi i bardziej doświadczonymi o większym dostępie do informacji i wyczuciu biznesowym, którzy mogą nas zwodzić na manowce niczym dzieci we mgle. Dlatego każdego dnia robimy rachunek w księgach i zastanawiamy się czy ssać czy jeszcze dać possać.

Zauważalny objaw jest taki, że rosną linie kredytowe w wyniku wzrostu wolumenów, a za liniami kredytowymi leżą gwarancje, weksle i obiecanki. W wyniku tego dokonywane są przesunięcia dostaw (przestoje, a płacić trzeba) i presja na ciaśniejszy cashflow oraz kredytowanie się innymi dostawcami. Wymagając ciaśniejszych przepływów (terminowych) można się spodziewać kilkudniowych obsuw (wolne w banku, długie przelewy, błędy formalne, przedłużanie formalności, gra w reklamacyjnego pingponga i inne zdarzenia niemające jeszcze charakteru konfrontacyjnego). Kaskady opóźnień powstają więc z definicji i podmioty zaczynają chudnąć z oszczędności łatając te dziury, co prowadzi do alarmów – “dokładamy do interesu”. W takiej sytuacji przedsiębiorstwa modelu MałyŚredni Hedge produkcyjny “Johnex” (charakterystyki przedsiębiorstw) zwijają się od razu, wszak nie po to są na rynku, aby dokładać do interesu. Daje to silny impuls deflacyjny na maszynach, materiałach i szczątkowe zasilanie w kadry oraz proli, chociaż jakość kadr i proli z takich przedsiębiorstw, szczególnie ich stan psychiczny i poziom wyprania z etosu pracy sprawia przynajmniej trudności w użyciu ich do jakiekolwiek pracy. Zazwyczaj są to kompletnie wyeksploatowani ludzie, wypaleni zawodowo i kwalifikują się jedynie na kozetkę i urlop (ale cała gospodarka jest już w takim stanie, więc niebawem tam trafią).

Rezultatem tego impulsu deflacyjnego na dobrach i inflacyjnego na usługach (mniej podmiotów dostarczających w wyniku redukcji ich liczby i marginalnego zwiększenia wolumenów pozostałych) są próby substytucji dostaw przez klientów (import z bardzo daleka) w sytuacji kiedy czas wykonania i dostawy rośnie. Coraz więcej dostaw jest więc opóźnionych (a zamawiający mają te opóźnienia na całym froncie od wielu dostawców), a nawet niewykonanych (przedsiębiorstwa upłynnione). Klienci tracą klientów i zmniejszają wolumeny redukując impuls inflacyjny, a przedsiębiorstwa nie mają interesu w skupowaniu, upadłych co zwiększa impuls deflacyjny (środki trwałe sprzedawane po garść centów za dolara). W wyniku takich zawirowań dochodzi do pierwszych scysji i zaostrzenia rozrachunku (wzrost liczby czynności nadzorczych przy braku personelu) skutkującego wzajemnymi roszczeniami stron i biernym oporem (strajk włoski) eksploatowanego dołu. Należy jednak zauważyć, że ogólny wolumen produkcji spadł bo spadły zamówienia i liczba zorganizowanych podmiotów zdolnych je wykonać. To jest takie miejsce, gdzie wykresy przestają się przecinać i nie jest możliwe uzyskanie porozumienia (klient chce kupić taniej niż możliwa jest w danych warunkach produkcja, a pracownicy chcą zarabiać więcej niż wynosi produktywność i podaż z gospodarki), więc wdraża się do gry stresory, więcej obiecanek i klepanie po plecach.

W wyniku nawarstwiających się opóźnień w płatnościach dostawcy robią pierwsze, ostrzegawcze fochy i wymagają zejścia z oszczędności, a to jest realizowane poprzez zwiększanie opóźnień tym którzy i tak mają je największe, a nawet idą na udry odmawiając zapłaty pod byle pretekstem i przeciągając formalności, grając w reklamacyjnego pingponga. Kłopot dla takich rozgrywek zaczyna się w płytkiej gospodarce, gdzie wykonawcy są przygotowani do ruchu w drugą stronę (restartu MiŚiów po zakończeniu tej zadymy) oferując klientowi banalne wyjście “jak nie smakuje to nie jedz – sam se ugotuj”, co czyni cały aparat zarządczy dużych przedsiębiorstw bezprzedmiotowym, bo nie ma czym zarządzać (nie w skali dla dużego przedsiębiorstwa, a na takie ma kadry), a i średnie zaczynają trzeszczeć.
Tam gdzie oszczędności się wyczerpały, płatności przestają w ogóle być realizowane i są odraczane na “jak będzie z czego” co skutkuje oporem pracowników – klientowi zrobimy dobrze jak przyniesie kopertę. Na co komu szef, który takich klientów ma co nie płacą? A do diabla z takim, za darmo można się polenić w domu. To poważny sygnał ostrzegawczy skutkujący samowykonalną przepowiednią. Historia zaczyna się zazwyczaj dość politycznie – obiecankami że będzie lepiej, choć będzie też okres trudności. Zazwyczaj obiecanki są realizowane raz, a później wcale (tak samo działają państwowe aparaty instytucjonalne – dlatego milicjanci czy strażacy pojawiają się w przedszkolach, bo starsze dzieci mają już niejaką wiedzę kto generuje przestępców i dokonuje podpaleń) i wtedy przedsiębiorstwo przechodzi na rozrachunek naturalny – hierarchia dominacji naczelnych = kolejność dziobania.

Przedsiębiorstwo zwija się w taki sposób, że dysponujący przepływami kalkuluje ryzyko, że może nie być przepływów i musi dokonać retencji wyników z tego co jeszcze przepływa. Duże przedsiębiorstwa (i małe w porządku korporacyjnym) zabezpieczają się przed takim gwałtownym ruchem oddzielając pion decyzyjny od kluczy do kasy. Jest to bardzo racjonalne zabezpieczenie jeśli firma dysponuje znacznymi zapasami i pozwala jakoś przejść ze stratami przez zawieruchę (nie żeby suchą nogą – mocno umoczonym, ale przejść) zaś z punktu widzenia firm bez oszczędności (porównywalnych z potrzebami) na nic się nie zdaje. Mam własne wspominki na temat własnych księgowych niewykonujących poleceń z takich to głupich powodów jak inne, ważne płatności, ale stworzenie jednolitej struktury władzy godzącej oba modele rozrachunku (wodzowski i instytucjonalny) można pogodzić wyłącznie na górce koniunktury, kiedy wszystko jest na bogato i kasa nas zalewa. Przed górką nie ma czego godzić, a po górce zgoda nie jest możliwa. Proces przebiega tak, że najpierw z przepływów uzupełniane są rozliczenia do stanów bieżących (czyli opóźnione dywidendy, opóźnione zapłaty dla firm powiązanych z zarządem, zaległe premie kierownictwa, odkup udziałów) co przesuwa wszystkie zaliczkowe płatności za zamówienia do formuły “zakupy stop!”, pracownicy zaś nie otrzymują zaliczek, wcześniejszych wypłat i czekają na swoją kolejkę płatności (właśnie dlatego opłaca się kierownictwo aby utrzymali firmę w ruchu). Na kolejnym etapie wypłaca się pracownikom zamiast całej pensji część pensji i całość należności zarządu i właścicieli. Zazwyczaj są wtedy pierwsze objawy erozji pracowników & produktywności co skutkuje tym, że płatności dla kierownictwa są regulowane wyłącznie w terminie i w całości (bez możliwości zaliczkowania). Zazwyczaj w tym czasie opóźnienia płatności do klientów rosną, a nawet załamują się wykonania, wobec czego pozostaje wypłacić z tego co jest jakieś rozchodne i zamknąć interes, gdyż szansy aby klienci się zdyscyplinowali będąc w identycznej sytuacji i tak nie ma.

Oczywiście nie ma w tym żadnego oszustwa – istnieje wola dokonania zapłaty gdy tylko klienci zapłacą, ale przesuwanie wykresu w prawo rozbija się koszty stałe funkcjonowania przedsiębiorstwa i utrzymania atencji decydentów, którzy przecież zobowiązania firmy wobec siebie mają zrealizowane mniej lub bardziej w wyniku kolejności dziobania i mogą zająć się czymś innym gdzieś indziej, zaś realizacja zobowiązań wobec prolich dołów to sami państwo rozumieją – uspołecznione koszty, ale nie złego szefa, tylko złego rynku który nie zapłacił. Istniało jednak zabezpieczenie przed takimi ruchami rynku, powróciło ono jako chłoporobotnik (http://www.polska1918-89.pl/pdf/chloporobotnik,1713.pdf), ale istniało wcześniej. Rozdrobnione gospodarstwa Wielkopolski, która wypluwała zbrojne zagony aż do Moskwy są właśnie pozostałością amortyzatora gospodarki przemysłowej sprzed 4-5 wieków. Wszak kiedy jest z czego żyć, to nie trzeba tyrać w fabryce kiedy ta nie ma zdolności do natychmiastowego regulowania zobowiązań. Dlatego właśnie w interesie władzy jest utrzymanie proli w patologicznym nieposiadaniu ziemi dającej podstawy bytu biologicznego i ekonomicznej izolacji od durni nieumiejących poprowadzić ani państwa, ani gospodarki a uzurpujących sobie władzę kreowania waluty, kredytu i męczenia ludzi w lochach. Taka zdolność do przywracania przytomności metodą “dziś robię na swoim bo pożytku z cudzego nie mam” może skutkować utrzymywaniem się gospodarki trwale na etapie F4 i generowania F5 wyłącznie w obliczu odkrycia nowych zasobów możliwych do pozyskania. Podpalanie komuś domu, aby pozyskać wybiegających pogorzelców i zaprzęganie ich do gospodarek podpalaczy jest obecnie dominującą metodą zasilania przemysłu w prola biorącego udział w wyścigu do dna.

Prol jest w takim układzie (kolejności dziobania) wyzyskiwany w wyniku stanu nieposiadania, a dystrybucja rozrachunku jest przecież oczywista dla każdego kolejnego pokolenia na nowo odkrywającego systemy walutowe i metody ich dystrybucji. Wszak to co zabiera właściciel i zarząd wynika z kapitałowego wsadu i kredytowania przedsiębiorstwa kapitałem na wcześniejszych etapach, są to więc zobowiązania pierwotne przedsiębiorstwa wobec organizatorów, a ten kapitał to wynik ich pracy, jakim nie podzielili się ze swoimi kobietami, dziećmi i lemingami z rodu, a włożyli w przedsiębiorstwo i zasadne jest ten kapitał odzyskać by ponownie wkładać. Chłopoprolownik zaś mając rzeczywistą możliwość wyjścia na swoje porzucając zajęcia w przemyśle (i trzymania tym w ryzach wyższych struktur kapitałowych) również dzięki stanowi posiadania (kapitałowi) jest w tej korzystnej sytuacji, że coś mu zawsze trzeba zapłacić, ponieważ takie są zasady redystrybucji posiadania względem stanu posiadania. Bogatym będzie przydane, a biednym odjęte dystrybucją bloku na Proof of Stake^^.