Polin lat 90tych bez Poliniaków

Wyobraźcie sobie liczbę, która… A nie, to nie miało być z matematyki. To będzie z krainy absurdu, który bardzo mi się podoba. Był taki komiks o Tytusie, Romku i Atomku gdzie odwiedzali kolejne absurdystany i obecnie wystarczy pójść na lotnisko aby takiej bałkanizacji zażyć. Zażyć jej można wyłącznie dlatego, że ekonomicznie kontynenty są zintegrowane. Wszędzie znajdziecie te same marki, oznaczenia sklepów są rozpoznawalne, szpiegofony na całej planecie takie same. Różnią się dekoracje jurysdykcji pod panowaniem międzynarodowych korpor, różni się farbka na bibule i szlaczki na niej pobazgrane, ale Jysk, Visa, Mastercard i Mitsubishi się nie różnią. No może kawa w Starbuniu na konstantynopolskim lotnisku nie zawiera dość kawy, karmelu etc za to dużo wody, ale cena też nie zawiera za dużo w stosunku do ceny ze Starbunia w Absurdystanie Północy. Mimo że nie jestem ani znawcą kawy, ani bywalcem Starbunia (ostatni stosunek miałem długo przed Żyrafą) to jednak taki całkiem ciemny na hipsterskie rozrywki nie jestem.

To sobie nie wyobrażajcie, to sobie przypomnijcie (no może nie wszyscy, ale czytają tu głównie wykopaliska pamiętające wejście telneta2021222 i wyjście sovieta) jaki bardach był na początku lat 90tych. Chodniki jeśli były to krzywe, płytek w chodnika potrafiło brakować, a czasem brakowało rzędów i poukładane były z przerwami, żeby starczyło. Drogi potrafiły składać się z samych dziur, a czasem nawet nie zawierały drogi. Profile tych drogopodobnych wyrobów na łukach wyrzucały pojazdy w drzewa gdyż o problemie poruszania się z prędkościami przewidzianymi na Zapadzie jedynie słyszano, coś tam wykładano, no ale nie żeby tak zaraz projektować drogi o nośności do 3,5t przemianowane jednym ukazem na “bez ograniczeń nośności i przepustowości”. Znajomy członek kompartii zajmujący się drogownictwem (wierzący w ustrój inżynier, ciężki przypadek) wielce się żalił że cała ta robota, całe to wzięcie w karby rzek, mostów, wiaduktów i przesiek gdzie sypał kruszywo i lał asfalt raz dwa pójdzie pod kołami ciągników z naczepami w… No i tam poszło.

Aby dodać kolorytu zaznaczę, że szwalnie (a byłem w nich często) wytwarzały popularne ówcześnie kolorowe (pstrokate) marynarki o przydużych rozmiarach (nieco kwadratowe) i szło to jak woda. Tam gdzie wywiozło mnie GypsyTravelFlyYouAnywhere nie moda i drogi mnie przygnały. Kraina nad Morzem Czarnym z początku wyglądała jak soviecki skansen zdobyty przez EU. W miejscach widocznych dla turysty idiotyczne ścieżki rowerowe, znaczki co tam z unijnych funduszy zrobiono (nie wspomnieli kto się przy tym nachapał, bo dla lokalsów budynki są jakieś takie brzydsze i nieco walące się), unijne flagi (na masztach gdzie wcześniej zwisała symbolika innego sojuza – jakiś sojuz przecież czuwać musi) i wczesnokapitalistyczna tandeta pozorująca dobrobyt. Oczywiście zwiedziliśmy to głębiej i za fasadą wczesnokapitalistycznej tandety jest druga warstwa wyglądająca na zarośnięte budki z czasów rozpadu sojuza takie same jak w Polin tylko że im akurat ten pierwszy kapitalizm nie wyszedł (z braku kapitału, który by ich miłościwie podbił), a na drugi nie ma już czego rozkraść aby skusić jakiegoś zdobywcę. Bo i tam nawet podbijać nie ma kogo – ludność lokalna ma horyzonty uwieczniane przez Chińczyków w komentarzach o rdzennych mieszkańcach Afryki do których macierz ich zesłała po surowce. Wszystko co funkcjonuje (nadmienię że państwo nie jest nawet z tektury – jest rozdrobnioną federacją powiatów, każdy z własnym rządem pozorującym rządzenie) jest organizowane przez obcych (Azerowie prowadzą Handel, Rosjanie prowadzą knajpy, produkcję i budownictwo, no i zasilają to własnymi dostawami, Turcy prowadzą budownictwo i handel, Chińczycy prowadzą budownictwo w chińskiej skali i chyba import patrząc po produktach). Tubylcy nie wzięli nawet udziału w pomniejszych czynnościach do jakich załapali się u nas nasi u obcych. Jakoś nie wyszło im pozajmowanie stanowisk kapo w obcych korporach. Dosyć szybko kilka obserwacji i streszczenie tematu w lokalnej gildii deliktu (sami państwo rozumieją – przyjeżdża się do nowego miasta po lokalnego ubiciu smoka, idziemy do gospody i wiadomo kto metodami operacyjnymi natychmiast nawiązuje kontakt z lokalną gildią występku w celach oczywistych) otrzeźwiło mnie co do sytuacji lokalnej ludności oraz przeciętnie tam występującego pułapu intelektualnego. Już nawet nie to, że cena w knajpie codziennie za to samo wyglądała na losową, już nawet nie to że w sklepie jest tylko jedna osoba jako tako ogarniająca obsługę wagi, już nawet nie to, że po deszczu rozsypuje się kostka brukowa na drogach czy do obsługi automatu z numerkami w banku jest obsługa zajmująca się wciskaniem guzika, podawaniem kwitka i kierowaniem do odpowiedniego stanowiska (cargo cult “zróbmy bank jak na zapadzie” w pełnej krasie). Tam po prostu rzucono nowoczesną technologię do rezerwatu. Tubylcy nie bardzo ogarniają jaki jest cel czynności, które nakazano im wykonywać. Zresztą po co mieliby je wykonywać inaczej, skoro wszelkie oczekiwane przez Zapad wygody na miejscu są czczą fantazją (na przykład taki wynalazek jak poczta trafiająca na adres domowy).

Co ma swoje niebywałe zalety jeśli chodzi o KYC! I właśnie dlatego tam się udaliśmy. Otóż w tej fantastycznej lokacji nie dość że ceny są śmiesznie niskie (poza usługami i towarami nie wykonywanymi przez tubylca dla tubylca i importowanymi) to do tego jeszcze stworzono tam iluzję, że to wszystko jest takie jak powinno i że niby działa. A że kraj jest mały i mało kto na Zapadzie jest w stanie wskazać go na mapie to może sobie ten bardach w obrocie dokumentami funkcjonować dość długo. A może ponieważ aby tam cokolwiek posprzątać musiałyby działać jakiekolwiek scentralizowane meldunki, do tego potrzeba ponazywać wszystkie ulice i dokonać cudu z numeracją budynków, wejść do nich i może nawet lokali (tak, wiem, w Kalifacie Północy takie coś funkcjonuje online, ale to się tak samo nie zrobiło), a do tego wypadałoby aby działała poczta, a do tego wypadałoby aby po wszystkich ulicach dało się jakoś z tą pocztą podróżować. I tak możemy wymieniać kolejne wygody, których mieszkańcy nie potrzebują, nie mają i wcale im to nie przeszkadza. Można więc tam sobie pojechać, otworzyć normalne konto na paszport, wskazać adresy zamieszkania jakie się komu podoba, i tak nie będą kontaktować się pocztowo na adres bo to nie działa, pozostaje przypiąć konto do smyrfona, odebrać kartę w banku i ruszamy. Płatności mobilne są tam co prawda na poziomie wyższym niż w takim Kalifacie Północy (bo nie mają alternatywy – przeskok technologiczny), ale do wszystkiego i tak używana jest gotówka. Do tego jest ona używana tak jak w latach 90tych czyli środkiem rozliczeniowym jest dolar, zamiennie sojuzowe ojro, i waluta lokalna do której wszyscy mają takie zaufanie, że konta i tak od razu są otwierane na ojry i dulary.

Sensu rejestrowania tam przedsiębiorstwa nie ma żadnego (chyba że dla żartu), ponieważ system fiskalny i tak jest oparty na takich warunkach, że ciężko tam zapłacić podatki, chyba że ktoś się bardzo uprze wkładając w to wiele wysiłku. Do tego przedsiębiorcy nie mają żadnego powodu aby ich nie płacić gdyż są one niskie. Z mojego punktu widzenia gdybym miał takie płacić to nawet nie chciałoby mi się nie chcieć płacić. Prowadzona tam księgowość jest też taka raczej dla bycia – miała być, to jest. Za to autobusie do czytnika przykładamy kartę kredytową z banku ze Lwem i nalicza jakieś grosze – jedziemy. Jak nie zapłacimy też jedziemy i nikt się nie czepia ani krzywo nie patrzy, ale za tyle to nawet szkoda tubylcom nie zapłacić, a niech sobie ta komunikacja działa.

Wodospady ładne, dźwiedzie ponoć są, widoki są (kolejka linowa przez miasto, góry z trzech stron), kapliczki są, tęczowych biją. Normalnie jest. I ptakom niebieskim dogodnie.

Wróćmy jednak do prowokacyjnego tematu (tubylcy mnie sprowokowali). Czym różniły się warunki tambylców od naszych lokalnych, że w podobnej sytuacji wyszło im inaczej. Sytuacja początkowa była taka, że soviet sobie upadał, poluzowywano zamordyzm gospodarczy, rozkradano przedsiębiorstwa (w obu wypadkach powstała oligarchia) i od jakiegoś czasu emigrowano zarobkowo. W tym wypadku z Polin jest bliżej do innego systemu walutowego, bo w latach dziewięćdziesiątych Turcja nie była sensownym celem wyjazdów (Turcy wyjeżdżali do Reichu), a południowi sąsiedzi mieli własne problemy aż do eskalacji w 92 konfliktem o Karabach. Są to pewne kłody pod nogi. Kiedy takie kłody pod nogi spadają co bardziej rozgarnięta ludność wyjeżdża jak się da, im dalej trzeba jechać tym bardziej wyjeżdża ogon. Ponieważ z Polin do Reichu i innych korzystnych systemów walutowych jest bliżej (i dysponujemy gigantyczną diasporą, jaka ona jest taka jest, ale jest) wyjeżdża nie tylko ogon, ale też wyjeżdżają średniacy (siła robocza). W Gruzji siła robocza pozostała bez głowy. Co więcej techniczni tam byli głównie Rosjanie (i Polacy wysyłani tam przez Sojuza), którzy na okoliczność zwijania się Sojuza też się zwinęli. Kraj został osuszony z techników (i inżynierów, wtedy to jeszcze była jakaś istotna różnica na średnim poziomie złożoności). Oczywiście jest tam jakieś wysycenie lokalnym przedsiębiorcą technicznym, ale z braku bazy popytowej nie rozwinęli oni przedsiębiorstw handlowych, a wyłącznie usługowe. To dość istotna różnica, ponieważ akumulacja pierwotna (którą nam po Żyrafie zagrają) opiera się na usługa z dostawami, a dostawy wymagają wolumenu (czyli prowadzisz przedsiębiorstwo usługowe, które potrzebuje zaopatrzenia, kupujesz bulk i sprzedajesz innym usługodawcom przechodząc dość szybko do przedsiębiorstwa handlowego; różnica przy Żyrafie będzie taka, że trzeba będzie jeszcze lokalnej substytucji produkcji gdyż łańcuchy dostaw nie zostaną tak łatwo przywrócone z powodu wywróconej strony podażowej – mamy to). Przedsiębiorstwa handlowe są obiektem przejęć parkującego kapitału (w naszym przypadku Zapad) względnie kierownictwo ma oferty pracy w rozwijanych sieciach sprzedaży wchodzących korpor. W Gruzji do tego nie doszło na istotną skalę, a jeśli doszło to pozostali na miejscu górale nie kwalifikowali się do zajmowania stanowisk kierowniczych. Jaka różnica płacowa była pomiędzy stanowiskiem kierowniczym, a fizycznym w latach dziewięćdziesiątych kiedy “dziesięciu czeka przed bramą na Twoje miejsce” nie było żartem to jeszcze co niektórzy pamiętają. Tutaj obrzydliwa krzywa dzwonowa opisująca co kto ogarnia daje się we znaki. Górale skończyli więc z obcą kadrą w małych ilościach i brakiem rozwoju tego wyzysku z powodu krótkiej ławki lokalnej. Nie wystąpił więc istotny ciężar obcego kapitału, który pozwoliłby na mobilność społeczną i bohaterskie wyjazdy karierowiczów do central (poza odosobnionymi przypadkami – u nas to była norma, bo skoro zwiększyłeś wielokrotnie sprzedaż u siebie to przyjedź do nas i pokaż jak to się robi; no oczywiście na pustym rynku mnożyć prawie zerowy wolumen sprzedaży nie jest wielkim wyzwaniem, ale w excelu wygląda obiecująco).

Tymczasem prywaciorze w Polin zajęli się obsługą tego całego cyrku o dużej objętości, kiedy górale obsługiwali wolumeny małe. Pozwoliło to zaprząc do pracy niewykwalifikowaną siłę roboczą z likwidowanych przedsiębiorstw i zapadłej wsi, a w Gruzji pozostało zostać na wsi, albo nawet na nią wrócić. Co oczywiście prowadzi do patologizacji społeczeństwa i tam problem z używkami wystąpił, aż sam się rozładował przez trzy dekady wymierania alkoholików. Oczywiście można wskazać że tamtejsi górale mają odrobinę przesuniętą krzywą dzwonową związaną z brakiem kadry technicznej (co wpływa długoterminowo na selekcję w pętli) i najwidoczniej te drobne przesunięcia są istotne. Widzę to przyjmując pracowników z różnych krain, drobne przesunięcie i wdrożenie pracownika do zbyt obcego mu systemu oczekiwań oraz sterowania nie jest zasadne ekonomicznie nawet jakby pracował za darmo.

Tak więc u nas powstawały MiŚie i do tego się rozwijały ponieważ istniały krótkie szlaki do odbiorców, alternatywa usługowa oraz handlowa, a w razie czego nawet oddanie się w wyzysk. Tam tych opcji nie było więc każde wydarzenie jadącego boczniakiem MiŚia było wydarzeniem redukującym. Widać to po zabudowie, gdyż są tam całe, zarośnięte ulice takich samych witryn jak u nas w latach 90tych i ta pierwsza akumulacja nie odniosła sukcesu (u nas targowiska zostały zastąpione przez sklepy, a tam już tak zostało). Obecnie wszedł tam nowy Sojuz (ten z niebieską flagą, żeby ludność rozróżniała etapy historyczne kolorami skoro nie da się po skutkach) i na tym zasilaniu karmi się oligarchia, ale już nie ludność lokalna, bo kadrę i tak trzeba przywozić (skoro prowadzenie przedsiębiorstw nie daje istotnych zwrotów to nie ma tam ludzi zdolnych je prowadzić, bo po kiego niby mieliby się tym zajmować). W rezultacie górale krwawią wyjeżdżającymi łbami (bo przecież rodzą się tam ludzie z predyspozycjami i trafiają do szkół jakie by one nie były) coraz bardziej spadając w spirali zależności od obcych firm zmuszonych przywieźć sobie kadrę (z lokalnego materiału nic w rozsądnym ekonomicznie czasie nie ulepią). Nawet dotacje do edukacji nic w tej sytuacji nie zmienią, ponieważ kształcona tam kadra natychmiast wyjedzie za chlebem.

Z tego wnioskuję, że przypadek naszego cwaniakowania i zaradności wynika z warunków jakie się trafiły, dobrej podbudowy technicznej w odpowiednim czasie, oraz geografii. W pętli zwrotnej te cechy były selekcjonowane (samice reprezentują tu matkę naturę stawiając w wymagalność “ile zarabiasz?”) i mamy tego ekspresję. Odbieramy tę pracowitość i zaradność jako pozytywne tylko dlatego, że z powodu wielu czynników akurat nam te dysproporcje coś dawały. Mało dawały, ale wystarczająco aby sygnał zwrotny doprowadził do selekcji obrotnych ludzi (i degradacji pozostałych). Nawet jeśli to cwaniactwo dotyczy rozwiązań technicznych, a nie tylko robienie bliźniego w konia to jednak jest zauważalnie opłacalne. A dla górali nie. Zeszli więc do archaizmu i chyba się sami już nie wyciągną z tego kotła. Nie przedstawiają też istotnych wartości jako lud do eksploatacji dla prac wymagających niskich kwalifikacji gdyż szlaki dostaw psują rentowność.

Ma to oczywiste zalety – wdrożenie tam na siłę rozwiązań Niebieskiego Sojuza będzie skutkowało jedynie pozorowaniem wykonań. Widać to już w bankowości – wszystko wygląda normalnie, ale to tylko fasada, ponieważ wszelkie korelacje wymagane od tubylca nie są przeprowadzane, a są to zbyt mało dochodowe stanowiska aby przysyłać własną kadrę w sytuacji kiedy i tak to wszystko musi działać. Czeka nas więc tam kilka lat spokoju od biurwy w zasięgu latarni i możemy w takim ciemnym miejscu ukryć kilka rozwiązań na kilka lat, może dekadę.

Jest to dobry wskaźnik jakich obszarów na peryferiach Niebieskiego Sojuza należy szukać aby sobie dogodzić przy następnej razie, o ile EU będzie jeszcze za dekadę przypominać obecnego, zbiurokratyzowanego molocha czymkolwiek prócz nazwy i chorągiewki. Obawiam się że na zasilanie tego absurdu braknie mocy, tak jak brakło czerwonemu prototypowi Sojuza.

 

https://agenda.ge/en/news/2019/1424