Krótką serią – dzidą po zarobkach

Krótki tekst o tym dlaczego metodologia liczenia inflacji jest nieprzydatna ani dla biznesu, ani dla produkcji, ani dla dotkniętych nią proli, a jedynie dla liczących to żuczków bo za to mają do miski nasypane. Objaśniane wcześniej zjawisko dzidy na wielowymiarowym wykresie dystrybucji pracy i wykonania praw decydowania o zasobów skutkujących redystrybucją jest wynikiem zbiorowych zachowań politycznych, społecznych i ekonomicznych homo sapaczy. Opisuje ono z grubsza gdzie jest główny nurt gospodarczy i co za tym idzie – koncentracja wysiłku, mocy korelujących, nakładów materialnych i obiecanek. To tam na wykresie gromadzi nam się agregat populacji przytomnie kalkulujący wysiłek/rezultat co powoduje, że z punktu widzenia mających szersze możliwości i tak opłacalne jest zniżyć się do tak prostych zadań, a dla tych którzy niedomagają jest to jedyna zauważalna przepustka na powierzchnię. Powierzchnia to takie miejsce gdzie jest czym oddychać, a pod nią się tonie. Bez problemu podzielicie struktury polityczne, społeczne i gospodarcze na takie gdzie “gołąbki same wpadają do gąbki”, i chociaż utrzymanie tej pozycji nie jest proste bo trzeba się rozpychać łokciami między innymi równie chciwymi berła tego świata to zagrożenia egzystencjalne takie jak głód, chłód, deszcz i wilki człowiekowi tam nie zagrażają. W tej części struktury dominacji robienie za wycieraczkę czy podnóżka zapewnia status budzący zazdrość mediany. To tutaj rośnie value i rośnie growth, to tutaj uspołeczniane i prywatyzowane są zyski, to tutaj rosną zarobki i wpływy, to tutaj wiele rzeczy uchodzi na sucho i traktowanie przez aparat jest pobłażliwe, to tutaj krasnoludki dbają aby herbata i kawa były na stole kiedy chcesz się napić, a daktyle były odpowiednio soczyste. Co oczywiste w takim miejscu musisz dostarczać mocy korelującej organizując aparaty złożone z ludzi aby tę władzę nad ludźmi utrzymać, nikt przecież nie pyta durniów czym może im służyć – nie masz wyników to lecisz z drabiny. Ale jeśli ogarniasz kuwetę rozmiaru piaskownicy zasuwając 80h/w, z czego połowę za bezdurno, to w rok zarobisz tyle co prol przez życie, a zdarzy się że w dzień, zaś ci co mają za duży kawałek plaży sami zaoferują żeby Ci piaskownicy dołożyć.

Z drugiej strony dzidy jest nieco inaczej. Zarobki tam spadają, oszczędności to nieznana fanaberia, poczucie bezpieczeństwa wymaga wypicia dwóch dzbanów odwagi, a zestaw dolegliwości trapiących dwunoga wytwarza też inną strukturę bodźców uznawanych za przyjemności. Przyczyną dla której zajęta pozycja okazuje się być po niewłaściwej stronie dzidy (głównego nurtu ludzkiej działalności) i w niekorzystnej odległości wynika ze sztywności struktur w jakich funkcjonujemy. Działa to w obie strony i w obie boleśnie, bo osobnik postawiony na stanowisku którego przed innymi chętnymi nie jest w stanie obronić może nie mieć przestrzeni na degradację, i w takiej zero-jedynkowej sytuacji jego być albo nie być to – zdegenerowanie swojego obszaru struktury do poziomu jaki może obronić. Sztywność struktur, przyjęte na wielu płaszczyznach role jakich wymagają od nich powiązani z nami członkowie społeczności w których uczestniczymy, zarówno rodzinnie jak i politycznie, ekonomicznie, zbrojnie, sąsiedzko. Sztywność ta wynika z izotropowego rozkładu wieku, zasobów i doświadczeń uczestników, ich śmiałości i pewności siebie. Pierwsze co nam się nasunie to społeczeństwo starców pragnących zachować status quo i narzucających pozostałym, że coś tam i są za jakieś zasługi winni. Nikogo z obowiązanych przy tych zasługach w przytomności nie było więc i niezależnych świadków brakuje, a nawet bywają tacy, którzy nieco inaczej zapamiętali zdarzenia niż to geronty sugerują (ot na przykład pamiętają jak wyglądała “pierwsza praca” i w odwróconej sytuacji silny-słaby tęgim kijem dobrodziejom będą się wywdzięczać, przypominając im że 10 innych pod bramą na wyrównanie rachunków czeka). Społeczeństwo zdominowane przez młodych wcale nie jest lepsze – to dzieci są największym wrogiem chaosu, propagatorami zasad i porządku, bo to dzieci właśnie od porządku i wykonywania ról społecznych są zależne absolutnie, od egzystencji począwszy. Wychodzenie z infanctwa na tym właśnie polega, że człowiek poza porządkiem potrafi sobie poradzić i taki porządek własnym dzieciom stworzyć aby momentu wyjścia dotrwały, dlatego powszechną praktyką inicjacji w dorosłość w kulturach na całej planecie są wyprawy zbrojne na sąsiadów czy inne ubicie lwa – bez tego dostępu do samic nie ma, bo to przecież nie dla dzieci zagadnienia i nie na ich głowy obowiązki z tego wynikłe. Jeśli więc rozejrzycie się wkoło i najdzie Was podejrzenie że społeczeństwo w którym 30 latkowie mieszkają u mamusi, a 55 latkowie oczekują już pomocy bo nie potrafią sami porządku wobec siebie wytworzyć i być użyteczni dla innych na tyle aby i oni chcieli im czego użyczyć, to nawet jeśli ta sytuacja nie jest dominująca to dość powszechna aby wzbudzała.

Możemy sobie jeszcze dołożyć sztywność polityczną – na przykład takie urojenie że wyzyskiwacz ma jakieś zobowiązania wobec pracownika, jakieś brednie o okresie wypowiedzenia czy trybie zwolnień. Tak jakby banalna kwestia: ‘klient nie przyszedł = nie masz zajęcia’ wymagała jakiś regulacji (klienta może wyregulować? może jakiś bank centralny będzie od fotografów zdjęcia skupował skoro nikt za nie nie płaci? cegły z cegielni, horoskopy dla psów? po kiego nam właściwie jakiś klient skoro ponoć z samego faktu napracowaniasiem wynika godziwa zapłata, za którą inni mają realizować nam to co chcemy, mimo braku ekwiwalentu naszej realizacji ich zachcianek?). Od elastyczności tych struktur zależy dopasowanie człowieka do zadań takich jakie mu możliwie odpowiadają, są możliwie mało uciążliwe i możliwie produktywnie je wykonuje. Jeśli jest elastycznie z mieszkaniami gdzie jest interesujące człowieka zajęcie, jeśli są tam dostawy dóbr jakie chce nabywać i na jakie go stać, jeśli ma możliwość zmiany zajęcia jeśli mu nie pasuje, i jeśli można tego człowieka wymienić na innego. Bo przecież pracownika przed wyzyskiem chroni alternatywny wyzyskiwacz, wyzyskiwacza przed nieadekwatnością wyzyskiwanego alternatywni pracownicy i utrudnianie tego usztywnia struktury, w których ludzie za karę chodzą do roboty której nie chcą wykonywać, często nie umieją, nie interesuje ich ona, a wyjście z takiej umowy zajmuje dużo czasu więc i zawierać kolejnych po stronie wyzyskiwaczy (aby wiązać sobie sznur na szyję) nie ma komu bo na co komu kłopot? Przedsiębiorcy rozwiązują ten kłopot dzieląc moce robocze między siebie wybierając przekazanie nadmiaru zleceń konkurencji (z wzajemnością) zamiast zatrudniać więcej ludzi (nie mogąc ich później bez kłopotu zwolnić) i powstaje patologiczny wynajem pracowników (praca tymczasowa), gdzie w razie jakiegoś poważniejszego kłopot z pracownikami można zlikwidować przedsiębiorstwo, które i tak składa się z papieru. W przedsiębiorstwie które ma hale, maszyny, zamówienia w takie dyskusje kogo zwolnić wtrąca się Kapitan i związki zawodzące decydując za szefa kogo zwalniać (najpierw tymczasowych), w jakiej kolejności (LIFO) i co się komu należy. W rezultacie łatwiej jest przesunąć dzidę niż przemieścić się w takich sztywnych układach socjoekonomicznopolitycznych i dlatego likwidowane są obszarowo całe branże i fabryki. Generuje to ciekawą dynamikę deflacyjną na rynku maszyn i urządzeń, ale też bardzo silne impulsy boom-boost wynikającą właśnie z “zaklepywania sobie” praw zamiast dynamicznego renegocjowania każdej sprawy wedle zastanych realiów. A kwestię prędkości z jaką prol spychany jest z klifu w takim usztywnionym socjalizmie gdzie zmiatane są całe przedsiębiorstwa bo “taką mamy umowę społeczną” pomijamy, gdyż po stronie przedsiębiorców jest kapitalizm tak wilczy jakiego sobie w Niedorzeczu lewnicy prowadzący wyzysk na przetargach (eksploatujący MiŚie złośliwymi umowami) nie wyobrażają (dla przykładu odbiorca zmieni Ci cenę już odebranego towaru na opóźnionej o pół roku fakturze, bo od pół roku ma już taniej i zapłaci Ci cenę rynkową – idź do sądu i walcz o drożyznę powołując się na literalność “pacta sunt servanda” – sądy w tej kwestii są przytomne, bo waluta jest umowna i widać to tyle kosztuje, skoro tyle podmiotów tak długo realizuje dostawy – proszę się dostosować, a i w drugą stronę też to działa – są wyższe koszty i klient/inwestor musi je ponosić, a pozostaje się jedynie dogadać o proporcji podziału tegoż niezadowolenia bez sądu bo ten kosztuje). Można mieć więc dwa światy w jednym (skręcić w obu kierunkach równocześnie aby ominąć przeszkodę) i każdy szczęściu dopomoże (wypłata x2 -x3) przedsiębiorcą (kontraktorem, konsultantem) zostać może, no ale wtedy bez głaskania po jajkach jakie pod widelcem trzeba zapewnić pracownikom. Ponieważ w opisywanym tu przykładzie Kalifatu Północy pensji minimalnej nie ma (branżowe są, ale to trzeba przez związki zawodzące sobie wydłubać i na mannę z nieba nie ma co liczyć) to i MiŚie też nad przepaścią stoją. Ot taka zaleta MiŚia że mniej w tym miejscu spychają, za to klif pod nogami w odmęty się wali i całe sektory rynku w niwecz idą. Trzeba więc cały czas patrzeć gdzie jest dzida i odkrywać potrzeby rynku w porę tak, aby stawiać kroki względem przemieszczającego się głównego nurtu gospodarki (dzidy) w naszym zasięgu. Rynek to bardzo dyskryminująca instytucja – nie ma tam 98% wykonania – to zero-jedynkowa kwestia i albo dostarczasz, albo Cię wywożą. I chociaż kierunek jest zawsze naprzód i ku szczytom, to układ odniesienia obraca się razem z potrzebami głównego nurtu i do tego złośliwie przemieszcza nie pozwalając spocząć.

Oczywiście spocząć można – pracownicy właśnie są w takim stanie spoczynku, tylko ich siła nabywcza względem rosnących kosztów wytwarzania tego co konsumują, gdy przeznaczamy moce wytwórcze na rzeczy których nie konsumują i na razie nie planują spada. A spada, ponieważ nad dzidą tworzymy rynki sami dla siebie – dla tych nad, i wytwarzamy tam produkty na ten rynek nad nami bo tam są większe, globalne nurty i wiele infrastruktur powstaje w bardzo szerokiej współpracy, w łańcuchach dostaw angażujących setki milionów pracowników (bo przecież każdego pracownika trzeba ubrać, nakarmić i utrzymać łańcuchy zaopatrzenia w tak zagmatwanej strukturze). Bardzo wiele urządzeń które nawet hobbystycznie sobie w fabrykach na boku strugamy ma zadania produkcyjne, ale nijak pracownicy nie chcą ich wliczyć w swoje rzepacoiny bo skomputeryzowanych pras, spektrofotometrów, drukarek 3d i wszelkiego innego szpeja nie konsumują, a przecież zasoby przesuwamy właśnie w tę stronę i to dopiero początek, bo te urządzenia po uruchomieniu konsumują surowce i wypluwają jakieś półprodukty których pod dzidą również się nie konsumuje. Konsumuje się to wszystko nad kolejnymi dzidami na których zawieszony jest wykres rozkładu dochodów naszej przodującej gospodarki dziarsko budującej most wystający daleko nad klif naszej zagłady i ciągle trwa spór w którą stronę te mosty mają się kierować – gdzie szukać ratunku, gdzie jest plan(eta) B?

Jedynym sposobem zapełnienia czasu życia homo sapka jest więc praca po prawej stronie dzidy, i jest to jedyna strona z dochodami pozwalającymi na jakikolwiek rozwój (w tym ekspansję biologiczną, gdy lewa strona jest zwijana zwyczajnie nie ogarniając obecnych procesów wytwórczych i nie będąc potrzebna do jakiejkolwiek partycypacji prawej stronie, co pięknie & przewrotnie nam wyjaśnia wykresem kim są lewacy i czym zajmuje się prawicowa ekstrema). A te mosty to sami państwo rozumiecie, że przy ograniczonej liczbie zasobów budując z prawej rozbieramy z lewej i dlatego nie ma żadnej przestrzeni biologicznej łączącej ogłupiałego od skwaru Aborygena z klifem na którym rozeszliśmy się z przodkami szympansów? Dalej będziemy demontować infrastrukturę w jakiej żyje lewa strona wykresu, więc dobrze radzę po lewej stronie nie zostawać, tam nie ma żadnego pasywnego dochodu na niskich marżach – tam jest pusta przestrzeń, ani mostu, ani klifu i nie wiem czy coyote time tam występuje.