UstRÓJ

Postawcie się w sytuacji całkowicie przytomnego korelatora mającego duży (polityczny, ekonomiczny, zbrojny), ale ograniczony rzeczywistością wpływ na cele stawiane populacji kilku miliardów indywidualistów. Nic siłą, nic przemocą, nic bezpośrednio. Zabieramy tylko tyle miodu, ile nie zauważą. Czynimy tak dlatego, że każdy osobnik Homo Sapiens ma własną, indywidualną piramidę potrzeb. Każdy chce realizować swoje cele. Jeśli mu się przy tej piramidzie potrzeb majstruje, to może się zbuntować, napsuć rzeczy wokół i jeszcze sobie i innym krzywdę zrobić. Mimo to gatunek dokonuje nieustającej ekspansji, zajmuje nowe przestrzenie, rozmnaża się.

Jak więc wykorzystać ten gatunek i dlaczego ten właśnie (wszak jeszcze 200 lat temu nasze maszyny napędzały rzeki i konie, a jednak daliśmy sobie z końmi spokój) do zapewnienia ekspansji?

Należy przytomnie zauważyć, że za przytomny korelator uznajemy ten, który osiąga sukces – zajmuje przestrzeń (pruscy teoretycy wojny mają słuszną koncepcję), a pozostałe odpadają w procesie selekcji. Bo tych korelatorów to mamy sporo – na zapas i na wypadek, i konkurują one o zasoby. Tu zajmę się opisaniem dominującego, najsprytniejszego, najbardziej przebiegłego z przytomnych korelatorów, który systematycznie realizuje swoje cele nie wywracając wszystkiego do góry nogami (czego przykładem był komunizm, który jako doktryna naukowa powinien być przetestowany najpierw na zwierzętach – przetestowano go na wschodnich podludziach i odrzucono, bo się nie sprawdził w przypadku Homo Sapiens).

To, że gatunek zajmuje przestrzeń i tępi wilki, wieloryby i mamuty, to oczywiście każdy jakoś na swój sposób rozumie i czuję się dumny będąc członkiem społeczności tak wszechwładnej, ale jednocześnie mamy świadomość, że te nowe-lepsze tereny zajmą konkretni osobnicy, a na te nowe-gorsze pognają batem resztę. Dlatego każdy, realizując swoją piramidę potrzeb, chce być bardziej w tych lepszych, niż w tych gorszych.

Piramidy potrzeb realizują zwierzęta. Żerują, kopulują, odpoczywają. Na przykład w warunkach optymalnych Homo Sapiens żre sorgo, kopuluje i nic nie robi. Po prostu spędza całe dnie w grupie, milcząc lub coś opowiadając. Naprawdę tak żyją ludzie, jak mają właściwe warunki. Tacy nie wytwarzają żadnej mocy swobodnej – wytwarzają minimum, jakie potrzebują na podtrzymanie procesów życiowych.

Jednak my jesteśmy inni. Wytwarzamy olbrzymie nadwyżki mocy swobodnej – mamy szerszą piramidę potrzeb. Chcemy, pragniemy, pożądamy wszystkiego. Jesteśmy chciwi i zachłanni. Jesteśmy indywidualistami w grupie. Chcemy więcej, lepiej, szybciej. Jesteśmy wyjątkiem w świecie zwierząt – wytwarzamy olbrzymie nadwyżki mocy swobodnej, które pożytkujemy zmieniając świat zastany w narzędzia do zmieniania świata.

Pan Wojciech Cejrowski odwiedza ostatnie ludy, jakie są na etapie tych pierwszych narzędzi jakie w ogóle mieliśmy. To z tego etapu stworzyliśmy to wszystko, co nas otacza, aż po nanotechnologię. To wszystko zaczyna się od wyplatania koszyków i gładzenia kamieni. To jest właśnie skumulowana nadwyżka mocy swobodnej.

Cele korelatora

Celem korelatora w takiej sytuacji będzie kierowanie tej nadwyżki mocy swobodnej na ekspansję. Ale że trzeba skumulować olbrzymie ilości mocy, aby przebyć ocean (i może się to nie udać), to żaden pojedynczy osobnik się tego nie podejmie, ponieważ koliduje to z jego indywidualnymi potrzebami. Nie jest to w jego interesie, mimo że z korzystnego rezultatu jak najbardziej chciałby skorzystać. Taki dylemat więźnia.

Ten problem musi rozwiązać korelator. Trzeba to zorganizować tak, aby żaden indywidualny osobnik nie połapał się, że jest nadmiernie dojony z mocy i miał poczucie realizacji swoich potrzeb.

Pierwszy, wymieniony ustrój syntetyczny (zaplanowany, skonstruowany, wykonany) został przetestowany na podludziach i nie zadziałał. Wyciągnięto z niego pewne elementy do montażu u ludzi. Tylko ludzie się połapali, że to nie jest w ich indywidualnych celach i spadło wytwarzanie mocy. Więc nie są realizowane cele korelatora.

Trzeba w takiej sytuacji przestać kombinować z wymyślaniem ustrojów i ich testowaniem w naturze, tylko wziąć jakiś gotowy z natury i zastosować tak, jak się da. Musi być to ustrój generujący nadwyżki, zdolny do dalekiej ekspansji, adaptacyjny do warunków, gotowy na lokalne straty.

Gdzie ekspandować?

Oczywiście patrzymy w gwiazdy, oczywiście już padło pytanie o chętnych na podróż w jedną stronę na Marsa i ochotników było co niemiara. Ludzie chcą ekspansji i są gotowi zginąć po drodze, a nawet na miejscu. Ochotników w populacji, jaką mamy, nie brakuje – oni nie będą pokrzywdzeni – zrealizują swoje potrzeby i nie trzeba nikim manipulować. Są chętni – to dobrze wróży na przyszłość.

Ale na razie kulejemy nieco z technologią i mamy problem z lotem na orbitę, na Księżyc nie latamy, a o Marsie możemy zapomnieć. Chwilowo nasze cele są bliżej, głębiej. 70,8% powierzchni planety to oceany. Na dnie rosną jakieś krzaki – czy da się je zjeść albo uprawiać takie, co da się zjeść? Na dnie leżą surowce – są nam potrzebne. Głęboko są specyficzne warunki fizyczne – są tam związane hydraty oraz koordynacyjne związki metaloorganiczne.

Tylko trzeba taką ekspansję zorganizować po cichu, bo inaczej kilka miliardów Sapków rzuci się na wodę jak w gorączce złota, zdemolują tereny, potopią się, zmarnują zasoby i jeszcze zdezorganizują obecną produkcję. Jak żyć z taką małpią bandą?

Przerabialiśmy już takie historie, kiedy ludzie porzucali ziemię, uprawy, produkcję i ruszali w świat szukać miast ze złota. Tym razem trzeba to zrobić po cichu. Rozpocząć eksploatację i ekspansję bez wywracania Homo Sapkom tego co jest do góry nogami. Ocean to nie Księżyc, każdy wie jak wygląda łódka, małpia banda mieszka głównie na wybrzeżach – rzucą się do wody jak lemingi z urwiska. Wystarczy im powiedzieć, że tam jest prosperity.

Już kilka razy ryby wytruli dłubiąc otwory do depozytów ropy.

Przyjmijmy na potrzeby artykułu, że przytomnym celem jest ekspansja na drugą stronę granicy morza z plażą. Pływowe generatory prądu powstały już w Danii i UK. Działają, mają jeszcze swoje wady, ale istotne jest, że da się wydobyć na szelfie energię z ruchu Księżyca. A skoro da się na szelfie, to jest zasilanie, a i głębiej też się da.

New frontier – internet został opanowany w jedno pokolenie. Dlatego intratny frontier (dna oceanów) należy utrzymać poza zainteresowaniem. Kiedy ostatnio widzieliście symulator łodzi podwodnej? Albo drona do badań podwodnych? A jakoś symulator koparki czy samolotu leży w każdym kiosku?

W jakim cyklu i jak dysponuje mocą Homo Sapek?

Czyli gdzie ją pozyskuje, co z nią robi i jak to usprawnić, aby jak najwięcej mocy wyjąć? Co potrzeba Homo Sapkowi, aby dalej moc generował; i kiedy eutanować, bo jest nie do wyzyskania i nic nie wytwarza? Otóż nie da się tego zrobić w jednym cyklu rozrodczym. Homo Sapki przekazują sobie wiedzę, tworzą grafy powiązań, komunikują się. Jeszcze na złość mają sieć komunikacji ze wszystkimi, to w ogóle bzdury i teorie spiskowe roznoszą się jak fale po stawie.

Homo Sapek z całą pewnością żeruje, potrzebuje wody, chce się rozmnażać. Co niektórzy chcą tworzyć, wielu chce się komunikować, masowo chcą przeżywać emocje. Homo Sapki pozostawione same sobie wszystko zorganizują dla własnej uciechy. Nie trzeba ich pilnować ani im przeszkadzać, w razie porzucenia – przetrwają i nawet coś stworzą. Powstaną wtedy depozyty różnych rzeczy, może niezbyt przydatne, ale w ostateczności, skoro nie trzeba poświęcać na nie mocy korelatora (na działania decyzyjne), to wolność dla Homo Sapków, których nie opłaca się wyzyskać, pozwala wytworzyć depozyty, z których można ich później obrabować. NEP się sprawdził i to od czasu do czasu można w różnych lokacjach powtórzyć. Desperackie, ostateczne, niewydajne, ale nie kosztuje wydolności decyzyjnej.

A wydolność decyzyjna jest w cenie, ponieważ jednym z podstawowych systemów niematerialnych jest wytworzenie przez Homo Sapki wirtualnego obrotu obietnicami, zobowiązaniami, należnościami. Sapki wytwarzają system transakcyjny, nie da się go skasować – ustrój, który zawierał substrakcje systemu transakcyjnego się rozleciał. Więc taki system musi istnieć, da się nim nawet jako tako zarządzać, choć to próba jazdy na ośle. Do tego trzeba (temu zarządzaniu) poświęcać znaczne moce decyzyjne, ponieważ małpia banda pozostawiona przy systemie transakcyjnym zaczyna palić nadwyżki na zegarki, jachty, piękne panie i koks. Małpia banda przy systemie transakcyjnym jest do tego przekonana, że to oni rządzą światem i demolują narzędzia do ekspansji – potrafią zawalić całe istotne branże głupimi zakładami w kasynie.

Na szczęście w pierwszej fabryce świata – Chinach – udało się ten system transakcyjny okiełznać. Tylko w Chinach skończyły się zasoby wody na tyle czystej, żeby przemysł dalej hulał i trzeba gdzieś przenieść moce produkcyjne. Do tego lokalne, chińskie Sapki rozbudziły w sobie piramidy potrzeb ponad miarę i nie chcą dalej pracować za miskę ryżu. Przestali być opłacalni do wyzyskiwania, teraz kombinują jak tu palić moc swobodną na własne potrzeby.

I to jest problem z każdym osobnikiem – dziedziczy poziom mocy swobodnej po rodzicach i chce ją podnieść. Aż do momentu kiedy zaczyna palić moc innych na swoje potrzeby i nie wytwarza wartości dodanej dla ekspansji. Wtedy staje się zbędny, ale nie można go tak po prostu zabić, ponieważ jest on w grafie skomunikowany z innymi, dowiedzą się i staną okoniem.

Homo Sapek musi więc się wzbogacić i wymrzeć. A tego nie zrobi w jednym pokoleniu. To dziedziczenie poziomu mocy swobodnej jest najistotniejszym problemem w administrowaniu małpią bandą. Każdy, kto obieca im więcej bananów, jest brany na wodza i demoluje wytwarzanie nadwyżek na ekspansję. A bananów jest skończona ilość, tymczasem obiecać można dowolne ilości. I jak ich nie dostaną, to będą wkurzeni i coś zdemolują. A mają do demolowania niuki.

Plan osobnika jest więc taki, żeby spłodzić potomstwo i przekazać mu swoje środki wytwarzania mocy (łowisko, teren polowań, łódź do połowów, las do wyrębu, przedsiębiorstwo, etat w urzędzie), aby ten wytworzył jeszcze trochę i przekazał wnukom więcej. Do tego oznaczają swoje zasoby i bezczelnie twierdzą, że to ich i w ich dyspozycji, a na zmianę tego stanu przemocą reagują demolowaniem nadwyżek.

Są ludzie, którzy planują na pokolenia. Zastanawialiście się kim będą Wasze dzieci? A wnuki? A dalej? W jakim kraju? Jaki zawód? Jakie zasoby?

Ale przecież żaden nie planuje na pokolenia, tylko interpoluje własną sytuację.

W takiej sytuacji, po osiągnięciu maksymalnego dostępu do środków zaczną sobie obiecywać cudze zasoby i demolować moc swobodną na wojowanie. Same z tego zgryzoty.

W jakim cyklu powinien wytwarzać nadwyżki i na co ich nie marnować?

Przede wszystkim rozmnażanie małpiej bandy jest tym droższe, im wyższy poziom mocy swobodnej dziedziczą. Oznacza to, że rozmnażanie tych, co dysponują dużą mocą, jest niecelowe, a tych, co dysponują małą – jak najbardziej. Trzeba więc rozmnażać tych, co dziedziczą mało, a najlepiej nic – będą mieli wtedy niższe oczekiwania, mniej zeżrą i taniej wytworzą.

Tak jak dla pojedynczego osobnika młotek służy do wbijania gwoździ, tak dla korelatora (partii, państwa) na obszarze kraju do wytwarzania statków służy stocznia (jako pojedyncze – wyodrębnione narzędzie). Tak w skali obszaru gospodarczego do wytwarzania floty służy przemysł stoczniowy, a rezultatem jego działania jest flota handlowa o dającej się zmierzyć w jednostce czasu zdolności transportowej. Nie ma konieczności rozpatrywania każdej jednostki pływającej oddzielnie – zdolność jest sumaryczna i wynika z zaangażowanych zasobów.
A poziom marnotrawstwa zasobów wynika z oczekiwań ludności zaangażowanej w ośrodkach produkcyjnych. Najtaniej jest wykorzystywać tam przyjezdnych i imigrantów – zgodzą się na niskie stawki i będą zadowoleni, że poprawiają swój byt. Natomiast kolejne pokolenie za te same stawki nie będzie chciało już pracować – będą chcieli więcej. Czyli marnotrawstwo wzrośnie, a wytwarzana moc zmaleje.

Taka sama sytuacja jest w każdej części przemysłu, wobec czego należy zapewniać stały dopływ świeżej krwi do przemysłu i odpływ starej. W komunizmie próbowano to robić czołgami (dywizja Feliksa Dzierżyńskiego, Donbas, lata 60te – likwidacja zbuntowanej ludności razem z dziećmi), ale to się nie sprawdza w obszarze istnienia sieci telekomunikacyjnej. Za to masowe przesiedlenia się sprawdziły.

Coś trzeba zrobić z tym, żeby sobie to imigrujące pokolenie popracowało, a ich dzieci sobie poszły gdzie indziej. Trzeba ich skusić jakąś marchewką jednocześnie redukując liczebność.

Jest jeszcze problem techniczny – przemysł musi wędrować, ponieważ dewastuje lokalnie dostępne zasoby wody, a jej oczyszczanie na potrzeby przemysłu (gigantyczne ilości) jest obecnie zbyt kosztowne (zbyt duża utrata pozyskiwanej mocy).

Kolejną kwestią jest czas, jaki osobnik poświęca pracy. Najlepiej żeby go na łańcuchu uwiązać w robocie 16/7 i jeszcze byłoby dobrze, jakby nie spał. Ale niewolnictwo w takiej formie jest niewydajne – nie sprawdziło się (jakby się sprawdziło, to hulaj dusza – wszystkich na łańcuch), ponadto dozór jest znaczną stratą mocy. Trzeba jednak tak to zorganizować, aby robotnik do pracy dotarł szybko (metrem), mieszkał blisko (w mieście), zajmował tam mało przestrzeni (wszyscy będą mieli bliżej, jak się ich poukłada warstwami blisko siebie) jak kura w klatce i nie marnował zasobów (jazda własnym samochodem – rower mu wystarczy, prawa jazdy mają być niezdawalne) i jeszcze niech się cieszy, że jest w grupie egalitarnej młodych wykształconych z dużego miasta. A na starość do małego, spokojnego miasteczka, do instytucjonalnej umieralni. No i żeby nie marnował zasobów na potomstwo – w weekend ma się napić, odstresować z samicą bez rezultatu i do pracy w poniedziałek. Czas wolny w pracy (przerwy) odliczyć mu od czasu pracy, to posiedzi tam dłużej za tyle samo, a jeszcze do tego będzie w miarę wypoczęty.

Napotkane problemy z Homo Sapaczami

Małpia banda nastręcza wiele problemów. Po pierwsze nie są jednym organizmem zarządzanym jedną wolą (Ein Volk, Ein Reich). Każdy jest zdolną do samodzielnego życia jednostką. Każdy Sapacz najlepiej wie jak rządzić i jak wszystko urządzić, dowolnie można je (te małpoludy narowiste) wymieniać w obrębie populacji (są zunifikowani mimo dymorfizmu) i jeden zastąpi drugiego w szeregu bez jakiegokolwiek zgrzytu, najwyżej ma słabsze cechy osobnicze w danym zakresie, ale żadnemu nic nie brakuje do funkcjonalnego zastąpienia dowolnego innego.

Z tej przyczyny nie sprawdziły się ustroje syntetyczne – społeczne, czyli socjalizm, komunizm i unifikacja (unifikacja to pełna zastępowalność osobników w ramach nierozróżnialnych między sobą osobników, z rozpędu wdrażania tego ustroju będącego rozwinięciem komunizmu jest choćby gender).

Małpoludy mają wrodzony terytorializm – nawymyślają sobie, że obszar jest ich (bo kupili, zdobyli, obsikali), będą tam mieszkać, to ich i ani w głowie im migrować wtedy (“Nie rzucim ziemi”, “ziemia ojców” i podobne slogany). Za nic nie chcą przemieścić się do strefy wytwarzania mocy swobodnej, będą tak mieszkać wielopokoleniowo na kupie i z trudem daje się im wyrwać jakieś nadwyżki samic na jakąś uczelnię czy inne indoktrynacje. Nawet jak im to wszystko popsuć i zostawić ślad po gąsienicy, to po jakimś czasie wrócą i uparcie wszystko odbudują. Nawet jak to zaminować, to nic nie da – patykami wygrzebią.

Dzicz chce przekazywać potomstwu informacje, wiedzę, doświadczenia, tworząc graf powiązań rozprzestrzeniony w czasie, tak aby poradzić sobie z rozpoznanymi zagrożeniami, a nawet rozpoznać zagrożenia o długim czasie realizacji (skoro ciąża realizuje się 9 miesięcy i niektórzy nie wiążą tak odległych wydarzeń, jak obcowanie i narodziny, to co dopiero przy takich zdarzeniach jak wprowadzenie waluty fiducjarnej i masowe rabunki na rzecz banków). Jest z tym taki problem, że dzięki temu unikają (a przynajmniej starają się) ofiarnego dostarczania mocy swobodnej korelatorowi, który jest starszy i mądrzejszy.

Mnożą się, niezależnie od okoliczności mnożą się i zajmują coraz więcej miejsca. Do tego w powiązaniu z terytorializmem gromadzą różne graty, używają ich, jeszcze się kłócą jakby im popsuć albo pozabierać. Zawsze mają zachomikowane jakieś środki niszczące, bo ta małpia banda to wojownicza jest okrutnie i żreć nie będą a karabin kupią, żeby na wszelki wypadek schować. Mnożą się i zbroją. Od tego ich tak wielu na planecie.

Potomkom przekazują zgromadzone zasoby, a potomkowie uznają to za poziom minimum i gromadzą jeszcze więcej gratów. I nie dadzą sobie zabrać, kłócić, procesować się i odwojowywać są gotowi. Żaden stresor ich od tych kosztownych pomysłów nie odwodzi. “Moje”, krzyczą. “Moje!”

Jak już się namnożą i uzbroją, to biorą się za łby i demolują zasoby, przestają dostarczać moc swobodną na ambitne projekty, bo to tam każdemu z nich się wydaje, że światem rządzi, a już jak go jakaś większa banda słucha, to dopiero chce w jeden dzień brać kontynent, a w drugi cały świat. Mają ambicje.

Uparcie każdy chce wszystko sprawdzić sam. Cudze doświadczenia tylko ich motywują do działań. Nie wystarczy, że jeden ma jakieś doświadczenia – wszyscy chcą przeprowadzić to samo doświadczenie. Ta małpia banda jest gotowa ruszać na wycieczki, w podróże, bo jeden był i widział, to reszta też chce gdzieś jechać. A transport kosztowny. I na co tak jeżdżą? Żadnego z tego pożytku, a zasoby lecą.

Sami się nad wszystkim zastanawiają, jakby cudza opinia była im nie dość dobra. Za nic mają certyfikaty, zaświadczenia i opinie autorytetów. Wszystko wiedzą lepiej i wszystko chcą sprawdzić sami – marnotrawstwo. Po co tyle razy sprawdzać coś, o czym wiadomo jaka jest ustalona urzędowo prawda bizantyńska?

Tworzą sieci społeczne, grafy powiązań, jak wynaleźli telefony to tak dzwonią bez przerwy (samice najgorzej), jak dostali pejsbuka to trzeba było zbudować superserwerownie do obsługi zwierzęcej rozrywki nawiązywania kontaktów, wysyłania słitfoci i generalnie zajmowania się duperelami w czasie, który mogli poświęcić na tworzenie środków ekspansji. A jak trzeba superkomputer do analizy ruchu wody w oceanie, to oczywiście na to zasobów brakuje – bo poszły na pejsbuka i gogola.

Wszystkie wymienione zachowania marnują moc swobodną na realizację potrzeb indywidualnych Homo Sapków, zamiast na jedynie słuszne i celowe projekty służące dobru ogółu. Którymi będzie zarządzał kolektyw, tfu korelator starszy i mądrzejszy.

Lokacje

Najistotniejsze jest zminimalizowanie bardzo kosztownych przemieszczeń, przy zachowaniu braku koncentracji środków i tworzenia monopoli lokalnych na wypadek, jakby któremuś z lokalnych małpich wodzów przyszło do głowy realizować jakieś własne pomysły ponad miarę, albo co gorsza – zorganizować demolkę.

Nie sposób wszystkim zarządzać ręcznie – wydolność postulacyjna i wykonawcza jest ograniczona. Należy ograniczyć się do kierowania kierunkiem procesów, ale osiąganie poziomu technologicznego i wyników produkcji należy pozostawić rzeczywistości. Jakkolwiek należy powstrzymywać działania destabilizujące łańcuchy dostaw na potrzeby ekspansji.
Koniecznym jest pozostawienie małpiej bandzie ograniczonych zdolności dysponowania częścią mocy swobodnej na realizowanie swoich potrzeb bytowych, ale tak, aby w swej masowości (samochód dla każdego, mieszkanie dla każdego, może samolot by jeszcze chcieli?) nie skonsumowały istotnej ilości zasobów przeznaczonych dla przemysłu, którego zadaniem jest pozostawianie nadwyżki na przytomną ekspansję.

W konsekwencji możemy wyodrębnić pozyskiwanie z depozytów naturalnych nieodtwarzalnych (wydobycie), które jest tam, gdzie natura rzuciła depozytem i tylko tam można kopać. Najlepiej aby te tereny były niezamieszkałe (dlatego wydobycie ropy z szelfu pływającą kopalnią konkuruje z wydobyciem jej na lądzie mimo kosztownej infrastruktury). Jeśli natomiast ludność występuje (na lądzie paskudy występują), to należy przy spadku koniunktury (i tym samym zapotrzebowania na dany depozyt) wprowadzić w takie tereny stresory, aby uzyskać spadek sentymentu do bytowania w danym regionie. Jakieś ISIS czy zarazę zesłać na terytorium, aby ludność odczuła nagłą, niecierpiącą zwłoki chęć porzucenia habitatu. Jest to trudne z wymienionych wcześniej przyczyn terytorialności łysej małpy.

Kłopot w tym, że większość technologii wydobycia zużywa poważne zasoby wody, im czystszej tym efektywniej działając. A wody potrzebuje także ludność. Więc bezludzie, na które zostaną wysłani skoszarowani specjaliści od wydobycia, jest lokacją oczekiwaną i do powstawania takich warunków należy doprowadzać.

Wydobycie optymalnie wymaga populacji nielicznej, wysoko wykształconej, mobilnej (bezludne terytoria, docelowo bezludne), zaradnej. Z konieczności trzeba takich izolować od reszty społeczeństwa, ponieważ muszą być sowicie wynagradzani (kłuliby w oczy zasobnością), żeby nie zagrabili urobku, a do tego dozorowani, szczególnie jeśli wprowadzanie bezludzia nie jest uwieńczone sukcesem.

Wydobycie z depozytów naturalnych odtwarzalnych – lasy, uprawy. To specyficzne, ze względu na glebę, lokacje, dostarczające przede wszystkim paszy dla małpoludów, ale też specyficznych produktów dla chemii organicznej (kauczuku, oleju, morfiny). Dzięki mechanizacji rolnictwa nie jest konieczne zatrudnianie tam istotnej liczebnie populacji. Ponieważ nie wszędzie jeszcze udało się wprowadzić wysoko wydajną produkcję paszy jaką zapewnia Monsanto Bayer (gdzie wydobycie zasobów odtwarzalnych może prowadzić taka sama grupa, jak dla zasobów nieodtwarzalnych), to trzeba użerać się z bandami małpoludów terytorialnych na “ziemiach przodków”, niskoareałowym podziałem gospodarstw, niegospodarnością w używaniu środków rolnictwa intensywnego, a co najgorsze – wiele prac ciągle wykonywanych jest manualnie (tak jakby szparagi wyrywane mechanicznie czymś się różniły w smaku od tych rwanych ręcznie, co z tego że są zmielone, jak i tak są w puszce? małpia banda chce niezmielonych).

Obszary te należy zmieniać w monokultury uprawne, a ludność powoli wysiedlać kusząc zarobkami, perspektywami rozwoju i zniechęcając dumpingiem do prowadzenia tej wysokodochodowej działalności (małpoludy bardzo cenią sobie wyżerkę i wiele są gotowe oddać za jakościowe produkty). Cały ten biznes wraz z przetwórstwem paszy jest utrapieniem, koniecznym wyłącznie do zapewnienia paszy małpiej bandzie.

Obszary pozacywilizacyjne – zamieszkane przez dzikie, zdrowe zasoby biologiczne o wysokiej płodności i jakości materiału biologicznego, które w ramach uzupełniania generowanych ubytków biologicznych można zmusić stresorami do migracji, a nawet, wprowadzając udogodnienia zdrowotne, generować eksplozje demograficzne (obniżanie śmiertelności) w takich populacjach o skrajnie niskich oczekiwaniach odnośnie zasobów. To bardzo cenna ludność, ponieważ ma najniższe oczekiwania i można z niej odtwarzać cykl wprowadzania zasobu biologicznego do ustroju.

Z ostatnich czasów takiej migracji to Sudan, Somalia, Erytrea.

Obszary cywilizowane “rozwijające się” – rezerwuary gotowej do migracji siły roboczej, dysponującej już umiejętnościami technicznymi i przyzwoitej jakości zasobem biologicznym we właściwym wieku, o rozbudzonych, ale ciągle niskich oczekiwaniach odnośnie zasobów (własne mieszkanie, pojazd, dzieci), gotowych do pracy aż do biologicznego wyeksploatowania.
Operując na takich regionach stresorami i zachętami w rejonach, gdzie brakuje zasobu biologicznego o wskazanych umiejętnościach technicznych (które to umiejętności można zawczasu zaordynować w kształceniu), można doprowadzić do spontanicznej migracji ludności o oczekiwanych właściwościach (niskie oczekiwania, wyrwanie z sieci społecznej).

Z ostatnich czasów takiej migracji to Bliski Wschód.

Obszary cywilizowane uprzemysłowione w regresie. Likwidowane obszary industrialne, gdzie spolegliwa ludność o wysokiej kulturze technicznej jest wypędzana stresorami z kombinacją zachęt do innych ośrodków przemysłowych, z których udaje się efektywniej pobierać nadwyżki mocy swobodnej na słuszne projekty.

Ludność na takich obszarach ma szokowo obniżone oczekiwania, a wysoką kulturę techniczną oraz zniszczone doktryną szoku więzi społeczne (powiązania grafu mają ujemne wagi – jest brak zaufania pomiędzy członkami społeczności, czasem jawna wrogość wobec aparatu państwa).

Z ostatnich czasów takiej migracji to Argentyna, Polska, Hiszpania.

Obszary cywilizowane, uprzemysłowione, wytwarzające technologie. Zamknięte etnicznie, prawnie, militarnie, kulturowo obszary będące generatorami technologii. Zazwyczaj małe, zaradne państwa z ludnością do kilku milionów osobników, z właściwymi udogodnieniami dla osobników o wysokiej kulturze technicznej. Takie obszary należy co jakiś czas przenosić, gdyż, ze względu na rosnące co pokolenie oczekiwania, dochodzi do wytworzenia nienegocjowalnej, roszczeniowej postawy świadomych własnej wydajności mieszkańców. Te obszary zazwyczaj stają się samowystarczalne we wszystkich kwestiach poza militarnymi (to małe państwa).

Z ostatnich czasów to Szwajcaria, Izrael, Luksemburg, wybrane prowincje Korei i Japonii, wybrane ośrodki przemysłowe USA (państwa w państwie – dawniej Dolina Krzemowa), wybrane ośrodki przemysłowe Unii Nordyckiej (są tam niewidzialne zapory uniemożliwiające zamieszkanie – ekonomiczne oraz casting przy zakupie nierucha – bo nie dla każdego psa kiełbasa).
Nie jest łatwo taki obszar przesunąć, a ludność narowista i zjeżona, więc trzeba czasem tak zrobić, aby nikt nie zechciał mieszkać w Izraelu. Bo czemu nie mieliby się przenieść do Patagonii? Tam woda jest i natura nieruszona, a na Negev już nawet pistacje świecą jak przyłożyć licznik.

(Sprawdzaliście ostatnio orzeszki pistacjowe geigerem?)

Obszary podmiejskie – zaopatrujące miasto i przemysł w specyficzne usługi wymagające posiadania pojazdów (również dużych), narzędzi, umiejętności i zaradności. Specyficzna ludność – dysponująca wysokimi oczekiwaniami, uparcie się rozmnażająca, złośliwie przyjeżdżająca do miast (ale dzięki wprowadzanym stresorom przestają przyjeżdżać) i prowokująca ludność miejską swoją zamożnością. Zdolna do gromadzenia zasobów ze względu na przestrzeń we własnej dyspozycji.

Są powoli zastępowani swoją wersją korporacyjną o takich samych zasobach w dyspozycji firmy (a nie prywatnych jak w tej grupie), ale ze względu na wysoką elastyczność dostosowania się do nowych ról i zdolności przetrwania kryzysów pozostają jako ogniwo pośrednie pomiędzy ludnością napływową (zastępującą ich w tych siedliskach) a ludnością miejską (w jaką przekształcane są ich dzieci).

Obszary małych miast i miasteczek – wyodrębnione ośrodki zawierające wszystko co potrzeba do w miarę niezakłóconej egzystencji ludności, wraz z przemysłem wymagającym garstki specjalistów (obszary podmiejskie ich dostarczają) i masy siły roboczej (przemysł drzewny, papierniczy, huty, odlewnie, montownie, produkcja żywności), którą można pozyskiwać z grupy napływowej (poddanej stresorom w swoim habitacie pierwotnym), tym samym generując lokalny stresor wypierający wcześniejszą ludność.

Obecnie takie zjawisko ma miejsce w całej Europie i południowych stanach USA (graniczących z Meksykiem), ze szczególnym uwzględnieniem małych miast we Francji, Szwajcarii, Niemczech, Szwecji.

Obszary wiejskie – zbędne utrapienie z ludnością wykazującą wszelkie wady. Osiadli, zasiedzieli, z własnymi zasobami, prawie nic nie potrzebującymi od zewnętrznego świata, wytwarzającymi olbrzymie nadwyżki na potrzeby ludności i nieprzydatne w ekspansji. Usidla się ich kontyngentami, dotacjami, dopłatami do rolnictwa, paliwem dla rolnictwa, najróżniejszą siecią udziwnionych powiązań ubezpieczeniowych i wypieraniem upraw naturalnych (a nawet ekstensywnych) przez zmodyfikowane intensywne. Docelowo całkowicie zbędny archaizm.

Obszary miejskie. Najistotniejsze miejsca efektywnego wytwarzania nadwyżek przy najniższych kosztach (populacja skomasowana w klatkach, z szybkim i efektywnym dostępem do stanowisk pracy). Ludność pozbawiona przestrzeni do gromadzenia zasobów czy uprawiania korzystnego hobby (majsterkowania, mogą sobie pograć w piłkę, a najlepiej jakby grali na konsoli – nie trzeba im wtedy boiska). Docelowo ludność pozbawiona pojazdów (brak uprawnień do kierowania, pojazdy zajmują miejsce, parkingi, samo utrapienie) w środowisku z komunikacją publiczną, ograniczeniami ruchu i wypożyczaniem miejskich (kolektywnych) rowerów.

Obszary z kolejnymi zakazami poruszania się pojazdów spalinowych i promowaniem absurdów, opłat za parkingi, za drogi. Ograniczenia ruchu powoli izolują ludność miejską od wpływu złych, zewnętrznych wzorców. Obszar wykluczający rozrodczość – brak przestrzeni.

Celem tego obszaru jest wydajne i tanie dokładanie mocy swobodnej w sztucznym środowisku nastawionym na efektywne wykorzystanie zasobu biologicznego.

“(…)Podział pracy związany jest z ryzykiem, jakie ponoszą pszczoły. Najbardziej ryzykowne jest wylatywanie z ula(…) Latem robotnice żyją ok. 38 dni, ponieważ intensywnie pracują. Robotnice, które wylęgną się jesienią, zimują w ulu i żyją 6 miesięcy (…)” – warto żyć w kryzysie – dłużej i spokojniej.

Realizacja

Jak widać, do tych różnych lokacji trzeba różnego typu osobników, bardzo zróżnicowanych potrzebami jak i rezultatami swojej egzystencji. Niestety, Homo Sapki zróżnicowane są jedynie dymorfizmem płciowym, objawiającym się w większym rozmiarze samców niż samic, zróżnicowaną gospodarką hormonalną, nieco szybszym metabolizmem samców niż samic, większym mózgiem samców niż samic, zróżnicowanej sieci powiązań w modułach tegoż, zróżnicowanych narządach i funkcjach rozrodczych.

U Sapacza nie ma jakiegokolwiek śladu zróżnicowania funkcjonalnego osobników, są one w pełni zunifikowane funkcjonalnie. Więc cała koncepcja wprowadzania pewnych ustrojów występujących w naturze byłaby pozbawiona sensu.

Ale… pewna okoliczność pozwoliła mieć nadzieję, że jednak da się tak zorganizować cały system. Otóż dwie dekady temu w Scientific American pojawiło się kilka artykułów opisujących plemiona paleolityczne, które nie znały ognia. Jak się okazało te plemiona rozmnażają się tylko na wiosnę przez miesiąc. Przez pozostałą część roku nie wykazują aktywności seksualnej w ogóle, również hormonalnej zdolności do rozrodu u samic. A gdy się nie rozmnażali, gwałtownie rosła ich pracowitość (trudne warunki bytowania), która zamierała na czas godów.
A pozostałe małpoludy wykazują taką aktywność cały rok. I zaczęto temat drążyć, po czym po jednym z artykułów sprawa się urwała. Poszło o to, że przyczyną jest kilka czynników chemicznych powstających w procesie termicznej obróbki żywności, a to znaczy że popędem, pracowitością, zainteresowaniami można sterować zewnętrznym bodźcem chemicznym, powszechnie występującym w kulturze.

Prawdopodobnie trafiono na pierwsze egzohormony niebędące metabolitami hormonów, a inicjujące odpowiedź fizjologiczną zwierzęcia obejmującą więcej aspektów niż zachowania godowe.

(Zainteresowanych tematem odsyłam do efektów Whittena, Bruce’a, Lee-Boota, Ropartza)

Niby nic szczególnego – nie pierwsze MKUltra czy stosowanie 2MB2 do uspokajania ludności w historii.

Ale tej przeróżnej wiedzy nam się nagromadziło w XX wieku, a to była wisienka na torcie. Pierwszy regulator wydajności produkcyjnej nie będący narkotykiem (jak choćby kofeina). I nie jest to już tylko woń piżma w perfumach (metabolit testosteronu – zgadnijcie czemu kobiety lubią ten zapach).

“Woń ta ma tak silne działanie na samice trzody chlewnej, że nawet po kilku dniach po usunięciu z klatki samca przyprowadzone tam samice w rui natychmiast przyjmują pozycje gotowości do kopulacji.”

Nie pryskajcie się perfumami wchodząc do chlewa, bo wywołacie konsternację.

Wróćmy jednak do ludzi. Zniknęły artykuły z jednej gazety, ale wtedy już mieliśmy Internet (od kilku lat, ale jajogłowym wystarczyło do zbudowania grafu powiązań). Cała sprawa znana jest dzisiaj jako womeroferyny.

Z homo sapkami jest taki problem, że się rozmnażają. Do tego wybrednie dobierając partnerów o najbardziej odmiennym profilu genetycznym w rejonie głównego układu zgodności tkankowej (MHC). Samice oczywiście dobierają takich wyłącznie, kiedy są płodne, a samce zawsze (bo zawsze są płodne). Z jednym wyjątkiem. Samice w ciąży zakochują się wyłącznie w obiektach z pełną zgodnością profilu genetycznego (czyli we własnych dzieciach). Rzecz w tym, że jest środek który symuluje taki stan hormonalny u samic – to pigułki antykoncepcyjne. Samice je zażywające nie są dość zadowolone żadnym samcem, gdyż musiałby to być ich brat bliźniak. Co oczywiście powoduje, że w momencie rozpoczęcia używania takich środków samiec samicy zbrzydnie z przyczyn fizjologicznych. W takich warunkach nie jest możliwe utrzymanie stabilnych relacji i grafów powiązań. Co skutecznie wpływa na poczucie zagrożenia, alienacji i w rezultacie dzietność.

Bo najistotniejsza do regulowania jest dzietność. W gospodarce wytwarzającej nadwyżki i zapewniającej dziedziczenie środków bardzo korzystnym jest, aby do systemu dostarczać biedaków mogących rozpocząć wspinaczkę w drabinie społecznej, a usuwać zamożnych, którym nie ma już nic do zaoferowania bez zmniejszenia mocy swobodnej zabieranej na realizację jedynie słusznych projektów.

Ponieważ ustrój, gdzie takich zamożnych kułaków wywożono do lasu, się nie utrzymał, nowym rozwiązaniem problemu jest ograniczenie dzietności tak, aby nie miał kto pozycji społecznej dziedziczyć.

Dzietność można ograniczyć poprzez odsunięcie w czasie “właściwego momentu”, stawiając po drodze mapetowi targety (dom, lodówka, samochód, kariera), które osiągnie bądź nie w wieku, kiedy jego szanse rozrodcze będą statystycznie nieistotne. Co ciekawe 30 latki, jak jest za późno, chcą mieć dzieci i czasu im starcza na góra jedno (o ile jeszcze w ogóle mogą je mieć), natomiast 18 latkom (w krajach “rozwiniętych”) to nie w głowie.

“Pszczoła robotnica – samica pszczela o uwstecznionych narządach rozrodczych, przystosowana do wykonywania prac na rzecz rodziny pszczelej.”

Przytomnym ciągiem rozwojowym jest rozmnażanie Homo Sapków tam, gdzie robią to tanio – na peryferiach cywilizacji, gdzie nie ma dostępu do edukacji i narodzi się wielu bardzo zdrowych, przeczesanych przez warunki naturalne osobników. Nie zużywają do tego żadnych zewnętrznych zasobów, takich jak dzieci w krajach rozwijających się (konsola, własny pokój, rower) czy rozwiniętych (do tego jeszcze skuter, wyjazdy na narty, na ciepłe wyspy). Rozmnażać takich jest najtaniej. Nawet jak jest ich po kilkanaście na samicę, która może zacząć w wieku 13 lat i dożyć 30 – co zupełnie wystarcza i dalej nie kosztuje jej utrzymanie.

Rozsądnym następstwem jest transport tej ludności w różnych kierunkach. Młodych samców do małych miast terenów industrialnych (migracja w Chinach choćby), aby stanowili tam niewymagającą, tanią siłę roboczą, poświęcając się pracy przez kilkanaście godzin na dobę i eksploatując się biologicznie.

Oczywiście przymuszanie ich do takiej pracy nie daje rezultatów (spadek wydajności), więc muszą być motywowani własną piramidą potrzeb, a to będzie przede wszystkim zapewnienie sobie lokum (więc wywindujmy im ceny nieruchomości wysoko, ale tak żeby było to do spłacenia w okresie aktywności biologicznej) oraz potomstwa. Relacje w nowym miejscu nawiążą dopiero po jakimś czasie, jeszcze dłużej im zajmie stworzenie funkcjonalnej rodziny przy takim katorżniczym wyzysku biologicznym. W najlepszym wypadku taki robotnik będzie miał kilkoro dzieci. A zazwyczaj nie zapewni nawet zastępowalności.

Z punktu widzenia kolektora następuje wyklucie robotnika. Cel robotnika – dostanie się do kasty drobnomieszczańskiej. Potomstwo zostaje lemingiem do likwidacji. Ile optymalnie powinien żyć robotnik? Jakie temu sprzyjają warunki? A ile powinien żyć naukowiec?

Dzieci tego osobnika (czyli już trzecie pokolenie od wylęgarni) odziedziczą po nim mało warte lokum (choć pracował na nie całe życie), schorowanego lub umierającego rodzica, jakieś wykształcenie lepsze niż rodzic. I cel aby dzieciom żyło się lepiej – trzeba wspiąć się po drabinie społecznej dalej. Ale tych ludzi nie ma już o wiele więcej (najwyżej dwukrotnie więcej), niż przybyło z rejonu wysiedleń.

Ci osobnicy chcą porzucić to miejsce bytowania (a na ich miejsce już przybywają nowi z wylęgarni), aby polepszyć swój byt (wszak zdobyli jakieś wykształcenie) i ruszają prosto do wielkiego miasta. Z małego miasteczka do wielkiego miasta.

Ale mogą już mieć pewne ograniczenia, jakie wprowadzono im systemowo. Zapewne zostali poddani pseudonaukowym, szkodliwym ceremoniom takim jak szczepienia. Szczepionki nie są badane jak leki (grupa kontrolna szczepiona, grupa porównawcza nieszczepiona), aby wykazać ich skuteczność. Ich rezultaty są brane “na wiarę” – to czystej wody zabobon. Z całą pewnością jednak zawierają środki porażające układ nerwowy i upośledzające rozwój dzieci. Co więcej – wiele z nich zawiera antygeny HCG, które są środkami poronnymi. Ponieważ komplet przyszłych komórek jajowych znajduje się w jajnikach od urodzenia, a w przyszłości następuje jedynie ich wydzielanie, to faszerowanie takimi trutkami dziewczynek powoduje, że raczej nie będą miały dzieci (a przynajmniej nie tak łatwo). Rezultatem jest 25 krotny wzrost liczby poronień pomiędzy samicami Homo Sapiens z warunków naturalnych, a tych z terenów uprzemysłowionych. Depopulacja szczepieniami jest błyskawiczna. U samców zaś ruchliwość plemników spada najmniej pięciokrotnie (wg norm z 1950 roku połowa dzisiejszych 25 latków jest niezdolnych do naturalnego zapłodnienia jaja w wyniku czynności przewidzianych przez naturę).

Ponieważ jest to dopiero trzecie pokolenie z dzikiego wylęgu, to jest jeszcze całkiem zdrowe, o krótkiej ekspozycji na kancerogeny. Więc jeszcze się rozmnożą, ale łapiduchy zajmą się i ich dziećmi, a opiniotwórcze media wyjaśnią ich dzieciom jak żyć.

Ruszają więc do dużego miasta, gdzie powtarzają zabawę w zakup małego lokum z kredytem na resztę życia, co jest formą pańszczyzny – umowy komendacyjnej. Podejmują się wyczerpującej pracy ponad siły. Ze względu na konstrukcję miasta i brak przestrzeni nie gromadzą już żadnych zasobów, pojazdami nie mają gdzie dotrzeć, ograniczają się do komunikacji miejskiej. Ale że drzemią w nich jeszcze zapatrywania z poziomu rodziców, to aspirują do zakupu pojazdu, a nawet (jeśli są zaradni) domku na przedmieściach i prowadzeniu własnego biznesu.

Jeśli się powiążą w pary w mieście i odniosą ograniczony sukces rozrodczy, to być może będą mieli aż dwójkę dzieci, które rozpoczną los miejskiego leminga. A jeśli powiedzie im się ekonomicznie, to wylądują na przedmieściach dostarczając specyficznych usług i być może będzie ich stać na jeszcze jedno dziecko, bądź dwójkę, ekstra. O ile w ogóle dadzą radę się mnożyć. Bo możliwe, że aż tyle im, mimo szczerych chęci, się nie uda. I powstanie czwarte pokolenie.

Zauważacie tę podróż w czasie? Jeszcze pierwsze pokolenie żyło w dziczy, drugie już przekraczało granicę pomiędzy paleolitem a światem przemysłowym ze smyrfonem w ręku, a tu już problemy z rozmnażaniem? Wypytałem o te sprawy kilku znajomych z różnych krajów, znających swoje drzewo genealogiczne (najdalej sześć pokoleń wstecz) i ta historia wygląda tak samo, tylko w mniejszej skali, zawsze, a jedynym zapętleniem jest dom na wsi i dom na przedmieściach (american dream).
Co ciekawe, zaobserwowani ostatnio mężczyźni ze smyrfonami, masowo przekraczający granicę światów wcale nie słyną z tego, że, jak spolegliwi Chińczycy, poszli do fabryk (bo mamy mało fabryk w EU).

“Trutnie pojawiają się w ulu na wiosnę i są usuwane przez robotnice na jesieni; (…). Do czasu lotu godowego pozostają zupełnie bezczynne, nie pełnią żadnych funkcji społecznych. (…) Gdy zaczynają się chłody, są przepędzane i w krótkim czasie giną z głodu i zimna. W normalnej rodzinie pszczelej trutnie nie zimują.”

Czyli jak będzie kryzys, to będziemy przeganiać? Dymem z kominów?

Zauważcie, że, aż do zaistnienia czwartego pokolenia (być może na przedmieściach), taśma cały czas dostarcza nowych osobników, ponieważ habitat urodzenia nie cieszy się zainteresowaniem urodzonych. Gdyby to był habitat naturalny (wielopokoleniowy dom na wsi), to emigrowałaby wyłącznie nadwyżka biologiczna, a tutaj migrują wszyscy i jeszcze bez zbytniego stresora (w postaci nowych napływowych) – sami chcą się wyrwać z nienaturalnego koszmaru, pędząc do przodu – prosto do mety ^^

Czwarte pokolenie wychowane na przedmieściach, jeśli podejmie tę samą działalność (to pierwszy atrakcyjny habitat, gdzie można gromadzić zasoby) co rodzice, najpewniej powtórzy to w kolejnym pokoleniu. Teoretycznie, gdyby nie spadek dzietności co pokolenie (skażenie, dieta, szczepienia, styl życia – media), to ten stan mógłby się utrzymać i obfitować w wytwarzanie nadwyżek biologicznych o wysokich oczekiwaniach (american dream z urodzenia – własny dom, własny pickup, własna firma – zaraz to skonfrontujemy z lemingiem). Ale czwarte pokolenie i kolejne, jeśli nastąpią z tego życia na przedmieściach, będzie kuszone “atrakcjami” miasta. Tam jest “życie”, kariera korposzczura. Z punktu widzenia samicy szukającej dużej grupy osobniczej, zapewniającej bezpieczeństwo to właśnie wyśmienity cel podróży.

Prosto do miejsca, w którym nie wolno się rozmnażać, bo nie ma miejsca. A wszyscy są już któreś pokolenie “szczepieni”; i wybrani, za odpowiednią stawkę mogą sobie in vitro kupić, bo wybrani za opłatą mają przywilej rozmnażania, a reszcie odbierają ten przywilej łapiduchy swoimi genialnymi szczepionkami na dzietność.

Zapewne zauważyliście, że niby jeden gatunek, a w jego obrębie prawie polimorficzne, różniące się zadaniami, czasem życia typy. Inna jest przecież przeciętna, oczekiwana długość życia sędziego – wnusia pracownika MBP, a inna górnika czy spawacza. Jak robactwo.

Tutaj może narodzić się w bardzo małej ilości pokolenie piąte. Nie ma już kolejnego atrakcyjnego habitatu dla tego pokolenia. A obecny wcale nie jest atrakcyjny (potrzeba wspinaczki w hierarchii). W mieście nie ma czego dziedziczyć prócz ciasnej klitki, a rodzice raczej szybko nie umrą. Pozostaje żyć w domu u rodziców, nosić rurki, jeździć rowerem, jeść humus i się alienować. Żadna praca nie jest dość dobra, żadna dość atrakcyjna. Na szczęście w miastach jest coraz więcej “usprawnień”, aby rednecki z podmiejskich sypialni nie przyjeżdżały swoimi pickupami kłuć w oczy zasobami dysponentom wypożyczanych od miasta rowerów.

Tutaj celem życia jest klitka na kredyt, zwana dla żartu 27 metrowym apartamentem, niekończący się leasing prywatny na pojazd (najlepiej mały, elektryczny, albo wcale – znam takich, co wcale “bo ich nie stać”). A zresztą gdzie to parkować w mieście? Życie singla (bo kto by chciał leminga kątem u mamusi) od weekendu do weekendu, aż przeminą lata, a korposzczur wyeksploatuje się w sekcie organizującej mu życie “po pracy” kolejną pracą. Najlepiej jakby przyniósł śpiwór do roboty – pokój z kanapą i konsolą tam jest – jak w domu ^^

Piąte pokolenie ma nie mieć potomstwa. Jak przypadkiem ma, to jest to najczęściej docelowe, ostatnie, które ma wymrzeć w samotności pozostawiając miejsce kolejnym falom z wylęgarni.

Jeśli by poddać takim stresorom społeczność w czasie pokolenia, to by się zbuntowała i dała władzy do wiwatu. Wykoleiłaby wytwarzanie nadwyżek. Ale jeśli takie zmiany następują w sekwencji 6-7 pokoleń od wylęgarni do umieralni, to mało kto się połapie, że wpadł na równię pochyłą i napędza kołowrotek, na końcu drogi którego nic nie ma. A zresztą komu miałby wtedy o tym powiedzieć – nie ma dzieci, rodzice już w domu starców mało co rozumieją, znajomi pędzą w tym samym kierunku.

Czasem nie uda się doprowadzić wszystkich do wymarcia, zastępując ich kolejnymi falami – metody nie są jeszcze dopracowane. Wtedy można wywołać “kryzys” i przenieść fabryki do innej lokacji, co zostawi ludność wyrwaną terapią szokową ze snu w stanie dezorientacji. Najpewniej zaczną migrować z takich pozbawionych przemysłu miast i miasteczek, zanim ktokolwiek przytomny zorientuje się (jak na Islandii), że właściwie to nic się nie zmieniło i można produkować dla siebie co się chce – czego tylko się potrzebuje. Ale na Islandii jest mniej ludzi niż w Poznaniu, więc od biedy wszyscy się znają i ciężko im zdemontować powiązania grafu socjalnego. Ale w Nikozji już się to udało.

Czasem, jak wybuchają bunty w kopalniach, których przenieść nie można, to ludność się pacyfikuje i wymienia na nową. Żołnierz to inne stadium robotnika – najczęściej jego syn.

“Zadaniem form płciowych jest rozmnażanie w kolonii, natomiast formy bezpłciowe wykonują prace służące utrzymaniu gniazda (kasta robotnic), działaniom poza gniazdem (kasta robotnic-zbieraczek) i obroną gniazda (kasta żołnierzy). U mrówek i pszczół kasta robotników to niepłodne robotnice (osobniki żeńskie), a w przypadku termitów są to zarówno niepłodne osobniki żeńskie jak i męskie.”

Tymczasem ludzie w państwach przemysłowych jakoś ostatnio mało płodni? Dzietność spadła? Może to teoria spiskowa? Wydamy certyfikat zamiast własnego osądu. Po co ktokolwiek miałby się sam nad tym zastanawiać? Ktoś z tytułem psora przyjdzie i powie co należy myśleć – że ludzi wcale nie ubywa, a na pewno nie ma to związku ze szczepieniami i promowanym stylem życia, a badania, które to wykazują, to banialuki, zabobon i teoria spiskowa.

Do takiego zarządzania nie potrzeba jakiejkolwiek doktryny politycznej, jakiejkolwiek ideologii. Wystarczy dysponowanie zasobami na poziomie korpokracji. Na przykład poprzez skupienie zasobów w rękach ułamka ludności, a najlepiej w instytucjach skupujących wszystko duże jak leci, z obiecanek na odległą przyszłość. Tak wygląda obecnie funkcja banków centralnych.

Jeśli dostrzegacie wkoło osobniki bezpłciowe, jeśli rodzi się jakoś niewiele dzieci, jeśli dostępne ścieżki kariery prowadzą do wnętrza miast, gdzie się wymiera, to zapomnijcie o hipisach i życiu w komunie. Oto nowy, pozbawiony doktryny ustrój, oparty na zasuwaniu w pocie czoła i wymieraniu w bezdzietnej ciszy.

Oto rój – będziecie pracować, aż wymrzecie – kolejne fale już czekają w wylęgarniach.

Żeby nie było tak patetycznie – żarcik językowy na koniec:

Eusocjalność

“Osobniki rezygnujące z płodzenia własnego potomstwa specjalizują się w innych funkcjach, niezbędnych dla funkcjonowania kolonii, przez co przyczyniają się do szybszego i skuteczniejszego osiągania wspólnych celów (…)”

Jednym z eusocjalnych ssaków jest korposzczur, co ja plotę – kretoszczur. Zresztą niczym się nie różnią.