Klocki a kultura techniczna

Pod rygorem zaangażowanych czytelników zmuszony jestem spełnić moje groźby o pisaniu na temat kształcenia dzieci technicznych. Edukacja smarkaterii jest tematem niezwykle interesującym tuczytców. A ponieważ występujący lokalnie czytelnik raczej ma coś wspólnego ze specyfikacją i rezultatem działa/nie to i dzieci są specyficzne.

W Polin występują trzy regiony, gdzie można w tej kwestii mieć dobre punkty za pochodzenie. Jest to łuk ślunski – od Wrocka po Kraków i Częstochowę gdzie may antyczny wręcz przemysł (kiedyś zakręcał aż po Kielce), pas Goplan od Poznania przez Konin do bagien łódzkich oraz wydobycie cyny i innych podobnych w okolicy 3city i samo 3city w konsekwencji geografii, bo tam zatoczka i rzeczka więc konieczna jest łódeczka. Chwilowo wystąpiły też ziemie Gryfitów ze Świnoujściem, ale zostało to skutecznie zabite politycznie (podobnie jak w Kielcach geograficznie). Te regiony mają taką zaletę, że ludność zdolna tam przetrwać była selekcjonowana do życia w warunkach uprzemysłowienia (jeśli szukacie przypadku ekstremalnego i badań to polecam Eindhoven). Ludność tam wyrodzona tym różni się od pozostałej, że z wysokim prawdopodobieństwem wpuszczenie dzieci do fabryki/warsztatu kończy się jak wpuszczenie wilka do lasu – czuje się bestia w domu. Ponieważ przewertowałem nieco badań na temat takich ciekawostek to mam podejrzenie (ze względu na zmienność w populacji uważam, że nic więcej niż wydajenamsiem jest bezcelowe w dowodzeniu), że to jest jakiś objaw dostosowania ewolucyjnego o charakterze selekcji do rozwiązywania problemów tam rozwiązywanych. Jest to zapewne przyczyna, dla której popełniane tu grafomaństwo w ogóle Was interesuje.

To teraz te dzieci. One mogą mieć pewne, odziedziczone przystosowania do tego, aby na końcu swojej drogi wykonywać pracę, w której jedynym oceniającym jest rzeczywistość działa/nie i jedyny feedback jaki mogą dostać po iteracji to wywalenie błędu na monitorze/przez klienta/inwestora. Ponieważ nie wszystkie iteracje lecą tak szybko jak w kodoklepstwie to istotne jest aby taki osobnik krytycznie, negatywnie rozważał które fragmenty są już opanowane, które działają, co się da, co wiemy, jak dużo nie wiemy i do którego etapu dojść możemy na bazie tych kropek, które już rozpoznane, a dalej się zobaczy. Nie ma w tych branżach zbyt wiele kontaktu z ludźmi poza specjalistami i nie ma żadnej wyroczni, która udzieli odpowiedzi jak to zrobić. Tutaj twórca sam ocenia swoje dzieło, a kłopocik polega na tym, że cała masa ludzi dostarcza do tego zasoby i selekcja jest ostra, ponieważ ich zmarnowanie oznacza zmarnowanie pracy całych łańcuchów dostaw. Raz popsujesz za dużo i nie dadzą Ci więcej żebyś nie popsuł. Dlatego do uzyskania tego rezultatu końcowego, jako kompetentnego techniczne homo sapacza, który będzie opiekował się hopsztylionem zwierząt domowych zwanych nietechnicznymi (powinni dostawać dotację z pfronu^^), a nawet humanistami (wszystko psują i myślą że zasoby to żaden problem, a naprawdę mamy ciekawsze pomysły na ich zastosowanie) dostarczając im mediów, transportu, uciesznych apek, budynków żeby im na łeb nie padało i w zasadzie wszystkiego co nas otacza w cywilizacji technicznej. Nawet odzienia, gdyż nie polujemy już i ciuchy produkujemy w rozległych ciągach przemysłowych, które wciągają zasoby. Przepaść w dostępie do zasobów jest tak duża, że niewyobrażalna nawet dla łekonomistów. O czym przekonujemy się na bieżąco w obliczu wojny pomiędzy uprzemysłowionymi po zęby ciągami dostaw.

Mogą oczywiście ujawnić się opinie, że wszystkich można wszystkiego nauczyć, ale niestety już to przetestowaliśmy. I nie – nie można tego nauczyć teoretycznie, sprawdziliśmy. Mieliśmy hopsztyliony pokoleń żeby sprawdzić jak co działa i jak kosztowne jest sprawdzanie robienie tego inaczej (najczęściej nie działa, a jak działa to wprowadzamy do kanonu choćby jako rozwiązanie rezerwowe typu kobiety w fabrykach; nie żeby kobiety w fabrykach miały jakieś wady – mają zalety ponad samce w wielu kwestiach, ale dla kobiet mamy też inne zastosowania na innych polach ludzkiej działalności i akurat istotniejsze dla populacji od gremialnego siedzenia przy maszynach). Dlatego w zawodach technicznych kształcimy głownie chłopców, ponieważ samiec homo sapka nie bardzo ma wybór – żeby na głowie stanął dzieci nie urodzi, a z innymi samcami będzie zmuszony konkurować nawet współpracując. Takie mamy przystosowania. Nie jest istotne co byśmy chcieli, istotne jest wyłącznie jak wychodzi. Bo konieczne jest następne pokolenie, i następne, i nie ma takiej opcji abyśmy sobie choć raz odpuścili. Próbowaliśmy w kilku miejscach i to się bardzo źle kończy dla populacji próbującej dziwnych ruchów.

Nasz mały samiec homo rzekomo sapiens może ujawnić zainteresowanie zabawkami i raczej nie będą to lalki. Oczywiście wychowanie w pierwszych latach życia oparte jest o samicę. Mały samiec będzie jednak ujawniał coraz większe zainteresowanie tym, co robi tata gdyż w jego mózgu te czynności będą wzbudzać małpią ciekawość i chęć naśladownictwa. Gdybyśmy jeździli konno to bawiłby się figurkami koników struganymi z drewna, ale że mamy samochody to bawi się zabawkowymi samochodzikami. Albo czołgami. Samce w swoich zabawach tworzą problemy dla siebie wyobrażalne aby je rozwiązać. Samochody się wywracają, na torach pociągów ujawniają się przeszkody, tory pociągów prowadzą do kolizji i podobne historie. Zawsze ma to charakter wytworzenia problemu, wzbudzenia do jego rozwiązania i czasem nawet próby jego rozwiązania. Po drodze pojawia się analiza jak do tego dochodzi, zdolność przewidywania i tworzenie coraz dłuższych ciągów przyczynowych jak do problemu doprowadzić. Dziecko odruchowo uczy się tworzyć problemy o długiej (ale jeszcze nierozległej) mapie przyczynowej. Tak długiej jak puszczenie pociągów na baterie, które po jakimś czasie wejdą w kolizję.

Rozwój dziecka nie przebiega liniowo – jest bieg do przodu, później cofnięcie. Często zauważycie, że coś co potrafił wcześniej nagle jest deklarowane jako “nie umiem” albo traci zainteresowanie. Na przykład mój 3.5 letni brzdąc stracił zainteresowanie piaskownicą z której wcześniej nie wychodził do zmroku – najwidoczniej o piasku dowiedział się wszystko co go wzbudzało i temat porzucił. Nieco też stracił zainteresowanie budowaniem z lego i wrócił do duplo + hubelino ( https://www.hubelino.com/ ) gdyż to zaciekawiło starszego brata (13.5yo). Naturalnie wskazałem starszemu, żeby zrobił kilka słit foci i pokazał kolegom w szkole, że fascynują go duplo i tory z kulek^^ – uznał takie wyjście z szafy za społeczne faux pas.

Dlaczego klocki?

Motoryka dwulatka pozwala na jakieś tam manipulacje klockami duplo i w procesie prób ich łączenia rozpoznaje on mechanikę klocków. Około 3 roku życia jest spora szansa, że ogarnie lego, ale ze względu na motorykę precyzyjną nie będzie w stanie ich łączyć. Są zwyczajnie za małe, napisano na pudełkach od jakiego wieku wypada nie bez powodu, ludzie którzy to robią mają doskonałe przygotowanie. Ale skoro chce to nie należy przeszkadzać. Oczywiście całą drobnicę i tak trzeba będzie wrzucać do pojemnika na drobiazgi. Ale żeby trafić do świata starszych (co w jakiś sposób wzbudza) trzeba robić to co starsi – trzeba skonstruować to co jest przedstawione na opakowaniu. Smarkaty więc początkowo obserwuje jak to robi mama i zaczyna próbować “ja też”. Aż przechodzimy do obserwacji ojca, który zaczyna wyłapywać, że matka ze zwyczajnego zniecierpliwienia w funkcji opiekuńczości wykonuje pewne czynności, które młody mógłby spróbować “ja siam”. Dochodzi wtedy do tej kosztownej sytuacji, kiedy targamy dziecku jakiś mały zestaw lego (najczęściej samochodzik, bo kółka są jakoś istotne, najlepiej na wiadra – kółka, kulki, śmigła; no musi się kręcić), otwieramy dziecku instrukcję i marnujemy czas na sekwencję. Sekwencja wygląda zaś tak, że najpierw otwieramy instrukcję, patrzymy który worek z klockami trzeba otworzyć (a niech gówniarz sam rozpoznaje cyferkę – umie w tym wieku) i dochodzi do pracy łazika terrańskiego nad klockowym gruntem “wybierz klocki wskazane w instrukcji”). Następnie kolejny obrazek w instrukcji, kolejna strona, patrzymy co tam zmajstrował, pytamy czy jest tak jak na obrazku i badamy reakcję rozpoznawania i porównania wzorca.

Oczywiście ta mechanika jest wcześniej przetestowana na duplo z mamą, czasem w obecności ojca, który wskazuje, że to i śmo jest niezgodne z przedstawionym na opakowaniu wizerunkiem co wzbudza dziecko dosadnie “mama śle!” i dochodzi do prawidłowej rekonstrukcji. Dzieci bardzo zwracają uwagę na szczegóły jeśli nauczycie je wyłapywać istotności. //z doświadczenia nadmienię, że 12 latek potrafi krytycznie ocenić uzbrojenie skomputeryzowanej maszyny w narzędzia i samodzielnie zauważyć, co jest nie tak, a nawet spostrzec że na kilku metrach coś nie sztymuje bo jest dwie dziesiąte milimetra błędu już na jego oko przed rozpoczęciem pracy (oczywiście tego mu nie mówiłem, tylko zacząłem podważać jego opinię, że przecież maszyna nie może być krzywa, i wpuszczać go w biurokratyczne maliny, że na pewno wszystko jest dobrze, aż był w stanie mi wskazać, palcem pokazać i nie dał się przekonać że jest dobrze, kiedy doskonale wiedziałem co tam jest źle i jak bardzo oraz z jakiej nierozwiązywalnej ekonomicznie przyczyny wynikłej ze zużycia przedmiotu; następnie wyjaśniałem jak ten problem obchodzimy);//

Warto oczywiście sprawdzić jak tam z widzeniem, wychowujemy dzieci w pomieszczeniach (jaskiniach^^) więc krótkowzroczność jest wyjątkowo częsta, a do tego oczy dzieci rozwijają się dość chaotycznie. Jeśli boli je głowa, wpada na rzeczy czy wykazuje objawy nieuwagi to jest powód żeby sprawdzić czy to nie na sensorach jest problem, zanim przyczepimy się o korelację.

Gdyż selekcja po korelacji jest dostosowaniem populacji do warunkach zastanych, a w naszym wypadku to cywilizacja techniczna właśnie i ze względu na wysiłek populacji stawiamy integrującym to korelatorom poprzeczkę. Gdyby była oparta o odławianie mamuta to poprzeczkę ustawilibyśmy na umiejętności wczucia się w zachowania zwierza i przewidywania jego zachowań oraz przeprowadzali selekcję pod kątem sprawności w polowaniu uznając to za cechę pożądaną, a że mamy cywilizację techniczną to selekcja jest pok kątem korelacji ścisłej. Niezależnie w jakiej osi byśmy ją przeprowadzali to jakaś część populacji będzie w tym celować i ocenność tego aspektu rzutuje na hierarchię społeczną. Nie szukamy przecież cech powszechnie występujących w populacji, gdyż ich szukać nie trzeba – one po prostu występują. Natomiast tych rzadszych owszem, bo potrzebne, a występować powszechnie jakoś nie chcą. Szczególnie jeśli warunki dość szybko podnoszą poprzeczkę (na przykład złoża są coraz głębiej, i dalej, i coraz bardziej upierdliwe występującymi na nich pliznołkami).

Postęp z klockami jest szybki. O ile w pierwszym tygodniu będzie to mozolne pomaganie z przyczepianiem klocków we właściwe miejsca, przewracaniem stron w instrukcji i wyjaśnianiem wszystkiego co i jak, a nawet wyszukiwaniem elementów o tyle w kolejnym tygodniu porównywanie rezultatu do przedstawionego w instrukcji i samodzielne wyszukiwanie klocków wystąpić może. Z przyczepianiem drobnych elementów (głownie przezroczystych “światełek” w samochodach będzie jeszcze problem, a duże klocki po umieszczeniu trzeba będzie docisnąć ojcowskim palcem – ograniczeń fizycznych tak szybko nie przeskoczymy). Dziecko szybko ogarnie obserwując ojca, że łatwiej jest budować składać coś na stole zamiast trzymając to w ręku. Po dwóch tygodniach automat samodzielnie będzie wnioskował o przewróceniu strony po uznaniu osiągnięć zgodnych z instrukcją. Zacznie zwracać uwagę na numerację stron i poleceń (raczej jako ciekawość względem cyferek bo trzylatek pojęcia liczby chyba nie ogarnia, ale ogarnia ich następstwo w uszeregowaniu), samodzielnie wyszuka klocki nieco szybciej i po miesiącu będzie go można zostawić z pudłem klocków wywalając się na kanapie jedynie po to, aby popchnąć korelację komunikatami “strona” czy “źle”. Nawet motoryka precyzyjna ulegnie poprawie i małe elementy będą wstawiane “ja siam” choć naklejki trzeba będzie na klockach umieścić samodzielnie (aby to jakoś wyglądało). Z tymi drobnymi elementami jest taka ciekawostka, że dziecko potrafi palić głupa wstawiając na przykład prawe “światełko”, a z lewej już takie samo jest “sia małe”. Pomaga wskazanie iż inteligencja została obrażona, i skoro wstawił prawe, to takie samo lewe chyba da radę i nie trzeba wysługiwać się ojcem więc żeby nie palił głupa. Długie, wąskie elementy będą problemem – ich umieszczenie równolegle do podstawy wcale nie jest dla dziecka proste od strony motoryki.

Ponieważ opisuję dłubaninę czyipółlatka na klockach gdzie jest wskazane 4,5,7 to warto rzucić okiem na to czym różnią się instrukcje i same klocki. Gdyż celem naszym jest uzyskanie gdzieś na końcu technicznego, który za lat dwadzieścia zgodnie ze specyfikacją będzie w stanie wytworzyć dobra kultury technicznej samodzielnie z zastosowaniem maszyn (choćby to był komputer, a specyfikacja wymysłami działu sprzedaży “jak ma działać aplikacja” – tak jakby tam cokolwiek na ten temat wiedzieli). Z punktu widzenia wskazanego smarkacza różnicy pomiędzy tymi instrukcjami nie ma – na końcu uzyskiwany jest produkt. Ale ci co je tworzyli wiedzieli, że nie tylko dzieci z regionów uprzemysłowionych będą to składać, więc wprowadzili gradację, której dzieci mogą tak po prostu nie przeskoczyć. Instrukcje dla 4 latków to jest kilka klocków do kupy, które przedstawiają jakieś tam wyobrażenie na temat obiektu w skali z dupy. Można to zbudować od strzała patrząc na końcowy obrazek i jeśli nie ma tam jakiś udziwnień wertykalnego łączenia to dziecku to wystarcza. Ale jest przedstawione krok po kroku na wypadek gdyby jego wyobrażenie o klockach dopiero było konstruowane. Dla pięciolatków instrukcja zawiera obraz tego jakie klocki powinno mieć w ręku i gdzie je umieścić. Strona po stronie – jeden zestaw zebrać, umieścić, następna strona. Dla siedmiolatka na stronie występuje kilka poleceń, w tym obracania obiektu i 3.5 latek spokojnie to ogarnia, ale na początku będzie chaos w kolejności (no bo czy instrukcję czyta się lewej do prawej czy odwrotnie? A czy kolejność ma znaczenie?) oraz występują instrukcje szczegółowe zmontowania czegoś do przyłączenia do czegoś innego. Występują też oddzielne instrukcje dla złożonych obiektów (budynki, pojazdy) i są one wytwarzane w modułach.

Zestawy dla siedmiolatków zawierają pewne, bardzo proste elementy technics dla łączeń oraz tego co dzieci lubią najbardziej – dynamiki. Czyli możliwości wysadzenia więzienia dźwignią czy wywrócenia drzewa. Wynoszenie do ogrodu klocków fluorescencyjnych, a później zamykanie się z nimi w łazience po ciemku też występuje po pierwszym okazaniu. Wystarczy ciekawe zjawisko pokazać raz.

Jeśli natomiast przyjdzie Wam do głowy instrukcja dla ośmiolatka (na przykład zestawu technics) to nie tylko z przyczyn motorycznych, ale też wieloosiowego aspektu łączenia możecie zapomnieć iż trzylatek ogarnie ten poziom abstrakcji na tyle, aby to do czegokolwiek prowadziło. Różnica pomiędzy myśleniem pięciolatka, a ośmiolatka jest przepaścią i nie polecam prób zmuszenia dziecka do robienia tego na małpę. Ma to tyle samo sensu co uczenie się zadań z fizyki na pamięć. To nie jest klasa problemów, które rozwijający się mózg ma potrzebę rozwiązywać.

Uzyskujemy więc typa, który dysponuje prerekwizytem wykonania czegoś zgodnie z instrukcją. Krytycznym spojrzeniem na rezultat (potrafi się przyczepić mamy, że we friendsach markizy są w szeregu żółty/różowy a na obrazku różowy/żółty co przekreśla odbiór budynku^^ ze szczególnym uwzględnieniem iż kwiatki czerwone miały być na liściach ciemnozielonych, a biały po prawej i na jasnozielonym, a ich ustawienie inaczej jest niedopuszczalne!). Na tym można poprzestać – do głowy dziecku przyjdą jakieś własne wizje konstrukcji, szczególnie gdy wskażecie możliwość podmiany kół w samochodach, a nawet zamiany ich na wirniki śmigłowców. Powstanie wtedy szereg kreatywnych konstrukcji kompletnie bez sensu. Będą one się sprowadzały najczęściej do dekonstrukcji istniejących obiektów i jakiejś próby łączenie elementów.

Co dalej?

Później dojdziemy i do klocków technics, ale jest tyle innych, ciekawych zajęć związanych z myśleniem i motoryką. Kierunek umieszczania baterii w zabawkach, rozróżnianie baterii AA i AAA, jaki wkrętak pasuje do danej śruby? Wkrętarka i wkręty do drewna, młotek i duże gwoździe. Odkrycie iż śruby w jedną stronę się wkręcają, a w drugą nie i rozgryzienie jak ruszać nadgarstkiem oraz jaki daje to rezultat na śrubie nie jest rzeczą trywialną (13 latka można wpakować na maszynę do rozkręcenia z wału silnika, gdzie są lewe gwinty żeby w czasie pracy dokręcała narzędzie – brutalne odkrycie, że to nie jest tak jak zawsze i uzasadnienie po kiego odwrotnie).

Niestety dzieci są skazane na szkołę. Małpy zarządziły że deedukacja jest powszechna i przymusowa. W klasach 1-3 całość prac manualnych ogranicza się w najlepszym razie do plastyki. Bo przecież praca technika czy inny slojd to byłyby zadania nazbyt niebezpieczne. Wiadomo – 3 latek bawi się wkrętarką (taką prawdziwą, choć na 12V), a 7 latek na pewno sobie zrobi krzywdę (po takiej przerwie 13 latkowie robią sobie krzywdę wkrętarkami na slojdzie – tak, ma to miejsce). Aparat deedukacji to stan umysłu.

Możemy jednak tej degeneracji zapobiec zabierając dziecko do warsztatu czy choćby dostarczając mu nieco bardziej zaawansowane zabawki do tego celu. Oczywiście lego technics jest jakimś rozwiązaniem, ale polecam też mekano i jego odpowiedniki (za sovieta mieliśmy takie same zabawki gdzie były blaszki z dziurką [@nomad jak słyszy o blaszkach z dziurką pyta za ile], śrubki, wkrętak, kluczyk, nakrętki i obrazki co tam ktoś z tego zbudował). Ale siedmiolatkowi w warsztacie można dać spawarkę do łapy aby się oswajał. Trzeba oswajać z zagrożeniami i środkami ochrony powoli dopuszczając pod bacznym okiem do kolejnych narzędzi. Ponieważ gdzieś tam na końcu będziemy pracować w reżimie gdzie niewłaściwie uformowane myślenie o sobie, swoim bezpieczeństwie oraz tym co wykona urządzenie gdy wydamy mu polecenie i każdy błąd może być ukarany utratą wzroku, palców, złamaniami, oparzeniami i ogólnym zmieleniem po wciągnięciu na tokarkę. Nie ma żadnego znaczenia czy tokarka wciągnie ośmiolatka czy czterdziestolatka – z mocą silnika jaki tam jest podpięty nie wygra żaden, tu wygrywa myślenie przed popełnieniem gafy. Jak to jest skonstruowane, co zrobi, z jaką siłą – takie odwieczne pytania nas trapiące “jak będzie wyglądała przyszłość?”.

Ten zestaw czynności jest powtarzalny. Specyfikacja (choćby rysunek techniczny), cel, samodzielna ocena rzemieślnika czy mu się podoba dzieło, ocena odbiorcy czy jest zgodne ze specyfikacją. Następnie mając zestaw środków i wiedzę jakie rezultaty są osiągane zgodnie ze specyfikacją można pokombinować co jest możliwe, zapytać, a nawet uzyskać odpowiedź “sprawdź sam” aby przejść do etapu gdzie nie ma kogo zapytać i trzeba eksperymentować samodzielnie aby na końcu móc napisać specyfikację dla innych “przepis na wykonanie przedmiotu”. Bo ktoś te specyfikacje musi wytwarzać. I wiem że humanistów to burzy, że im się wydaje iż te zawody są kreatywne, że jak coś zrobisz źle to nic się nie stało. Ale i tak najpierw trzeba nauczyć się wykonywać to tak jak robimy, a później dopiero kombinować choćby ta nauka wprowadzała biasy, gdyż inaczej sprowadza się to wymyślania koła od nowa i rozwiązywania problemów, które dawno zostały rozwiązane. A w zawodach poważnych (to takie, w których humaniści nie biorą udziału) raczej ciężko powiedzieć, że nic się nie stało kiedy palce zostają w maszynie, wagony spadają z podwieszenia na suwnicy, ulatniają się toksyczne/wybuchowe chemikalia, a praca setek tysięcy ludzi w ciągu technologicznym dostarczającym nam wsad do produkcji idzie w komin bo komuś coś tam się wydawało.

Żyjemy w cywilizacji technicznej i potrzebujemy technicznych przynajmniej żeby tę cywilizację utrzymać. Fizozofowanie możliwe jest choćby mieszkając w beczce, ale nawet beczkę ktoś musi umieć wyprodukować.