Baśnie i mity o zmienności

Modny od lat 90tych trading związany z giełdami wynika z politycznego rozwiązania problemu braku zmienności rynków lat siedemdziesiątych. Rozwój gospodarczy w ramach politycznego konsensusu w latach siedemdziesiątych doszedł do ściany. To był świat dziś niewyobrażalny – gospodarka kredytowa nie istniała, a kredyt był marginesem przedsiębiorczości powiązanym z pieniądzem suwerennym i gwarancjami podmiotów politycznych, zaś kredyt gospodarczy/gospodarski był wysoce ryzykowną działalnością na materialnym zabezpieczeniu względem jego produktywności na potrzeby kontraktowanych dostaw. W gospodarce dominowała inna klasa średnia niż ta dzisiejsza – właściciele kilkuosobowych firemek usługowych i produkcyjnych – nie lewnicy, biurokraci czy inni “mój mąż z zawodu jest dyrektorem”. Krajobraz gospodarczy był dość płaski (“Konsekwencje rzeczywiste przesunięć wykresu w prawo” firmy rozmiaru F3 i F4) a jakakolwiek firma większa niż F5 wynikała z naturalnego monopolu, konieczności wysiłku zbrojnego i nieubłaganej geografii. Mam świadomóść, że w naszych legendach o dobrych czasach które już były, lata siedemdziesiąte to proli raj – Buick Skylark, tania benzyna, oszczędności w złocie, a dla Niedorzecza z poślizgiem konsolidacja pod ciężkim butem Partii i Gierek.

Bo ten model gospodarczy doszedł do ściany, gromadził dobra, ale ich nie przetwarzał dalej właśnie z powodu rozdrobnienia. A rozdrobnienie było decyzją polityczną – “tak się umówiliśmy”, że komasujemy zasoby po wojnie i nie przetwarzamy w nic dużego bo trzeba uzupełnić prozaiczne potrzeby – ręczniki, koła, zębatki, silniki, buty, zeszyty, rowery. W czasie wojny każdy kawałek metalu był konsolidowany do huty – Niemcy w Polsce pokradli wszystkie płoty i narzędzia, a Anglicy do dziś chlubią się swoimi poobcinanymi na potrzeby zbrojeniowe. Jeśli więc z niemieckiego sklepu zabieracie bez płacenia narzędzia to są one w zamian za te, które Niemiec zabrał prapradziadkowi – a z odsetkami oczywiście wychodzi tego cała ciężarówka – konsekwencje wojny Niemcy będą ponosić tak długo, aż nie stanie Niemców. Ale ten stan rozdrobnienia był utrzymywany decyzją polityczną – nie wolno było konsolidować branż poprzez wykupienie konkurencji, monopole, duopole czy oligpole miały wyłącznie charakter naturalny, nie mogliście sobie tak po prostu kupić na konto Waszej spółki akcji spółki z nią konkurującej, a dominacja wolumenowa przy braku naturalnej podstawy monopolistycznej (powiedzmy, że jakością) była niemożliwa ze względu na koszt utrzymania ładu korporacyjnego (to nie są tanie sprawy) i dlatego rynek powstrzymywano regulacjami od konsolidacji. Tworzyło to śmieszne sytuacje kapitałowe, kiedy firma produkująca mydło nie mogła kupić konkurenta od mydła, więc z nadwyżek wchodziła w usługi transportowe, produkcję rolną, studia filmowe – zarządzanie tym było bardzo niesprawne, a gospodarka traciła efektywność, powstawały olbrzymie nawisy magazynowe kręcące ceny środków tezauryzacji takich jak dziś rozumiane PM, choć wtedy struktura rynku zawierała jeszcze akcje i obligacje jako równowartościowe środki. Gdzieś w okolicach roku siedemdziesiątego ta gospodarka doszła do ściany z braku zdolności do spiętrzania i dystrybuowania mocy korelującej, gdyż wytworzyła znakomite kadry zarządzające, które nie miały czym zarządzać. Do tego rynek wymagał wprowadzenia ozczędności przez standaryzację, konsolidację, strukturyzację w ładzie korporacyjnym i pozamiatanie tego rynku, aby było z czego startować. To co dziś możecie uważać za wypaczenie rynku było wtedy deficytowe i zboczenia miały inny charakter: dóbr zbyt wysokiej jakości względem Wam potrzebnej i cenę wyższą niż mogliście zapłacić. Małe firemki i ich rzemieślnicy dumni ze swojego mistrzostwa w fachu nazbyt spuszczali się nad dziełem. Więcej niż klient oczekiwał, ale na rynku podażowym wstyd byłoby wystawić co gorszego, a z braku kredytu tej perfekcji nie dało się opłacić. Dziwny świat, dla ludzi mających dziś po dwadzieścia lat jakaś obca, nieznana planeta.

Na początku lat siedemdziesiątych już wszyscy byli dość obrośnięci w tłuszcz i padła decyzja o zdejmowaniu ograniczników, deregulacji i konsolidowaniu tego bałaganu. Oczywiście komuchy mając wysoką zdolność do przekierowania gospodarki zrobiły to pierwsze, tyle że tam kadry nie były z małych przedsiębiorców a z żydokomuszych bezpieczniaków o biznesie niemających pojęcia i o ile w małych przedsiębiorstwach państwowych gospodarki nakazowej ich błędy dawało się jakoś załatać nakładem pracy, o tyle debilizmy jakich dopuszczali się po mianowaniu na dyrektorów rosnących na rozkaz fabryk, kombinatów i zjednoczeń branżowych miały skalę biblijną i kapitalizm państwowy o charakterze etatystycznym dla bezpieki cywilnej & wojskowej zaczął przegrywać na własnym, przechylonym boisku z badylarzami. Na zapadzie zaś badylarzy rozniosło korpo.

Warto przypomnieć jak to zrobiło, dlaczego i po co taka zmiana, co z tego uzyskaliśmy. Bo 50 lat temu mieszkaliśmy na innej planecie. Same zmiany nie zaczęły się w latach siedemdziesiątych – ludzi przytomnych & przewidujących wszak nie brakowało i wcześniej. Pierwszym wentylem dla nadprodukcji tego modelu amerykańskiego snu “spółdzielnie + firmy rodzinne pod hasłem MiŚie są piękne” ukoronowanego prawem do koszenia własnego trawnika równie zielonego jak trawnik sąsiada było spuszczenie tej nadprodukcji na zrujnowaną wojną Europę. Te mikrofirmy produkowały konie, silniki, maszyny, narzędzia. Zapewne większość z Was nie posiada eko-konia jako hedge na ceny paliw bo praca jest droga, a koń wciąga roboczogodzinę jak reksio szynkę? To wszystko było potrzebne aby Europa podniosła się z wesołego oberka, w którym zginęło 3% populacji planety – czyli nie jakoś tak strasznie przez ponad sześć lat zmagań, z tym że gdzieniegdzie straty przekroczyły 50% tubylców i do dziś się pozbierać nie można. Europa jednak nie miała mikroprzedsiębiorstw, za to silnie zmilitaryzowane społeczności havenotsów utryzmywane od dekad w reżimie wojennego socjalizmu (od dwóch wojen była reglamentacja, prawie nie było ludzi pamiętających jakąkolwiek gospodarkę niewojenną – niesocjalistyczną, kiedy to państwo etatyzmem stara się substytuować zdemolowaną sieć społeczną udając dzieci utrzymujące starych rodziców i odwrotnie zależnie od braków w tejże sieci. Działania wojenne przeciw cywilom mają taki skutek, że wyrywają dziury w tej sieci i substytucja socjalizmem oraz kultem miłosierdzia pozwala jakoś z tego wyjść, ale praktyka utrzymania władzy sugeruje w tym absurdzie pozostać, tak aby dzieci nie miały rodziców (demontaż władzy rodzicielskiej), a rodzice dzieci (emerytury). Takie społeczeństwa łatwo było zrekonsolidować w duże przedsiębiorstwa już w latach pięćdziesiątych i reeksportować towary o wysokiej złożoności oraz produkowane masowo tanią siłą roboczą. Oczywiście dziś nie wyobrażacie sobie Niemców, Francuzów czy Japończyków jako taniej siły roboczej, ale tak to wyglądało wtedy, zaś produkty wysokiej złożoności wymagają złożonych aparatów zaopatrzenia, planowania i produkcji – czeboli. Zmilitaryzowane społeczeństwo takie firmy powyżej F5 wytwarza błyskawicznie kosztem biologicznym (ogranicza swoje potrzeby i wymiera) – MiŚie do tego nie były zdolne. W USA jedynymi molochami były firmy przemysłowe starej daty, wydobywcze (monopole naturalne) i różne przypadkowe konsolidacje syntetyczne (linie lotnicze, niektóre ubezpieczalnie, banki, linie kolejowe, porty – wszystko umocowane politycznie), a że nie wolno było się integrować gospodarczo wykupem akcji to przeniesiono rozgrywkę na pole polityczne, aby kaganiec zdemontować. Jeśli nie znacie takich szczególików historii hegemońskiej demokracji, to kiedy kopalnie, huty i przemysł chcą coś wylobbować w polityce w raju wolności gdzie zakazana jest działalność związków zawodowych (LMRA z 1947 roku), to awantura kończy się próbą wprowadzenia wojska do przemysłu przez socjalistę Trumana zaraz po spacyfikowaniu (dymisji po wpakowaniu w głupie rozkazy) generała McArthura, który w myśl ówczesnych przemysłowców jankeskich miał otworzyć drogę na Pekin, bo jankeska armia była pod Pekinem już w odległości jak z Warszawy do Krakowa. No i widziano generała jako prezydenta, przemysłowcom już przed wojną podobała się koncepcja militarystyczno-przemysłowa, jakiej reminescencje widzimy u obecnego POTUSa. Podniesiono jednak podatki i rozdmuchano socjal, żeby przeciążyć budżet na stronę spacyfikowanego socjalizmu. Ale że trzeba było to wszystko wziąć za mordę, a w kraju już lęgł się feudalizm objawiający się mafiami – skoro nie wolno konsolidować majątku formalnie branżami to można nieformalnie układami zabezpieczonymi silnym stresorem, to poluzowano sektorowi finansowemu (prowadzonemu przez socjalistów) i pod koniec lat sześćdziesiątych skraszowano Wall Street zapakowane w transfery i wierzytelności w przemyśle ciężkim, wydobyciu i produkcji. W ten sposób spacyfikowano industrialistów-militarystów (przed wojną mieli zapędy na podobny romans przemysłu z państwem jak w Reichu – nie znajdziecie rozgraniczeń pomiędzy komuchami a kapitalistami po liniach politycznych, ani redystrybucji ponieważ komuchy nigdy nie wprowadziły uspołecznienia produkcji w formie spółdzielczej, a kapitaliści owszem, za to komuchy zintegrowały etatyzm w ramach kapitalizmu państwowego, a przemysłowcy wskazali na zaletę konkurencyjności wynikłej z tego, że robią odwrotnie). W momencie kiedy docieramy do lat siedemdziesiątych, Europa jest już skonsolidowana w czebole, ZSRR ma kapitalizm państwowy, Japonia produkuje japońską tandetę i rozbudowuje przemysł stalowy proporcjonalnie jak jeszcze kilka lat temu Chiny, tymczasem w USA do władzy dochodzą przedstawiciele nowej banksterski (“chicagowskiej”) ze zdemolowanym ekonomicznie przemysłem ciężkim oraz zamożną ludnością gospodarującą w reżimie spółdzielczym, firm rodzinnych i MiŚiów. Zmienność na dole tej gospodarki jest bliska zeru – dół zastygł i w zadowoleniu oczekuje, że będzie lepiej. Gospodarki amerykańskiej nie sposób do czekogolwiek zmusić – nie da się z niej wydusić zbrojeń i siły – przemysł ciężki wszak spacyfikowano, a MiŚie nie wojują poza terytorium pospolitego ruszenia – Gwardii Narodowej. Zgaduję że wyobrażenia o gospodarce amerykańskiej tego okresu są inne, ale to był ideał ideowych komuchów o spółdzielczości. Nie dało się tym nic zrobić, a już wcale rządzić.

Jeśli rzucimy okiem na kwestie księgowe ówczesnego okresu, to P/V rodzinnej firemki pozwalało jej na emisję udziałów, gdyż V składało się wyłącznie z hard asset. Niczego innego nie akceptowano w księgowości, takich dowcipów jak konto 020 “Wartości niematerialne i prawne” nie dopuszczano do bilansu – to sobie było niejako obok stanu materialnego. Zdolność kredytowa zarówno osób dysponuących tak rozumianym majątkiem jak i firm była na dzisiejsze czasy przeogromna i dziś wybijałaby dziurę w samym szczycie gwarancji Prime AAA. Wtedy też agencje ratingowe zaistniały przecież – wcześniej był wyłącznie Moody – tak mały był rynek finansowy i zapotrzebowanie na oceny (z powodu bałaganu jaki poluzowanie porównywalne do dzisiejszego doprowadziło na koniec lat 20tych XX wieku – wtedy też “wartości neimaterialne i prawne” były w bilansach, ale rynek je skreślił na wykresach i giełda padła). Jakakolwiek obecnie istniejąca firma czy państwo w tamtych kategoriach księgowych miałaby jedną i tę samą kategorię: D jak kamieni kupa (choć zapewne alfabet łaciński jest zbyt krótki aby wyrazić nim głębokość zadłużenia). Ale to nie było pierwszy raz, gdy rozhulały się agencje ratingowe (lata czterdzieste dziewiętnastego wieku też miały swój urok) i wszystko przeliczono na zdolność kredytową, na tej podstawie wyemitowano papierek i wpuszczono go na rynek razem z kształconymi dopiero co specjalistami od fuzji firm. Jedną po drugiej zdejmowano regulacje ograniczające łączenie przedsiębiorstw (najpierw z banków, później pomiędzy typami banków) i stworzono te gargantuiczne byty jakie dziś widzimy na rynku. Korpo zmusiło badylarzy cenami w skonsolidowanych skupach (zmonopolizowanych i scentralizowanych) do klęknięcia, zrobienia zdradka i sprzedania ziemi. Tak samo zrobiono z MiŚiami, firmami rodzinnymi, stworzono sieci sklepów, fastfoodów, i zatrudniono byłych przedsiębiorców w charakterze proli dzieląc się miłosiernie ich wysokimi zarobkami z tanią siłą roboczą Azji, a później rozbitych w wojnie ekonomicznej demoludów. Azję po demoludach spacyfikowano finansowo raz jeszcze – tak na wszelki wypadek, bo dało się jeszcze wycisnąć wodę z tego kamienia.

Przyznam się czytelnikom że jeszcze w 1996 roku pisałem wielostronnicowe peany na cześć azjatyckich tygrysów – że to właśnie tak należy gospodarować. Dziś takie brednie jak ja ówcześnie piszą dzieciaki wierzące w Mateusza z Sowy pod Pluskwami.

Na otarcie łez dano spauperyzowanym przedsiębiorcom kredyty – tak socjalistyczna finansjera spacyfikowała socjalistyczny model podziału pracy. Gdyż etatyzm ma zalety – wyraźną drabinę dominacji, a takie nieskonsolidowane MiŚie – jak tym zarządzać, wszyscy tylko się bogacą i nie dają okraść ani do roboty zapędzić, robią tylko to co im potrzebne! Wymyślono więc metodę jak ich okraść – konsolidując kredytem wejście i wyjście towarów z ich firm, uprzednio pacyfikując ich dumę i zaplecze polityczne – armię & flotę. Wszak w jankeskiej navy, marwoju i piechocie nie służą pedały z LA czy rurkowcy z NY, a spauperyzowane rednecki środkowego zachodu. Mogą bohatersko ginąć zapeniając innym dostęp do pejszbuka – cudowne osiągnięcie socjalistów, którzy przejęli finanse i politykę. Józiowi McCarthy’emu komuszki się nie zwidywały – one tam cały czas były. Jeśli więc będzie polowanie na czarownice – staw się z widłami i przyłóż do tego swoją pochodnię^^

Wzmiankowane komuszki to oczywiście normalna plutokracja, która na bazie PoS wyważała z pozycji suwerennej pozostałych graczy i zajmowała przestrzeń. Przewaga jaką zdobyli nad twardogłowym przemysłem o charakterze merkantylistycznym osadzonym u zarania Kongresu Kontynentalnego. z którego stworzyli państwo (w czasach gdy zmazywano z mapy Rzeczpospolitą, czyli z punktu widzenia produkcji przemysłowej “w głębokiej starożytności, czasach niemalże mitycznych”) miała napęd ideologiczny. Rozwiązanie holenderskie (model wolnego handlu Sint Eustatius przed upadkiem VOC) proponowane przez banksterską plutokrację skuteczniej grabi w krótkim czasie i konsoliduje kontrolę na rynku podażowym tworząc popytowy (wróżka podażo-popytuszka ma wadę w funkcji czasu). A wcześniejszy etap ekspansji podażowej kończył się dokładnie w 1611, kiedy to monety gasnącego imperium portugalskiego zostały wyparte hiszpańskimi, a hiszpańskie działa pod Moskwą przywracały dywidendy Kompanii wedle udziałów podpartych monetą nowego inwestora strategicznego. Grzecznie nazwijmy (żeby było czego doszukiwać się w źródłach) to rozwiązanie z wolnym handlem liberalizmem i będą wtedy polemiki historyczne z merkantylizmem łatwe do odnalezienia – goldbugi lęk wtedy zdejmiem że goldbudzyzm (godlbuddyzm – bulionizm) już był^^. Aby skrócić kwestię “czym się różni wróbelek“, kolejne przemiany pozoru ideologicznego mają na celu polityczne uporządkowanie konsumpcji nadwyżki (aby nie trawić jej na próżną walkę o pokój z kuchnią), a wniosek z całego tekstu o mempleksach przdsiębiorczości będzie taki, że ten ma (władzę, dobra, potomków) kto właściwie zidentyfikuje gdzie i skąd będzie wydobywana ta nadwyżka w dużym wolumenie i wysokiej koncentracji. Przemysłowcy dlatego przegrali po drugiej wojnie z banksterką (a przecież wcześniej wygrywali – całe państwo zbudowali, co dwie wojny wygrało przewagą produkcyjną – podażową), że zidentyfikowali obszar dochodu (zwarte państwo z koloniami na izolowanych przepływach wewnętrznych – wojny Bushów są dobrym przykładem jak się to robi), który okazał się mniejszy od tego jaki zidentyfikowały komuszki (inflacja obszaru popytowego i wyzyskanie wyspowe przyrostu wymiany na wolnym handlu). W takim układzie zbrojne rednecki w systemie finansowym musiały stanąć na świecy, aby wolnego handlu pilnować, tak żeby boisko było nachylone pilnującym na złość. I tak mieli szczęście bo mogli trafić do UK na zmywak. Konsekwencją jednego jak i drugiego modelu jest wyczerpanie różnicy potencjałów tej nadwyżki i przestaje ona sama wpadać na talerz – wtedy trzeba inaczej nachylić boisko. I nie stracić władzy. Przypomnę, że komuszyzm u samego jego zbrojnego zarania propagowali przemysłowcy-podażowcy, bo to dla nich był interes w dostawach, w rozbudowie kompleksu przemysłowego, w tanim i kwalifikowanym prolu dostarczonym przez zmilitaryzowaną szkołę etc. Gdy gospodarka podażowa dominuje to banksterka stoi na świecy i grzecznie nosi słoiki z miodem. Polecam prześledzić sobie historyczny przebieg tych zmian rozwiązań (ssiemy w ramach siebie / pozwalamy innym ssać się samemu) – bardzo wiele organizmów politycznych potrafiło grać tylko jedną stronę i marniało przy zmianie paradygmatu. USA było pierwszym wynalazkiem gdzie udało się zagrać na zmianę oba rozwiązania bez zwyczajowego ścinania głów pomiędzy roszadą. Chiny są udoskonaloną wersją początków USA – wewnętrzny liberalizm z zewnętrznym merkantylizmem. Z zewnątrz widać zwarte i uzbrojone państwo wysokiej szczelności przepływów, wewnątrz imperium jest zaś pełna wolność gospodarcza i polityczny zamordyzm – dokładnie tak jak w USA w fazie ekspansji. Bo jeśli komuś się zdaje, że do polityki jankesów można się dostać z zewnątrz to proponuję prześledzić nazwiska stojące za aparatami wyborczymi – od początku bez zmian.

Zmienność polityczna – ideologie (mempleksy)

Zgaduję że czytelnicy doskonale zdają sobie sprawę, że próba utrzymania władzy w błędnym paradygmacie przenosi zmienności gospodarcze na polityczne (a nawet zbrojne) i dlatego istotnym jest aby uzyskiwać konsensus wewnątrz organizmu politycznego w ramach wpływów (politcznych) proporcjonalnych do nakładów na dany ustrój. Czyli zwyczajne kupowanie stanowisk od państwa (nie od urzędników) poprzez dorzucanie mu usług na własny koszt. Tak funkcjonują państwa w początkach swojego istnienia. Wnosisz dywizję – możesz być generałem, a jeśli nie prowadzimy wojny to bez łupów więc biednym = błędna alokacja w dywizję, cała nie zniknie, ale obdarta będzie i zdemoralizowana. Te zmienności dominuących potrzeb gospodarczych u decydentów dysponujących dystrybucją tych właśnie pożądanych środków sprawiają, że władza musi grać z trendem albo traci wpływy, a trend można przewidzieć, ale jego wyznaczanie wymaga dominującej pozycji po obu stronach i ze sposobu w jaki działa rynek wiemy, że ta pozycja zostanie oskalpowana na innych interwałach niż władza grywa (kadencyjność wynikająca z metabolizmu – trudno utrzymać pozory homeostazy w obecności stresorów przez dłuższy okres). Oczywiście ktoś z tego skalpowania ma korzyści i to właśnie może być jakaś część aparatu władzy (pomijalne), aparatu redystrybucji (administracji w tym przedsiębiorców), dystrybucji pracy (pchnij & pociągnij – nakazy & zachęty), zbrojnego (zdarza się przy wysokiej mobilizacji społecznej pod wpływem stresora) ale ze względu na złożoność takiej operacji zawsze w tym bierze udział korelator, a ten siedzi w ideologii (w tym kultach religijnych dla mas) i we wszystkich dochodowych elementach każdej struktury gdzie można koncentrować kontrolę. Ideologia ma tę zaletę, że pozwala grać wbrew trendowi na koszt populacji dlatego opis rozgrywki pomiędzy przemysłem gospdoarki podażowej, a banksterką gospodarki popytowej poprowadziłem po linii pozyskiwania udziałów politycznych – kontroli nad owocami populacji. Różnica w percepcji publiki odnośnie obu rozwiązań jest taka, że bohaterowie gospodarki podażowej giną na frontach, w fabrykach, hutach i kopalnaich, a popytowej wieszają się po akumulacji zobowiązań, degenerują używkami i wymierają na niskiej dzietności. Wcześniejsze rozwiązania różnych kultur izolowanych miały takie same rezultaty przy takich samych dynamikach stosowania rozwiązań politycznych, społecznych, gospodarczych, zbrojnych i ideologicznych, mimo zupełnie obcej od naszej kultury (Japonia).

Mempleks gospodarki popytowej czytelnicy znają – zadłużaj się, konsumuj, jutro odsetki będą niższe. Jest to przytomne po przejściu z gospodarki podażowej, ponieważ pozwala skonsolidować osiągnięcia i wreszcie się powymieniać rezultatami, ale po półwieczu wszystko jest już powymieniane i gospdoarka brnie w absurd podaży pod konsumpcję przy wygaszonym popycie. Jedynym sposobem wzbudzenia głodu jest przejście do gospodarki podażowej i produkcji zasobów podstawowych. Oczywiście nikt nie ma złudzeń, że trzeba będzie zmienić dominującą ideologię przekonstruowując mempleks, tak by znowu zawierał kult pracy, wyrzeczenia i oszczędności dzięki czemu usypiemy nowe góry zasobów przyniesione na plecach wiernych. Jednym z takich rozwiązań ideologicznych bardzo skutecznie do tego motywujących jest socjalizm w wersji dla mas – czyli że bogatych już nie ma, wszystko jest wspólne (sharing economy) i wszystkim będzie równie źle. Oczywista oczywistość, że będzie za tym stał jakiś korelator (a nawet całe ich mnóstwo), ponieważ produktywna praca generująca nadwyżki zasobów jaką potrafi sobie samodzielnie w ramach przeciętnie posiadanej grupy znajomych & najbliższych ogarnąć mediana homo sapków to ekstensywne rolnictwo, górnictwo biedaszybowe & odkrywkowe, łowiectwo, zbieractwo, hodowla ekstensywna, połowy, wyrąb, tartak i ciesielstwo. Coś tak złożonego jak handel, transport, wydobycie głębinowe czy jakikolwiek przemysł wymaga zorganziowania w strukturach jakich mediana nie wytwarza. Takie struktury niekorporacyjne jakie mieliśmy to spółdzielnie (z motywowanych częściowo zyskiem), wspólnoty monastyczne (motywowane religią), wspólnoty ideologiczne (sekty polityczne, wspólnoty hipisów). Wszystkie one funkcjonują wyłącznie przy podaży młodych ludzi – egzodynamików gotowych dokładać swoją pracę w zamian za pozory owoców pracy (bajki motywacyjne). I to jest właśnie to, co korelator skalpuje – rożnicę pomiędzy trendem rzeczywistym (potrzebami które muszą być spełnione), a tymi jakie są realizowane niezbornie względem tej potrzeby i to tam w rzeczywistych przepływach siedzi bardzo wysoka zmienność, a co za tym idzie bardzo wysoki zysk jak i gigantyczny potencjał dla strat. Jeśli jednak przebudowujemy mempleks to wiemy, że trzeba będzie dokonać przecen – kto zacznie pierwszy i przestrzeli straci, kto się spóźni zostanie ogolony.

Powszechny wśród młodzieży mit wynika z propagandy i blichtru jej przydanego przez produkcje dla masowego odbiorcy. Często ta propaganda jest całkowicie sprzeczna z obserwowaną wokół rzeczywistością sieci społecznych. Warto stawiać sobie pytania, czy to co widzę na obrazku ma pokrycie w liczbach. Tradycyjnie wyciągnę kwestię tego, czy w filmach występują bogaci handlarze narkotyków oraz bogaci zbójcy (gangsterzy) – w filmach owszem, i owszem są różne bajki o grupach przestępczych, ale jeśli rzucicie okiem na zawrotne kwoty o jakie tam chodzi to mogą one robić wrażenie na kasjerce ze Stonki, może na młodszym referencie w skarbówce, siędzim z prowincji, ale jeśli pójdziecie z tym do księgowego średniej czy dużej firmy to zdziwi go że menadżerowie marnują się w zarządzaniu gangiem. Zapewniam czytelników, że przestępcy z tych wszystkich znanych grup zajmujących się zbójowaniem ledwo wbili się do klasy średniej, a znamy ich ponieważ nie utrzymali tych pozycji w ciszy jaką lubią pieniądze. Jednak w mempleks gawiedzi taki obraz bogatego gangstera i handalrza używek jest wprowadzony. Jeśli chodzi o bogatego handlarza używek to właściciel Polmosu ma właściwość. Oczywiście grupy przestępcze istnieją, ale zajmują się jak wszystkie przedsiębiorstwa redukcją ryzyk i lewarowaniem zysku, więc nie siedzą tam gdzie bajki dla gawiedzi wskazują, a tam gdzie są długoterminowe zyski – na przykład przejmują grupy przemysłowo-polityczne (otoczenie Macierewicza – szajka młodych przedsiębiorców ogrywająca zieloną bezpiekę na jej własnej murawie), które są dość powszechne wszędzie gdzie występują fabryki w łańcuchach dostaw (bo na przykład lokalnych spoza długiego łańcucha nie ruszają bo tam siedzi sitwa lokalna – a nawet jak nie siedzi to przy próbie wzbudzenia natychmiast się ujawni). Mogę takich przykładów wymienić więcej, ale przjdźmy do kwestii tego z czym związane są te znane afery – z bankowością (Amber Gold był gotowy do przekształcenia w bank, a nawet upatrywano dla niego transgraniczne przejęcia – znaczy miał być przejęty na późniejszych etapach bo był bankiem depozytowym, a to łakomy kąsek), stocznie (nie tylko cegiełki, ale obecne szopki wokół terytorium Gryfitów), huty (zwroty), składy rolne (zsl), lasy (zsl), kopalnie (kruszywa dolnośląskie, legendarny kghm), gwarancje skarbu państwa (koloseum), obsługa zadłużenia. To tam wszędzie “rozpłynęło się” bardzo dużo cyferek i nie było przy tym żadnych wytatuowanych panów z łańcuchami na szyjach, ani ton używek.

Istotnym mitem jest również dochód pasywny (są nawet starsi przedsiębiorcy, co w tę bajkę wierzą wbrew faktom) porównywalny skalą z aktywnym, a dobrą reprezentacją tej bajki jest “trader” zawodowo grający na giełdzie, żeby było śmieszniej – własnym kapitałem. Źródłem tego mitu są ekonomiści funduszy, banków, dużych przedsiębiorstw z okresu kiedy giełda grała dłuższe interwały (zaraz to objaśnię), które z racji ilości nadwyżek i konieczności utryzmania płynności są zmusznone operować środkami płatniczymi w wyniku działania gospdoarki popytowej o wysokiej inflacji i gwałtownych zmiennościach. Te interwały w 1992 roku zmieniono – notowania GPW odbywały się nie tylko we wtorki, ale również w czwartki. Osobom grającym na dzisiejszych minutowych świeczkach walczącym o lepsze mi milisekundowym HFT proponuję sobie to wyobrazić – notowania raz w tygodniu. RAZ! I był jednolity kurs dnia (fixing). Duża część kupowała Po Kursie Dnia.
Polecam: Rocznik 1992 2118 – GPW

Zanim w 1996 WARSET wprowadził notowania ciągłe, to grano karnet pakietowo na notowaniu jednolitym. Więc 3/4 handlu ciągłego odbywało się w “darkpoolu” na telefon (wtedy jeszcze stacjonarny). Młodszi czytelnicy zapewne drapią się w głowę jak mógł działać sklep ze zmianą cen na półce raz w tygodniu i jakie tam musiało być kosmiczne skalpowanie – ale takie właśnie było i jeszcze długo się nie zmieniało, a sytuacja kiedy dolny limit shorta był wyższy od górnego limitu longa na otwarciu była z wtorku na wtorek normą. Nadmienię jeszcze że akcje wtedy silniej koncentrowały własność (było ich mniej), a konwersja czegokolwiek w takim papierze. Na początku w ’91 na GPW nawet nie było indeksu WIG20, bo wszystkich spółek było 5, a przez rok nazbierało się aż 9, dzienne obroty tej giełdy mieściły się w zakresie tego co nosicie w kieszeni a MarketCap to dzisiejsze zabezpieczenie najmniejszego brokera. W 2-3 lata wszystkie te firmy zwiększyły wyceny od kilku do kilkunastu razy. Z tych pięciu pierwszych firm, trzy zdjęto z notowań jak wbiły się wykresem w parkiet położony w piwnicy (ostatnio w styczniu 2019), jedną wykupili Szwedzi, jedną Duńczycy. W ’93 z pamięci można było pdoać wszystkie spółki z GPW i ich wyceny. To jak raport z innej planety. Ale NYSE zakończyło papierowe zlecenia w ’95 (rok przed GPW), więc to nie tylko tak, że w Demoludach było zapóźnienie – tak wygłądał wtedy świat, a ja jeszcze te papierowe zlecenia wypełniałem bo to była robota dla najmłodszego piszpana w rodzinnym biznesie. Prawdziwa kasa była w hurtowym obrocie towarowym. I nic się w tej kwestii nie zmieniło. Łatwo było być bohaterem kiedy nie walczyło się z komputerem. Dziś te same wyniki wymagają wyższych kapitałów i ryzk, oczywiście oba stopniowo rosły, ale doszliśmy do sytuacji, w której z zasady mamy ryzyka, a rynek posysa ulicę na dawców nie tylko przed krachem, ale cały czas aby w ogóle mieć co jeść i nie można tam grać bezpośrednio tak jak robią to duże misie, trzeba przez brokera i udziwnienia, a co za tym idzie opóźnienia. Pograjcie na jakimś małym rynku i poczujcie jak to jest kiedy ma się PoS na walorze.

Zmienność jest w gospodarce towarowej i produkcji, a nie w finansach.

Na giełdach mamy bezpieczniki na średniej kroczącej 7%-13%-20% (tc dla NYSE), a kaganiec na CME jest już na 5% w godzinowym interwale, a na securities 5 minutowe okno puszcza do 10% zmienności dla S&P, 50% dla penny i 30% dla pozostałych. W Japonii kryteria są uznaniowe, a zamrażarka notowań jest 10 minutowa, w Chinach (SSE i SZSE) przebicie 5% zawiesza na kwadrans, a 7% gasi światło do rana, ale triggerem jest zewnętrzne CSI300 (z powodu securities jakie gwarantują płynność tego rynku na zewnątrz). Jeśli jednak otworzycie sobie warzywniak czy inną fabrykę traktorów to żaden SEC i PPTeam Was nie poratuje. Nikt Wam nie podliczy ile macie w towarze, ile w sprzedaży, a ile w imperialnych planach prezesa. Nie sprzedacie za 70 centów dolara płacząc nad 30% stratą – z dolara nie zostanie Wam kamień na kamieniu i jeszcze długi do spłacenia kiedy noga powinie Wam się w MiŚiu. Oczywiście działa to w obie strony, bo przecież musi to zarabiać, ale ilość elementów do upilnowania jest na tyle szeroka, że zwrot wynika z płacących za to że Wam się udało, a ci co im się nie udało to są do kupienia w częściach. I dlatego stąpa się po tym bardzo ostrożnie rozkładając ryzyko na kogo się da, aby wszyscy mieli interes w ostrożności. Dlatego wierzę w moich proli i ich uprzytamniam kiedy mogę, bo to oni mi wyjawią kiedy będę zbyt zalewarowany – po prostu przestaną przyłazić do roboty stawiając cały kredyt pracy w wymagalność i sami wyregulują poziom dostaw dla zalewarowanych klientów prostym faktem, że na razie się nie robi tylko zasysa zobowiązania, a później się pomyśli jak się co podliczy. A dlatego w nich wierzę, że ja się mogę zanurzyć pod bilans znacznie głębiej niż oni i narobić szkód niewyobrażalnych tym deficytem, a oni mi po prostu nie dadzą kredytu pracy, co uniemożliwi mi dalsze podejmowanie zobowiązań. Nie mam lepszego wskaźnika niż moje własne prole rzucające we mnie pomidorami niezależnie od tego co tam klienci są mi gotowi naobiecywać. Bo przecież to żaden problem nadopisywać papieru i uzyskać ten kredyt kilkukrotnie wyższy, tyle że dostanę za ten kredyt odpowiednio gorszej jakości pracę od proli. Tak sobie zmajstrowałem audyt na mój credit score dla klientów, bo z doświadczenia wiem że stan rynku zbytnio wpływa na emocje i moje zachowania krótkoterminowe mogłyby być nazbyt zmienne, a tak mam ten problem z głowy. Jednak ta sztuczka działa wyłącznie na popytowym rynku opartym o dług. Klient mający zamówienia i dający swoim klientom terminy płatności zaopatruje się u swoich dostawców (w tym u mnie w moc roboczą i korelującą) na poczet dostaw bieżących i przyszłych płacąc z przeszłych wykonalności. Nie może zapłacić z niezrealizowanych zleceń bo nikt mu nie płaci zaliczek, ani na bieżąco (przemysł metalowy). To taki warzywniak gdzie klient wybrzydza na cenę kartofli, które zamówi u Was za miesiąc, za dwa odbierze, miesiąc ponarzeka i już pół roku od momentu kiedy zamówiliście kartofle z hurtowni dostaniecie za nie od klienta kasę. Co oczywiste, musicie znać trend i przewidzieć kurs pyry kwartał na przód, bo klient odeśle je z “reklamacją” i dopiero będzie wesoło. Musicie też przewidzieć płynność klienta za pół roku bo też może być śmiesznie, oraz musicie te pół roku przeżyć – i tak codziennie. Świeczki nie rysujecie na interwale minutowym kupione-sprzedane realizując do razu wynik. Rysujecie sobie codziennie nową świeczkę półroczną na dole kreśląc ryzyka, na górze obiecanki i wyjęcie czegokolwiek w czasie oznacza odejście od stolika i poskreślanie zamówień oraz (co oczywiste) płatności od wqr klientów, którzy nie zapłacą za takie fochy i co im zrobisz. Dlatego gospodarka jest stabilna – ongoing concern, bieżączka zawsze.

Dla graczy w świeczki objaśnię to obrazowo – kupujecie “coś”, będziecie do tego dokładać przez pół roku, codziennie dokupicie kolejne takie “coś” i musicie wyjść z umówioną ceną minus różne “wydarzyło się zmieniło”, w tym fluktuacje na walucie, inflacji, cenach dostaw, reklamacjach, transporcie, podatkach, dopłaceniu do transakcji z których była strata i władowaniu się z zyskami w kolejne, z których może co będzie. Wielu grających ma problem zostawić otwartą pozycję na weekend żeby móc się wyspać bo mogą stracić parenaście procent. Otwórzcie sobie kroczącą pozycję na pół roku gdzie strata może wynieść ponad 100% i tak codziennie przez lata, nie bardzo mogąc zmienić rynek, a wyjście kosztuje tyle co zamknięcie za zero pozycji 3-4 miesiące do tyłu (6m jak jest pożar na rynku) i 6m do przodu. Razem rok obrotów do kosza. No i wszyscy w tym czasie nawrzucają sobie od siakich i owakich, pogryzą się o kasę i odtworzenie łańcucha gdy rynek się uspokoi będzie wymagało brakującego zaufania, a przecież niektórzy będą mieli w pamięci stratę i będą chcieli swoje odkraść bez konwenansów. Dlatego budowa łańcuchów dostaw jest trudna, zaufanie płytkie jak portfel, a ładunek pod fotelem żeby się katapultować solidny. No i zmienności są olbrzymie. Półprocentowy brak kapitału przez kwartał może zatrzymać cały zegarek na tyle, że wymaga to dogadania się kto z zainteresowanych dołoży ile żeby ten zegarek chodził. To takie dowcipne pytanie do skarbówki & ubezpieczalni – umarzacie czy wywalamy łańcuch na trawę? Bo w takim ustroju fiskalnym na takiej zmienności jest oczywistym, że grać trzeba cudzym kapitałem i tak jak wspomniani bohaterowie tradingu z lat dziewięćdziesiątych (którzy grali reprezentując fundusze i banki, ryzyko leżało po stronie klientów instytucji) na lewarze, przy którym i tak nie ma znaczenia jak bardzo się przegrało, bo głęboko poniżej bilansu. Jest przy tym nieco stresu. Lewarujemy się więc dostawcami (a oni patrzą nam na ręce i terminowy cashflow), prolami, klientami (jak się który trafi) i zawsze budujemy boczne pozycje żeby w razie wyjścia mieć gdzie posadzić tyłek.
Z tej zmienności w rzeczywistej gospodarce realizowana jest właśnie giełda – wyceny tego ile trzeba dołożyć i jakie będą zwroty. Bo giełda po to właśnie jest – żeby firmie dołożyć kiedy rokuje, i oddać gdy nie rokuje komuś kto wie co z tym zrobić “no ale nie za tyle – taniej proszę te popsute grabki”. Poza rynkiem finansowym nie ma jednak żadnej “ostatniej instancji banku centralnego” i instytucjonalnych widełek dla zmienności, ten komu sprzedajesz musi na tym zarobić albo spodziewając się zysku, albo obdzierając Cię z wydatku jaki poniosłeś na zbywany kapitałowy środek produkcji czy produkt. I musisz sprzedać zanim popłyniesz na kosztach stałych i zobowiązaniach w wymagalności, a mimo sprzedaży też możesz na tym popłynąć. Trzeba więc rozłożyć odpowiednio te koszty i wymagalności tak aby jak najwięcej ludzi dołożyło jak najwięcej i było gotowych brać udział w stracie, a gdy są zyski… zawęzić grono beneficjentów^^ Bo czyż nie taki jest sens rynku? Nie dziwię się że społecznicy są wściekli i pomstują na prywaciorzy, ale alternatywa wyszła tak samo, tylko prócz kosztów nie było żadnych rezultatów, a jedyna korzyść dla udzielających kredytu proli było to, że można było sobie coś tymi kapitałowymi środkami produkcji zmajstrować na prywatne potrzeby.

@siwy83 postawił na IT21 kwestię:
2019-09-14 11:13
siwy83
Takie teoretyczne pytanie na firmie i obrotach X:)
Firma np obroty w granicach 60 tys miesięcznie. Dochód około 10-20 tys(zależy od miesiąca). Koszta utrzymania, towaru łatwo policzyć.
Teoretycznie jaka gotówkę warto mieć w buforze w razie jakiś zawirowań, utraty pracowników ,ale tez odnosząc się do dzisiejszej sytuacji w Polsce i na świecie. Firma bez kredytów oparta na kapitale własnym. Chodzi mi głównie o bezpieczeństwo w gotowce.

Czyli ile trzeba mieć w kieszeni dla firmy z obrotem 60k(pln)/m dającej prowadzącemu 15-30% w przypadku działaności handlowo-dłubanej (kit z okien, czyli nie energetyka, telekomunikacja i leki) bez jakiś tam szczegółów można odgadnąć że firma “nabija na kasę” 1,5k na kasę codziennie mając półtora etatu plus szef z narzutem na towar (albo koszcie usługi) 100% i kosztach na poziomie wyniku właściciela. Lewar takiej firmy u dostawców wynosi do 30k (zapewne koło 8k w rzeczywistości pozwala już funkcjonować), a u pracowników i urzędów 8-12k. Koszt miękkiego wyjścia to trzy miesiące przy spadku obrotów gdzie ostatni miesiąc jest prowadzony przy pustych półkach na jednym pracowniku, co daje łącznie jakieś 18k wyjścia na proletariat i urzędy, 30k na dostawców, 30k na właściciela przy wyniku na wyjściu 45k, czyli żeby zamknąć trzeba dołożyć trójkę i trzy miesiące pracy za darmo. A żeby rozkręcić na nowo trzeba wrzucić ca 105k i pozasuwać kwartał za darmo (a to już ponieśliśmy i wypada wyjąć aby mieć na kolejną razę) więc z grzeczności wobec samego siebie należy mieć na stole jakieś 170k żeby sobie przez te drzwi obrotowe łazić, co dla kogoś zarabiającego 10-20k/m oznacza przynajmniej trzyletnie, ostre oszczędzanie. I nie bardzo można się tu zalewarować klientem, bo to zapewne działalnóść na końcu łańcucha i nie bardzo jest jak straszyć rynek że się zamknie firmę więc muszą coś dołożyć. Najwyżej można tym poszturchać pracowników i władować ich na minę za 18k, a dostawców na 30k, a siebie na 60k. Co prawda sprowadza nas to wtedy do przyzwoitych, dwuletnich oszczędności aby pokryć rozkręcenie interesu, ale jak sami widzicie szef takiej firmy dołoży do tego, że straci i gdy inni będą się kłócić że tyyyyle im jest winien to z jego punktu widzenia on będzie w plecy jeszcze bardziej – ta perspektywa jest dla postronnych zazwyczaj niezrozumiała i to prywaciorz jest złodziej, a nie że gospodarka rynkowa ma taki lekki obyczaj. Dlatego prowadząc biznes należy wytworzyć jak największą sieć uwikłań w zobowiązania od skarbówki po banki i akcjonariuszy z prolami i dostawcami na czele, żeby dużo osób martwiło się tym, aby to wszystko hulało. No przykro mi, ale tak funkcjonują sieci społeczne – przez uwikłanie. Zauważcie że koszty utrzymania przy życiu tego biznesu są niższe niż koszty jego zamknięcia i to wielokrotnie, co powoduje że nierentowne interesy właściciele jako najbardziej uwikłani (co wykazałem powyżej) w stratę (i w utratę przyszłych dochodów) są zainteresowani aby je utrzymać, z czego wynika potrzeba zewnętrznego audytora odcinającego kredytowanie (ja mam proli, bo nie odetnie mnie ani bank, ani skarbówka – moje prole zgarniają ich pulę więc mają szansę zostać burżujcami i parać się wyzyskiem w przyszłości). Jest oczywiste, że jeśli prowadzę przedsiębiorstwo mające (strzelmy jakąś kwotę z mchu i paproci czysto hipotetyczną oczywiście) przychody na poziomie 6m/y to ja tych 6m nie mam – za to mam zobowiązań w wymagalnościach na 0.3m stale, spodziewanych na 0.5m i klienci mi mniej więcej tyle wiszą w każdym czasie więc stan przedsiębiorstwa jest właściwy dla stanu gospodarki i wynosi orientacyjnie zero, ale jakbym trzasnął drzwiami to pozostanie tylko minus bo klienci też się wypną. Oczywiście hipostaza (lud) wyobraża sobie że gdzieś tam w przedsiębiorstwach leżą palety z papierem i wyłącznie skąpe liczykrupy nie chcą tego wydać więc trzeba ich kijem szturchać, ale obawiam się że ten pogląd nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Owszem mam w majątku trwałym ileś tam, tylko że wycena tego mtm zależy nie od wartości przedmiotu tylko od płynności rynku. Na płynnym rynku nie ma powodu się sprzedać, na niepłynnym nie ma to ekonomicznego sensu choć teoretycznie odtwarzam ten majątek w kwartał, a w praktyce na zmiennóściach w zamówieniach w 6-12m (obecnie w 12m, ale jak jest bardzo dobra koniunktura to w 6m). Na rynku finansowym podwajanie swojego MarkCap w 12m raczej nie jest spotykane, a dla przedsiębiorstw to warunek funkcjonowania, tyle że się to ładnie zamiata pod dywany żeby nie było widać, no i czasem są odpisy, a nawet destrukcja łańcucha i wtedy wszystko znika.

Oczywista oczywistość, że nie mam proporcjonalnej kwoty aby taki interes rozkręcić, ani jej nie miałem gdy rozkręcałem, ani w żadnym czasie nie ułożyłem tyle na stole czy nawet w teoretycznej kapitalizacji majątku trwałego. Całe przedsiębiorstwo to suma uwikłań w obiecanki i otwiera się małe oblepiając wszystko pajęczyną takich zobowiązań przyłączając całe struktury funkcjonujące w tym modelu i scalając je w aparat przetwarzania dóbr w bardziej potrzebne. Dlatego przedsiębiorstwo zaczyna się od własnej pracy i odkłada na kupkę obok narzędzia, z tego tworzy się większe, i większe i nie wszystkim to wychodzi, więc wtedy jest okazja kupić cudze narzędzia i cudzą pracę taniej a sprzedać drożej, co pozwala awansować jakimś ułamkiem zdobywanej mocy do grupy wyzyskiwaczy. Choć do roboty trzeba ciągle chodzić, a jedyne pytanie pozostaje czy stać mnie aby w ogóle z niej wyjść?

Obawiam się, że pracować będziemy aż do śmierci i dlatego pozostaje obiecywać wszystkim raj wyśniony. To bardzo ciekawe, że nie stać nas na likwidację gospodarki nawet kiedy ona się nie opłaca, bo nikt nie chce być stratny jako pierwszy zanim inni nie zamkną i ich nie wykupi.

Lemingi jak widzą excela to stwierdzają że przy takich nakładach to się nie opłaca. No to pozostaje kwestia jaki musiałby być wynik żeby lemingi wzbudzić do uznania za dość godny ich aspiracji^^