Stopy złota z bitcoinitem (2)

Przyjmijmy, że przedsiębiorstwo wydłubuje sobie kit z okien w przemyśle metalowym. Wypadałoby więc na magazynie trzymać jakoś już wstępnie przetworzony surowiec w postaci blach, prętów, płaskowników, rur i profili w proporcjach handlowych. Również zapas środków do cięcia (gazy techniczne, elektrody, soczewki, drut, “piach & wodę” czy co to tam akurat na której maszynie jest zużywane), do spawania, szlifowania, skrawania, śrutowania, cynkowania, malowania. Łatwo napisać takie uogólnienia, ale co konkretnie zamówić – jaki kolorek będzie modny w danym sezonie? A jaka gładkość powierzchni? Już tam mniejsza jaki, ale w wyssanej podatkami gospodarce finansowej nie opłacało się trzymać stanów magazynowych tak długo, aż przestali dowozić w dwie godziny od zamówienia, a nawet zaczęli się ociągać przy dwóch tygodniach. Multum materiałów (choćby ściernych) sprawiła, że nie ma czegoś takiego jak standard. W fabrykach RAL na szczęście jeszcze jakoś w przemyśle daje radę ze standardami, ale wystarczy wyjść poza czerwony/niebieski/czarny/szary/biały standard, żeby zobaczyć zera dopisywane do rachunku oraz przewracane kartki w kalendarzu na kiedy to będzie. Dowiadujemy się wtedy, że gospodarka finansowa ogranicza nam paletę kolorów naszym własnym portfelem i kalendarzem. Jak się komu nie podoba to może iść gdzie indziej, ale wszędzie standard jest taki jaki jest bezpieczny finansowo. A od strony fiskalnej nie ma sensu mieć fakturowanego materiału produkcyjnego w innym czasie niż wystawia się klientowi fakturę, więc przy 30 dniowej produkcji 60 dniowa zapłata za materiały zbiega się terminami płatności od klienta, co opóźnieniami skutkuje podniesieniem stawek podatkowych. Ale przecież nie możemy dowolnie przyspieszać etapów produkcji czy dostaw zaawansowanej gospodarki bo to wszystko czas zajmuje, a jak coś nie wyjdzie to trzeba poprawiać. Za to spowalniać jak najbardziej z jakże oczywistym uzasadnieniem ,iż nie kontentuje nas zapłata za poprzednie dostawy i wynikają z tego przeszkody (go slow stosowane przez pracowników). Oczywiście odpowiedzią z rynku do tej pory była zmiana dostawców, ale po likwidacji 25% przedsiębiorstw produkcyjnych (przemysł, technika) w ciągu ostatnich 11 lat nie bardzo jest wybór, więc sprzedawcy uważają wolumen zamówień za coś co mogą wyznaczyć administracyjnie, a później piony wykonawcze odsieją upierdliwe produkty i trudnych klientów. 20 lat temu było inaczej, tyle że z tego nie wynikają żadne frukta bo marże w gospodarce obciążają struktury kompensat. Czyli właśnie skarbce i magazyny tylko w rozliczeniu gross.

System transakcyjny oparty na fiat wymaga podażowego charakteru produkcji: jeśli towaru nie ma na półkach, to fiat staje się mało warty i mało popularny, gdyż absolutnie nie nadaje się do tezauryzacji, zapewnia płynność i to wyłącznie pod warunkiem podaży. Tezauryzację zapewniają wydobyte paliwa, lasy, sól i słodka woda. Co przy pominięciu upierdliwych immobili sprowadza nas do paliw składających się dla odbiorcy w Eurokołchozie głównie z podatków. Srebro składa się z podatków jedynie trochę, a już jest duży opór na płynności z powodu spreadu – nie bez powodu są takie wysokie w paliwie, gdyż ma ono o wiele większą płynność, ale nie za tyle. Z paliwami jesteśmy w przymusie, ponieważ je zużywamy na bieżąco, jeśli komuś udaje się omijać agresywne opodatkowanie w jakiejś mierze, to paliwa są bardzo dobrym środkiem tezauryzacji w fizyku (oczywiście mowa o dieslu) gdyż wszelkie maszyny to właśnie konsumują. Oczywiście żaden leming nie będzie gromadził paliwa, którego metr sześcienny jest wyceniany na 3/4 uncji złota bo zwyczajnie nie ma gdzie, ale dla przedsiębiorców to nie jest jakiś problem, a zysk z tego taki, że zawsze jest pod ręką i się zużyje. Tyle że przy omijaniu agresywnego opodatkowania takiego paliwa nie odliczy się od zysku i nie wrzuci na księgi podlegające gestapo skarbowemu. Ale srebro od początku 2019 też stało się upierdliwe z odliczaniem na magazyn poza branżą – można tylko na produkcję w branży. Za to inne materiały nie mają takiej płynności, a to dlatego że są przydatne przez ściśle określony czas i dlatego druty spawalnicze czy materiały ścierne są pakowane w folię – dzięki temu mogą leżeć na półce do dwóch lat. Zaczęto nawet pakować tak blachy, tyle że kondensująca wilgoć pod folią je wykańcza. Blacha może leżeć na magazynie do roku, ale aluminium po pół roku staje się zbyt kruche do obróbki (pęka) co uniemożliwia trzymanie stanów magazynowych zawracając nas z powrotnem do hałd minerałów i paliw w dużej skali – tam sobie to może leżeć, ale dostawa na żądanie wymaga zapłaty walutą, która ze względu na podażowy charakter obrotu towarowego jakiego wymagają niedowiarki od pojęcia fides w jej nazwie sprowadza to żądanie do głupiego pytania – a co takiego macie, czego nam trzeba?

Zapewne rozumieją państwo kłopotliwość tego pytania, bo skoro zaczęliśmy już o standaryzacji farb i kroczymy ku źródłom produkcji na hałdy wydobytych minerałów, to w drugą stronę standaryzacja jest również wymuszona – dowolnym kolorem Forda jest nie tylko czarny, ale konsekwentnie do wyboru będzie wyłączny sposób produkcji, wyłączny rozmiar kół, wyłączny typ silnika (już zunifikowane), skrzyni biegów, osprzętu, konstrukcje okien w budynkach, trampki, elektronika, “design”, a nawet wykończenie powierzchni (miałem z tym przygody w Babilonie, gdzie “najutro-kupisię” zajmuje miesiąc – socjalizm wymaga dużego kapitału^^) kierując nas wprost na blokowiska z prefabrykatów malowane kolorem standardowym (w Skandynawii do malowania drewnianych domów i tak jest do wyboru jeden kolor zależny od kraju oraz biały do detali). W konsekwencji aby dokonać kompensaty (która następuje wyłącznie w produktach, względnie usługach na produktach wykonanych, ale wyłącznie na produktach/surowcach) dostarcza się to co jest i przyjmuje to co klient ma, w rezultacie czego rynki poszczególnych krain są zalane niesymetrycznymi typami pojazdów, które później są rozprowadzane “lokalnie” po dyskoncie z powodu zapychania magazynów, i tak oto ze Szwecji eksportuje się samochody japońskie, a nawet wciska je na siłę gminom i dokłada leasing, z Norwegii zaś amerykańskie elektryki, oraz inne elektryki do których wciśnięto japońskie baterie sprzedawane przez jankesów (samochód jako dodatek do baterii), za to japońskich leków już nie ma – są izraelskie bo tam też gospodarka w przymusie, a czymś płacić muszą. Jeszcze niedawno Polin było eksporterem ajfonów – na podobnej zasadzie kompensując Niemcom koszty okupacji (dopłacając do elektroniki aby była tańsza gdy jest jej dużo). Kompensaty częściowe w walutach na takie odległości nie mają zbyt wiele sensu – raczej nie jeździmy do Japonii na zakupy, ale lokalnie pomiędzy sąsiadującymi krainami mają o ile nie ma upierdliwości na granicach, no a teraz zaczęły się jeszcze upierdliwości płatnicze w bankach z głupimi pytaniami oraz z wożeniem i przyjmowaniem gotówki, co błyskawicznie popchnęło (w wyniku opisywanego tutaj agresywnego opodatkowania i inwigilacji) całe sektory w obrót pozapodatkowy w sytuacji, gdy rozliczenie firm nie różniło się niczym od rozliczeń osób prywatnych gdyż i tak żadne koszty nie były uznawane, odliczenia więc z tego nie wynikały, a co za tym idzie zniknął sens płacenia waty nawet u źródła, więc produkcja też odbywa się z pominięciem tegoż za wyjątkiem najniższego etapu gdzie surowiec i tak jest tak tani (względem produktu finalnego), że nie ma to znaczenia jeśli konsoliduje się kilka etapów produkcji w pionie. I znów wracamy do magazynu – jeśli wszystkie etapy produkcji nasze są to wiemy co od siebie będziemy na kolejnych etapach wymagać, wiemy więc jakimi narzędziami i materiałami to będziemy dłubać oraz jaką siłą roboczą. Pozwala nam to nie tylko ustabilizować koszty tych materiałów i narzędzi, ale też rozdziela obrót waluty o charakterze transakcyjnym od jej pozorów tezauryzacyjnych. A nawet lepiej, ponieważ pozwala nam z pozycji “ma” zapasy kupować wtedy gdy ktoś na rynku jest w przymusie sprzedaży (albo kompensaty więc ssie waluty jakie mamy) i kupujemy wtedy pod dzidą (od biedniejszej części rynku – wyjaśniałem to pojęcie we wcześniejszych tekstach jak ono umiejscawia się na wykresie) często na rynku zależnym, więc nie czepiającym się o formalności z nami byle tylko dewizy były. Co pozwala zejść z cenami materiałów eksploatacyjnych nawet 3-5-7 krotnie i o naście-dziesiąt procent w przypadku maszyn & narzędzi (czyli o watę). Nijak to jednak nie wpływa na wynik (te ceny), gdyż przy takich proporcjach cen to koszty pracy ciążą, a ulga z materiałów jest na fistaszki, za to produktywność w wyniku braku przestojów w rezultacie posiadania podręcznych magazynów rośnie istotnie zmniejszając koszty pracy. Mamy więc tutaj dwa impulsy deflacyjne – jeden na wycenach materiałów, drugi na prologodzinach. I ten drugi ma efekt wtórny – mniej prologodzin ssanych z rynku skutkuje rezerwową armią bezrobobtnych i niższymi cenami prologodzin, ale z taką konsekwencją, że usprawniane zawody ludzie porzucają, bo widzą że spada na nie zapotrzebowanie. Ale też rosną w tych zawodach wymagania (a o tym będzie inny tekst).

I tutaj pojawia się regulująca rynek kwestia złota. Wszak dostawy z bardzo daleka mogą cisnąć naszych lokalnych wytwórców by byli tani, ale gospodarka ma jeden kierunek i nie bardzo mamy co wysłać do mało i średniouprzemysłowionych, gdzie w wyniku niskich kosztów pracy i wysokiej sprawności produkcji dostarczają nam tanio (z dostawą przez pół świata wliczoną w cenę), tym bardziej że naszych walut to oni wcale nie potrzebują. No niby mamy dolara. Ale równie głupio mamy euro. Ze względu na rozpiętość spinanych poddostawców na obu walutach jest przynajmniej 50% dyskont siły nabywczej (cena globalnej uniwersalności), z tym że po konfiskatach cypryjskich euro wypadło z rezerw firm operujących poza EU. Waluty poza jurysdykcją emitenta nie mają oparcia w aparacie państwowego terroru fiskalnego, wobec czego brednia o tym, iż są potrzebne do umarzania zobowiązań traci grunt. A mimo to są wystarczająco dobre by ich używać, ale… skoro nie mają za sobą aparatu państwowego to dlaczego tak drogo?^^

PM wszak nie ma za sobą jakiegokolwiek aparatu państwowego, a też działa. Ma tylko tę wadę, że wysoki koszt jego zabezpieczenia przed sfałszowaniem (PoW) sprawia identyczny jak w USD czy EUR dyskont wycen – tam gdzie się to kopie jest dwa razy tańsze (przyjmijmy taki średni dyskont jako minimalny motywujący do działalności, co wyjaśnia nam brak ruchów na spółkach kopiących latem 2019, bo ten dyskont nie może przekraczać kosztów wydobycia) niż tam gdzie się to magazynuje. Tylko z ręki do ręki wymienia się to nieczęsto – wystarczy kwit depozytowy, jest dość dobry bo nikt tego nie zbiera w dużych ilościach dla samego posiadania.

Złoto jest tanie tam gdzie się je wydobywa, a drogie w centrum finansowym gdzie się je audytuje. Kto ma wydobycie i centrum finansowe zgarnia różnicę najtaniej i ciśnie na gwarantowanie transakcji w złocie.

Po co się z tym wozić jeśli jest zabezpieczenie, strony sobie ufają, chcą ufać i są wzajemnie przymuszone łańcuchem dostaw do współpracy? Wystarczy przekazywać sobie “papier” na stan magazynowy bez przenoszenia czegokolwiek w magazynie (tokenizacja udziałów ma tradycję sięgającą przynajmniej trzydziestu pięciu wieków – początkowo były to gliniane tabliczki). Oczywiście nie pozwalamy żadnej stronie grać powyżej jej stanu magazynowego – po prostu nie wchodzimy w takie ryzykowne transakcje, których strona nie jest w stanie zabezpieczyć, albo przeceniamy mu dobro do sumy jego zabezpieczeń. To poprzednie zdanie jest kluczowe dla osób niezorientowanych w systemie gwarancyjnym opartym na złocie (z pominięciem swift choćby – na bazie kontaktów kancelarii notarialnych) – Iran (irański dostawca surowca, ale dalej w wyjaśnieniu skracam to do pojęcia “Iran”) może wysłać odbiorcy dostawę zapłaconą “uznaniem stanu konta” do dyspozycji Iranu gdziekolwiek się strony umówią i mogą (czyli z grzeczności przyjmijmy – w Pekinie, NY, Londynie, Moskwie, Frankfurcie, Wiedniu, Paryżu, Zurichu, Tokyo, Shanghai) do wysokości gwarancji jakie materialnie leżą w skarbcu pod rozrachunkiem danego dostawcy. I nie ma się co obawiać, że jakaś jurysdykcja zwinie komuś taki asset, bo od razu zwiną tej jurysdykcji materialne zasoby do rozrachunku w innych ośrodkach, a to bardzo kłopotliwe kiedy flota nie może gościnnie gdzieś wpłynąć i podjąć uzupełnienia bo się księgowym coś nie zgadza. Z tego zaś taka kategoryczność wynika, że dostawa do czasu realizacji (franco petrochemia klienta, ale posłużmy się precyzyjniejszym IOC DDP) jest w pełni na księgach i kosztach dostawcy. Musi on je wszystkie pokryć (i to u odbiorcy – cła, opłaty portowe, rozładunek, transport) co limituje mu stanem gwarancji (magazynu ze złotem w dyspozycji klienta) wielkość i częstotliwość dostaw dostarczanych klientowi pod nos. Od razu wyjaśniam sens takiego działania – transport własny (albo znajomego królika, a przecież remontuje się statki) zwraca tę część finansów do swoich, własny ubezpieczyciel – do swoich, własny port (bo przecież portami nie bez powodu się handluje) do swoich, w porcie własny rozładunek, no a przecież cena u klienta jest inna niż ta na wydobyciu w “Iranie” i to też jest zisk, a zisk celem życia. Ta cała różnica pomiędzy DDP a EXW może być w różnym stopniu podzielona między odbiorcę i dostawcę, a nawet podmioty pośrednie. Oczywiście jankesi chcą działę za pilnowanie “mórz i oceanów” to się rurociągi puszcza lądem więc jankesi szkolą Indian co by na te rurociągi napadali, bo piratów na morzach już mają – nazywają je przeróżnymi służbami kontrolnymi co to tam kontrabandę niby znajdują, tak jakby strona trzecia miała decydować czym wysokie strony ze sobą handlują – torpedami się od takich dozorców opędzać trzeba. Jeśli więc odbiorca wyśle swój statek, zapłaci cła (exportowe również istnieją) oraz będzie uczestniczył w pozostałych kosztach, to z punktu widzenia sprzedawcy transakcja o tym samym wolumenie (przyjmijmy ropę dla ułatwienia) będzie opiewała na wiele mniejszy wolumen płacideł, a co za tym idzie mniejszą partycypację w łańcuchu generującym zwroty. Dlatego odbiorcy starają się kupować porty, sieć transportową, produkcję maszyn rozładunkowych, statki, stocznie i rurociągi, a dostawcy starają się zgromadzić zabezpieczenia materialne (złoto dla uproszczenia) w centrach finansowych (odbiorców, ale i dostawców urządzeń, wiedzy i kadr) aby nie być w przymusie od strony klienta i nie schodzić z cen. Dlatego ropa tanieje gdy dostawcy nie mają dość zabezpieczeń (gdy tanieje złoto choćby) oraz drożeje gdy mają. Dlatego drożeją produkty z Chin bo Chińczycy mają cały łańcuch dostaw, a do tego nie kredytują tego zginaniem garba tylko materialnymi środkami w centrach rozliczeniowych. Dlatego za każdym razem jak jankesi potrząsają swiftem to alternatywy drożeją (złoto choćby) bo muszą pomieścić większe wolumeny w tym samym czasie – muszą być więc więcej warte. Co więcej – Chińczycy kopią złoto po cenie wydobycia, przekazują je do swojego centrum rozrachunkowego po wycenie SGEI i przekazują po tej wycenie (minus spread do kieszeni SGEI) temu przysłowiowemu “Iranowi” w dyspozycję jako zapłatę za dostawy. Mają ciasteczko, zjedli ciasteczko i jeszcze przywieziono im krem. Jeśli tanieje dolar (bo ChRL wyprzedają obligacje USA) albo zagrywają politycznie (jak w przypadku Aramco, że nie wykupią obligacji) albo straszą swiftem, to złoto musi pomieścić więcej transakcji, więc musi zdrożeć, więc różnica pomiędzy kosztem wydobycia, a ceną sprzedaży securities przysłowiowemu “Iranowi” na SGEI pozostaje w chińskich rękach. W ten sposób jankesi napędzają czajnikom tanią ropę, bo tanio wycenianą w złocie.

Oczywiście mamy niby lustrzany COMEX (giełdę towarową) w CME po stronie jankesów, ale tam złoto jest z obiecanek (i też działa) gdyż tam kontraktuje się dostawy w imperium, które nie musi wysyłać transportu po odbiór (outsourcinguje to zapewniając czapę finansową), a co za tym idzie nie utrzymuje stoczni, rurociągów, portów etc. Za to utrzymuje portfolio dostawców, odbiorców i wszyscy są powiązani przymusami w łańcuchach, więc nigdzie sobie nie pójdą no bo sami państwo rozumieją – kopalni miedzi czy żelaza nie da się przenieść, bo wynika ona ze złóż w ziemi. Tutaj sytuacja jest odwrotna niż u czajników – kontraktować trzeba materialne dostawy w większym wolumenie właśnie po to, aby skontrować rosnącą cenę wynikającą z zapotrzebowania i kiedy nie ma czego wykopać (albo tak tanio, że nikomu się nie chce) to trzeba z czegoś pokryć różnicę – z dochodowych części gospodarki oczywiście.

W przełożeniu na MiŚiowe – jak jesteś w stanie skredytować własne dostawy dla klienta, to narzucasz mu warunki. Klient też zadowolony bo mu z barków zdejmujesz korelację i wszyscy żyją szczęśliwie aż do końca cyklu.

W całym tym schemacie oczywiście są audyty etc., ale przecież tego złota nie trzymamy ani u siebie, ani go właściwie nie potrzebujemy, jest ono po prostu dość odporne na fałszowanie i łatwe do kontroli w tyglu jakby podejrzliwość obudziła w nas zwątpienie. Potrzebujemy towarów i usług od innych, a złoto ma znaczenie symboliczne aby porządek w słupkach zachować. Póki rynek się kręci, nic nie stoi na przeszkodzie aby poluzować nieco rozrachunki i dostarczać większe wolumeny niż istnieją zabezpieczenia w zamian za przyobiecanie zapłaty – koszty wszak mamy stałe, a wolumen sprzedaży przy tym większy co zyskiem skutkuje, a przecież lepiej sprzedawać póki kupują zanim substytuować zaczną. A do tego premie roczne, plany emerytalne – tyle pokus na człowieka czyha. Bo przecież złoto zabezpiecza nam rozrachunek przed sfałszowaniem jeśli komuś nie ufamy że ma, ale jak wiemy że nie ma i mimo to ufamy, że jednak dostarczy – bo przecież wydłubywaniem kitu z okien się zajmuje to któż nam ryzykować zabroni? Sprowadza nas to więc do CME i kwitów na dostawy, których nikt się nie spodziewa dostarczać czy nawet odbierać, a jedynie rozliczyć różnicę cen i poprzesuwać stany płacideł na kontach, co pozwala regulować popyt względem podaży i zmieniając ceny reguluje chciwość wynikającą z rosnących wolumenów przy stałych kosztach. Jeśli więc sobie ufamy na tyle aby obracać tokenem zabezpieczonym jedynie przed tym, by nie wpadł w ręce komuś komu zaufać nie można, to możemy sobie obracać kwitami z rewersem (z którego następuje regres roszczeń), co prowadzi nas do nieco bardziej zaawansowanego rozwiązania gdzie wszyscy pilnują porządku w księdze na miarę swoich możliwości. Kryptowaluty, a konkretnie przyjrzyjmy się dominującej: BTC.

Kryptowaluty są od strony technicznej podpisami cyfrowymi. Kiedyś zbierano podpisy sławnych ludzi, a dziś koparek PoW.

A więc BTC, który akurat tę cechę posiada odwrotnie skorelowaną do złota, iż tam gdzie jest lichy system transakcyjny, a najlepiej jeszcze zakaz jego używania, to tam właśnie jest drogi i popularny. To odwrotny kierunek wydobycia i transferu niż złota i surowców akurat. Waluta, która wyśmienicie sprawdza się w trzecim świecie i tylko jedną ma wadę – dystrybucji PoW. Jeśli poprawione to zostanie na PoS to (przyjmując że nie dojdzie do dominacji i skasowania waluty jako bezsensownej w dalszym użyciu bo mającej bank centralny, co jest dużym zagrożeniem dla PoS) kolejne cośtamwaluty będą o wiele sprawniejszym zabezpieczeniem tokenów wymiany. Tokenizacja jak zwróciłem wcześniej uwagę nie jest nową koncepcją, ale różnica pomiędzy dobrem stokenizowanym (glinianą tabliczką uprawniającą do ciągnięcia owcy z magazynu) a walutą jest taka, że waluta służy do umorzenia zobowiązania jeszcze nieznanego, a token reprezentuje cudze zobowiązanie już skonkretyzowane. To czyni większość kryptowalut akurat walutami niepotrzebującymi wyceny – a to dlatego, że od rozmiaru środka płatniczego (rozmiaru transakcji) zależy jej bezpieczeństwo – jest to po prostu rozmiar uwierzytelnienia. Dlatego BTC nie nadaje się do obrotu w drobnym, masowym obrocie (do czego próbowałem to zastosować dawno temu gdy miało jednocyfrowe wyceny) ale nadaje się do transferów skonsolidowanych kapitałów (to problem każdego raczkującego banku czy sortowni płacideł – skąd wziąć bogatych klientów mających mało dużych transakcji i niby na co im taki bank?) i stąd takie jego wyceny. Wyceny te wynikają z wad obecnego systemu transakcyjnego, gdzie nie każdy może sobie otworzyć bank tak jak warzywniak, co jest akurat stanem agonalnym monopolu, ponieważ koncepcja ujemnych stóp procentowych nie jest możliwa do wdrożenia właśnie z powodu istnienia dowolnej innej alternatywy omijającej rozliczenia formalne.

W sytuacji więc kiedy rozliczamy się z dostawcami, gwarantujemy dostawy odbiorcom, płacimy za pracę, usługi, materiały, paliwa, media unikając reketów jak to tylko ekonomicznie zasadne dochodzimy do sytuacji, w której nie musimy rozliczać się wyłącznie w walucie przelewanej na konto, nikt też od nas tego nie oczekuje, a strony nawet są zainteresowane abyśmy sobie wzajemnie dostarczali to co mamy poniżej rynkowego spotu i to często dużo poniżej. Korpo oczywiście w pakiecie zaproponuje luxmed, siłkę, służbową hulajnogę, telefon i przedszkole. Ale i nam niczego nie brakuje – mamy tańsze niż na rynku paliwa, mieszkania, a nawet zapewniamy współużytkowanie (sharing economy) pewnych zasobów spoza racjonalnego, indywidualnego posiadania (środki transportu, zorganizowany kolektyw, środki produkcji). Co więcej, możemy prolom naszym umiłowanym z folwarku zacnego nie tylko dopomóc w unikaniu przykrości związanych z płaceniem reketu, ale też udzielać nieoprocentowanych pożyczek bo niby są zerowe stopy procentowe, ale jakoś spłacać trzeba więcej niż się pożyczyło bo opłaty, ubezpieczenia i jednak nie wychodzi tak całkiem ujemnie. I tutaj zaczyna się księgowość folwarku – jeden chce bitcoiny, drugi ripple, trzeci bierze w złocie, czwarty ma smak na preperskie srebro, ten chce spawarkę, tamten samochód, ten przelew na konto, a inny znowu jaki obcy papier na wakacje. No i trzeba to wszystko na folwarku mieć. A wiele z tych rzeczy nie ma sensownych wycen w walutach jakie stosujemy w obrocie, więc mamy gdyby to tak wszystko do kupy zebrać koszyk dóbr, usług, walut, zobowiązań, dziwności… taką monetę folwarku bitą z uśrednionego stopu złota, waluty, ropy i bitcoinitu w ciągle coraz to nowych proporcjach. I waluty banków centralnych jest w tych rozliczeniach coraz mniej bo nie bardzo mamy co z nią robić, a zakupy alternatyw inwestycyjnych nie mają sensu jednostkowo, bo z przyczyn podatkowych trzeba dalekie ekspedycje urządzać po srebrne runo. Trudno jednak w takim folwarku stwierdzić jaka jest płynność przy tych spreadach – bo pan chce kupić czy sprzedać? W jedną stronę mamy wyliczenie takie, a w drugą siakie. Jak więc wycenić majątek przedsiębiorstwa, po cenie skupu aktywów kiedy nie jest zmuszone ich sprzedawać?