Długość sygnału rozliczeniowego do rozmiaru gospodarki

Informacja ma rozmiary fizyczne, dziś są one co prawda bardzo małe, ale są. Przekazywanie informacji wymaga zazwyczaj przestrzeni przynajmniej takiej jak sam rozmiar zapisu aby ją przenieść. Oraz mocy. Stan gospodarki jest właśnie takim zapisem skończonego stanu maszyny, ale jego odczyt wymaga aparatu tak dużego jak sama gospodarka, a jego analiza kolejnych aparatów (dokładnie to buduje biurokracja systemem sprawozdawczym – kto w tym bierze udział czas na próżno traci). Można jednak ten stan odczytywać kiedy sygnał przechodzi przez nasz węzeł nie w wybranym czasie jako stan skończony (to próbuje robić biurwa), ale jako odczytanie następujących sygnałów docierających po kolei do nas, oraz tych jakie wyślemy po ich przetworzeniu. Wwiększość ludzi wydaje tyle ile zarabia, więc pozostaje kwestia na co wydają. Większość instytucji zaś wydaje więcej niż zarabia, więc pozostaje kwestia kto im dosypuje, kogo i jak przymusza do wymiany tego śmiecia na dobra materialne i usługi. Jest to istotne z dwóch względów – warto wiedzieć na co ludzie wydają i im to sprzedać taniej, tak aby zostało im więcej a my będziemy mieli szansę kornerować zasoby (bo lepiej jak my a nie kto inny^^), a po drugie warto mieć dojście do tych naiwniaków, których instytucje wykorzystują do finansowania swoich deficytów – niech pozginają karki i dla naszej wczasy. Zawsze aktualne pozostaje też: albo my ich, albo oni was^^.

Wraz z rosnącą liczbą branż, produktów i metod rozliczania sygnał jaki przechodzi przez węzły jest coraz bardziej złożony, czyli w efekcie coraz dłuższy. Są branże o różnej częstotliwości przetwarzania tego sygnału:rolnictwo jest sezonowe i w różnych miejscach ma różne okresy wegetacyjne, budownictwo także, górnictwo działa w skali dekad – jedni pracują na akord, inni na godziny. Spinanie tego sygnału w coś co pozwala wymienić się pięknej pani robiącej to co szef MSZ, tylko nie za darmo, z taką na przykład kopalnią która przed jej narodzeniem wydobyła materiał na interesujące ją błyskotki karmiąc górników produkcją mięs i zbóż przetworzonych w odległej części świata oraz wykonawstwem jubilera, który ze względu na podeszły wiek piękne panie zażywa mało bądź wcale – musi bardzo dużo kosztować. Dlatego co jakiś czas padają hasła aby wszystko wytwarzać lokalnie jak się da i ograniczyć transport, ponieważ obieranie krewetek kilka tysięcy kilometrów od miejsca połowu, aby sprzedać je obok miejsca połowu zalatuje absurdem, ale organizacyjnie i ekonomicznie się spina – czyli gospodarka może być materialnie bardzo rozrzutna, czyli jest bardzo produktywna wewnętrznie. Ale nie zewnętrznie i nie ekspanduje.

Tekst jest poświęcony praktycznym zastosowaniom (dla MiŚiów na styku z Babilonem) śmieciowych produktów rozrachunkowych, jakimi posługujemy się w celu tworzenia iluzji zdolności egzekwowania podatków jakie nakładają zdolni tę iluzję deklarować, oraz temu na czym polega rozrachunek fiskalny, którego esencją jest wyzysk tych którzy podlegają kontroli oraz kontrola tych co nie dają się nazbyt wyzyskiwać. Wyjaśnię jaki jest sens trzymania na księgach (na rozrachunku choćby i tych co ksiąg nie prowadzą) gigantycznej ilości pochodnych, kryptośmieci, śmieciowych walut, zobowiązań, fucktoringu i innego badziewia dłużnego.

Pozostaje jeszcze objaśnić co to jest ta długość & rozmiar z tytułu. Najkrótszym sygnałem i najmniejszą gospodarką jest zachowanie gospodarskie: po odczuciu potrzeby (natychmiastowej i palącej naturalnie jak przyrodzone Sarmatom bicie Moskali) sami sobie siłami własnymi tę potrzebę realizujemy i taki na przykład gadżet elektroniczny dłubiemy sobie sami kojąc tym widzimisie jakie nas dopadło. Sami sobie objaśniliśmy co chcemy, wyłożyliśmy specyfikację i natrudziliśmy się nad dziełem pokrywając wszelkie koszta porażek, przestojów i czerpiąc cały zysk z sukcesu.

Wyobraźmy sobie (hipotetycznie oczywiście), że idziemy się upodlić paszowo do dajmy na to kebabowni (to przyczyna tej hipotetyczności, bo przecież nie dalej). Pytamy szanownej obsługi po ile sytość, obsługa uniżenie informuje, że sto tokenów oraz wygłasza wszystkie obowiązkowe formułki reklamowe że cola, że fryty, że rabaty, kupony, kolekcja szklanek, wrotki dla szczęśliwca; nabija na kasę stówkę, uiszczamy, dostajemy kebab, powstaje zobowiązanie podatkowe, otrzymujemy paragon, upadlamy się, mamy wynikłe z tego dolegliwości. Możecie nawet przysłać UKS i ta kasa fiskalna przeleci – jest zupełnie legalna, wszystko jest w absolutnym porządku jak w reklamie o zbieraniu paragonów z patriotyzmu. A skoro zwracam na to uwagę, to czytelnicy są już oczywiście pewni, że mimo spełnienia wszystkich reklamowych warunków jest tu gdzieś szwindel i żadnych danin z tego może nie być. Mimo zachowania wszelkich pozorów, iż to przecież do danin dla Kapitana prowadzi. W telewizorni przecież reklamowali, że to patriotyczne, tylko nie wspomnieli o pewnych szczegółach. Podaję ten przykład, ponieważ jest on przyswajalny dla każdego kto coś kupuje w lśniących miejscach z uśmiechniętymi paniami pracującymi tam za bezdurno. Gdybym objaśnił to na bazie pochodnych, kredytu kupieckiego, buybucków pompujących wartość sprzedającemu, a następnie wspomniał coś o leupay, transferwise czy innym icard (długo mogę wymieniać, ale zmilczę^^), to by mogło być nieczytelne dla nieobeznanych, a tekst stałby się nieco hermetyczny. Z mojego punktu widzenia jest to unowocześniony opis tego, co w ramach mchu i paproci uskuteczniło się (samo) ponad dekadę temu. Żeby było i dla Czytelników którzy nigdy żadnej muchy w kiblu, i dla takich co uproszczenia do perfumerii z książnicą będą nazbyt śmieszne oznaczę akapity (w miarę możliwości) literami H (objaśnienia hermetyczne) i K (pasza).

(H) Warto się na chwilę zatrzymać nad celowością istnienia środków rozliczeniowych znacznie przekraczających rozmiar rocznej podaży gospodarczej. Bo to, że jeszcze w ciągu dnia nie zdążymy zamknąć wszystkich transakcji to zrozumiałe, ale w ciągu roku to już na pewno z rolnikami zboże będzie rozliczone, z górnikami urobek. Czyli można sobie wyobrazić nawet jakimś tam lichszym aparatem pojęciowym, że obrachunek może zostać przeprowadzony w skali całej gospodarki w przeciągu roku i wszelkie transakcje zostaną domknięte. Ponieważ trzeba się streścić z takim obrotem, to tempo cyrkulacji pieniądza (w rozumieniu PM dla tych co im się to myli z walutą) jest gigantyczne, a wprowadzenie walut papierowych do takiego ustroju obrachunkowego niewiele je zmniejsza, ponieważ błyskawicznie następuje inflacja papieru. O ile nie interesuje nas (poza kwestiami estetycznymi) kto jest bity na pieniądzu, o tyle tożsamość emitenta zobowiązania będącego w uproszczeniu walutą (bardzo nam się przyda w tekście to odniesienie) jest kluczowa właśnie z powodu bicia jakim możemy go pognębić gdyby nie sprostał swoim obietnicom. O ile bicie w terminie roku, trzech góra lat jest wyobrażalne, to po pięciu nieakceptowalne społecznie (i raczej niepraktyczne), a po 50 z przyczyn obiektywnych rozpatrywane wyłącznie przez kapelana w ramach datków na mszę w intencji zmarłego aby mu gorsi diabli zostali w piekle przydzieleni. Z tego powodu wszystkie waluty prywatne (wprowadzę na te potrzeby skrót WP, w znacznej mierze obrót tym odpowiada wekslom choć nie ściśle – przyjmijmy że sprowadzamy to do prawa prywatnego i ignorujemy wymysły ustawodawców) mają skończony termin realizacji oraz po przyjęciu remitenta stają się pełnowartościowym kwitem do wprowadzenia na księgi jako stan posiadania (choć polecam sumy wyświetlać w pozycji “castle in Spain”). Ten skończony termin realizacji jak i (&&) absolutnie konieczny warunek wygaszenia kwitu po wykonaniu stanowi o pewnych szczególnych właściwościach WP, jakich nie mają FIATy, ale które to ujawniają się w praktyce obrotu gospodarczego i rozrachunku. Do tych szczególnych właściwości zaliczamy datę wygaśnięcia (lub wykonalności w ramach przyjętych zwyczajów), która mniej lub bardziej jest ścisła (wszak nie ustanawiamy na wekslu godziny, minuty i sekundy wykonania, dzień wystarczy a dalej to już common sense nas obowiązuje, który wyklucza duralex – ciekawe połączenie trzech systemów prawnych na styku z rzeczywistością; zaś w kwestiach fiskalnych dokładnością wystarczającą dla common sense jest rok bez jednego dnia). Oraz, bo właściwość jest jeszcze jedna – kwit schodzi z obrotu po wykonaniu. Te dwie właściwości to dla lemingów bagatela, ale przyjrzyjmy się sprawie z punktu widzenia leminga, którego wymęczymy tym hermetycznym tekstem tak długo, że nie zechce mu się dochodzić jak wykręciliśmy majestat Urzędu w podatku od kebabu. FIATy pozornie nie mają tych właściwości, ale wystarczy zajrzeć do klasera aby przekonać się o istnieniu wielu serii “polskich złotych” czy innych dojcze demokratisze marek, aby zauważyć że mimo braku oznaczeń daty ważności również wygasają. Dla pewności rzućmy jeszcze okiem na 20 franków w złocie z 1853 roku i coś z babilońskich wykopalisk czego na pewno nie wywieźli transportem wojskowym misjonarze nasi (teleportowało się), – otóż te pśp są akceptowane powszechnie, mimo warstw piachu zalegających na emitentach, a tam przecież tylko data wprowadzenia do obrotu jest bita i nic więcej tam z kalendarza umieszczać nie trzeba.

(K) Wyobraźmy sobie, tak czysto hipotetycznie (bo zaraz przywrócę przytomność wyrywając z tej sielanki), że na banknotach emitowanych przez bank centralny czy jakiś tam rządzik bantustański pojawi się data wygaśnięcia papieru, albo lepiej – że po zakupie dobra należy banknot uszkodzić co go dalej unieważnia w obrocie. Albo jedno i drugie. Oczywiście Czytelnik kula się do rozpuku, że takie kupieckie metody nie muszą być stosowane przez Kapitana, bo przecież we wspólnym kotle jest ile się chce i zawsze można pożyczyć od kosmitów więcej, wystarczy wyprotestować sobie pod sejmem. Takie bzdety jak stan magazynowy i pokrycie papieru dotyczą nędznych burżujców, a nie światłego towarzysza Kapitana z najrajskiego z rajskich ustrojów. Przypominam więc kartki na cukier, mięso i narkotyki (wódkę), które towarzysz Kapitan jak jakiś nędzny kupiec wyemitował, aby wszystkim żyło się lepiej, i żeby już na pewno najlepiej to podparł tę reglamentację czym na gąsienicach, aby się nie wywróciło od naporu oporu przeciwko takim breweriom.

Docieramy więc do miejsca, w którym możemy określić długość sygnału rozliczeniowego u kupców (na suku) i u Kapitana. Otóż na suku od razu się w żywe oczy objaśniamy do kiedy ten rejestr i wykonanie gwarancji, oraz gdzie konkretnie i od jakiej tożsamości trasata (kto ma być bity za monetę) co jasno skutkuje terminem zastosowania czarnego storno w księdze i przeniesienia kwitu do klasera po tym gdy niewykonanymi już zalepiliśmy ścianę, zakrywając na niej napis “jesteś mądry i odniesiesz sukces” – co ujawnia nam zarówno skalę sukcesu jak i tę mądrość. Na ścianę polecam zawieszać również niewykonane wyroki Kapitana, który to w bystrości swoich niezawisłych przedstawicieli nadzwyczajnej kasty nakazał dłużnikom naszym zaspokojenie roszczeń. Tymczasem kwity Kapitana są teoretycznie bezterminowe. Ale większości lemingów wydaje się, że ich obrót kwitem datowanym nie dotyczy, że wszystko co mają, to obrót reglamentowany przez Kapitana. Wróćmy więc do kebabu sprzedawanego w perfumerii z książnicą trzeciego sortu – wersja uproszczona, czytelna dla laików. Wręczamy w kasie kartę upominkową i otrzymujemy wierszówkę od wyzyskiwanego przez wydawców grafomana, nawet otrzymujemy paragon (bo to takie patriotyczne). Teraz wersja śliska – w kasie płacimy FIATem i otrzymujemy paragon, i dobro, ale kasa natychmiast dokonuje rozrachunku nie za dobro, a za prawo ciągnienia z cudzego magazynu, który akurat przypadkiem jest pod ręką. I wydaje dobra. Następuje więc zestaw czynności formalnych (kontrfaktycznych rozwiewających wątpliwości w ewentualnych postępowaniach), w których po stronie kosztowej jest wytwórca kebabu z kuchmiszczami, który dysponuje na księdze papierem wartościowym “kartka na paszę” ze wskazanym przyjemcą będącym spółką. Ponieważ wchodzimy w zakres prawa prywatnego, to na co się tam strony umówiły to dowiemy się dopiero jak zaczniemy te kwestie penetrować, a umówić się można na takie fikołki co lewników przyprawiają o śmiech niewykonalności, lecz nie żałujmy sobie mimo to umawiania się, gdyż nie będąc lewnikiem nie wiem co czynię umawiając się, a nie będąc akredytowanym przez Urząd księgowym nie wiem co czynię prowadząc sobie księgi tak, jak ja uważam czyli w pamięci^^. Od razu wyjawię prawdę objawioną – w czasie kiedy zaczniemy w tym grzebać przyjemca nie będzie istniał, a terminy formalne wymagane żeby mu zajazd czynić będą z kart historii przechodzić do legendy, mechanizm w jakim to następuje jest z kategorii H, ale z pewnością i do tego dobrniemy. Co czyniłoby długą historię krótką gdyby nie bezterminowość kwitów Kapitana skonfrontowana z terminowymi prawami ciągnienia.

Wiem, że dla tych H co tak robią wydaje się to wszystko oczywiste i niegodne grafomaństwa, a już z pewnością dla tych co tak watą się napchali za Przedkaczora Naszego Donalda i dalej pchają; a dla pozostałych K jest to po prostu oszustwo, ale tylko jak się je tak opisze z zewnątrz, bo z wewnątrz i krok po kroku jest to tylko naiwność, indolencja i bystrość kuratora Pana Marcina, który swoim tęgim intelektem obrazuje nam skuteczność Kapitana sprowadzającą się do małpiego okrucieństwa trzymania najniewinniejszego z niewinnych (bo nieskazanego przecież^^) człowieka w klatce.

(K) Wersja dla niegrających w kulki jest oparta o “kupony upominkowe”, bo takie mogli mieć w ręku. Często jest to po prostu kod uprawniający do skorzystania z usługi, rabatu. Z punktu widzenia kupującego wręczenie karty upominkowej czy paru sobieskich na prezent nie powinno czynić różnicy, a zakup u właściciela towaru nie różni się niczym praktycznym od uzyskania go od agenta handlowego działającego na prowizji od sprzedanych uprawnień do ciągnienia z magazynu. Z jakiegoś jednak powodu Kapitan ma focha na gotówkę (banki centralne już wrzuciły wsteczny i przywracają cash, bo im rozrachunek popłynął w papier terminowy z bezterminowego FIATa – Kapitanowie chcieli banki wykpić), z czego wynika wytworzenie całej tej bzdurnej makulatury rozmywającej kwestię co, kto, komu sprzedał i zaraz dojdziemy z kuponami upominkowymi do kompensaty węgla & stali – co jest podstawą rozrachunkową bloku kontynentalnego w jakim przyszło nam żyć (za wyłączeniem Czytelników którzy nie żyją, względnie takich którzy Czytelnikami nie są, a ostatecznie nawet tych z innych kontynentów). Ta bzdura w nawiasie jest kwintesencją tego, co nam zaraz wyniknie.

(H) Kupujemy od brokera (handel agenturalny) jakiego kwita, który to uprawnia nas do czegoś tam, ale ma wartość zarachowaną aż do rewizji w księdze (jakby podrożał to robimy rewizję, a jakby staniał to nie ma się co spieszyć^^). Ukontentujmy naszych Czytelników przemysłowych – kupiliśmy od brokera kwit na metal franco “na składzie trzy kraje dalej, za górami, za lasami”, albo nawet jak jeden z naszych Czytelników oferuje loco “w magazynie u kupującego – zadzwoń tydzień wcześniej to się dowiezie”. 7day loco jest o tyle dobre, że na jego podstawie wrzucamy na księgę niepodpadające rewidentowi stany magazynowe wliczane w stan posiadania podmiotu prawa handlowego, ale implikujące zobowiązanie (minus ujemny na księdze) w powiedzmy 90 dni po wykonaniu 7d loco (pomińmy prowizję brokera jeśli był taki potrzebny do wydania kwitu jeśli chcemy aby instytucje zaufania były tak zaufane i akredytowane, że zaufanie będzie promieniować na dalszą okolicę). Najczęściej taki kwit kupujemy w listopadzie, aby sobie na rewizji rocznej ładnie zapakować straty w kasie nadwyżkami na magazynie (ile wagonów pręta zbrojeniowego mieści się w skrzynce pocztowej?) i wykazać tym samym brak podstaw do wniosków o podpadalność u wierzycieli – dobroczyńców naszych. Nasz dostawca ma tym kwitem na swoim magazynie (taki katalog w smartfonie, żeby nie powiedzieć, że post it wklejony do zeszytu) zablokowane te wagony, i tą stal, i ciuchcię pod parą co to dowiezie – no koszty okrutne magazynowania tych arkuszy blachy, ponieważ kwit co prawda jest na pręty, ale w tonach stali, i możemy zrobić swapa na heby po wadze, bo to jest taki magazyn z transformersami i tam w stalowni zaraz wyrychtują to co byśmy chcieli, o ile nas to chcenie nie opuści przed wykonalnością kwitu.

Jak zaznaczyłem “trzy kraje dalej” implikuje to pewne kwestie podatkowe odnośnie towaru, który jeszcze nie powstał, ale gdyby powstał to należałoby rozliczyć za niego podatek od wartości dodanej, przy czym od razu wyślemy to do magazynu celnego agenta odbiorcy w innym kraju i się nam po przekroczeniu granicy ta należność prawie wyzeruje, a lewnicy i doradcy podatkowi będą tam stanowić najwyższą pozycję w wydatkach, no bo przecież nie Kapitan (właśnie po to lewnikom takim jak nasz @Rysio państwo potrzebne, aby była podkładka do dawania im zajęć fikcyjnych zamiast postawienia karnie przy tokarce). Jeszcze dodajmy, że trasatem jest podmiot prawa handlowego zarejestrowany w ramach common law, trasantem i odbiorcą jest magazyn celny podmiotu zależnego od trasata, ale w kraju gdzie common law wymieszane jest z kontynentalnym i sovieckie krasnale sikają tam do mleka, a wysyłka następuje z prawa kontynentalnego. Próba dojścia kto, kiedy, komu i za co ma zapłacić w takim układzie jakiś podatek i komu to dodało wartości ma sens, o ile w grę wchodzą kwoty przy jakich OBWE może co najwyżej zawiesić działalność. Teraz sygnał rozliczeniowy stał się bardzo duży, a rozmiar gospodarki skurczył się, bo przecież magazyn jest w skrzynce pocztowej, czyli proporcja w stosunku do przytomnie zakładanej stała się nieprzytomnie rozległa. A mimo to nie napada nas inflacja i nie gwałci zerami. Wypada zadać głupie pytanie dlaczego nie gwałci, a równie głupią odpowiedzią jest “bo Kapitan”.

(K) Kapitan Państwo jest przyczyną, ale nie tego że te astronomiczne kwoty ukryte w przeróżnych gwarancjach prywatnych i publicznych nie wysypują się nam na ulicę wymiatając ocet i półki. Kapitan jest przyczyną, dla której te kwoty w ogóle istnieją. Cała ta abstrakcyjna księgowość jest generowana za każdym razem jak się komuś uwidzi wyjmowanie wartości z sum niepodzielnych. Problem ten istniał prawdopodobnie w Asyrii, w Babilonie zaistniał z całą pewnością, na wydobyciu rubinów w Azji Mniejszej doprowadził do takiego bałaganu, że Mahomet mógł zaistnieć i podbić całą małpiarnię zakazując jakichkolwiek takich praktyk kiedykolwiek więcej. Grecy zabrnęli w ten problem tak daleko, że zabronili egzekucji długów (Solon). Rzymianie regularnie wprowadzali zakaz takich praktyk i regularnie był on obchodzony przez wiadomo kogo. Bliżej naszych czasów to już kryzys roku tysięcznego opisywany gdzieś tu kiedyś, krymska bankowość vs Rzeczpospolita, kasata Jezuitów, perturbacje finansowe wokół wojen Napoleona, schodkowe bankructwo UK, wielki kryzys w USA, wielki skok do płytkiej wody na główkę w Chinach, rozpad sovietu.

To nie jest tak, że im bliżej naszych czasów tym kryzysy obrachunkowe są indukowane częściej. Po prostu mamy więcej źródeł godnych wzmiankowania. Taki sam kryzys demolował gospodarkę, gospodarstwa, przedsiębiorstwa i sieci handlowe zawsze – to kryzys rosnących oczekiwań skonfrontowany z rzeczywistością, w której korzystna pozycja zbudowania miasta z rzeką, morzem, kopalnią i zaopatrzeniem w żywność jest lokalnym artefaktem, a nie wolitywną normą zależną od wkładu kapitałowego. Ten błąd rozumowania jest u homo sapiens tak powszechny, że potrafimy przepalić pracę całych pokoleń w budowaniu centralnej piekarni kontynentalnej i drapiemy się po głowie czemu centralny młyn planetarny z żarnami wielkości Księżyca sam obok nie wyrósł. Ten błąd rozumowania jest konieczny nam do przeżycia, ale umiemy go indukować celowo i należy mieć w pamięci że 80% interesów wali się w ciągu pierwszych dwóch lat (moich też i to dokładnie chyba tyle nawet). Mechanikę tej pułapki objaśnię dalej. Żyję głównie z tego, że potrafię manewrować tak, aby jak najdłużej tej pułapki unikać, ale inercja i tak mnie tam zawsze rozsmarowuje na ścianie.

(K) Mechanizm przyczynowy tego stanu rozrachunkowego oparty jest o konkurencję w chciejstwie. Jego skrajnią jest zamożność, która objawia się tym, iż nikt nie stawia się do zadań, gdyż każdy ma własne pomysły i poszukuje wykonawców tychże. Takie rozdrobnienie może być postrzegane jako stan anarchii, bo nie da się w tym rządzić z pozycji tej siły co dawniej (ale może z innej się da, tylko kto wie z której^^) i dodatkowo większość nie ma żadnych innych pomysłów niż wypić & zakąsić, bo średnia wieku społeczeństwa wskazuje nam iż inne czynności mogą nie mieć już wysokich priorytetów.

Współczesny nam aparat nakazowy (rządzenie) opiera się na udziale decydenta w owocach pracy innych gotowych uwierzyć, że decydentami nie są. Ludzie z różnych powodów uświadomionych wierzą w to, że o niczym nie decydują, ale przyczyna nieuświadomiona jest czysto metaboliczna i często ujawniana mi przez lemingi kiedy dokonuję działań, jakie one uznają za nierozważne (w 80% mają rację). Otóż lemingi żyją podług statusu quo, że zostały zrodzone z faktu istnienia zasobu (“Po co Cię zrobiono” – może ukończę) i ten z łaski Stwórcy im najwidoczniej musi wystarczyć, i nie ma co podchodzić do krawędzi, bo tam wyłącznie Das Fall i zgrzytanie zębów. Ta metaboliczna przyczyna ma dość proste składowe (użyteczności krańcowej), przyjmijmy ukpdpj (cóż za piękny akronim – uświadomiony koszt podjęcia działań przez jednostkę) * coś (częstotliwość odnoszenia sukcesu, „ś” żeby nie mylić z cosinusem^^) * $gain (zwrot z sukcesu) / t (tę ostatnią operację możemy sobie darować, oznacza ona ujęcie całości w funkcji czasu i tutaj byśmy musieli uwzględnić preferencję czasową, co rozniosłoby nam wykres na wielowymiarowy i trzeba by wpisać (H) w tekście który miałby niby coś tłumaczyć co byłoby niezasadne). Sprawdźmy sobie przebieg tej operacji z objaśnieniami jaki zakres parametrów może zaistnieć.

UKPDPJ

jest urojony, ale zasoby w dyspozycji urojone nie są, to urojenie może być bliższe rzeczywistości bądź dalsze. Nasze mózgi są zdolne do podejmowania tego wyzwania heurystycznie z korektami o doświadczenie. I tu należy uwzględnić, że po pierwsze heurystyka może być dobra, a doświadczenia hiobowe i nie uzyskamy w ten sposób osoby przedsiębiorczej, czyli bardzo trzeźwo myślący ludzie bez doświadczenia zetrą się ze środowiskiem o ujemnym wyniku gospodarowania (wojna) i jeśli przeżyją te bęcki, to będą zachowawczy gospodarczo i oszczędni. Jeśli zastanawia Was skąd takie lęki przedkryzysowe na IT21, to właśnie dlatego, że pokolenie tam się ujawniających grało w tę chruszczówkę właśnie w takich warunkach, a obecnie niby tam 87% ludzi wchodzących do gry w kasyno & forex zostaje wytrzepanych w pierwszych rozdaniach.

Wchodzi młody człowiek na rynek i chce sobie pokonkurować – witamy młodego przedsiębiorcę – “how can we abuse You?^^”. Teraz kalkulacje są dwie (trzy, ale trzecia to cherry picking).

Leming albo ma doświadczenia cudze (przyjmijmy że 80% nieudanych) i mnożnikiem oszacuje ile komu brakło jak mu nie wyszło w rodzie i znajomych, doda tam mnożnik z własnego biasu (ci co zaczynają najczęściej mają mnożnik <1 “mnie się uda taniej”) i zajrzy do portfela “czy ja tyle chcę przegrać i czy w ogóle mam za co siadać do stolika?”, uruchomi mu się ratujący życie błąd poznawczy z teorii podejmowania decyzji “loss aversion” i zasoby nie zostaną zmarnowane. Leming nas więc uratował ratując swoje zasoby w swoim własnym interesie, względnie dureń miał tak mało zasobów że ich nie zmarnował. Jeszcze zaznaczmy, że dureń mógł pójść do kogoś kto zasoby ma (przyjmijmy, że kogoś przytomnego), ten postawił durnia przed problemem “show me the money”, dureń pokazał że nie ma, przytomny wyjawił mu, że to bardzo dobrze że ten ma ile ma i najwidoczniej więcej mu nie potrzeba (“jakbym miał kasę to po co byłby mi kredyt?” – ano właśnie dlatego durniu!), bo jest durniem i nie ma żadnego powodu aby na jego pomysły wytężać górników, zginać kark nad pługiem, bo są i inne pomysły, i to przytomniejszych ludzi.

Ta druga kalkulacja jest taka, że dureń niedoszacował, spłukał się do zera i mu brakło, zasoby zostały sprzedane PbnKD (Po Kursie Dnia – bardzo niskim, tego akurat dnia, bo durnie pchali się drzwiami i oknami) w wyniku czego został biednym durniem i nie marnuje więcej zasobów. Aby dyscyplinować durni udziela im się przeróżnych lewarów, z których (mają nadzieję) zwolni ich jaki komisarz Solon, ale zanim ich zwolni, to ci co im przydzielili tę przynętę wyzyskają ich.

Było coś o Solonie – nie żałujmy sobie. Solon był degeneratem w rodzaju marksistowskiego leminga pochodzącego z arystokracji tak legendarnie umocowanej, jakby kto z powstającej z rycerstwa szlachty w XV wieku mógł postawić sprawę wymierających Jagiellonów na nieubłaganym gruncie własnego pochodzenia od samego chościska Pąpyla (Popiel), albo i nawet Lestka za czym idzie podtrzymanie korony. Z tym że Piastów też nie brakowało – ostatni z prawami do korony wymarli niedługo po Potopie. Wróćmy do gamonia Solona. Otóż ten leming układał poezję w celu umacniania państwizmu (zamiast wstąpić do bezpieki i tam dopuszczać się dobrych uczynków), gdyż pierwsza praca “agenta handlowego” nie przypadła mu do jaśnie pańskiego gustu (zapewne czytał Krytykę Polityczną i to dlatego). Niby swoimi wierszykami odegrał istotną rolę w wojnie z Megarą (o Salaminę) – proszę nie kulać się ze śmiechu, to nie koniec, w wyniku czego wybrano go na szefa komitetu (słowodawcę) komisarzy (archontów).

Gamoń ten zniósł ustawy Drakona (czyli porządek prawny), w tym możliwość egzekucji długu poprzez zniewolenie dłużnika wraz z jego własnością (rodziną) oraz przywrócił z niewolnictwa do obywatelstwa wszystkich którzy obywatelami byli lub być mogli, a byli zniewoleni, a pozostających poza projekcją siły Aten nakazał wykupić na koszt ateńskiego skarbu. Jak też przyjął na skarb długi wszystkich rolników (drobnych). Przy okazji rozmontowano wszystkie zapasowe struktury hierarchiczne, a przynajmniej podjęto taką próbę. Całe szczęście, że inni krewni gamonia poczuli pismo nosem i przywrócili normalność (na dwa pokolenia) tęgim kijem, dzięki czemu “dzieła Homera” w ogóle są spisane oraz zbudowano wodociąg (właściwie cała sztuka uważana powszechnie za grecką – wazy, malowidła, posągi – powstała właśnie wtedy za Pizystrata & Synów w epoce tak obrzydliwego dobrobytu, że chłopi których Solon cofnął oddłużeniem do rolnictwa i tak przeszli na rzemiosło, produkcję i eksport), a monety bili z wizerunkiem… sowy^^.

No i podatki, bo przecież o czym byśmy mogli pisać, za Pizystrata wynosiły 10%, a za Synów już całe 5%. Ich problemy polityki wewnętrznej (uwiecznione między innymi przez Tukidydesa) sprowadzały się do przepychanek z jeszcze bardziej twardogłowym od nich playboyem Kimonem, najlepszym kierowcą wyścigowym ich czasów będącym przy okazji „najzwycięskim” z dowódców, skrajnym konserwatystą z nienawistym zacięciem na Babilon, postulującym zrobienie wszystkiego “tak jak w Sparcie” (wszystkich za mordę). W tej nienawiści do Babilonu przyjmował (ponoć) łapówki od ich reprezentanta (króla namiestnika Babilonu, który wykorzystał okazję i odzyskał samostanowienie w czasie kryzysu w Persji), którego to krewny dziedziczący koronę 160 lat później rozpędził się na Bucefale ustanawiając podział mapy trwający z małymi przerwami do dziś. Kimon jest wspominany w superlatywach we wszystkich źródłach jakie przetrwały, nie tylko jako świetny strateg, ale też organizator życia ludności dbający o bogacenie się biednych, aby nie trzeba było o nich dbać dłużej. Ten słynny rajdowiec był tak istotny dla funkcjonowania porządku społecznego, że ukrywano iż zginął prowadząc prywatną wojnę z Babilonem. Dopiero po jego śmierci możliwe były jakiekolwiek ustalenia pokojowe z Persami.

Co jak widzicie, mimo komunizujących głąbów, pozwala wyswobodzić się i z władzy hegemona (Persji) i z władzy durniów (Solon, Klejstens, Perykles).

Większość więc pozostanie w stanie zasobów w konfrontacji z wyobrażeniami i rzeczywistością nieinicjujących u nich działań przedsiębiorczych – i bardzo dobrze! Bo tylko szkody by z tego były. Tym tokiem rozumowania odnajdują się w hierarchii innych uznając ich za mądrzejszych (i zazwyczaj starszych) na właściwej im pozycji, na której to mogą zrobić sobie dobrze zaspokajając potrzeby doraźne, a PSIM nawet lepiej zaspokajając jaśniepańskie. Jest to komodacyjny element feudalizmu i zupełnie bez znaczenia jest czy wynika on z wyzysku pracodawcy opłacającego lemingowi czynsz czy z wyzysku przez bank udzielający lemingowi kredytu w ramach jego dochodów (póki je ma), gdyż niezawodnym tropizmem lemingi są w pełni świadome krótkoterminowego dochodu dysponowanego, z czego niechybnie odgadują czy się rozmnażać czy wyłącznie napić i jako jednostki nie dość godne rozrodu tworzą popyt na używki o niższych konsekwencjach kosztowych pozostawiając piękne panie do użytku osób zdolnych zapewnić zasoby, czym wracamy do feudalnej koncepcji prawa pierwszej nocy objawiającej się w społeczeństwie bezzasobowym natychmiastową oceną przez samice komu i w jakim celu należą się względy nieograniczone.

A tak, cherry picking, typ trzeci. Wchodzi sobie młody przedsiębiorca na rynek gotowy pożreć dusze piękne, mądre, dobre służące w dumie mu z ochotą. W grafomańskich bajkach o superbohaterach jest często taki wątek, że spędzali dzieciństwo w warunkach alternatywnych, dostali w kość i nabyli niezwykłych umiejętności jakie wymagają doświadczenia nieoczekiwanego po dzieciach, względnie zostali nafaszerowani wiedzą i treningiem. Jak myślicie, czego uczą się dzieci polityków, wojskowych, bankierów i przedsiębiorców w liściastych szkołach z internatami? Wkuwają na blachę pierdoły o rozmnażaniu żuczków? Grają w diablo? A czego i jak uczyły się wiek, dwa wieki temu i wcześniej? Takiego abstraktu jak dzieciństwo nie ma. To wymyślona bzdura mająca trzymać lemingi w infactwie. Pomiędzy 10 a 12 rokiem życia wykształcają się zręby myślenia abstrakcyjnego i jest to ostatni czas na opanowanie umiejętności, na które niebawem zacznie wpływać metabolizm wywracając porządek rzeczy do góry nogami. Oznacza to, że najpóźniej do 12 roku życia gówniarz ma mieć praktyczne doświadczenie (z pozycji stania w kącie w milczeniu, a zadawania zanotowanych pytań po spotkaniu, aby czego przypadkiem spostrzegawczością nie wyjawić) odnośnie działania zarządu, posiedzeń, narad, łańcucha decyzyjnego, szacowania kosztów, pracy biurokracji, wojen korytarzowych, wydobycia, produkcji, łańcucha dostaw, wycen, marż, podatków, delegowania zadań, mycia samochodu, obsługi broni, dokonywania czystek etnicznych, wyłudzeń, napadów, forteli i oszustw. A od dwunastego roku życia ma być trzymany w okrutnym, przeciwmetabolicznym rygorze inwigilacji, rycia teorii, praktyki stosunków międzyludzkich (kłamać, oszukiwać, manipulować), ma przeżywać skrajne stany emocjonalne (dla nastolatka wszystkie interakcje społeczne są skrajnymi stanami emocjonalnymi). Gdy już będziemy wiedzieli, który z potomków to zniósł, który odnalazł się w innym miejscu hierarchii, a który nadaje się na terapię czy odstrzał, to wracamy do kontynuacji wątku nafaszerowanego 15-20 letnim doświadczeniem w chąszeniu, młodego przedsiębiorcy schodzącego raźnym krokiem z drakkaru na którym był skoszarowany, aby po tym długim i wyczerpującym stresie metabolicznym jaki przechodził od dzieciństwa skonfrontować się z rynkiem. I choć z przewrotnej gramatyki zdania z początku akapitu “Wchodzi sobie młody przedsiębiorca na rynek gotowy pożreć dusze piękne, mądre, dobre służące w dumie mu z ochotą.” można było wnioskować że to rynek pożera dusze piękne, mądre i dobre, to teraz wątpliwości interpretacyjne zostały rozwiane. Jeśli nie zrobią tego rodzice zapewniając wykształcenie, to ci którym się udało przechodzą taką formację już na żywca i większość tego eksperymentu nie przeżywa w dobrej kondycji finansowej. Dlatego durniom wydaje się, że szefowie firm, armii, kultów i partii politycznych to krwiożercze sqrwysyny, a lemingi nazywają ich wprost psychopatami i najczęściej chcieliby aby jakieś dobre wróżki coś z tym zrobiły. A to po prostu środowisko wymusza abyśmy mieli pewien odsetek ludzi przytomnych w populacji, bo inaczej skończymy żując sorgo przy ognisku. Czytelnicy nie mają złudzeń, że w takiej kadzi dojrzewają ludzie nie internalizujący takich abstraktów jak normy, ale świetnie imitujący pełną zgodność z interfejsem społecznym?

Zachowajcie spokój – wszyscy zostaniecie ostrzyżeni, proszę się nie pchać^^.

COŚ tam sobie wiemy

Ten parametr przyjmijmy za oczywisty, jest to odwrócona statystyka porażki. 80% firm ginie w pierwsze dwa lata, jakieś 87% “inwestorów” puszczane jest na forexie w skarpetkach najpóźniej w kwartał (po to tam przyszli, aby przekazać prawa ciągnienia tym, którzy lepiej je zagospodarują). I pozostaje nam jeszcze $gain – to jest ten często wspominany w tekstach mnożnik jaki opisywałem przy referencji kosztu produkcji lokalnej względem kosztu transportu i dystrybucji z Chin (wojna handlowa polega właśnie na próbie supresji tych parametrów). Ten mnożnik informuje nas jaki ROI musimy uzyskać, aby w ogóle chciało nam się nastawić budzik, poniżej nie uzyskujemy wzbudzenia sygnałem. Pomińmy na razie ten mnożnik, choć od razu podpowiem, że zaczniemy od ROI 500%, które wcale nie wzbudza i kto nie spał na zajęciach od razu złapie się za głowę przy takich liczbach.Na ochłonięcie podam, że system podatkowy zakłada bonus na poziomie -400% ROI nie bez powodu, natomiast nie zakłada podatku od kapitału zgromadzonego (nie bardzo i nie jeszcze, ale za kilka lat będzie to standard i będziemy grać w inne bambuko niż do tej pory, ale jesteśmy już gotowi). Zwracałem uwagę na feudalną wysokość stóp procentowych w okolicach 400% – no i jeśli wszystko nie jest jeszcze oczywiste, to przecież po to ta grafomania aby kaganek oświaty (a niechby i „kaganiec oświaty” jeśli będzie trzeba) został wniesiony do sycącej się metanem sztolni. Pominiemy na razie ten mnożnik dlatego, że po pierwsze interesuje nas co żaba zrobi, a nie co żaba o tym sądzi, a po drugie dlatego, że podane powyżej liczby implikują błędne rozumowanie „łekonomuf”, że grosz musi krążyć w gospodarce aby ludzie gospodarowali, mimo że ten jest abstraktem obrachunkowym (kwestią umówienia się kto jeszcze ma tyrać, a kto już konsumuje).

O gospodarce wiemy tyle, że w obszarze ogólnym (wliczając usługi, estetykę, wiarę, politykę, filozofię) mamy przyrosty na poziomie średnim długoterminowym w wysokości 3,5% r/r, a na poziomie infrastruktury materialnej 0,6% r/r i parametr ten w ostatnich latach nieco się wahnął w kierunku 0,5% – co jest problemem na tyle zauważalnym, że aż odnotowanym i podzielonym na poszczególne bloki kontynentalne (w Chinach gibnięcie jest największe zapewne do 0,3%, co może być przyczyną samorzutnego wybuchu konfliktu z poziomu działań prywatnych, łupiestwo jako racjonalna forma gospodarowania było normą jeszcze za Napoleona, a to jak widzę po datach na monetach było całkiem niedawno, to ostatnie 150 lat jest wyjątkiem, a nie normą). Przy okazji wiemy, że najlichszy rolnik zmechanizowany i podparty chemią uzyskuje średnioroczne plony mnożnikiem x40 do x200 (i to nie jest nasze ostatnie słowo) zależnie od liczby cykli wegetacyjnych na danym obszarze, bo tyle ziaren uzyskujemy z jednego zasianego, a przy tym rolnictwo uważamy za bardzo niedochodowe i angażujące 10-20 razy więcej ludzi niż teoretycznie ze wskaźników powinno, gdyby było dobrze zarządzane, co oznacza że w rolnictwie mamy marnotrawstwo na poziomie 90-95%. I do tego dodajmy, że chodzi o rolnictwo indywidualne, czyli o mikroprzedsiębiorców bezpośrednio dbających o własny interes. Pozostaje to tylko przemnożyć przez poziomy hierarchii i rozważyć rozstrzelania, żeby już się ludzie nie trudzili bez potrzeby. Bo gospodarka to nie jest to, co myśmy sobie planowali, tylko to co nam wyszło. I ci co planowali to też konsumują tylko z tego co wyszło, czyli z tego co jest, a nie z tego co sobie tam zaplanowali. Ostatnio mi klient dinozaur (dawny mój zleceniodawca i dawniejszy jeszcze szef) przygadał, że ja lepiej robiłem niż to jest zrobione co zleciłem do zrobienia innym, i że on by chciał jakość, żeby tu było tak, tu siak, i żeby w tym więcej korelacji i przewidywania w procesie było. Jak się nie podoba to se zrób sam – przecież umiesz, no ja też umiem, ale jak ja mam się oderwać od roboty, to proszę mi tu konkurować ceną, i to mnożnikiem. A że dinozaur doskonale zna tę cenę to uznał, że nie ma zastrzeżeń co do jakości i ceny, ale postawił sprawę zapłaty na nieubłaganym gruncie barteru, co wyjawia nieco jego plan emerytalny i formę międzypokoleniowego przekazywania infrastruktury gdy ma się lichą populację własną. Skonsumował więc to co było płacąc tym co jest, żadne IOU z tego nie wynikły i Kapitana obok nie było, co wprawiło nas w niezwykłe ukontentowanie z racji kolejnej transakcji dokonanej bez udziału osób trzecich nazbyt chciwych i roszczeniowych co przy tym nie pracowały.

Skoro wiemy aż tyle, czyli ile wynosi wynik (suma gry), to wiemy czego możemy sobie rościć na płaszczyźnie stolika, no ale gramy w grę i używamy żetonów, ale wymieniamy je od razu na zasoby, usługi, doznania. I tak na przykład doraźne doznanie władzy, że kelner w pas się ukłoni kosztuje jakiś żeton, gdyby miał padać na kolana to może być drożej, ale piękna pani na kolanach bez wachania, a nawet na twarz (w ramach dworskiej etykiety sułtanatu istniał zwyczaj padania przed władcą na twarz i ktokolwiek ze zdania odczytał cokolwiek innego powinien rzucić się na kozetkę u shrinka bezzwłocznie). Możemy też zażyczyć sobie dóbr, usług, ale w temacie chodziło o długość sygnału rozliczeniowego & rozmiar gospodarki. I o ile wymienione powyżej transakcje są niezwykle krótkie i bezpośrednie, to inne takie nie są i wymieńmy kilka przykładów, ot tak aby zobrazować krzywizny powierzchni stolika do gry. Przyjmijmy, iż chcemy zrealizować jaką naturalną ludzką potrzebę i pojeździć czołgiem. O, to każdy leming może, wystarczy wziąć średnie zarobki leminga, rzucić na stolik do gry, zadzwonić do firmy usługowej i nawet na cały dzień jeżdżenia starczy. Figiel taki, ale powiedzmy że chcemy sobie z tego czołgu jeszcze w ramach pikniku urządzić zawody strzeleckie, bo przecież w patriotycznym uniesieniu tyle jest teraz mowy o tym, że strzelnica i chęć szczera, a przy okazji położyć jaki ogień z moździerza, aby było z przytupem to z całej baterii, albo chociaż wpaść do sojusznika na ryby:

Podejrzewam, że same żetony nie wystarczą. Do rozrachunku trzeba jeszcze jakiej sieci społecznej i wymiany usług o zbliżonej wycenie. Co nie przeszkadza kupić sobie fotela władcy supermocarstwa, choć do jego utrzymania trzeba już wchodzić w przeróżne spółki. Ale czy władca supermocarstwa może sobie wcisnąć czerwony guzik, którym się tak chwali? Ile to będzie w żetonach? Wiem, że to nie są pytania jakie nurtują Czytelników, ale zaraz dojdziemy i do takich przyziemnych. Otóż żetony służą opisaniu pewnych sum niepodzielnych używanych przez lemingi do przeżycia i takie są skale ich obrachunku.W tych żetonach nie można wyrazić dyspozycji zasobami, ponieważ nie ma żadnej indywidualnej potrzeby aby nimi dysponować bezpośrednio, ale trzyma się rękę na łańcuchu trzymającym zasoby po to, aby żetony miały sens. Wprost – koncesje wydobywcze to taki abstrakt, aby biedny i słaby notariusz-broker (państwo) mogło rozsądzić kto będzie wydobywał kopaliny, kiedy sam Kapitan nie ma ani szpadla, ani ryli. Rozrachunek jest co prawda w żetonach za tę koncesję, ale chodzi wyłącznie o to, żeby za kopaliny przywieźć coś do uspokojenia ludności (jakie dobra), nieco luksusu dla władzy, no i w przypadku gdyby to nie zadziałało – przywieźć czegoś innego do uspokojenia ludności (na przykład w Nigerii jest to problem palący i to bez przerwy, tacy tam roszczeniowi Indianie). Jednak w okolicach jakie większość z Czytelników okupuje lwy nie zjadają ludzi na ulicach (mamy przynajmniej jednego Czytelnika stanowiącego wyjątek i tam rzeczywiście lwy). Na naszych ulicach szkody czynią Urzędnicy. Na przykład robią dziury w drogach złośliwie wpuszczając na nie pojazdy o takiej masie i w takiej ilości, że na pewno tę drogę rozwalą, a później złośliwie łatają te drogi tak, żeby się rozlatywały do tego stopnia, że Mercedes zaczął robić samochody co się rozlatują, chociaż kiedyś robił takie, co tego nie robiły. Z tego wnioskuję, że Mercedes to jest jakieś ministerstwo w Reichu. Aby ujarzmić urzędników trzeba wysłać im sygnał systemem rozliczeniowym taki, aby dotarł i wskazał iż nas nie wolno kąsać. Oczywiście można wpaść na świetny pomysł przekupienia naczelnika w lokalnym urzędzie, nic niemożliwego jeśli w jednej ręce jest złoto, a w drugiej żelazo, to bardzo dochodowe stanowisko, więc durnie nie „naczelnikują”. No ale naczelnicy się zmieniają, centrala (MF) też może czasem złożyć wizytę i mieć roszczenia, a do tego oni wszyscy byle czego nie jedzą. Zrobiliśmy więc to inaczej, na dwa sposoby i ten drugi jest tematem tego tekstu.

Chcą podatki od 3,5%

Ale kupić za nie chcą infrastrukturę materialną, której robimy 0,6%. No, nie czarujmy się, bardzo niewielu ludzi buduje kopalnie, porty, elektrownie, rafinerie. Bardzo niewielu wie z czego składa się fabryka pociągów czy pojazdów gąsienicowych, i co tam właściwie się robi na każdym stanowisku. Jeszcze gospodarstwo rolne, warzywniak, czyszczenie butów to każdy mniej więcej ogarnie, ale jak dojdziemy do wyprodukowaniu smartfona to na poziomie Polski będzie ściana – zrobimy, ale kilka sztuk, niekonkurencyjnych jakimkolwiek parametrem, a do tego w cenie o 2-3 rzędy wielkości wyższej niż robią to potentaci. Czyli od podstaw robienie tego po garażach jest nieco bez sensu. Takiego dowcipu, że Skarb Kapitaństwa jest właścicielem nie huty czy rafineri, a 80% warzywniaków (sklepy spółdzielcze), 60% garaży z hobbystami (rzemiosło) oraz dysponuje w pełni i bez ograniczeń ogródkami działkowymi (spółdzielnie producenckie) na całym obszarze kraju to raczej nie kupicie, ale jeszcze nie tak dawno to nie był dowcip. Co młodszym czytelnikom może się wydawać niezłym odlotem taka konstrukcja stanu posiadania “państwa”, ale ona wynika z innej struktury fiskalnej, w której nie jest konieczny nawis rozrachunkowy w takiej skali jak dzisiaj.

Skierujmy się w stronę kontynentu na którym jest brzeg – jak przeliczyć 3,5% na infrastrukturę i dlaczego nie pobrać podatku w infrastrukturze? Dzisiejszy system podatkowy (powiedzmy nieco wczorajszy, dzisiejszy zaczyna się już zmieniać, ale jeszcze Was to tak bardzo nie kłuje w oczy) oparty jest o kontrolę węzła sprawozdawczego w gospodarce, czyli struktury formalnej zawierania umów objawiającej się przypisaniem własności. Dlatego musicie ze sklepu wychodzić z paragonem, aby nie musieć przed ochroną strugać wielbłąda, że nie macie na dobra kwitu – domniemanie zbrodni^^. Oczywiście zabrnęliśmy w absurd wysokości podatków, ale Szwedzi już przećwiczyli że 104% też da się przeżyć – łune to majom eksperiencję w graniu sobie w kulki z Urzędem, wszak bank centralny w obecnej formie mieli pierwsi. To, czego można się nauczyć od tych wielowiekowych wyjadaczy w unikaniu opodatkowania nijak ma się do naszych Januszowych rozwiązań. Proszę sobie tylko wyobrazić dlaczego przedsiębiorcy mogą być zainteresowani wprowadzeniem ponad stuprocentowych podatków, oraz dlaczego przyłożą do tego rękę – wiem że zalatuje absurdem, ale potrafią tak sobie pogrywać, jak na stoliku sumy są ujemne.

Celem działania całej struktury formalnej jest skłonienie ludzi do wykonania planu, który to najczęściej jest koniem zaprojektowanym przez komisję. A nawet jakby nie był, to właściwie nie ma ludzi zdolnych zaprojektować w każdym detalu całe branże na setki milionów zatrudnionych, a przecież nijak ten brak inteligentnego projektu nie przeszkadza w tym aby gospodarka działała. Jednakże infrastruktura w postaci kopalń, rafinerii, portów, silosów z rakietami i ze zbożem, sieci kolejowej, drogowej, teleinformatycznej, energetycznej ma pewną termodynamiczną przypadłość – trzeba do niej ciągle dokładać mocy korelacyjnej i efektorów aby to remontować. Więc o ile załoga pierwszego lotniskowca może składać się ze specjalistów którzy go zbudowali, to z każdym kolejnym obiektem infrastrukturalnym wykorzystujemy wyniki komparatywne, aby w rezultacie ludzie którzy czegoś nie zbudowali i nie wiedzą jak działa to coś obsługiwali i utrzymali w ruchu. Co w przypadku małych awarii nie stanowi problemu, w przypadku średnich coś się jeszcze wymyśli, ale w przypadku dużych trzeba zbierać specjalistów z całego sektora energetycznego, a bywa że z całego świata, żeby przyjechali i poratowali. Nie mamy jednak złudzeń, że tacy ludzie byle czego nie jedzą i byle czym się ich nie dowozi z całego świata. Trzeba im więc przydzielić jakoś pośrednio obsługę z pozostałych, i tym obsługę i tak do samego górnika, rolnika i leśnika, którzy wydrą dobra naturze. Infrastrukturę trzeba zaś nakarmić specjalistami. W ciągu jednego cyklu od ostatniej poważnej awantury na planecie zdążyliśmy w pełni wykorzystać zasoby wszystkich, którzy kwalifikują się do bycia wykorzystywanymi i w tym czasie wymyśliliśmy takie rodzaje infrastruktury (oprogramowanie), które wyssały nam potencjalnych specjalistów do tego scalaka. Próbowaliśmy niby łatać to Hindusami, no ale sami wiecie jak jest.

Każdy koszt jest przerzucany na klienta, znaczy na tego co sam sobie nie zrobi tylko z czymś komparatywnym przyszedł i się targuje, ale chce. Co prawda gamonie od łekonomii coś tam bredzą o tym że grosz krąży, ale zapewniam Was, że dziura w ziemii z jakiej wyciągamy ropę, węgiel, ren i żelazo nie stawia w wymagalność żadnych zadrukowanych papierków – wystarczy jej odkrywkowo przysunąć z kilotony i można przerzucać urobek przez sita. Nie polecam oczywiście tą metodą wydobywać gazu czy kamieni jubilerskich, ponieważ ładunek kruszący dzieli cały materiał na rozmiary nie masywniejsze niż to co tam wynika minerom ze wzoru, ale rudy metali, węgiel czy kruszywa to jak najbardziej jeśli leżą płytko (a Rosjanie po prostu kopią dziury widoczne z Księżyca). I żadnych rubli do tej dziury nie wrzucają. Więc w gospodarce występuje kornerowanie zasobu, otóż polega to na tym, że jednak istnieje jakiś tęgi łeb na infrastrukturze, który to zorganizował i trzyma innych w szachu tak, że to się jeszcze kręci, no i on decyduje o zasobie, więc dużo mu wolno (na przykład może w pewnych granicach przyzwoitości poprosić admirała o zaproszenie na jaką większą motorówkę, a nawet pana generała o rozpędzenie jakiś przeszkód stawiających kwestie żabek i motylków). Żebyście nie wiem jak kombinowali to komuś, kto potrafi zorganizować ludzi, którzy wykonają i utrzymają infrastrukturę zapewniającą jakieś dobrodziejstwa ludzie Ci będą wdzięczni bardzo i na zapas aby się nie rozmyślił i nie zajął czym innym. I o ile nie ma powodu aby wyzuwać się z już posiadanego majątku za ciepłą wodę w kranie i prąd w gniazdku, to jakąś część tego przyrostu 3,5% rocznie jaką teoretycznie przy równym podziale planetarnej gromady by się dysponowało możemy przeznaczyć na ten prąd, fejsa i klimatyzację. Pozostaje kwestia jak to wszystko rozliczyć?

A tak!

(K) Wzbudzenie osobnika do przekonania innych osobników do pracy opiera się na ich zaufaniu w to, że osobnik wzbudzający nie jest durniem. I o ile nawet klient może być w danej dziedzinie dyletantem (na przykład nie ma pojęcia o nawigacji & okrętownictwie, a chciałby aby mu towar z Pekinu trafiał do Elbląga), to w niczym to nie przeszkadza jeśli potrafi zapewnić środki na zestaw usług (od kilofa w tęgiej łapie sztygara) w tym kontrolnych i stresujących aby marchewka była podparta kijem, a złoto żelazem. To zaufanie – sami państwo rozumiecie – wynosi pomiędzy nami mniej niż zero, ale mamy jak temu zaradzić. I radzimy temu tak, że płacimy z góry liczbami, których wykonalność jest wątpliwa i wiemy o tym w pełni, ale one coś tam reprezentują w proporcji do tego co mają inni pozapisywane. Oznacza to, że musimy mieć je w rozrachunku, na samym końcu łańcucha w postaci papieru i brzdęku wypłaconego pracownikom, którzy w żadne banki nie wierzą, a chcą ile chcą i za mniej się nie zgarbią, bo mają alternatywy. Marża Kapitana zaś na ich chceniu powoduje dopisanie zera do produktywności, czyli ktoś tam u Kapitana sobie niby umyślił, że łune dają przyrost 35% (kierujmy się tym, że zboże rośnie 4000% najmniej z jednego ziarna, no to niby reszta gospodarki gorsza?) i jak im zabierzemy 90% w podatkach to im zostanie akurat tyle? Korzystamy więc z usług firmy brokerskiej, która robi nam czary mary i zapewnia nam przeznaczany rezultat za prowizją 1%, góra dwóch i zamienia to co wpłacamy na to co jest poza systemem kontroli & wyzysku. Ale pozostaje na nas ryzyko odpowiedzialności za ten manewr (Kapitan nas straszy), więc musi być on tak przeprowadzany, aby w momencie kiedy Kapitan się połapie (o ile w ogóle) nie było już żadnego zaufania ani na koncie, ani w dobrach materialnych w projekcji i przytomności Kapitana, a najlepiej to żeby nikogo już nie było, kogo można by o cokolwiek zapytać. To też kosztuje i oznacza, że dla siebie musimy coś wyprowadzać poza system na wypadek uzłośliwienia. I musimy to też mieć w rozrachunku, a ma to sens wyłącznie przy wolumenie jaki nas kontentuje odnośnie występującego zagrożenia i alternatywnych możliwości zarobkowania. Czyli im rzadsze dobro, tym lepsze bo supresja “kupię substytut” mniejsza. I z tego wynika też marża (a przecież mamy w pamięci UKPDPJ). Im coś jest lepiej zorganizowane (przenosi więcej mocy skorelowanej i niższą entropię), tym więcej kosztuje podtrzymanie takiej infrastruktury w stanie funkcjonalnym (i jest to wartość niepodzielna, poniżej tej kwoty zanika sens prowadzenia i albo schodzimy z ceną zmniejszając oczekiwania, albo wyciągamy wtyczkę i idziemy robić co innego, albo… wykupujemy zleceniodawcę, bo ten nie potrafi zarobić na własnym interesie dość żeby nam płacić, jak to tylko z chytrości tak się targuje to nam nie sprzeda przecież). Musi więc kupujący ponieść koszt tego wykładając zaufanie do rozrachunku, a my musimy je wymienić na co innego (kupić od naszych dostawców i zachomikować resztę w postaci przeróżnej) tak aby ten gorący kartofel nie pozostał nam w rękach. Jak nie dołoży to mu $ds na rynku skoczy, więc albo odkryto jakieś nowe, nieznane źródło substytutu moich dostaw i leżę, albo jemu nie starcza płynności na zakupy (i wtedy trzeba wiać bo już nic nie będzie – Kononowicz). Na każdym takim styku jest kłopot z dostawcami podnoszącymi ceny oraz z odbiorcami pragnącymi cen niższych i jakoś tam się dogadujemy do momentu aż przestajemy. O ile na poziomie firm, które da się jeszcze jako tako jednym rozumem ogarnąć przy mnożnikach x2 na samej łaskawości, że kupię i sprzedam, a z tego x1 co mi zostanie to niby zapłacę Kapitanowi i zostanie mi na fistaszki, to przecież musimy mieć coś załadowane na pokrycie ryzyk jakby nam się dostawcy i substytuty podrożyły, albo klienci zaczęli fikać na alternatywach. Kumulujemy na ten stan jałowy nadwyżki, ale jeśli problem wystąpi to taki czarny łabądź zeżre nam magazyny w takim tempie, że nie nadążymy zamiatać kurzu jaki po tym zostanie. Dlatego w wyniku wielokrotnej praktyki kopania się z tym koniem, przy pierwszym objawie że powietrza pod skrzydłami nie ma, zrywam plomby i wduszam pirotechnikę pod siedzeniem. Zasobna firma o niskich kosztach stałych ma naprawdę duże zapasy jak może wytrzymać 3-6 miesięcy na zdemolowanym rynku, w takiej firmie są zasoby płynności na pół roku życia z każdego pracującego na jego poziomie (właściwie więcej nie da się wyprowadzić) i z tego wynikają zwyczajowe wysokości odpraw. Ale takie zasoby buduje się najmniej około roku na takiej firmie, więc w fazie ekspansji i tak ich nie macie (wjeżdżacie na górę i przepalacie całą nadwyżkę na rozwój), a jak Was dopadnie kryzys płynności na tym rolecosterze przy podjeździe w górę to idziecie PbnKD.

Tutaj warto zwrócić uwagę, że jeśli kryzys potrwa dłużej, to lemingi zaczną mordować się o robotę po kwartale i prędzej czy później przestępczość stanie się normą, ale magazyny już będą spustoszone, dlatego przy pierwszym objawie braku powietrza pod skrzydłami rwiemy sukna ile w garści się utrzyma i chodu. Czyli rwiemy powierzoną nam płynność na wejściu i nie wypłacamy jej na wyjściu – wszyscy tak robią (szczególnie duży Babilon), więc kryzysy są miażdżące dla ludzi z urojeniami że pacta sunt servanda. Kryzys (osąd) właśnie polega na tym, że ktoś się nie wywiązuje i musimy zawrzeć nową umowę społeczną^^. Dość łatwo policzyć ile to musi kosztować przy danym poziomie hierarchizacji i częstotliwości kryzysów w stosunko do $gain i wyjdzie nam mnożnik około 120^hierarchizacji, co dla większości przemysłu oznacza około dwóch milionów. Oznacza to, że w szczycie prosperity do zapewniania płynności przy istniejących ryzykach najmniej musi być zadeklarowanych w obrocie lewar 2m:1. Aktualne niby global domestic product wynosi jakie ca 87*10^12$ natomiast rozmiar instrumentów finansowych wiszących na gospodarce w taki czy inny sposób wynosi około x20 tego co jest, z czego większość jest obietnicami wysokiego i wyjątkowo wysokiego ryzyka, lewar x3-x7 na majątku jest uznawany za skrajnie ryzykowny i występuje on od połowy do końca krótkiego cyklu. Pogodzenie tego gigantycznego lewaru na przemyśle z rzeczywistością odbywa się dość prosto – od 30 lat redukowane są wydatki na infrastrukturę (inwestycje w nową) i rosną koszty utrzymania starej, a wokół wyrósł nam sektor bankowy i parabankowy obsługujący przemysł i handel produktami przemysłowymi o rozmiarze prawie 1/3 obrotu, co przy wydatkach budżetowych na poziomie też około 1/3 produktywności sprawia, że samego kurzu przy przemyśle musi być przynajmniej na jeden rząd wielkości aby to hulało i na to akurat wystarczą pochodne. Gdzieś w gospodarce więc zalewarowane pod korek 4*10^6$ w zdelewarowanych obiecankach wysokich technologii zapewniających w efekcie 1/6 z tych 3,5% na planecie i całe 0,6. Co oczywiście wydaje się drobnymi na fistaszki, ale tym przecież nie wyceniamy tego w cenie surowca, tylko rezultatami jakie to wytwarza i na co to można wymienić. Jak ktoś ma trudność z liczbami to przypominam że ajfona można w hurtowni zamienić na ćwierć tony masła, a pocisk fire & forget na jakieś 100 ton mleka, czyli jakieś 11 cystern na naczepach. I gdyby Kapitan przyjął podatki od ajfona w mleku, to by to jeszcze pikuś był bo krowa daje 25+ litrów mleka dziennie (co prawda jeszcze z tego łupimy śmietanę i inne frakcje), no ale wydatki budżetowe rozliczane wydojeniem ponad tysiąca krów jako podatku na produkcji przemysłowej byłyby od czapki z użytecznością krańcową. Właśnie dlatego 1/3 zasobów przepuszczamy na mieszanie tej herbaty, żeby w ogóle jakoś się dogadać kto w gospodarce wołki pasa, a kto produkuje wymienniki ciepła do chłodni na to mleko. Tylko widzicie – Kapitan wcale nie buduje chłodni i silosów na zboże, kiedyś budował spichrze, a teraz się zbiesił. A chce ze trzy cysterny mleka od ajfona, może nam oczywiście skoczyć z tym co tam sobie chce, więc żeby Kapitan się nie napinał, a my żebyśmy nie musieli płacić Panu Hetmanowi żeby pociągnął wędzidło umówiliśmy się tak, że Kapitan będzie miał udział w ogólnej sumie zysków na poziomie 1/3, ale tych 3,5% i niech sobie sam robi transformersa na majątek trwały wedle uznania. W ogólnej sumie, bo przecież przekładamy tak te obciążenia podatkowe, że w sytuacji bezalternatywnej pozostaje ten co wołki pasie, a ten co siedzi w zalewarowanym pod korek 4*10^6$ robi tam za lewar swoją pomysłowością (a w klastrze ciasno i pchają się ciągle nowi, młodsi, efektem flynna bystrzejsi i zadeptują nawzajem), no to ten ma jakiś tam immunitet na podatki, więc za niego musi zapłacić ten od wołów (bo 1/3 sumy musi się Kapitanowi zgadzać, a jakby się nie zgadzała to sobie tak czy tak dopisze, że mu się należy), a jak już wskazałem lewar z mleka na satelity jest poważny, więc dochód pozostający w dyspozycji korelacyjnej wycieraczki w przemyśle jest na poziomie jednego mieszkania miesięcznie, a pozostali mają ofertę kredytową na dekady, przy czym ci od pasania wołków nie mają oferty wcale, więc domy budują sobie sami i nawet zgrabnie im to wychodzi.

Konsekwencja fiskalna takiego ustroju opartego o podatki od zysku jest taka, że podatki płacą ci którzy zysk mają najlichszy albo żaden. Oczywiście można alternatywnie opodatkować kapitał, stworzy to prywatne stopy procentowe rzędu kilkuset procent (tak działa feudalizm) i podatki zapłacą ci którzy kapitału nie mają, względnie mają go najmniej. O, to taka będzie sprawiedliwa alternatywa^^

No to się rozliczyliśmy i wszyscy są modnie ostrzyżeni.

Hamulec leminga

(H) UKPDP * COŚ * $gain daje nam 1(stan posiadania) * 0,2 (odwrotność z 80% w terminie dwuletnim) * $gain/termin (dajmy na to ten dwuletni skoro już jest w procentach) / preferencja czasowa (osobnika) i pytamy o mnożnik.

Czyli 2 lata * abstrakcyjna preferencja czasowa (powiedzmy wysoka 1) / 1 * 0,2 czyli pomnożone przez pięć. Czyli do rozpoczęcia dwuletniego biznesu zwracającego stan posiadania (powiedzmy że to średnia wypłata, czyli biznes zapewni nam średnią wypłatę) potrzebne są nam przynajmniej dziesięcioletnie oszczędności tegoż leminga czyli 120 takich wypłat. A przecież leming nie ma dochodu w dyspozycji na poziomie swoich dochodów tylko jaki ułamek, więc z jego punktu widzenia konsolidacja zasobów na jedno stanowisko pracy zapewniające egzystencję jednego leminga w danej przestrzeni kosztowej klastra zajmuje całe życie zawodowe. Czyli leming zupełnie przytomnie nie podejmuje absolutnie żadnych ryzyk, a każde kichnięcie gospodarki jest dla niego katastrofą. Dlatego moje lemingi z trwogą patrzą na każdy mój krok finansowy i zapewniają wszelkie wygody abym mógł sobie człapać bez zbędnych zmagań doczesnych. Z ich punktu widzenia rezultaty moich decyzji to dostęp do zasobów całego życia zawodowego w kwartał, dlatego każda zmiana pastwiska na jakim wsuwam paszę powoduje gorące dyskusje w rodzie, sprowadzające się najczęściej do “mało ci? – po co chcesz coś zmieniać? a jak się zawali to będziemy mieli roczną zimę w dodatkowych dochodach i zabezpieczeniu finansowym”. Z tym że przyjmując próg niewzbudzający leminga przy 120 wypłatach na mnożniku x5 u mnie ma parametry rzeczywiste na poziomie około 20 i x 25 przy tej samej skuteczności 0,2 (80% wtop). Po prostu celuję w sensowniejsze okazje na bardziej wymagających $ds. To nie znaczy oczywiście, że zrobiłbym 100 x125, to znaczy że potrafię zrobić 1 x500, ale 400 wychodzi mi x0. Gorzej jest z powtarzalnością w interwałach, dlatego moje wyskoki gospodarcze mają charakter chąśniczy, wracam z łupami, jest bal, potem przychodzi zima. Może ja jakoś tam specjalnie w tę zimę nie marznę i jakiś kit z okna sobie wydłubię, ale doskonalę rozumiem koncepcję, że za dychę brutto “dobrze żyć można tylko na prowincji”, bo mi jest ciężko związać koniec z końcem i za dwie netto, więc z tej nędzy (i trudne dzieciństwo^^ – z ostrożności procesowej to zaznaczam) przysparzającej mi zgryzot ułożyłem plan, spisałem na blogu i znowu wdrożyłem sobie mnożnik. Lemingi mnie jak zawsze powstrzymywały, ale jak zawsze umieją liczyć i już są gotowe łupy z drakkaru wynosić zanim znowu go zatopię nurkując pod bilansem, bo przecież koniunktura nie jest wieczna. Wieczne jest wyłącznie złoto.

Polecam zapoznanie się z “Sprzeczności w funkcjonowaniu demokracji ateńskiej” Edwarda Karolczuka, przy czym zignorujmy historię, ponieważ to tekst o nauczaniu, polecam akapity odnoszące się do wykorzystania (w rozumieniu eng. abuse) analfabetyzmu funkcjonalnego w demokracji oraz funkcjonowaniu struktur decyzyjnych w oparciu o durni.

NIRP

(K) Ujemne stopy procentowe wskazują, że następuje destrukcja kapitału. Materialnych środków produkcji. Jest to rezultat alokacji w środki którymi, jak się okazało, nie zarobiliśmy na wystruganie kolejnych ponieważ były zbyt awaryjne, serwis zbyt drogi, a eksploatowane złoża nie dość bogate. Różnicę dokładamy z dojenia krów, z budownictwa (drożej płacicie za gorsze jakościowo habitaty), ale przede wszystkim dokładamy ją z wywłaszczania durni, których wciągamy w przeróżne gry, w których dają w zastaw swoją przyszłość na procent, którego nie da się spłacić. Okazało się, że ilość i poziom skomplikowania infrastruktury jest limitowany łbami co ogarniają jak ją utrzymać w ruchu, a to niestety ci sami co ją umieją budować i kłopot jest taki, że większość z nich albo już nie żyje, albo już buja się w fotelu oczekując w kolejce. Każdy ubytek kapitału w wyniku NIRP jest uzupełniany ze stanu posiadania złupionych lemingów. Zamiast budować nowe domy zabieramy stare mieszkańcom (pod przeróżnymi pretekstami) i dajemy tym co obiecują jeszcze coś zarobić i w miarę rokują. Powoli zmierza to do podatków kapitałowych, a to oznacza zabieranie domów tym, co nie przydają się w utrzymaniu infrastruktury i przyznawaniu tym co umieją ją utrzymać. Jak również zabieranie infrastruktury przemysłowej tym co jej nie używają i dawanie komukolwiek, kto coś z tym zrobi – choćby rozłoży na części zamienne, co z powodu panującej mody w projektowaniu (mającym na celu zabezpieczenia praw – kraników) jest nieracjonalne, o ile w ogóle wykonalne. Mamy do tego cały aparat teoretyczny z określaniem przydatności społecznej osobników i punktacją w grze w społeczeństwo. To wszystko było pomyślane jeszcze zanim się urodziłem jako alternatywa na wypadek. Na wypadek jakbym urodził się w małej liczbie, zbyt głupi i zajął się czym innym niż potrzeba. Oczywiście źródła bystrych ludzi są – siedzą w systemie rozrachunkowym i w IT. Dlatego są podejmowane próby scalenia systemu rozrachunku w monolit z jakimiś bredniami o cashless i dlatego oprogramowanie jest coraz gorszego sortu (bo coraz bardziej masowo produkowane), a mamy już pewne opóźnienia do prawa moora, które wynikły z tego, że kopalnie procesorów są coraz głębsze i coraz trudniej jest z nich co wydobyć, bo grasują tam potworności ocierające się o spontaniczne, ujemne rezystencje. Będziemy sobie tak pogrywać w te kulki do jakiegoś skutku, jeden może być taki, że tęgie łby coś scalą i jakoś to będzie. A drugi taki, że rozwarstwi nam się wymiana walutowa, za tym pójdzie przywrócenie granic, rozłączność rynków rozrachunkowych (ale nie wg granic tylko w poziomie, dla lemingów i dla bystrzejszych), po czym bezwstydnie będzie to można nazwać feudalizmem, gdyż inne prawa będę przysługiwały ludziom o wysokiej przydatności społecznej inne tym o niskiej. Wiem, że to trudne do wyobrażenia, ale przecież specjalistom od przemysłu nie wlepia się takich wyroków za pobicia ze skutkiem, jak kibicom piłkarskim w stanie upojenia.

Ten NIRP i wynikające z niego transformacje środków kapitałowych na inne (ze stratą wyrażoną rzeczywistymi stopami procentowymi właśnie) świadczą o tym, że sygnał rozliczeniowy był dłuższy od rozmiaru gospodarki i przestał w wyniku przepełnienia przenosić jakąkolwiek informację użyteczną. Wyobraźcie sobie więc przywracanie normalności, które doprowadzi nas do następującego rezultatu: trzeba z rozrachunku odpisać jedno zero, ale że część nie da sobie nic odpisać, bo jest o odchylenia bystrzejsza od reszty, to trzeba będzie pozostałym odpisać po dwa zera. Dla kogoś kto ma na koncie rozrachunek bieżący to wszystko jedno – niech mu po prostu wpiszą, że nic nie ma, jak i tak tyle ma. Dla kogoś kto ma sto tysi wyjdzie, że ma tysia czyli kilka lat oszczędzania w plecy (może podpali w nerwach jaki kosz na ulicy i trzeba mu będzie ten kosz naliczyć), ale w przypadku podanego powyżej rozrachunku omijającego Kapitana, gdzie najpierw trzeba zapewniać płynność, a potem stawiać wymagania to wszystko stanie dęba i raczej się nie dogadamy – rynek zostanie zniszczony. Nikomu nie ubędzie, ale rozpadną się struktury i przestanie przybywać i to jest jedyny powód dla którego nie powtarzają numeru z Cypru i Nikozji, bo jeśli zdezorganizowany zostanie system transakcyjny to zgaśnie światło – naprawdę nie utrzymamy w ruchu sieci elektrycznej bez tego immunitetu na podatki, jaki teraz sobie zorganizowaliśmy w systemie rozrachunkowym, który tak przenosi koszty i je rozdmuchuje, że potrafimy udowodnić, iż nie zarabiamy mimo obrotu. Zapewne nikt nie wie jak to zrobić, żeby światło nie zgasło i żebyśmy nie zaczęli się zjadać na ulicach, ponieważ produkcja scalaków zamiennych do istotnych instalacji podtrzymujących istnienie miast w obecnej skali (konserwacja żywności) odbywa się poza ramami podatkowymi, ale jednak fizycznie w jurysdykcjach gdzie są one wysokie. Łby od tego jak im zgaśnie światło znajdą się w Chinach, ale cała reszta będzie miała trzy do sześciu miesięcy na rozśrodkowanie z miast i podjęcie upraw na własne potrzeby. Chińczycy rozwiązują ten problem zadymiając miasta dostawami przy podaży stałej, my konserwacją w dostawach cyklicznych, ale masowych. Dlatego łby z banków centralnych (ale przecież i Czytelnicy jeśli popatrzeć na forum) kombinują zapasowe systemy rozrachunkowe, żeby z pominięciem teleinformatyki była zdolność przenoszenia przy niskim poziomie korelacji (durniami) sygnału i zobowiązaniach wzajemnych. Wiemy, że to cofnięcie się do gotówki, ale gotówka działała, wiemy też że potrzeba do tego ochrony fizycznej, ale teleinformatyczna za duża kosztuje, wiemy że… bardzo dużo wiemy i gotówka była ostatnim, działającym rozwiązaniem, gdzie nie trzeba było doktoratu żeby przekładać z kupki na kupkę, tak żeby suma stosów była konstant. To samo mamy z energetyką, z produkcją – to nie tak, że czeka nas cofka bo jest tak fajnie, a komuś się nie chce, ten rozwój jaki urządziliśmy poszedł w stronę, której nie jesteśmy w stanie obsłużyć populacją jaką mamy w ramach obecnego systemu rozrachunku.

W działalności przedstawicielskiej (reprezentacji, agencji) jest takie coś jak rezultat uznaniowy. Nie wylicza się go na podstawie udokumentowanych kosztów, tylko w ramach przyjętej praktyki, zwyczaju i spodziewanych potrzeb za porozumieniem stron. Oznacza to, że do tego wyniku nie ma innych dokumentów niż deklaracji tego, co na tym zarobił i to jest opodatkowane również uznaniowo. O ile w przypadku żartów z opodatkowaniem molochów w Luxemburgu wszyscy wiedzą, że to był szwindel, to w przypadku drobnej działalności w wielu krajach również to działa. Urząd jak ma wybór dostać cokolwiek od firmy, która i tak mieści się na kartce, a nic nie dostać i jeszcze się ciskać z czynnościami, to bierze co dają. Oczywiście nie wszędzie, ale działa na pełnej księgowości, więc ma swoje zalety.

A skoro już postanowiliśmy wypożyczyć tę baterię i postrzelać, to ile by to było w żetonach, żeby tak przekroczyć Odrę i tam urządzić ten piknik z niśtszisenbittenami?