Krótką serią – Libra i eu taxy

Krótki tekst dotyczący absurdalnej koncepcji nałożenia kontrybucji na podmioty spoza własnej jurysdykcji przez EU i niektóre inne sockrainy szukające naiwnych do pokrywania ich rozpasanych wydatków. Wnikanie w umysł szalonego biurokraty wiąże się z odrzuceniem niewiary iż to co sobie ktoś popisał nie jest rzeczywistością w jakiej żyje – otóż dla tych czubków jest i objawia się to w metodologii liczenia inflacji oraz luk podatkowych (taki nowy wymysł) będących różnicą pomiędzy wartością wytworzoną w gospodarce, a zapłaconymi podatkami. Wszak każda usługa powinna być opodatkowana, bo samodzielne wykonanie zapasów na zimę (słoików jakiś) jest czynnością pozorną i ma na celu uniknięcie opodatkowania wynikającego z zakupu dóbr w sklepie (od czego podatki byłyby odprowadzone z całą pewnością ^^). Wartość przypisana tej usłudze wynika z cennika jaki urzędas może poznać w sklepie (a nie tej u producenta, tylko z kosztami marketingu, dostawy, utrzymania kierowników, dyrektorów, sekretarek – przygotowując żywność w domu unikasz podatków i niszczysz tylu ludziom plany na wakacje oraz plany szamanów-banksterów pragnących zmusić cię do konsumpcji rejestrowanej, a nie takiej skrytej w domu) co oczywiście wpływa na to, że ludzie sami sobie układają kostkę na podjazdach, remontują domy, malują płoty i wyprowadzają psy (wyprowadzając psa unikasz opodatkowania – powinieneś wynająć do tego firmę, ani się waż samodzielnie stawiać psu horoskop!). Urzędactwo z tym wszystkim na poważnie – to są konsekwencje wymyślanych przez durni definicji interpretowanych później przez kolejnych, którzy zamiast zająć się prawdziwą pracą zatrudnieni są w budżetówce i najwyraźniej się nudzą.

Zastanawialiście się ile kosztowała Was publikacja tekstu w 1980 roku? Albo ogłoszenia? A rozmowa telefoniczna ze znajomy z Polinezji? Nadanie telegramu? Dziś oczywiście te wszystkie usługi są darmowe w ramach dostępu do internetu, ale da się jakoś pośrednio wywieść iż mają wartość, a co za tym idzie cenę, której akurat nie płacimy. Po pierwsze z tej różnicy wymyśla się niską inflację (bo przecież konsumujemy bardzo dużo wiadomości tekstowych, a nawet publikujemy ogłoszenia i jakże to staniało^^). Gdyby kosztowało to byśmy korzystali zdecydowanie mniej? Ale ma wartość, a z tego uzurpatorzy wnioskują że należny jest vat. Usługa gmail, hush czy protonmail powinna więc naliczać vat od wartości dostarczanych nam usług oraz uiszczać należne przecież podatki. Nie ma znaczenia że dają nam stuprocentowy rabat – powinni wystawić paragon i wykonywać gwarancje wynikłe z dostarczania usług. A to że mają siedziby za granicą nie ma znaczenia bo dostarczają usługi do innych krain. Odlot? Dla urzędactwa to jest live i mają fantazję opodatkowania technologicznych gigantów. tak jakby właśnie w tych firmach durnie pracowali i się na to nie przygotowali na opędzanie od biurwiego robactwa? Tak jakby te firmy słynęły z płacenia podatków? ^^

To teraz sobie grzecznie uznajmy środki płatnicze do regulowania zobowiązań, w końcu banki centralne trzymają w rezerwie złoto (i nie tylko) i z definicji jest to legal tender. Ale nie żałujmy sobie – skoro mamy rezerwy walutowe to i te waluty mogą służyć umarzaniu zobowiązań, bo przecież rachunki można mieć w różnych walutach. A nawet można wdrożyć ledger (pozarejestrową dokumentację, riscóntro) wraz z accounting/reporting currency która może być różna od transakcyjnej którą raportuje. Dla makro w finansach (dużych firm rozliczających wiele walut) są to rozwiązania prostsze i ujednolicające względem walut narodowych z fx na waluty zakupu i sprzedaży jeśli produkt/usługa jest realizowana w różnych lokalnych walutach. Nie żałujmy więc sobie WIReuro CHE czy EURCO (XBA – Bond Markets Unit European Composite Unit), a wśród tego znajdują się systemy księgowania clickbaitowo zwane kryptowalutami. Można więc wrzucić jako środki płatnicze wszystko z listy: https://www.currencyroot.com/list.pl bo właściwie czemu nie skoro ktoś coś za to daje? Wszak płatności elektroniczne do tego zmierzają, akcja kredytowa musi ekspandować aby istnieć, więc musi rosnąć wolumen środków rozliczeniowych, a przecież złota sobie nie dodrukujemy. To że za pewne waluty można uzyskać tylko pewne kryjące je dobra/usługi to już sprawa kupców.

Gdyby EU, Norwegii, Japonii i innych amatorom cudzego udało się jakoś zmusić firmy z obcej jurysdykcji do płacenia kontrybucji (bo nie podatków, to tak jakby ZSRR nakładał podatki na jankeski telekom bo można się do Moskwy dodzwonić – śmiechu by było co nie miara, a dziś takie brednie wraz z mmt są na porządku dziennym) to żaden problem – powstaje libra. Będą w niej naliczane i odprowadzane podatki. Będą mogli sobie urzędnicy za to tweetnąć, fejsnąć, a nawet coś wygooglać po cenach urzędowych jakie sami ustalą. Aby to wszystko policzyć spalimy nieco węgla, ale gdyby przypadkiem urzędasy wpuściły takiego coina na giełdę pragnąc kupić za niego kiełbasę dla wyborców to obawiam się, że wszyscy inni mają te usługi za darmo w cenie reklam i ujawniania własnych danych więc może nie być wzięcia.