Skånski Staw

Z kronikarskiego obowiązku muszę popełnić grafomanię na temat zjazdu kumotrów u Śledzi. Zjazd był kameralny z powodu terminu (w Polin władzuchna pozwoliła się hajtać więc ludzie brali na zapas chyba po trzy żony weekend w weekend) gdyż geografia nie okazała się przeszkodą i kumotrzy byli wyjątkowo zadowoleni z lokacji, w której nikt o namordnikach jeszcze w 2021 nie słyszał. Coś tam niby w świecie szerokim krwi & potu ludy nie szczędzą walcząc o czyste ręce i rozrost zamordyzmu, ale w skońskim zaścianku są to wyłącznie opowieści dziwnej treści o zamorskich smokach.

Na spotkanie przybyli liczni, nieznani mi (ale zweryfikowany przez GypSec) kumotrzy, ponieważ nawet jakbym ich znał to i tak nie byłbym w stanie zapamiętać twarzy, imion i nicków. Tym razem nie zalał nas prekarIaT kodoklepców. To IT spać mi nie daje gdyż zdaję sobie sprawę w jaką pułapkę tych kumotrów wepchnięto bo sam tam byłem i z głodu znalazłem wyjście z labiryntu. Do innego labiryntu. Dla powszechnej publiki jest oczywiste zadziwienie jakież to deficyty cierpią kodoklepscy skoro ich zarobki znacząco wykraczają poza medianę, a nawet średnią. Względem potrzeb jest to jednak dla większości nie dość i starcza na lada jaką wegetację. Z podobnej pułapki wylazł TW Wielbłąd, ale jak odnalazł się w nowej to ona też mu się nie podoba. Kłopot w tym, że książkowo wszystkie te osoby łyknęły opowieść o tym, że jak będą wykonywać ruchy to z tego będzie pożytek. Tymczasem diamenty nie dlatego są drogie, że potrzebne tylko dlatego, że dostawcy się zmówili i rynek jest trzymany na głodzie. Co oczywiście TW Wielbłąd i TW Bylnik sami wywnioskowali nie pchając się na chudy rynek (choć ich boli) aby klientów przegłodzić, a pozory zmowy dostawców są teorią spiskową godną foliarskiej czapeczki. Każdy z nas działając we własnym interesie powstrzymuje się od ruchów, ponieważ ruchy kosztują, a nie o to chodzi żeby klientowi dostarczać tanio, tylko żeby klient wiedział gdzie jest ostatnia instancja i spalał zasoby na swoje głupie ruchy próbując ją ominąć. Im więcej klient się nabiega po pustyni tym więcej będzie można go skasować za szklankę gdy rynek się podniesie i będzie miał czym się podzielić. Bo to ani od nas, ani od klienta nie zależy jaki ten rynek jest, ale to nie powód aby sobie w czasie kryzysu nie odpocząć i rozdawać dobro darmo. Wiem że klienci bardzo pragną naszego dobra, no ale to nie powód żeby się zlicytować w dół na ochotnika – proszę dostarczyć jakiś przymus, może być łekonomiczny. Czemu właśnie służy plandemia miłościwie nam doskwierająca.

Na razie klienci osiągnęli znaczne sukcesy – taniego prola już nie ma (wyparły go koszty życia w tej nietaniej, śledziowej lokacji), MiŚie gotowe się zlicytować w dół zostały wyrżnięte przez KYC, a korpora mająca dostęp do drukarki jeszcze nie jest przyciśnięta na tyle by rozliczać się gotówką. Choć już ma takie przebłyski. Prol lokalny popsuł grabki i gwarantuje popsucie każdych kolejnych, choć jakość tego prola wykazuje synergię z wyspiarskim poddanym królowej celebrytki. Więc jeszcze sobie pograsujemy, bo jest obecnie więcej chętnych na nas niż nas tylko jeszcze płacić nie ma czym, ale i tych incitamentów jak za każdym razem się doczekamy.

Wróćmy jednak do śledziowa.

Odbyły się pogadanki o różnych foliarskich sprawach. @gruby objaśnił jak działa bank i system rozliczeniowy, który na razie w wersji demo używamy do zabawy, ale wszystko tam już działa na poważnie i tworzymy bazę użytkowników. Na razie przymusową – przenosimy zeszyty do tego systemu powoli i z ociąganiem. Niebawem zrobię tam emisję securitów (no bo przecież ktoś brzdęki pod tę instytucję musi położyć i jak zawsze od zabezpieczania transakcji ja robię za frajera, tfu – notariusza) pod sreberka i gotówkę. Gotówkę bo ta nam ostatnimi czasy zdrożała jeszcze przed wyzerowaniem stóp procentowych (a jastrzębie ćwierkają, że jednak się od zerowych stóp odbiły z przyczyn jakie na wykładzie @gruby sprowokowałem wpisując je w wysokości zero i suma narastających zobowiązań stała się NaN psując sens istnienia walut). Nadmienię że przyczyną istnienia waty konsumpcyjnej na sreberka jest właśnie to, żebyście nie wpadli na pomysł używania tego jako środka płatniczego, ponieważ spread pomiędzy ceną skupu i dystrybucji jest na razie kilkunastoprocentowy (a powinien być po unijnej wacie) i proliferacja postępuje gdyż sreberko konsumowane nie jest tylko stosowane jako securit i środek obrotowy. Jedna taka moneta zastępuje banknot i tylko ten spread większy od kosztu pozyskania gotówki (który to koszt rośnie) powoduje że jeszcze nie przeszliśmy na rozliczenia w sreberku, a ograniczamy się do escrow transakcji w tej postaci.

Pan @tadek puścił na kolejny sezon kabaretu o zakładach chemicznych. @gruby opowiedział o strukturze sieci, która miesiąc później zaciążyła hejtbookowi. @impeer przedstawił prospekt na ojczyznę Stalina, do której jestem w drodze pisząc te farmazony. Naturalnie moja podróż jest jak to już u kumotrów bywa kpiną z całej plandemicznej biurokracji. Polecam gypsytravel przelecą Cię gdziekolwiek (gypsytravel fly You anywhere – dobrze przetłumaczyłem hasło reklamowe?^^). Naturalnie jadę tam ze szczerymi intencjami zafascynowany podróżami, poznawaniem nowych krain, ludzi etc. Bo przecież jestem wielkim miłośnikiem ruszania się za opłotki.

Przejdźmy jednak do najciekawszego. Otóż @stawowy prowadzi interes, który opiera się na takim niszowym rozwiązaniu, żeby nie pakować się w koszty automatyki i robotyki (Jego konkurencja tak zrobiła i na początek jakość im poleciała), ale oprzeć się na dostępnym zasobie. Czyli na najprostszych pracach niewymagających jakichkolwiek kwalifikacji od prola. To ten interes opisywany przeze mnie jako sprzedaż fabryki komputerów za fabrykę ryby w puszce. Otóż ROI ryby w puszce jest lepszy niż wysokoprzetworzonych produktów, ponieważ składane na pokrycie ryzyk marże kumotrów niespiskujących przy produkcji maszyn w funkcji ich dostępności (jakoś liczba osób mających łeb & którym się chce chcieć & potrafią nie potrafi dostarczyć na rynek deflacji). Znaczy tam przy stosunkowo niskim nakładzie kapitału i bardzo dużym nakładzie pracy organizacyjnej (w tym kulejącej u kumotrów sprzedaży) udaje się wyekstrahować wolumen dający przyzwoity zwrot. Co więcej – procedura wyjścia nie zostawia tak jak mnie z niezbywalnym (po rozsądnych kosztach nabycia) parkiem maszynowym. Wystarczy rzucić hasło “rozejść się” i interes jest zamknięty. Koszty uspołecznione, a zyski już były^^

Uważam że to jest interes wzorowy – tak to należy robić. My się oczywiście kopiemy z bardziej zaawansowanym technicznie koniem gdzie marże na dziób są wyższe, ale robimy to w lokacjach gdzie taki artefakt jak przemysł występuje endemicznie i jesteśmy zapakowani w kompetencje po korek. Nie bardzo nam się chce wychodzić i dlatego większość kumotrów parku maszynowego stara się nie gromadzić. Aby też móc skorzystać z hasła “rozejść się!”.

Wszystkie te rozwiązania (takie i siakie, złożone i wolumenowe) mają mankamenty na dokładnie tych samych wykresach. Gdzieś przecina się próg wejścia z opłacalnością, gdzieś przecina się wolumen z mocą korelacyjną jaką możemy dostarczyć i gdzieś przecina się skalowanie z kręceniem kołowrota dla kręcenia. Ponieważ udało mi się ekspandować do ostatniego progu kilka przedsięwzięć w przydługim życiu upartego osła (a to znaczy, że poprzednie przecięcia wykresów były tam na lewo po wykresie, co nie zawsze się w biznesie zdarza) to doskonale znam sytuację, kiedy bryluje się za prezesa wielkiego przedsięwzięcia, a mocy swobodnej ma się z tego jak MiŚ. To poważny problem, ponieważ MiŚ na koniunkturalnym kopie daje prezesowi tak sam rezultat jak prezesowi dużego banku w Polin, ale odpowiedzialność jest zupełnie różna (w MiŚiu rzucisz grabki i co prawda nie masz dochodu, ale nie masz też problemu, więc codziennie oglądasz te grabki czy one się same nie nadepną i w pysk nie przyłożą, ale nikt nie będzie za Tobą łaził z kamerą, pisał czarnego pr i szukał kwitów, że zakałą ludzkości jesteś; no i szansa że będzie Cię ganiał prokurator za jakieś tam niezależne od Ciebie zabawy w papierkologię któregoś pionu biurwy są nikłe – w MiŚiu jak Cię ściga to na pewno coś z tego przytuliłeś albo nie masz kwalifikacji na prywaciorza). Co prawda prezes banku ma złotych spadochron i jego zobowiązania wobec firmy nie zejdą poniżej zera nigdy, ale zobowiązania prywaciorza też w jego przytomności zejść nie muszą jeśli wie kiedy rzucić grabki. Jeśli jednak rzucimy okiem na poziom złożoności, wzajemnych zależności i mocy jałowej oby przedsiębiorstw oraz zewnętrznych przymusów sterowniczych (rozporządzenia, nakazy, zakazy, regulacje) to prywaciorz przy takim samym wyniku ma dużo mnij na głowie. Znaczy duży kołowrót jest problemem. Dlatego po bohaterskich bojach, gdzie moje apanaże co prawda papierkowo wyglądały kosmicznie ale rozmywały się na obsługujący mnie sztab ludzi (sami państwo rozumieją – lewnicy darmo nie piszpanują, a w pewnym wieku i asystentki się popełnia; a ciągłe rozjazdy wciągają jak odkurzacz, z punktu widzenia ludu poczciwego niby na luksusowe życie po drogich hotelach, ale to nie są miejsca wypoczynku jak dla nich tylko miejsca pracy gdzie kalendarz jest od rana do wieczora zapięty spotkaniami wyliczonymi do kwadransa na wizytę w wychodku i przypudrowanie lakierek) & usług (czyli pośrednio też ludzi wykonujących posługi) oraz utrzymanie poziomu reprezentacyjnego zaniszowałem się (z premedytacją) w hard skills gdzie mogę reprezentować się w przetartych na wylot krooksach i nikomu to zupełnie nie przeszkadza.

TW Wielbłąd co prawda wyrzeka na długi czas recepcji, ale łun zacięcia nie ma, żeby sobie cel materialny ustalić (cel materialny to jest “co mogę zrobić sam, własnymi narzędziami, we własnym garażu z kompetentnymi ludźmi i klient może mnie w dupę pocałować czy mu się ta pozycja podoba czy nie”, a nie “chciałbym” – wannabe to nie jest żaden cel, to są marzymisie). Ponieważ umordowałem się na tej szklanej górze nieco dłużej, w nieco bardziej stromych warunkach (te bardziej płaskie mają inne mankamenty – ja trafiłem na mobilność ekonomiczną, TW Wielbłąd na wysoką stagnację, kapie, ale kapać mu szybciej na razie nie będzie).

Biznes @stawowy ma więc taki próg wejścia, że trzeba nałapać proporcjonalną ilość prola zdolnego posługiwać się nożem do liczby hodowanych kilogramów bojownika syjamskiego czy innego welona co się go w puszki ładuje. Progiem wejścia jest tu kubatura beczki do hodowania onego karasia oraz rekuperacja jakąś poniką na oczyszczaniu mazi, w której owa panga kilogramy zdobywa. Z przyczyn obiektywnych ustawienie większej liczby proli w szeregu niż Pan z Panią są w stanie upilnować nie ma przy takich marżach uzasadnienia ekonomicznego, ponieważ prol od pilnowania proli nie tylko więcej żre bo jest rzadszy, ale też więcej żre bo ze względu na swoją bystrość jak się na niego nie patrzy to zeżreć może. I zanim się połapiesz że zeżarł to już będzie strawione, a produkt wyjściowy tegoż procesu niepolityczny. Nie ma więc sensu tak skalować przedsięwzięcia, a konkurencja przekonała się że wejście w automatyzację procesu po pierwsze kosztuje (bo produkcja maszyn za jadalnego welona źle się przelicza), serwis kosztuje, jakość jest maszynowa (a każda rybka jest jednak inna, a nie standaryzowana) i wymaga olbrzymiego wolumenu sprzedaż, który w warunkach rynkowych jest niemożliwy do utrzymania. Do tego dochodzą klienci, którzy doskonale o tym wiedzą (co przećwiczyli pierwej na producentach przecieru pomidorowego) i mogą ich zagrywać obiecując wolumeny, a później tnąc cenę poniżej kosztów produkcji zawalonego zobowiązaniami dostawcy. Dlatego małe firmy, które bez żalu mogą rzucić rozkaz “rozejść się – cena za niska” i mieć w poważaniu co tam klient sobie uważa o cenach są w korzystnej sytuacji, względem przedsiębiorstw, które muszą bo ich zobowiązania uduszą.

W drugą stronę niestety też to działa, aby wziąć udział w grze trzeba się na stolik rzucić (skin in the game). Inaczej klient będzie widział takiego MiŚia jako groźnego dostawcę, bo ten może mu robić, a może nie robić jak coś się nie podoba. To najgroźniejsza sytuacja konsumpcjonizmu kiedy nie ma podaży, gdyż nie ma wtedy przepływu i cała drukarka psu na budę się nie zda.

Było też wystąpienie @impeer o jurysdykcji na G. Właśnie w niej grafomanię ciąg dalszy tego tekstu sprawdzając na własnej skórze co on tam za nowe Delaware znalazł. Ale o jurysdykcji stworzonej z rzadko rozwieszonej bibuły, bo nawet nie z kartonu napiszę w następnym odcinku, żeby narobić klickbaitów, wierszówki i liczności tekstów, które to publikowane w wielotomowych dziełach, nigdy nie sprzedane, a wydane na koszt podatnika grzecznie sobie trafią do młyna na papier z takim samym przeznaczeniem.