Sprzedajmy se – rozwińmy se

Dziś skwarki w kaszy podano. Mógłbym się rozpisać o teoriach wyceny (kiedyś z pewnością je obsmaruję) i tworzonych przez nie przestrzeniach (temporalnych i spatialnych), ale dziś nalałem sobie do szklanki, zasiadłem w ogrodzie spoglądając na mój odrośnięty trawnik i skoszone sąsiadów (jutro odwiedzą mnie ogrodnicy) uznając iż do piątku niedaleko, a że wstyd mi było siedzieć w Mordorze nie mając nic do roboty (i ukradkiem czytając trockistów-lenistów https://pracowniaekonopatologii.wordpress.com/ ) to się odmeldowałem po zorganizowaniu nieróbstwa innym, pojechałem do swojej fabryki też się zakrzątnąć przy produkcji placu zabaw. A że skwar okrutny to ile można przy spawarce wysiedzieć i tak oto przyszło mi pisać pod lipowym liściem, z którego to złośliwie ptaki mi na wszystko sr…

Dzieci hossy trapią ostatnio pytaniami o wyceny. W szczególności czy coś jest drogie, czy tanie i jak to ocenić. Jako kupiec, przedsiębiorca nie mam z tym zbyt dużego kłopotu – z oceną czy coś jest drogie czy tanie. Otóż stawiam to pytanie innym kupcom (rynkowi) i patrzę czy wynik wyceny mnie kontentuje (jak również wykonalność tej decyzji). To czy mnie kontentuje zależy przede wszystkim od tego czy chcę kupić czy sprzedać i czy mi to potrzebne. Od razu rzućmy mięso – jak sprawdzić cenę, wykonalność, czas dostawy i użyteczność (zisk jest to taka użyteczność przedmiotu, która dla kupca oznacza wymienialność na inne przedmioty/posługi). Otóż należy wejść w taki interes o jakim człowiek chce się dowiedzieć, przeprowadzić całą operację jaką jesteśmy zainteresowani i mieć własne doświadczenia. Czyli rozpoznanie bojem. Może się wydawać nieco hardkorowe, ale skąd ja niby wiem to wszystko co wiem i o co mnie ludzie pytają w niekończących się dywagacjach teoretycznych? Ot po prostu skoczyłem w wir wydarzeń aby się przekonać jak przebiegają. W niektóre rzucałem się po kilka razy wprowadzając poprawki, aby osiągnąć godny poziom kunsztu w dochodowości. Dla przykładu jeden z czytelników na bazie moich wywodów rozwinął naprawę maszyn budowlanych, więc zastanowiło mnie czy muszę ograniczać się do przemysłowych (maszyn).

O właśnie doniesiono mi Woodforda i Honestusa (i mufiny); polskie miody świetnie komponują się z burbonem w te upalne dni ujawniając dobrodziejstwa wyzyskiwalizmu jakimi doświadcza nas kowidowski kryzys. Gdyby płacono mi za lokowanie produktu to jestem jeszcze gotów nadmienić że zakorkowany miód otwierałem korkociągiem multitoola Bahco. Czym zaznaczam iż sprzedajny jestem i jeśli zacznę wychwalać tu jakiś inny wyziskwalizm to znaczy że to opłaca się.

Pomyślałem sobie tak rok temu, a że współJanusz dla mnie eksploatujący deficytowo oczytaną część proletariatu poinformował mnie że koparka by się przydała to niewiele myśląc przypomniałem sobie kto ma jaką koparkę na zbyciu & do tego tanio, tak żeby na własnej d poczuć cały proces i uświadomienia zaznać co też mnie to będzie kosztowało krwi & fiatów. Naturalnie zadbałem o żarcik i wziąłem największą jaka była, od razu samobieżną z dopuszczeniem do ruchu ulicznego doskonale wiedząc iż współJanusz miał na myśli ogrodową (ale ogrodowa była trzy razy droższa). Otóż dowiedziałem się z tego oczywistości takich samych jak w przypadku maszyn przemysłowych z tą jednak różnicą iż (zacznijmy od końca) marże są żyletkowe więc z tego powodu brak specjalistów chętnych (i trzeźwych – ciekawa branża) cokolwiek takiego ruszyć. Jak w przypadku wielu pokrewnych branż izolacja od podaży chińskiej błyskawicznie przywróciłaby marże na rynku, a co za tym idzie abstynencje specjalistom i chęci ich wyzyskiwaczom. Łączny koszt przywrócenia urządzenia do stanu używalności, wraz z ceną zakupu oscyluje wokół ceny sprawnego, używanego urządzenia ogrodowego. Jednakże aby móc się w to bawić trzeba mieć zaplecze ludzi (koszty), przestrzeni, maszyn, gotówki. Jest to więc neutralny (czyli dający cashflow) albo nawet zyskowny interes dla mających tak czy siak jakiś interes. Coś z gatunku “projekty na zimę, aby zapewnić pracę zatrudnionym” (wskazuję nazwę “zatrudniony” jako istotną, gdyż płacimy ludziom za trud – trudzimy ich). W ten sposób w konfrontacji z rynkiem ustaliłem cenę na własny koszt uzyskując jakieś użyteczności potencjalne. W tłumaczeniu dla młodych przedsiębiorców – krwi sobie napsułem wsadzając kupę kasy do zamrażarki na … wie ile ze sporym potencjałem sprzedaży ze stratą.

No to tak właśnie wygląda większość interesów od strony inwestora. Kupicie warsztat, sklep, fabrykę, kopalnię, spedycję, gang, bank czy inny burdel to przy obecnych standardach sprawozdawczości, w otoczeniu norm i certyfikacji na wszystko marże są w najlepszym wypadku żyletkowe. Dodatkowo wszystko się zużywa, a leasingi trzeba płacić. Nawet jak jest własne to się zużywa, Marże nie bardzo jest na czym cisnąć. Sprzedajecie na końcu przedsiębiorstwo w najlepszym wypadku z delikatną stratą. Zresztą jedynym istotnym składnikiem majątku przedsiębiorstwa najczęściej jest baza klientów i czasem (w przypadku technologicznych) pracownicy. No to oczywista oczywistość że kasę w tym procesie trzepiemy na czymś innym, a nie na tym że kupimy, wzrośnie i sprzedamy. Dlatego giełdy nie są obecnie na tyle atrakcyjne aby kusić kapitał i banki centralne muszą pompować frajerów. Z tego samego powodu co lokaty.

Skoro już napisałem że w procesie trzepiemy na czymś innym, to od razu wiemy że w proces wejść trzeba i pozostaje również wyjaśnić te “inne”. Od razu nasuwa się podchwytliwe pytanie, na kiego kupować przedsiębiorstwo (proces), który z powodu marż nie jest żadnym interesem? Katechizmowa odpowiedź na to pytanie jest w zasadzie banalna – mamy tych przedsiębiorstw od strony materialnej (stan posiadania maszyn, zasobów, ludzi, papierków do rozliczeń) bez liku. Ale od strony organizacyjnej, w tym wysycenia szeregiem pracowników (szczególnie w technice), zorganizowania sprawozdawczości, rozliczeń, zapewnienia płynności, jakość obsługi, zdolności adaptacji w dynamicznym otoczeniu etc to już tak różowo nie jest. I o ile od strony materialnej asysta jest, bo poprzednie pokolenia wyryły z planety surowców, i ciężką pracą wygospodarowały z nich infrastrukturę oraz maszyny to nie poradziły sobie (te pokolenia praszczurów nazich i pozostałych) od strony organizacyjnej z podażą liczebnej & kwalifikowanej siły roboczej (oczywiste, że skoro zawiedli z liczebnością to w konsekwencji była tam niska nominalnie liczebność sigm wynikająca z odsetka populacji w rozkładzie standardowym więc i nie bardzo mieli kogo kwalifikować). Wykazujesz więc zdolność materialną do posiadania przedsiębiorstwa po to, aby wykazać zdolność organizacyjną, że potrafisz je poprowadzić. Jeśli posiadasz i potrafisz poprowadzić to możesz siadać do stolika – tylko po to jest to potrzebne, do okazania. Owszem – sprawdzono metodę deklaratywną “naumiałem się w szkole gotowania na gazie i umiem” opartą na mianowańcach, ale jej wyniki wykazały iż nachalnie wpływano na pomiar skutków edukacyjnych do tego stopnia, że skrzywiono całą edukację w organizacyjną krzątaninę zamiast proces dostarczania kadr. Rezultatem czego są utytułowani specjaliści od zdobywania tytułów kolejnych specjalności.

Zbudziłem się, po sutym, podanym do ogrodu obiedzie; zdarzyło mi się przysnąć w cieniu drzewa i śpiewie ptaków. Śniłem o utrapieniach proletariatu mojego, który z powodu kryzysu nie mając na czym trzepać nadgodzin pożywać musi za marne [ocenzurowano żeby nie kpić z zarobków płemieła] i jak dobrze że na prowincji. A przecież i mnie-wyzyskiwaczowi nie lekko związać koniec z końcem do pierwszego w tych niegodziwych czasach. Jak to dobrze że dzieci hossy właśnie zapakowane w giełdę, niebawem będą ostrzyżone i już za rok zapewnią nam podaż wygłodniałych rąk do pracy za stawki urągające ludzkiej godności na wyścigi czapkując kto i jak bardzo dołoży starań na potrzeby naszego wspaniałego ustroju. Bo to i w tę stronę od pracowników jest egzaminacja z praktyki, wszak nie szukają roboty u nieogarniętych gołodupców, tylko szukają sobie szefa, który rokuje z realizacją ich potrzeb jak najzupełniej z dostępnych alternatyw (bo jeść trzeba). Biegłości obu wskazanych zagadnień nie wykazuje się na sucho przed komisją pod rygorem braku wpisu w indeksie, ale długoterminowo przed rzeczywistością nie znając ani pytań, ani nawet obszaru zagadnień z jakich ten egzamin będzie. Ryzykuje się zaś całym swoim majątkiem jeśli głupio i uparcie trwa się przy odpowiedziach, których rzeczywistość w zawziętości swojej nie jest łaskawa wynagradzać.

Jako że zbudziłem się późno i tekstów brakło to jak znalazł @gruby poratował postem o armii, którym to dało się wypełnić ogórkową pustkę. Kolejny dzień – kolejna szklanka w ogrodzie. Niestarożytni Sarmaci nie bez powodu słynąć musieli z opilstwa dumając nad pszczół bytowaniem i kuśki stawaniem w takich warunkach. Zagaiłem tekst tematem praktyki skakania na główkę w interesy, aby sprawdzić bojem z czym to się je. Z oczywistych ryzyk tak głupiego zachowania istotnym neutralizatorem jest dysponowanie płynnością wystarczającą aby sobie karku na tym skakaniu nie skręcić. Przy czym to ryzyko jest oczywiste i z braku tej płynności większość nie skacze zupełnie rozsądnie. Ja też skaczę tam, gdzie dolana płynność mi nie braknie na więcej niż naplucie sobie w brodę gdyż prawdziwe zagrożenia nie czyhają na nas w rozpoznawaniu biznesu bojem. Prawdziwe ryzyka czają się na nas tam gdzie już pływać się nauczyliśmy, biznes idzie nam dobrze, nosimy wodę wiadrem i nagle zmienia się otoczenie, otwierają rurociąg, pojawiają się rekiny i gubmint wyciska nas podkutym buciorem. To tam uda nam się utopić najwięcej i tam często przedsiębiorcą kark jest przetrącany tak skutecznie, że ze zgryzot zamachu na swoje życie (zamiast na winnych) się dopuszczają.

Przyznaję że wielokrotnie baty na rynku zbierałem i poddawałem się degradacji socjoekonomicznej zanim zasiadłem na obecnej grzędzie, z której spodziewam się też kiedyś boleśnie zlecieć (i liczyłem że to będzie teraz na okoliczność kryzysu, ale jednak nie zleciałem – zbudowałem zbyt silne zabezpieczenia w stosunku do popełnianych zazwyczaj głupot, jakich dopuściłem się i tym razem). Rozkręcenie od zera przedsiębiorstwa do wielomilionowych obrotów i kolaps to zagadnienie, które mam opanowane do tego stopnia, że co starsze lemingi w rodzie doskonale znają kalendarz kolejnych wydarzeń szykując spiżarki na poratowanie mnie jadłem i napojem. Wynika to z takiej okoliczności, że na miarę możliwości i skąpstwa badam rynek na górce “na czym by tu jeszcze zeskrobać jaki kit z okien”, ale ze względu na kanał dochodów który dominuje wpływy przyznawane jest mu najwięcej atencji, sił i środków. Środków dlatego że konieczne jest utrzymanie płynności na płatniczych wybojach. Z punktu widzenia przedsiębiorcy wygląda to tak, że ma zobowiązania (choćby płace dla proli) i są one dość sztywne w czasie (nie dlatego, że nie można proli olać, tylko dlatego, że oni wydają ile zarobią i nigdy nie mają oszczędności, więc dla nich brak wypłaty w terminie to są rzeczywiste zmartwienia egzystencjalne). Wpływy zaś od klientów już takie sztywne nie są, mało tego przerwanie dostaw oznacza brak dalszych zamówień z tego kierunku (nie że ze złośliwości odbiorcy, ale z powodu kolapsu jego łańcucha). Holdingi kredytowane są więc stanami magazynowymi i pracą dużych przedsiębiorstw wchodzących w skład wymienione, te zaś kredytują się pracą i dostawami podzespołów z posiadanego wianuszka przedsiębiorstw średnich integrujących produkty i pracę podległych im MiŚiów. Jak się nie obrócić d z tyłu i MiŚie (oraz ustawowo na czas – “do wypłaty” i “do emerytury” prole) są podstawą kredytowania całej gospodarki. Głębokość zasobów jakie MiŚie są zdolne rzucić i ilość MiŚiów determinuje wprost jaka jest głębokość na jaką można zadłużyć notowane na giełdach holdingi. Co prawda w europejskich systemach sprawozdawczości są sztuczki dodające sztucznej głębokości temu zjawisku (można w ramach choćby erp raportować półprodukty w procesach pośrednich jako “stan majątkowy” jeszcze przed ukończeniem i odbiorem oraz zareklamowaniem przez klienta, co zwiększa na księgach “stan posiadania” przedsiębiorstwa, tym samym stan zabezpieczeń oraz w rezultacie poszerza linię kredytową; ergo – w momencie kiedy potniecie & raportujecie deski, i one jeszcze nie są powiercone, pozbijane i pomalowane to wycena surowca wraz nakładem pracy jest dodawana do stanu majątkowego-magazynowego przedsiębiorstwa, stan surowca jest zdejmowany, a nawet – proszę się nie śmiać – doliczana jest cena jaką dostaniemy za odpad, a że akurat robię w metalach i to głównie w kwasówce i staliwach chromowych to są to duże miki, szczególnie jeśli zamiast odpadu uzyska się więcej produktów dobrze gmatwając produkcję, więc produktów jest więcej niż wynika z surowca, tylko odpadów mniej i tyle całe to raportowanie warte, a księgi rosną), ale ceną tego jest hierarchizacja (layering) silnie wpływająca na produktywność każdym kolejnym piętrem. W rezultacie cała produktywność w postaci zwrotów grabiona jest końcowo przez “kapitał” w kumulacji (banki inwestycyjne) oraz MiŚie w dużym rozproszeniu. MiŚie odsysane są przez fiskusa na tyle, na ile się da w kolejnych instancjach, a na banki nie ma mocnych choć tam radzą one sobie same w dokładnie ten sam sposób co ja macając kapitałem nierentowne interesy.

Chyba nawet za dużo napisałem z warsztatu działania spółek. Naturalnie nie mam żadnej wiedzy, a to wszystko jest wyssane z mchu, paproci i wypitego burbona na którego wyżebrałem pod monopolowym. Jeśli głowicie się nad sposobami robienia w wała udziałowców to zarządy w tym się właśnie specjalizują – w podłączaniu spółek, spółeczek i MiŚiów w celu uzyskania wskaźników wedle których są wynagradzani. Żaden! Absolutnie żaden przedsiębiorca dbający o swój własny interes nie prowadziłby przedsiębiorstwa w sposób w jaki prowadzi to wynajęty ceo po mba. I nie pracowałby tak tanio – to jest powód dla którego mba istnieje i dla którego zarządcy bez majątku wynajmowani są do pilnowania majątku. Wpuszczenie na to stanowisku doświadczonego przedsiębiorcy oznaczałoby całkowitą utratę kontroli (przez inwestora) zarówna nad przedsiębiorstwem jak i nad kapitałem bez jakichkolwiek oznak formalnych takiego stanu. Dla nierozumiejących co oznacza przedsiębiorca, któremu dajemy w arendę przedsiębiorstwo wyjaśniam rzeczowo “przedsiębiorca osiągnie rezultat z powierzonego majątku każdym możliwym sposobem” oraz dowcipem z Misia “Panie, tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!”.

O to i chyba zamiar popełniony – chciałem uzasadnić po kiego przedsiębiorcy macają bojem nowe przestrzenie pozyskiwania zwrotów, otóż dlatego że jak już rozkręcą interes noszenia wody wiadrami to rurociąg, Kapitan, rekiny – same nieszczęścia. Gospodarka używa MiŚiów do rozpoznawania rynku bojem, a ustroje które MiŚiów nie wytwarzają i je mitygują lądują w czarnej d…ziurze. Kiedy zaś to się uda trzeba przekształcić przedsiębiorstwo, zmienić jego skalę, a co za tym idzie organizację porządku. To nie są wcale takie proste zagadnienia. Po pierwsze dlatego, że zainteresowani są tam dlatego, że chcą zarobić se. Przytomnym ludziom nie wciśniecie że nasza sekta ma przyszłość, że czeka nas raj, bogactwo i każdy zostanie szefem Amwaya. Ludzie przytomni wiedzą że faza organizacji przedsiębiorstwa jest skończona w czasie maksymalnie dwóch lat, faza dojrzała trwa maksymalnie pięć lat, i potem rozgrywany jest end game. Faza dojrzała może się oczywiście przekształcić w integrację w rozleglejsze struktury, ale tym zajmują się inni ludzie niż w w MiŚiu, ponieważ są tam inne wolumeny i inny podział wyników ze względu na cele do osiągnięcia. I tu dochodzimy do sedna szklanki, znaczy czytanki. Naleję sobie kolejną pisankę i zaraz wracam z nowym natchnieniem. A “przecież ni nam życia, ni geniuszu starcza by skorzystać z bogactwa…”.

Bo ja tu tak o konkretnych przedsiębiorstwach piszę, że koparka, że blacharnia, że R&D, narzędziówka. W dawnym zse wspominałem coś o finansach, telekomunikacji oraz deliktach fiskalnych na organizmach Kapitanów naszych umiłowanych. Tymczasem to co można skategoryzować jako zawody, nawet jako profesje w rozrzutnym rozumieniu wolnych zawodów jest granicą wyobrażeń (z racji materialnych desygnatów) większości osobników. Pewne niszowe zagadnienia są tam tak niezrozumiałe, że dzieciom w szkołach wyjaśnia się iż dyrektor przedsiębiorstwa czy inny tłusty kapitalista nic nie robi i dostaje za to kupę kasy. Dzieciaki mające niejaki kontakt z omawianym gatunkiem doskonale wiedzą że to nieprawda, ale szkoła po to indoktrynuje żeby deklamować jedno, a myśleć swoje. Za dość niszowe w młodości swojej uznałem że są ludzie organizujący/wytwarzający przedsiębiorstwa aby je sprzedać. Akurat to tyczyło się konkretnie:

Rozwój nowoczesnego handlu i usług w Poznaniu – KALENDARIUM

Zagadnienie o tyle ciekawe, że nie było dla mnie (wychowanego pośród przedsiębiorców, przewodniej siły narodu i jej żelaznego serca na wypadek gdyby bijące zawiodło) zrozumiałe jak to jest, że ktoś prowadzący przedsiębiorstwo nie umie go stworzyć. Ale byłem już zorientowany na tyle w rynku akcji, że mimo braku wyobrażenia jak przyjmowałem do wiadomości, iż może tak być, że z jakiś powodów ktoś kto tworzy przedsiębiorstwo nie chce go prowadzić, ktoś kto prowadzi nie umie stworzyć. A w przyszłości dowiedziałem się że restrukturyzować czy zamknąć też musi kto inny. Tak oto docieramy do kwestii czym w rzeczywistości przyszło mi się zajmować – organizuję przedsiębiorstwa. Na zlecenie, bez zlecenia zresztą też bo sam potrzebuję. To bardzo obciążająca faza kryjąca silne ryzyka, większość (80%?) przedsięwzięć nie wychodzi (nie daje zwrotu) są czystym topieniem kapitału. Nie są też (wbrew opiniom teoretyków) czyimś zyskiem – są przez krótki czas utrzymaniem dla ludzi, których los i tak jest niepewny – zależny od koniunktury. Utrzymanie nie jest zyskiem, to coś jak bitwa, którą jeszcze raz udało się przeżyć, ale ani z tego łupów, ani branek. Do takiej gry konieczna jest dyscyplina, mobilizacja i właściwe poukładanie w głowie poczucia wskaźników (czy winda jedzie do góry, czy straciliśmy napęd i czas wysiadać ratując kapitał). Do tego selekcja właściwych wskaźników. Takie przedsięwzięcie (tworzenie przedsiębiorstwa) oprócz kwestii formalnych (jakieś tam organizowanie części formalnej, w której kiedyś się lubowałem pisząc i analizując statuty spółek, a obecnie zlecam gryzipiórkom) składa się z wydatków, których zadaniem jest wygenerować górkę, z której sprzedaży będzie zysk. Nie ma tam więc typowego w administrowaniu przedsiębiorstwem wskaźnika operacyjnego zysku. Po prostu czas operacji jest spychaną w czasie falą reinwestycji, która kulminację osiąga przy sprzedaży wytworzonego rzemieślniczo produktu. Przynajmniej tak to wyglądało w czasach kiedy się tym interesowałem w jurysdykcjach o demografii płaszczącej się z rosnącej. Te czasy to przeszłość. Obecnie na rynkach zaawansowanych (w tym zaawansowanych demograficznie w starość) przedsiębiorstw i dóbr materialnych jest bez liku. Nie ma zaś przedsiębiorców, dobrzy zarządcy są nieliczni, a większość kadr stanowią ludzie z przypadku. Jakość zarządzania jest pod psem, a co za tym idzie – zwroty są paskudnie niskie, a nawet ujemne. Co odzwierciedlane jest w stopach procentowych – te gospodarki nie mają już czego ani komu obiecać. W skali makro oczywiście. Bo w skali mikro jest tam co odsysać w procesie bilansowania tych gargantuicznych absurdów jakie stworzono pnąc się w górę z technologią. W rezultacie jest tam olbrzymie ssanie na kwalifikowaną kadrę, a że nie istnieje coś takiego jak “szkoła dyrektorów” w sensie innym niż semantyczny (gdyby ktoś tak fikuśną nazwę sobie upodobał marketingowo) to korpora jednocześnie musi nałapać przedsiębiorców (za co da się pociąć – płaci za tym kawałami własnego mięsa, żeby tylko bydlaki miały się w co wczepić i na czym zagryźć, a nie puszczać) i stanowią oni (z racji wymienionego powyżej argumentu “tu jest kiosk, ja tu mięso mam” zagrożenie dla całego układu zarządczego. Inwestorzy i udziałowcy (pozornie to samo, ale rozróżnijmy inicjatora – inwestora od biernego bądź pół biernego decyzyjnie kapitałodawcy, być może spętanego instytucjonalnie przedstawiciela funduszu czy banku) są zmuszeni uzyskać jakościową kadrę, gdyż zapewnia ona zwroty, kłopot w tym że kadra przychodzi zarobić i o ile mierni-bierni wykonawcy na etacie w zasadzie tym się zajmują i od czasu do czasu coś sobie ukra… sprywatyzują to zawodowcy zajmują się tym profesjonalnie do pełnego wydrenowania przedsiębiorstwa. W zaawansowanych gospodarkach ilość zabezpieczeń co-asygnatami decyzji ceo jest przytłaczająca (w Polin taki brak zaufania do zarządu nie objawia się w spółkach rodzimych, w szczególności nomenklaturowych – sami swoi swojego aż tak nie dewastują chyba że z niekompetenctwa). Co nijak nie zmniejsza sumy afer, po prostu zmienia ich skalę mitygując gamoni, a rozwijając skrzydła lepszym kupcom. W takim układzie całą wartość dodaną dają MiŚie i konsekwentnie wykupują kadry, dlatego kadry są regularnie w korporze wymieniane zgodnie z cyklem nasycenia korupcyjnego (będącego funkcją wieku, doświadczenia i chciwości nienażartej). Z powodu tego ssania przy kurczącej się podaży jakości skandynawski odpowiednik tygrysów-czeboli w fazie rozwoju przejęli przedsiębiorcy dokładnie tacy jak ja, tyle że lokalni. Różnica pomiędzy mną, a przedsiębiorcą tubylczym nie różni się w kwestii doświadczeń i wykształcenia, nawet nie różni się co do hobby i działalności pobocznych, jedyna różnica z pochodzenia to skala powierzonych środków – ich przedsiębiorstwa przemysłowe zatrudniają od 30 do 100 razy więcej ludzi niż moje. Czyli gdybym rozwijał się w normalnym kraju, a nie pochodził z Niedorzecza operowałbym obecnie międzynarodowym przedsiębiorstwem przemysłowym o wysokim poziomie automatyzacji mającym wpływ na zbrojenia terytoriów rdzennych. Ale z racji tego, że pochodzę z Murzynii to muszę się zadowolić oficjalnymi dochodami prezesa dużego banku Niedorzecza jęcząc i zgrzytając zębami. Choć w młodości z czasów wydarzenia kulturalnego pętałem się pod nogami w łódzkich przedsiębiorstwach rodzimych, obecnie rozbitych na niby oddzielne laboratoria pomiarowe, fabryki maszyn do szycia i pozostałe.

Z niedosytu jednak lokalnych dobiera się takich jak ja. I tym się właśnie zająłem – wytwarzam przedsiębiorstwa. Jako że wytwarzam, a mam własne to z braku kadr gładko dało się przejść do fazy “zarządzaj nimi”. Z mojej strony był to przymus bo jeść trzeba, z ich strony też bo murzyn z kierunku afrykańskiego (Afryka leży na południe od Skandynawii czego ukryć się nie da – no to z tego kierunku co bociany^^) i nie wiadomo czy logicznie myśli. Jednakże posiadanie własnego rokowało iż jednak wiem jak i coś z tego będzie. Posiadanie własnego przedsiębiorstwa jest wyjątkowo przydatne, mam w swojej historii przypadek kontestatorki z kontestacji, która z racji potrzeb została prezesem jednego z przedsiębiorstw co w jej cv zapewniło jej (przypadkiem, ale jednak) pracę za pensję premiera przynajmniej na czas wczesnotuskowego prosperity. Fakt sprawowania funkcji na dość kosztownym (otwarcie spółki, generowanie obrotów jest jak na medialnego zjadacza kaszy kosztowny) stanowisku świadczył o oczekiwanej zaradności. Wróćmy jednak do różnicy pomiędzy przedsiębiorstwem w fazie wzrostów, a ustabilizowanym. Czyli takim tworzonym do sprzedaży, a takim gotowym do użytku. Różnice są zasadnicze i widać je w sprawozdawczości. Naturalnie w sprawozdawczości gotowego do sprzedaży, ustabilizowanego podmiotu bo w fazie kreacji jest tam bajzel nieopisany. [kończy mi się druga szklanka i postanowiłem oddać się staropolskiej poezji]

Przedsiębiorstwo przeznaczone do sprzedaży musi mieć produkt, kadrę, kontakty handlowe i coś zrealizowanego (choćby na pokaz). Kupujący najczęściej wstawi tam sprzedawcę i zacznie wyciskać podaż przedsiębiorstwa na walutę. Czyli przedsiębiorstwo musi być po wdrożeniu produkcji i mieć tanich pracowników produkcji. To wcale nie jest takie proste, ponieważ ludzie od wdrażania najczęściej są multidyscyplinarnymi technikami, inżynierami, rzemieślnikami z olbrzymim doświadczeniem, a procesy produkcyjne muszą być uproszczone do przeciętnego, dającego się pozyskać, udomowionego homo sapka. Czyli 93-99 IQ. Z tym że obecne małoskalowe procesy produkcyjne w przemyśle (Europa) wymagają obsługi urządzeń gdzie 107 IQ (przy szerokim doświadczeniu) jest wstępem do wciskania guzika, a próby obejścia tego stawianiem małp przy maszynach błyskawicznie rugują z rynku tych, którzy zapłacili za losowo wynikający z tego kataklizm, któremu małpy przewidująco nie zaradziły w porę. Z rozkładu standardowego wynika ile z racji samej niedostępności udomowionego homo sapka różnić się muszą dochody pomiędzy 93 a 107 tymczasem produktywność (obciążona mała skalą, biurwą, starą populacją, absurdami rozliczeniowymi) wymagana do takiego zróżnicowania skali albo specjalizacji. Skala wyjechała do Azji, a specjalizacja wymaga specjalistów. Konkurencja jest więc na kognitywnej górze, a że tej produktywności na doły nie starcza, to 107 lądują na taśmie, a reszta poniżej nie ma zajęcia wcale. Rozwarstwienie dochodów jest więc niebotyczne. Oczywiście podnosi to jakość produktów, gdzie taki zamiar się ujawnia, ale tam gdzie nakazowo-rozdzielczo zatrudniani są przypadkowi ludzie z minimalną zdolnością obsługi stanowiska żeby było tanio (przykładem jest Mercedes, konkretnie biura projektowe) jakość zanika błyskawicznie. Na takim rynku korzystnym jest więc budowanie przedsiębiorstw o wysokim stopniu mechanizacji, ale nie za wysokim aby tani człowiek to mógł serwisować w stopniu wystarczającym, rzemieślniczych gdzie i tak liczy się nakład roboczogodzin manualnych nie do obejścia w przypadkach szczególnych, którymi się te przedsiębiorstwa zajmują (serwisy, remonty instalacji) bądź od razu pchanie się na górkę techniczną, ze zintegrowanymi produktami wytwarzanymi przez kadrę sigma3+, gdzie mnożniki I/O są dwucyfrowe i przy osiągnięciu racjonalnego wolumenu jest się czym dzielić. Ten ostatni model zakłada integrowanie już istniejących, masowo produkowanych gratów w wyższą złożoność dającą użyteczność. Jedyny kłopot takich przedsiębiorstw jest taki, że są one niezbywalne bez wprowadzenia porządku korporacyjnego, a że są tam tęgie łby o szczególnym charakterze to wprowadzenie tam jakiegokolwiek ładu, którego nie okpią jest w zasadzie artefaktem. Korpora mając też doświadczenia z takimi typami woli słono płacić za usługi, a nawet za siedzenie na d i ograniczenie podaży na rynek niż takie przedsiębiorstwa kupić.

Kasujemy więc za nierealizowaną gotowość podaży o charakterze psującym niższy rynek (i rozsadzającą dystrybucję wartości po niższych decylach), a podjęte zyski & wziątki ładujemy zarówno w równoległą podaż niskiego rynku (czym i tak ją rozsadzamy dokładając tam nasze moce korelacyjne, które formalnie czekają w gotowości podażowej dla korpory, ale przecież kiedy nie mamy co robić knujemy) oraz w poszerzanie naszej zdolności do nierealizowanej gotowości na wysokim poziomie, gdzie ograniczeni jesteśmy brakiem dostępu do maszyn, skali, kapitału i rynku, ale że tam pływają rekiny to szukają one okazji do zdobycia wzajemnej przewagi jedne nad drugimi i odpalenia takich właśnie żabich skoków. Ucieczka do przodu jest dla nich sposobem konkurowania i postęp technologii ostatniego wieku wskazuje że to działanie skuteczne. Nawet jeśli obecnie sprowadza się (z powodu rozwarstwienia intelektualnego kreatorów technologii i przeciętnego decydenta) to do kuglarskich sztuczek i niszczenia kapitału to za wyrwane w ten sposób nadwyżki rozwijamy się, sprzedając się.