Krótką serią – cykl niekonsumpcyjny

Pracownik niemający środków na zakupy nie jest konsumentem. Ponoć to wielka tragedia obrotu finansowego dla banków i ból de systemów fiskalnych opartych o przepływy. Po to pracownik nie ma środków aby nic nie kupił, ponieważ wytwarza coś czego wcale nie zamierzamy sprzedawać^^.

Niektórzy popukają się w czoło, inni podrapią po głowie zastanawiając o co chodzi, kilku ludzi stwierdzi że to oczywista oczywistość. No bo przecież po to są cykle gospodarcze i celowo wzbudzane kryzysy – wytwarzamy nimi aparaty (organizacyjne, prawne, polityczne, społeczne, infrastrukturalne, produkcyjne, transportowe, militarne) których nie będzie się sprzedawać, więc nie ma sensu drukować prolom żetonów żeby się udali do sklepów po jaką konsumpcję. Powstaje wtedy luka pomiędzy ich wytwórczością, a konsumpcją – jest to przeciwkonsumpcyjny moment gospodarki. W komunie objawiał się on wzrostem cen i awanturami, w kapitalizmie niszczeniem kapitału nieadekwatnego (do potrzeb jakie powstały w rezultacie konsolidacji), a w niewolnictwie sprawa jest dość prosta – na galerze po pół roku się umiera, a w obozie pracy po trzech miesiącach trzeba delikwenta wypuścić żeby się trochę odpasł na wolności bo umrze.

Budujemy wiadomo komu ten kapitałowy środek produkcji – burżujcowi kapitaliście, i łun prolom źle płaci, a na środku będzie się bogacił. Trzeba więc to tak zorganizować, aby działy i wydziały nie były w stanie durniom wyjaśnić gdzie się środki podziały. Bo przecież środki finansowe idą czerwonym storno dopiero na końcu, najpierw znikają gdzieś stal, węgiel, prąd, roboczogodziny proli & maszyn. Kiedy już dochodzimy do czerwonego storno i zbierają się komisje aby to i owo zbadać, a nawet kogoś za ucho wytarmosić i przesłuchać, to drakkar z aparatem dawno już pożeglował i gdzieś, komuś wytwarza dobrobyt. Niekoniecznie wcale daleko – przecież ktoś w tych komisjach, które nigdy do niczego sensownego nie dochodzą zasiada.

Po to są działy i wydziały, aby się gamonie nie dowiedziały – na podstawie zgromadzonych dokumentów stwierdza się że nic nikomu nie zginęło, bo ta pani w futrze weszła i w futrze wyszła. Jesteśmy już w gospodarce gdzie występują woorking poor, czyli objaw tego że praca nic nie zapewnia – przynajmniej pracującemu – a nawet pierwsze objawy biednych przedsiębiorców, którzy pobudowali infrastrukturę drogową państwu na jego rozkaz i mają z tego tytułu długi. Ten objaw mamy wyłącznie z przyzwyczajenia, niebawem się to zmieni – zjawisko nie będzie jedynie symptomatycznie występować, będzie powszechne jak w demoludach. I nie dlatego żeby miało nam czego braknąć, po prostu nasze oczekiwania nie będą spełniane, a co najśmieszniejsze – przez nas samych decydujących o tym co wytwarzamy dobierając sobie pracodawcę/klienta. Silnik do motorówki pan chce kupić, a w fabryce wioseł pracuje – to musi kosztować taki silnik^^.

Są na świecie ludzie, którzy tłuką sobie kamienie na budowę własnych domów ponieważ tłuczone są dla nich tak drogie, że opłaca im się to zrobić samemu.

Oduczenie się robienia wszystkiego samodzielnie zajęło mi bardzo dużo czasu i nie zakończyło się sukcesem – homo habilis wychodzi z pravusa w obecności narzędzi. Bo przecież dużo łatwiej wykazać się przebiegłością nad martwą naturą niźli intelektualnymi przewagami nad pozostałymi homo sapkami, które dopiero w dużej grupie głupieją na tyle, aby wspólnie i w porozumieniu zatyrać się do wymarcia na potrzeby władzuchny. Jeszcze nie tak dawno na obszarze Niedorzecza wszystko trzeba było sobie samodzielnie wystrugać. Powszechnie w domach występowały maszyny do szycia, a bibuła dla samic zawierała wykroje, gdyż materiał na ciuchy jakoś tam jeszcze kupić się dało, ale przetworzeniem tego na odzież samica musiała się zająć samodzielnie – dziś to zjawisko równie egzotyczne jak dla UK tubylców samodzielne przygotowywanie posiłku w domu. Nie wspomnę już, że programy na komputerach też trzeba było pisać samodzielnie, gdyż przed pojawieniem się BASIC’a Microsoftu dystrybucja była dość karkołomna a składnia maszynowa – BASIC zmienił to na tyle że przysłany faxem program małpa mogła od biedy przepisać na lokalne urządzenie gdzie systemem operacyjnym było środowisko programowania (ówczesne języki miały składnię bliską matematyką ujawniającą się choćby w JEAN). Dziś jednak nie potrafimy zorganizować budowy mieszkań bez udziału banków – prosząc lisa o hodowlę kur. I zapewne nie znajdziecie ani jednego rozwiązania jakiegokolwiek problemu związane z narracją że “trzeba na to więcej pieniędzy”. Tak jakby bez tej decyzji administracyjnej “o wytworzeniu środka płatniczego” nie dało się dokonać redystrybucji.

Administrowanie dobrami & sługami jest możliwe wyłącznie w sytuacji pożądania tych dóbr oraz kornych wykonawców. Wytwarzanie assetów kończy się zaś w momencie, kiedy wytwórcy przestają tych abstraktów potrzebować, nie mogąc nimi nic zrealizować. Wtedy błyskawicznie przechodzimy do gospodarowania nakazowego i akumulacji wszelkiego dobra (pod które można wytworzyć znowu wiarygodne assety oparte na kolumnie “ma”, a nie “będzie miał” – bo jak wiadomo w księgowości mamy kolumny “miał”, “ma”, “winien”, “będzie winien”, gdzie pierwsza opisuje to co Żydzi chcieliby przepisać do trzeciej, a czwarta to ta, w którą doktor Mentzen chciałby wpisać emerytury tak aby w trzeciej nie było za dużo). Problemy w takiej gospodarce nie sprowadzają się do abstraktu pieniędzy, a do takich prozaicznych spraw jak surowce, maszyny i prole.

Jeśli na rynku zaczyna brakować pracownika to jest pierwszy objaw że zabraknie surowców – nie żeby władzuchnie, ale programiści już teraz zarabiają tak dobrze że trzeba im campusy organizować i wszystko zmierza do łóżek piętrowych jak w porządnym łagrze. Programista to taki pracownik niekonsumujący – ceny najmu w miejscach gdzie się ich komasuje są astronomiczne, jednak porównując ich zarobki netto (a ignorując koszty życia w lokacji) wydają się krezusami i cały czas wmawia im się “jesteś zwycięzcą”. To co różni pozycję gospodarki kredytowej “będzie miał” od stanu magazynowego gospodarki nakazowej “ma” to ryzyko, iż towar przetrzymywany poza zdolnością urzędu do konfiskaty do zamawiającego nie dotrze. W gospodarce nakazowej ryzyko to dąży do zera, a w kredytowej do nieskończoności – to oczywiście smutny żart, skrócony do puenty takiej, iż w gospodarce nakazowej ostatecznie dobra “nie ma i nie będzie”, a w kredytowej rosnący czas oczekiwania na wykonanie zamówienia sprowadza czas oczekiwania na mieszkanie do nieskończoności (lub nieskończonego czasu spłacania kredytu o ile się go uzyska). W obu przypadkach dążymy od sytuacji jedynkowej “dobro jest” w obu kierunkach na raz – nie dość że będzie później, to jeszcze być może wcale.

Co w obu wypadkach oznacza że nie skonsumujemy tego co chcemy wtedy kiedy chcemy, a że oba wypadki następują synkretycznie to oznacza że czeka nas nic i nigdy. Bo na słynne pytanie @gruby‘ego kiedy znowu samochody będą jeździły pięć milionów kilometrów do remontu silnika odpowiedź jest jasna – w przyszłości, która jest w równej odległości od przeszłości w której były – jako że oddalamy się od tej przeszłości, to i przyszłość też coraz odleglejszą się rysuje, a ilość pojazdów z przeszłości cały czas dąży do zera z niezachwianą konsekwencją.

Przełamanie tego jest dość oczywiste – co jakiś czas wielkiej liczbie ludzi się ulewa i zaczynają sami sobie strugać wszystkie potrzebne rzeczy w systemie jedynkowym “ma” – czyli z zerowym ryzykiem że jednak nie ma w danym czasie. Będziemy więc mieli awersję do ryzyka, i nie konsumpcja, a oszczędności będą budowały wyniki. Konsumpcją za kilka lat stanie usypywanie dóbr na hałdy w postaci oszczędności tak, aby istniało złudzenie możliwości wydania assetów na coś co “jest”. Realizowanie przyziemnych potrzeb będzie jednak możliwe tylko i wyłącznie poza tym “oszczędzaniem”, więc trzeba będzie czasem coś z hałdy podebrać i przerobić na coś czego potrzebujemy, a to rysuje przed nami ponownie wspaniałą gospodarkę sharing economy kiedy znowu wszystko będzie wspólne do momentu wykluczenia z sielskiej wspólności krnąbrnych roszczeniowców, którzy by chcieli z tego wszystkiego korzystać tak, jak próbowali robotnicy w rajskim ustroju dla robotników.

Być może nie trzeba będzie samodzielnie piec chleba, szyć ubrań czy pisać oprogramowania ponieważ te sprawy mamy już dość dobrze ustrukturyzowane, ale wykluczenie banków z produkcji mieszkań, a księgowych z produkcji samochodów może zaprowadzić nas błyskawicznie w te rejony garażu, gdzie z powodu eksportu pracy do Azji zaległ kurz. Bo czy potrafimy jeszcze produkować silniki elektryczne? A szczoteczki do zębów? Baterie? O tak prozaiczne przedmioty pierwszej potrzeby jak smartfony nie ma nawet sensu pytać w kraju eksportującym elektronikę na zwrotach waty^^.

Zadajcie sobie to pytanie serio – co na rynku możecie substytuować i jak niskie muszą być zarobki do cen produktów aby pod takim przymusem się to opłacało, tak jak opłaciło się Azjatom? Bo do takich zarobków zmierzamy w przeliczeniu na ceny mieszkań i początku emerytury. Odpowiedzią na pytanie kiedy jest przecięcie się tych krzywych – właśnie wtedy.