Krótką serią – oszczędności rosną gdy ubywa oszczędzających

Krótki tekst o ekwitach. Oszczędności są nieadresowanymi zobowiązaniami “rynku” (czyli naszymi nadziejami że ktoś kupi nasze sztony za owoce swojej pracy) o nieokreślonym terminie realizacji na nieznane jeszcze dobra & usługi. Jest to ten słynny stopiony w złoto krwawy pot, który trzymamy w sejfach. Rzekomo, gdyż większość ludzi nie ma żadnych oszczędności (ma ujemną kapitalizację majątku), a w przedsiębiorstwach wcale nie jest inaczej – gospodarka istnieje właśnie dlatego, że przymuszają nas do gospodarowania zobowiązania. W przedsiębiorstwach jest więc więcej zobowiązań niż tego “złota” w magazynie. Takie brednie jak dochód pasywny i fantazje Kiosakiego sprawdzają się dla wąskiej, zaradnej populacji w bardzo krótkim czasie (opisałem to w tekście “Equlibria”) takiego stanu równowagi, kiedy staczanie się zamożności z cudzej szali na naszą stół nie przechyla się na naszą ciężą stronę na tyle, abyśmy nie mieli z kim grać. Japońscy emeryci błyskawicznie przekonali się że to mit (zajęło im to dekadę) kiedy okazało się, że usługi nie wykonują się w wyniku roszczeń wobec pustego rynku, na którym to 80 latek jest winien zaniedbań na głębokość trzech generacji, które nie dość pielęgnował aby ta trzecia przyjęła jego “oszczędności” i zrealizowała roszczenia. A w tym wieku się samemu zbyt wielu owoców pracy nie wytwarza – pozostaje konsumować rezultaty swojego życia. Dlatego trzeba mieć dzieci i wnuki – to są rezultaty pracy będące oszczędnościami, należy je wytwarzać w jakości i ilości nawet kosztem innych bliźnich, bo przecież na skończonym terytorium skończona liczba ludzi utworzy prawidłową (z punktu widzenia starców) piramidę demograficzną tylko jeśli starcy pospychają się ze skały w drodze do emerytury. Wyścig szczurów jest do samego końca.

Większość ludzi nie ma żadnych oszczędności – to dobrze, nie mają podstaw do roszczenia sobie owoców cudzej pracy dzięki czemu pozostali mogą skonsumować w spokoju tak długo jak utrzymujemy status quo. Gdyby tego nie utrzymać i “zjeść bogatych” to starczy tego ledwo na hamburgera dziennie dla każdego przez rok, a potem już nie będzie bogatych do jedzenia. Tak mało jest ludzi posiadających i generujących jakiekolwiek istotne oszczędności. I są to zazwyczaj ludzie zasuwający od pokoleń po 60+ godzin tygodniowo na bardzo szerokich spektrach zagadnień z jakich składa się prowadzenie aparatów wytwórczych i organizacyjnych dla pozostałych homo sapiens. Pozostali za wszystkie “oszczędności” kupują czas wolny znowu będąc gołodupcami. Stworzyli sobie nawet iluzję dochodu pasywnego – nie ma takiego zwierzęcia w gospodarce, a chwilowe iluzje że takie istnieje szybko rozwiewa prawo dżungli na rynkowych zmiennościach i substytuowaniu tego pasywnego rezultatu na tyle, że staje się on niewystarczający do pokrycia kosztów stałych.

Są oczywiście krainy gdzie poziom zobowiązań jest niski (okres wegetacyjny trwa cały rok), a co za tym idzie nie ma zimowego przestoju na manualną wytwórczość i sezonowego podział pracy pozwalający wytworzyć intensyfikujące pracę narzędzia. A mimo to są tam ludzie posiadający władzę, czyli oszczędności. Po prostu muszą ją roztaczać nad o wiele większą populacją z racji ich lichej produktywności – ta populacja pracuje do drugiego śniadania, a potencjalnych zysków z reszty pracowitego dnia nie przedkłada nad dzień wolny. Sielski krajobraz? Przybyli do nich pracowici & uzbrojeni Chińczycy zmieniając wszystko w huku dział. Tak samo jak jankesi obudzili Japończyków kiedy Ci nie dość wydajnie dostarczali im surowce i trzeba w nich było wmusić maszyny parowe.

Niebawem jednak więcej ludzi będzie miało oszczędności (co z tego wynika mniejsza grupa będzie miała wyższe zobowiązania), więc będziemy żyli bardzo skromnie z powodu powrotu klasy średniej. Klasa średnia jest objawem biedy – służy ona do akumulacji ze “zrujnowanej” akcją kredytową gospodarki. Proces ten działa w taki sposób, że gospodarka kredytowa produkuje coraz większe stany magazynowe o coraz mniejszej użyteczności (choćby i potencjalnej) czyli obniża jakość produktów do momentu, kiedy nie jest możliwe dalsze przyobiecanie zwrotów. Wtedy przechodzi etap gwałtownej inflacji (na peryferiach handlu jest to hiperinflacja) co potania pracę będącą główną składową produktów, transportu, usług. Zazwyczaj zapisy “należymisię” przestają być uznawane, a nawet jak ktoś ma w ręku złoto, to i tak w porównaniu do okresu przed gwałtowną inflacją rynek nie bardzo ma co zaoferować. W takiej sytuacji, kiedy kasujemy zapisy zobowiązań i odmawiamy realizacji roszczeń jakoś nigdy nie ma protestów bogatych, za to są masowe awantury z biednymi, bo to oni są beneficjentami tych zobowiązań własnych – to ich emerytury, zasiłki, “oszczędności życia” przepadają w zapisach i likwidowanych walutach (reformy walutowe). Środki produkcji, a przede wszystkim wiedza i sieć kontaktów organizatorów produkcji nie znika, nawet jeśli są tego formalne pozory “uspołecznienia gospodarki”, bo kwalifikacje na dyrektora w komunizmie francuskim czy niemieckim (po wojnie) ma zazwyczaj wywłaszczony właściciel fabryki (tonącej w zobowiązaniach, ale teraz to zmartwienie państwa, które te roszczenia umorzyło^^), a w komunizmie bolszewickim jaki doświadczył Niedorzecze po pierwszych próbach podjęcia produkcji z mianowania i tak przywrócono właścicieli na stanowiska decyzyjne o ile w ogóle tacy byli, bo straty w ludziach były poważne i czasem brakło. W wojsku przywrócono dawnych żołnierzy, w dyplomacji arystokrację – wszak Partia łączy by się dobrami podzielić. Własność majątku jest drugorzędna, istotne są przepływy i ich kontrola, a do tego nie ma jakiegokolwiek znaczenia czy decyzyjny nazywany jest dyrektorem czy właścicielem. Może być nawet żyjącym w ubóstwie opatem. Jednakże skasowanie zobowiązań ma taki skutek, że zanika zdolność zagwarantowania dostaw na duże odległości (ryzyka), więc skupiamy się w miastach, okręgach przemysłowych, wokół portów skracając łańcuchy. Kto poza horyzontem zasięgu dostaw ten poza łańcuchem i udziałem w dystrybucji dóbr.

Jest tego bardzo poważna konsekwencja – dostać można tylko to co się lokalnie wytwarza, a import względem lokalnej pracy jest drogi (ze względu na koszt pokrycia ryzyk) zaś transfery dóbr, ludzi i kapitału najeżone przeszkodami. Wszystko trzeba więc sobie wytworzyć lokalnie, masowo, a co za tym idzie bez indywidualizacji produktów. Za to z pełną regionalizacją i coraz silniejszym rozjeżdżaniem się standardów regionalnych. Czyli “oszczędności” można sobie wymienić, owszem, ale po cenach lokalnych limitujących konsumpcję takim zjawiskiem, że aby pokryć ryzyka w handlu na duże odległości trzeba to wszystko eksportować jako rzeczy tanie, które po doliczeniu ryzyk dotrą do odbiorcy jako drogie. Powoduje to regionalne akumulacje (gotowość do wysyłki) w coraz większych hałdach błędnych alokacji (mimo braku akcji kredytowej). Trwa to zazwyczaj 3-4 dekady po których ze względu na nagromadzenie w izolowanych obszarach dóbr (surowców, półproduktów, siły roboczej & kwalifikacji) kupcy zgadzają się na bazie tego zabezpieczenia kredytować ryzykowne dostawy (mamy dużo to wyślemy i sprawdzimy czy coś dopłynie, mała strata bo i tak leży i kuponu nie płaci), zaś dla proli z początku 40 letniego cyklu zaczynają się pierwsze wypłaty zobowiązań (emerytury) na właśnie otwieranym rynku gdzie wszystko po dostawach przez pół świata jest takie tanie i akcja kredytowa rusza pompując ceny a handlowcy robią kokosy. Oczywiście w porównaniu do siermiężnej biedy towarzyszącej izolowanym gospodarkom produkcyjnym wydaje się że to kokosy.

Ta klasa średnia jaka nam niebawem się ujawni tworząc manufaktury i fabryki wszystkiego, czego nam już Chińczyk z takich czy innych przyczyn nie da rady tanio dostarczyć będzie w porównaniu z nic nieposiadającymi prolami oczywiście zamożna, ale siła nabywcza tych oszczędności będzie ograniczać się do rynku lokalnego. Cóż z tego że kawa będzie nominalnie osiem razy tańsza niż dziś, jeśli będzie to cała dniówka prola? Zbożowej będzie można pić do woli.

Jeśli więc inflacją demolowany jest stan oszczędności to jak go przenieść?