Produkt – przedsiębiorstwo

Idźmy za ciosem kontynuując wątek o tworzeniu przedsiębiorstw na handel lub dla siebie. Impulsy do ich wytwarzania mają różne źródła. Część (uporządkujmy że 1) jest doraźnie dochodowa – pojawia się zapotrzebowanie, orientujemy się czy marża na tym nas zadowala (a jesteśmy zorientowani bo już skakaliśmy na główkę do podobnej wody) && (niezorientowanym w notacji podpowiadam że te dwa znaczki to łącznik konieczności – że warunek przed i po znaczku musi być spełniony, a do tego oba na raz i niespełnienie któregokolwiek zwraca false) czy dysponujemy odpowiednim zasobem do realizacji (maszynami, ludźmi) lub w przypadku handlowców czy możemy zaraz to mieć bo znamy kogo trzeba i podzielimy się marżą. W takim wypadki (1) klient definiuje co chce, być może nawet jak to ma być zrobione i od razu chce płacić za rezultat. Marża wynika tu z faktu niedostępności za oczekiwaną cenę, niezdolności do pozyskania tak tanio przez konkurentów, a nawet z prozaicznego braku maszyn (kiedy są potrzebne są drogie, kiedy niepotrzebne za bezdurno można dostać). To akurat taki wycinek rynku gdzie zachowanie dostępności (kontakty), kwalifikowanej siły roboczej (kontakty) oraz zapasów maszyn, urządzeń i materiałów eksploatacyjnych jak i warsztatów pozwala na zaczerpnięcie z tego źródła fiatów z takiej też przyczyny, że braki kadrowo organizacyjne u zleceniodawców (nastawmy się mentalnie na dolną – średnią część korpory produkcyjnej europejskiego modelu) wykluczają ich samodzielną organizację przedsięwzięcia tak aby doprowadzić je do końca i nie rozdmuchać kosztów do astronomicznych rozmiarów, a do tego zmieścić się w jakiś przytomnych, samodzielnie wyznaczonych sobie przez korporę kalendarzach. I to jest taki obszar gdzie doraźność może przemienić się we w miarę stałe źródło dochodu (kiedyś mi się roiło że stałe, ale dorosłem). Oczywiście poprowadzenie sprawozdawczości z takiego przedsiębiorstwa absolutnie nie mieści się w ramach bredni jakimi regularnie faszerowani są zarządzający procesami w korporze, dlatego jest to nisza, której nie chcą i nie potrafią objąć (i to nie potrafią z dwóch synkretycznych przyczyn – po pierwsze wierzą w lead time i sumę kosztów przed przeprowadzeniem procesu, a następnie zakładają że rynek będzie wokół nich skakał JIT w tych kosztach i terminach się mieszcząc – takie uroszczenia pozostały w krajach sterujących w przemyśle ch,se,jap po piku naftowym, które w makro USA były trzeźwione embargiem opec w czasie kryzysu naftowego).

Korpora (przedsiębiorstwa oparte o ład korporacyjny funkcjonujące w ustabilizowanych procesach I/O) otrzymuje przedsiębiorstwa (przyjmijmy że to typ 2), które powstają podobnie na zamówienie, ale z zamiarem kontynuacji na tyle trwałej, że zleceniodawca zachowuje prawo odkupu (widarekauf). Zależnie od możliwości kapitałowych wytwarza się je samodzielnie z własnych zasobów lub z zasobów zleceniodawcy (co jest upierdliwe od strony sprawozdawczej, gwarancyjnej, zabezpieczeń, umów i dlatego nie stosuje się poza olbrzymimi inwestycjami green field gdzie i tak na końcu trzeba siadać do stołu, podąsać się i zapłacić dwa razy). Różnica pomiędzy tworzeniem 1 i 2 (załóżmy ambitny przypadek że produkujemy dokładnie to samo) leży w sprawozdawczości (w 1 nikt nie pyta skąd są maszyny i co się z nimi stanie, a w 2 muszą mieć pochodzenie, gwarancje serwisu zaopatrzenia w części przez spodziewany czas eksploatacji, no i gdyby nie dawały dobrych zwrotów/nie miały zajęcia to zaraz jaki gryzipiórek je sprzeda za czapkę śliwek), a co za tym idzie w zgodności z modelem (dopuszczenia do zakresów ubezpieczeniowych i kwalifikacji pracowników, więc i konieczność istnienia działu HR w 2, gdy w 1 nikt nie pyta kto maszyną robił, co i jak, oraz co by było gdyby wsadził w nią łapę) i te dwa trywia ograniczają możliwość operowania środkiem kapitałowym w sposób regulowany dla 2. Po prostu nie da się tam przy pewnej złożoności wprowadzić jakichkolwiek zmian o rozsądnym koszcie ich biurokratycznego wdrożenia. Z tego wynika, że tego typu procesy dostarczane jak 2 dla korpory są z zasady albo proste, albo wysoce zmechanizowane/zautomatyzowane i zapewnione jest silne kapitałowo zaplecze z utrzymaniem mocy produkcyjnych części zamiennych & materiałów eksploatacyjnych, a więc w całość musi być umoczony wolumen kapitału jaki zapewnia zazwyczaj bank, albo przedsiębiorstwo tak rozległe że sobie własny bank na te potrzeby wytwarza. Wypadkową tego typu ograniczeń jest rozwiązane (przyjmijmy 3) gdzie takie przedsiębiorstwo wytwarza się wyjazdowo w luźniejszym rygorze biurokratycznym (nie od strony amortyzacji i rozliczania kosztów, ale dopuszczeń urządzeń do operowania przez pracownika najemnego), oraz w pewnych wypadkach (kopalnie czy wielkoskalowe procesy “nieneutralne” dla środowiska gdzie rzekom nie przeszkadzają osady niklu czy fosforu) dochodzi konieczność geograficzna.

1 od wymienionych 2 i 3 różni się składem osobowym. W 2 musi być zachowana ciągłość szkoleń dla rotowanego personelu, w 3 dodatkowo trzeba przyjąć, że na szkolenie trafi małpa i nie będzie wyboru. W pewnych geografiach wydajność 3 jest tak słaba, że ilość pracowników rośnie grubym mnożnikiem, czasami x10 co przy utrzymaniu rentowności wymaga zmasakrowania pensji (również dla ich kierownictwa) do poziomu niekuszącego nawet białego murzyna.

Rzućmy dla porządku motywację 4 czyli wytwarzamy sobie przedsiębiorstwo spodziewając się odbiorcy na takie przedsiębiorstwo, oraz 5 – skaczemy na główkę i zobaczymy czy dostarczane użyteczności będą w ogóle potrzebne nam, a może nawet kto to kupi. I od razu podpowiem, że czasem te głupie pomysły już w momencie odkrycia takiego hobby o charakterze spółdzielczym “zróbmy coś głupiego” przyciągają zainteresowanych handlowców, którzy znają klientów o takich właśnie potrzebach i chętnie tym pohandlują. W zasadzie te dwa modele zgarniają całą śmietanę noszenia wody wiadrem i jeśli się sprawdzają to zależnie od geografii (bo przyjmujemy że sprawdzenie się oznacza dokonania wobec rynku, a rynek patrzy oczami swoich kapitanów wyzyskiwalizmy i pragnie wyzyskać przedsiębiorcę w akcie wzajemnego wyzyskiwania) przyjmuje formę 1 lub 3 – czyli propozycję zorganizowania takiego lub podobnego przedsiębiorstwa na czyjeś potrzeby. Docelowo zaś dochodzi do próby przekształcenia w 2 (lub sformowania 2 od zera) w ramach faszyzmu będącego powszechną i cyklicznie występującą u większości osobników fantazją opierającą się o utrzymanie w sposób statyczny uzyskanego poziomu zadowolenia. I ten temat warto tutaj rozszerzyć gdyż wyjaśnia on dlaczego istnieje popyt na przedsiębiorców (przywódców, organizatorów, dowódców – choćby i mieli organizować łowy na bizony czy mamuty przy użyciu narzędzi epoki kamienia z grubsza obrobionego, nie zależy więc od “panującego” ustroju i innych widzimisię izmów).

Ze względu na adaptowanie się do dynamicznego środowiska (zarówno zmian pogody i występowania paszy w skali mikro jak i makro przelotu Słońca przez “zapylone/zagruzowane” sektory galaktyki) każda populacja odnajduje optimum dla funkcjonowania typowych przedstawicieli (środka krzywej dzwonowej rozkładu cech) choćby miała tę typowość ociosać z nadmiaru osobników nieradzących sobie w danych warunkach. Daje to lokalne złudzenie pewnych stanów statycznych grzecznie nazywanych poglądami konserwatywnymi, a wymyślonymi niedawno i sprawdzającymi się wyłącznie w pewnych granicach zarówno czasowych, jak i geograficznych, jak i zasobowych. Poglądy konserwatywne są zestawem pewnych postępactw, które trafiły w swoje okna overtona gdy tylko była okazja i nikomu nie wadziły, więc zostały tak długo, jak długo ktokolwiek uważał je za interesujące. Miara ilościowa i jakościowa tych poglądów w konfrontacji z rzeczywistością opisuje złożoność danego wehikułu (w tym wypadku populacji) oraz wskazuje na kolejne w zasadzie wymuszone kroki postępowania o bardzo wąskim zakresie swobodnego kierowania wydarzeniami przez omawianą populację. Można przecież sobie wyobrazić statyczną sytuację społeczno ekonomiczną (zagwarantowaną – a niech będzie – ustawami) że apteka dla aptekarza, ziemia dla rolnika, kopalnia dla górnika, sklep z serem prowadzony od pokoleń, jagnię śpiące obok lwa – wszystko jak ze świadkojehowej Strażnicy. W ramach odniesienia – można sobie tak poukładać figury na szachownicy, że będzie bardzo fajny mat przy użyciu skoczka z tym że nie ma możliwości doprowadzenia do takiego ustawienia przy użyciu tych figur nawet gdyby przeciwnik współpracował. Podobnie modele teoretyczne czarnodziur opisują obiekty w pewnym ustawieniu szachownicy, do którego z racji funkcjonowania tego modelu nie da się doprowadzić w rzeczywistości. Czyli – istnieją wyobrażalne sytuacje statyczne, do których doprowadzenie z sytuacji dynamicznej nie jest możliwe nawet gdyby wszystkie czynniki uczestniczące w tej złożoności zgodnie współpracowały (kierowane jednym sercem, jedną myślą w rytm bijącego bębna – faszyzm). Taką wyobrażalną sytuacją statyczną jest podporządkowanie wszelkiej działalności modelowi 2 i ilość katastrof gospodarczych (a co za tym idzie społecznych w rezultacie gry o sumie ujemnej po takim wydarzeniu) wynikłych z prób wprowadzenia takiej sytuacji nijak nie wpływa na porzucenie memów o takiej sytuacji przez typowego przedstawiciela krzywej dzwonowej, ponieważ złożoność takiej wyobrażalnej sytuacji statycznej jest niższa od rzeczywistej sytuacji dynamicznej i przez to wcześniej, łatwiej i w ogóle przyswajalna dla jak największej części populacji. Przesunięcie krzywej dzwonowej (choćby przez likwidację słabszej strony i połowy przeciętniaków) nic w sposobie myślenia nie zmieni, ponieważ wytworzą oni nową złożoność dopasowaną do środowiska w granicach swoich zdolności rozumowania i wyobrażenie sytuacji dla nich obecnej będzie tak samo statyczne jak teraźniejszości dla każdych typowców. Jest to myślenie skuteczne, oszczędne i pozwala racjonalizować w ramach abstraktu nawet tak katastrofalne wydarzenia jak wojna pod hasłem “wydarzenie jest” i dopasowanie do warunków wynika z tego automatycznie, a rzeczywistość uznawana jest ponownie za statyczną bez oczekiwania zmian. Nie da się jednak ukryć, że ustawa “kopalnia dla górnika” nie ma zdolności skutecznego zagwarantowania braku wzrostu kosztów wydobycia w czasie eksploatacji złoża jak i nieograniczoności tegoż. Taka bzdura jak zrównoważona gospodarka, pobór równy emisji i inne bzdury to wymysły biurwokratów pragnących utrzymać swoje bezproduktywne paśniki – takie kopalnie niewydobywające minerałów. Jednakże wiecznie malejąca liczba nowych dóbr do podziału (jak nie w skutek zawężenia podaży to w skutek demograficznej ekspansji popytu) sprowadza nas do dynamicznego oczekiwania “niech ktoś coś z tym zrobi”. No i te ktosie przekształcają mniejsze złożoności w większe kosztem tejże – mało złożone struktury, maszyny, narzędzia, surowce przekształcają w bardziej złożone odnajdując przestrzeń gdzie jeszcze da się to upchnąć – czy to drenując demografię na potrzebę obsługi procesu i podtrzymania (serwisowania) rezultatu, czy też naturę (wrzucając węgiel do pieca), czy też strukturę społeczną limitując pewne czynności (rozrywkę, lenistwo) i wymuszając inne (pracę) – przykładem było ograniczenie rozrodczości i zagnanie samic do pracy – takie miejsce do ekspansji złożoności kapitanowie wyzyskiwalizmu znaleźli. Wygląda to w praktyce tak, że demontujemy stare maszyny, fabryki, środowisko i budujemy nowe ze starych – rozmontowujemy tory za sobą i montujemy przed sobą pchając lokomotywę postępu. Demontujemy struktury społeczne aby stworzyć inne, bo przecież społeczność rolników różni się do społeczności górników jak też od społeczności Pao Alto.

Budowanie tych torów we wszystkich możliwych kierunkach (na całym obwodzie ekspansji) wymaga oczywiście większej ilości zasobów niż w poprzednich krokach (każdy kolejny obwód okręgu jest coraz większy), więc przedsięwzięcia sprowadzają się do pozyskiwania źródeł zasobów na tę ekspansję oraz wygaszanie kierunków bezskutecznych w pozyskiwaniu zasobów do dalszej ekspansji. Jest to taka podróż od zasobu do zasobu i ekspansja w każdej zasobowej niecce jaką uda się zdobyć w danym czasie, aż do czasu wyczerpania w niej zasobów. Z powodu tej tymczasowości każdego z tych przedsięwzięć w powiązaniu z próbą jego eksploatacji (przez innych) na inne kierunki nieprzynoszące nam korzyści w onej tymczasowości liczba wykonujących 5 (skaczących na główkę) ograniczana jest przez rzeczywistość brutalnym kontaktem z płycizną dzięki czemu typowce z krzywej dzwonowej mogą w statycznym spokoju konsumować swoją nieckę zanim głód ich przyciśnie. Ten mechanizm skutecznie oszczędza nam zasobów jednocześnie lewarując proporcję jaką inni są nam gotowi oferować za przekształcanie tego w coraz bardziej strawne i powszechne przedsiębiorstwa typu 1, 3 czy nawet udziału w położeniu rurociągu typu 2 żebyśmy nie musieli sami nosić tej dochodowej wody wiadrem.

Jeśli wyżej wymienione mechanizmy (przetwarzanie tego co jest w coś bardziej złożonego, racjonalizowanie struktury poprzez redukcję serwisu niewykorzystywanych elementów, ekspansja w kierunku nowych zasobów) nie mają miejsca w przedsięwzięciu to nie jest to przedsiębiorstwo. Zazwyczaj jest to instytucja mająca na celu realizować jakieś urojenia o charakterze statycznym. Aby coś takiego wytworzyć potrzeba skomasować wielu durniów w jednym miejscu i ciśnieniem ich głupoty (wpływ grupy) doprowadzić do podtrzymania drenującej ich koncepcji. Do podtrzymania tego ciśnienia potrzebne są zewnętrzne “ściany naczynia” w postaci stresorów o charakterze środowiskowym, a nawet urojonym jak ostatnia odsłona Wojny Światów puszczonej w m$m – kornoświrus z planety nietoperzy atakuje Ziemian. Takie stresory nie działają przy niskiej gęstości populacji (wpływ grupy wymaga istnienia grupy) co od biedy kompensowane jest mediami społecznościowymi grupę udającymi, ale ostatecznie i tak spadająca podaż ze środowiska głodem (redukcją liczby osobników) przywraca przytomność. Jednakże zwraca to uwagę na pewien typ przedsiębiorstwa odnajdujący się w takim otoczeniu – otóż złoże z durniami też może być traktowane jako pole wydobywcze, a durnie jako zasób podatny na eksploatację całego społeczeństwa jakie tworzą. Wytwarzają oni tanich lekarzy, tanich inżynierów, techników (tanich bo nie mają im czym płacić stąd bias) i pracowitych ludzi, których wszystkich bez wyjątku obciążają takimi ciężarami, że Ci sami chcą jako towar być eksportowani i niczym ze swoich umiejętności się z durniami nie dzilić. Jest to środowisko które samo tworzy okazję dla przedsiębiorcy takim właśnie rozkładem zasobów, które przy pewnej złożoności udaje się uporządkować pozyskując wartość dodaną aby ją słusznie zagospodarować na swoje pomysły (przykładem takiego odpadu składowanego przez stulecia była blenda smolista – odpad z wydobycia srebra w Rudawach, która nadała się do wykorzystania jako barwnik do szkła – zawartość UO2 powyżej 60%). Aby takie okazje wyzyskiwać trzeba łączyć pojawiające się kropki w złożoność tak długo jak te kropki są i kto inny ich nie zagospodaruje, a że rozmiar (ekonomiczny) tych kropek nie zawsze pasuje do naszych kapitałów (zasobów) i oczekiwanej skali zwrotów to pojawią się nam okazje zarówno zbyt małe (można podąć próbę delegowania o ile dysponuje się wystarczającym networkingiem) jak i zbyt duże (i trzeba dobrać do wehikułu innych chętnych z kapitałami) jak i zwyczajnie niedopasowane (nie nasza branża, nie ten typ kontaktów, nie nasz sposób porządkowania hierarchii). No i immanentnie (w uczestnikach) okazje mają te naturę, że suma oczekiwań przekracza podaż zasobów z okazji w wyniku czego natychmiast podejmujemy grę w zwodzenie wielowarstwowe aby uczestnikom odroczyć prawo ciągnienia, skubnąć im “nieopłacony czas pracy” (ten słynny wyzysk dający wartość dodaną, gdyby zapłacić ten nieopłacony czas pracy trzeba przekroczyć podaż zasobów by spełnić oczekiwania, czyli teoretycznie – zapłacić z włożonego kapitału bez jego odtworzenia = przeżreć), zamienić na powszechniej dostępne zasoby, spolaryzować podaż z popytem przedmiotowo lub w czasie (wytwarzać coś potrzebnego komuś gdzieś, ale nie tu wytwarzającym – na wymianę z nami w taki sposób aby uczestników nie dopuścić do dystrybucji; albo podjąć zapłatę w czasie kiedy uczestnicy już w dystrybucji uczestniczyć nie będą zdolni = “zbudujmy raj dla przyszłych pokoleń, oszczędźmy dla nich węgiel i misie polarne”). Bardzo często to zwodzenie przybiera postać wpuszczania zaangażowania większości (choćby zbiorowo) w wytwarzanie czegoś drogiego co w wyniku realizacji tego czynu tanieje spełniając tanio potrzeby tych, którzy odroczyli konsumpcję; alternatywnie wygaszanie zainteresowania czymś “zbędnym” w celu podjęcia tego tanio i bez zainteresowania, najlepiej czegoś trudnego w wycenie i kwantyfikacji, możliwie ulotnego i nieistotnego w społecznym odbiorze, niefunkcjonującego w mempleksie z racji trudności zobrazowania (brak desygnatu materialnego, coś jak “czas”). Tak wyprowadzone poza mempleks infrastruktury mogą być nieistotne z punktu widzenia typowych obserwatorów (poprzez niezrozumienie zbyt rozległego w złożoności mechanizmu wytwarzania wartości – przepełnienie ich zdolności agregacji kropek) i pozwalać na wytwarzanie wartości niejawnie, a nawet na przekroczenie społecznie pojmowanego czasu akumulacji pierwotnej (ledwo kilkuletniego) i wykazaniu podaży jawnie “zawsze mieliśmy aparata do wytwarzania drogiego krawata” (time immemorial). Z tego powodu industrialistów sprzed epoki industrialnej nazywano alchemikami – mało kto ogarniał procesy metalurgiczne na tyle, aby zrozumieć jak ze skały w szeregu procesów wytworzyć metal, te procesy zorganizować (zarówno technicznie od strony infrastruktury, jak i społecznie procesy organizacyjne i edukacyjne dla przemysłu), natomiast sam rezultat (przyjmowany jako fakt “łun ma, nie miał a ma – wziuł jakich kamieni i zrobił żelazo, a z piachu miedź albo szkło”) był powszechnie pożądany ułatwiając innym pracę i ograniczając wysiłek dzięki zastosowaniu lepszych narzędzi.

W zasadzie cała przedsiębiorczość jest niezrozumiała dla typowców gdyż wszelkie czynności opanowane do uorganizowania 2 są uważane za pracę niewymagającą nieprzeciętnego wysiłku kognitywnego dla jej współczesnych (obecnie etatową, ale wcześniej w różnych formach służebności) i w ciągu ostatnich stuleci z poziomu 3-4 budownictwo monumentalne spadło do 1 choć ciągle nie udało się zmienić tego w proces ciągły jakkolwiek wyekstrahowano z tego standaryzację pewnych peryferiów pozwalających delegować takie zadania MiŚiom imitującym reżim 2 w korzystnych uwarunkowaniach ekonomicznych (bez tej korzystności czar pryska i wracamy w najlepszym wypadku do 1 – pan zapłaci to się zorganizuje takie przedsiębiorstwo), natomiast wytwarzanie wyrobów habitatopodbnych (masowe budownictwo mieszkaniowe) poziom 2 osiągnęło ujawniając powszechne rozumienie jakości i stosunku do kąta prostego pomiędzy ścianami jak i podłogą. Jest więc zauważalne przesuwanie kolejnych branż z wytwórczości na potrzeby własne, a nawet okazyjnie na cudze, do zlecanego “zorganizuj se pan przedsiębiorstwo takie podobne do tego co masz i ja od pana kupię rezultaty”, a nawet “zorganizuj przedsiębiorstwo i ja je kupię jak będzie działało” i “weź moje pieniądze! i zrób mi takie jak robisz zawsze”. Widać tutaj niezwykłą płynność pomiędzy formami co sugeruje przeróżne sposoby konsolidacji takich przedsiębiorstw pod dającą się sprzedać różnym klientom firmom. I o ile wdrożenie zstępnych w działanie patykiem na wodzie pisanej manufaktury, gdzie nikt się nie zapyta czyje są maszyny wystarczy do utrzymania (często bardzo dochodowej) podaży to nie jest to forma przyswajalna w oczekiwanym porządku dla korpory i często formalizacja przedsięwzięcia (ustalenie na piśmie wszystkich zależności istotnych w danym porządku prawnym w stosunku do czepialstwa danego obrządku sprawozdawczości) przekracza wartość samego przedsięwzięcia (a co to szkodzi puścić wydmuszkę na rynek – wszak na górce znajdzie się większego łosia na dotcoma). Jednocześnie ze względu na biurokratyczne sposoby formalizacji i wynikające z tego koszty korpora może nie być zainteresowana przejmowaniem takiego przedsiębiorstwa co jest właśnie kawałkiem boczku dzisiejszego tekstu – istnieje szeroki zakres działań w przemyśle, które ze względu na doraźność && peryferyjność takich potrzeb nie odpowiadają skalą procesom przemysłowym jednocześnie w małej skali wykluczając przeprowadzenie wszystkich procesów (w rozsądnym koszcie i czasie) zgodnie z wymogami tworząc obciążenie kapitału w księgach wymagające narad i decyzji (aby komisja zaprojektowała konia, do którego później ciężko znaleźć woźnicę). Jednocześnie z powodów fiskalnych, sprawozdawczych, w tym sprawozdawczości wewnętrznej oraz procesu podejmowania decyzji ta sama korpora jest gotowa zapłacić za przeprowadzenie danego procesu zaproponowanym narzędziem (często w ogóle nie występującym w obrocie z odpowiednimi certyfikatami, bo byłyby wielokrotnie droższe od samego urządzenia, bywa że skleconego ad hoc) kwoty finansujące samo narzędzie po 4h działania (przypadki doraźne), w procesach powtarzanych doraźnie na żądanie w 12 dni roboczych, a w doraźnych-kilkumiesięcznych z samych marż za uzbrojonego w stanowisko pracy pracownika w 5-6 tygodni. Dla przykładu są to oczywiście stanowiska spawalnicze, piece do obróbki małych detali w małych nakładach, ukosowanie plazmą metali wrednych (kosztownych) dla obróbki skrawaniem czy warsztatowe zastosowania pras spoza zakresu dostępnego dla danej manufaktury/fabryki (fabryki maszyn w Europie to są duże garaże, w ostateczności manufaktury, produkcja masowa dawno wyjechała do Azji). Czasem pozwala to zarobić (ale najpierw trzeba wsadzić), natomiast z pewnością (przy zmienności w korpo które na pstrym koniu jeździ) pozwala zakupić maszyny spłacane z usługi dla klienta, a później zaoferować usługi już zaarobionymi urządzeniami co daje istotną przewagę wobec typowców wyrażających pogląd, iż trzeba na to wszystko wziąć kredyt, albo maszyny w leasing co kosztuje dodatkowo przez wysokie ubiurwienie takich relacji.