Synteza >1|1< & Mechanika tworzenia mempleksów (przedsiębiorczość & polityka)(1)

Wskazałem, że źródłem dywidendy mającej siłę nabywczą (w ogóle istnieją towary i usługi o jakie można się nią targować) jest abstrakcyjny zapis “kapitału” opisujący struktury organizacyjne, złoża, stany magazynowe, a przede wszystkim usługi ludności gotowej podjąć się zadań za tę siłę nabywczą tylko dlatego, że pozwala im to na udział (przy użyciu waluty) w skutecznej organizacji zaspokajającej ich potrzeby lepiej niż jakakolwiek alternatywa (własna uprawa, łowiectwo-zbieractwo, samodzielna produkcja), względnie kombinacja tegoż z jakimiś alternatywami. Nawet jak tego zapisu nie ma, to organizacje, struktury, środki materialne, złoża, stany magazynowe i stosunki społeczne (w szczególności hierarchia starsza niż drzewa) mają się dobrze, więc i tak zadziałają – przetestowaliśmy to w wielu wojnach i klęskach naturalnych – wszystko dość szybko wraca do normalności, gdzie garstka najbystrzejszych kontroluje więcej zasobów niż połowa ludności, a spora grupa nieco mniej od nich bystrych – resztę. Mamy więc jakiś zespół środków i rezultat, który wspólnie i bez porozumienia uznajemy za korzystniejszy od wsadu (w tym własnej pracy) – uznajemy wtedy, że czynimy to co trzeba i nam “rośnie”. W kontekście każdego przedsiębiorstwa jest to oczywiste i zrozumiałe, jednakże istnieją takie struktury, które zawsze mają rezultat ujemny – państwa narodowe mają deficyt z definicji (jest on wbudowany w porządek prawny państwa narodowego przestrzegającego obecnie dominujących guseł o prawach człekopodobnych). Z tego można wyciągnąć wniosek, że albo są one skandalicznie zarządzane (rozkradane – niewykluczone), albo że suma kapitału każdego państwa narodowego (w porównaniu do rynku) jest ujemna. Czyli państwo narodowe ma negative equity. To dość przykra sytuacja dla mieszkańców, których obciąża uzupełnianiem tej studni bez dna, ale przyczyną tejże są właśnie mieszkańcy – to nie brak złóż jest przyczyną deficytu, to licha organizacja durni mieszkających na danym terytorium. Durni niezdolnych podejmować racjonalnych decyzji do tego stopnia, że każdy, kto ma na czym czapkę nosić, ucieka od takich, pozostawiając ich w jeszcze większym niedoborze ludzi przytomnych. To równia pochyła, i o ile w Polsce została ona zapoczątkowana 350 lat temu szwedzkim najazdem, to dziś na ten kłopot cierpią bez wyjątku wszystkie średnie i duże narody na planecie, które zaraziły się wektorem guseł o prawach człekopodobnych. Przyczyną, dla której wytwarzamy przedsiębiorstwa izolowane od polityki absurdu (jeden człekokształtny = jeden głos), jest inkluzywność, a ta jeszcze nie tak dawno istniała również w państwach narodowych we wszelkich aspektach funkcjonowania społeczeństwa, dopóki nie doszło do epidemii empatii.

Istotne w syntezie >1|1< (również w innych tekstach, gdzie będę to poruszał) tak jak w przypadku gini jest wyobrażenie sobie wykresu jako kropek przedstawiających izotropowo dające się rozróżnić semiautonomy, aż do optyki wybranego człowieka na wykresie. To są wykresy hierarchii wiążących byty, skupimy się na wykresach opisujących gospodarkę, ale kwestie emocjonalne też przecież istnieją. Pomiędzy bytami powiązanymi zawsze istnieje dająca się opisać różnica poziomów w hierarchii, co pozwala bytom niezwiązanym (na zbyt wielu płaszczyznach zazwyczaj) współistnieć decyzyjnie, dopóki nie muszą one ustalić zależności (czyli po prostu się skonfrontować przepinając hierarchie ich wiążące aż do uzyskania wspólnego mianownika – w polityce to po prostu sprawdzanie, kto jest pod kogo podwieszony i co kto może komu zrobić na każdej płaszczyźnie). W gospodarce potrzeby (sygnał gospodarczy) są zawsze (pomijając jakiś tam paleolit zbieracko-łowiecki) większe niż zdolności wykonawcze, dlatego zawsze są wolne krzesła do zajęcia, kłopot zaś kto chce i da radę na nie wleźć i usiedzieć (w ustrojach nakazowych wynika to z mianowania i najczęściej źle się kończy). Ponieważ te kwestie hierarchii są starsze niż drzewa, to mamy w pełni zautomatyzowane mechanizmy biologiczne pozwalające podjąć grę w dowolnej gradacji tejże hierarchii. Grę o przeżycie i potomstwo.

A są wyłącznie dwie strategie rozgrywki – obie tak brutalne, że ostatnia rozgrywka, której przegrany jeszcze istnieje, trwała 10mln lat i zakończyła się 4mln lat temu, rozdzielając ścieżki ludzi i szympansów. Żadni z kolejnych przegranych – australopiteki, parantropy, ergastery, habilisy, erectusy czy neandertalczycy nie są badani w jakichkolwiek rezerwatach tak jak szympansy; wszyscy bez wyjątku w obliczu przegranej nie zatrzymali się na poziomie subsistence, nie poszli na zasiłki, nie otrzymali dochodu gwarantowanego. Nie żeby okoliczności, w jakich zniknęli były tak całkiem niewyjaśnione (wala się nieco nadgryzionych kości), ale taki los czeka durni niezdolnych do znajdowania samic, z którymi mogą spłodzić dość bystre potomstwo. Od czasów rozstania z szympansami selektorem przetrwania jest coś, co roboczo najbliższe jest temu, co nazywamy ilorazem inteligencji, ale metoda selekcji w rzeczywistości nie jest tak dobrotliwa jak łagodne testy i dość łatwo zaproponować inne skale, choć oczywiście ludzie radzący sobie tak czy tak uzyskają gigantyczne wyniki w obecnych, nieco abstrakcyjnych testach (przyznam, że musiałem się nauczyć je interpretować, bo to co sobie psycholodzy wymyślili jako testy na inteligencję płynną, nijak się miało do praktyki animowania fk/ik, morfizmów i transformacji w pamięci, które po wpisaniu do tabel wyświetlały na ekranie oczekiwane rezultaty; jest to przyczyna, dla której na szczytach hierarchii potrzebujemy psychopatów zdolnych oceniać po suchych faktach czy coś lata, czy nie lata i tak dobierać zasoby do ludzi, aby wykonywali zadania, bo oceniając po pewności siebie prezentującego jakieś bzdety, to daleko nie dolecimy – więc po słupkach, po słupkach!).

A są wyłącznie dwie strategie rozgrywki i zależą one od rozwarstwienia pomiędzy obserwowalnymi (mającymi z nami jakikolwiek kontakt, choćby terytorialny) zasobami w dyspozycji wybranych osobników, a te są skorelowane na poziomie 0,3 – 0,5 (zależnie od badań) z badanymi zdolnościami intelektualnymi. Zależą wprost od rozwarstwienia (korelacja 0,9) – jeśli różnica pomiędzy stanem posiadania ma mnożnik x2 na poziomie biologicznym, odpalana jest agresja (samców wobec samców), ponieważ taki stan jest zagrożeniem możliwości przekazania genów (choćby szansy na podjęcie próby). Co oczywiście zaraz zaprowadzi nas do wniosku, że największym generatorem agresji jest istnienie rozległej klasy średniej – czyli sytuacji, w której blisko połowa społeczeństwa posiada ponad dwukrotnie więcej zasobów niż ponad połowa. Taka konstrukcja społeczna nie jest możliwa statycznie bez wysokiego zaangażowania przemocy (klasy średniej wobec powszechnie roszczeniowej wobec nich ludności) z tej prostej przyczyny ilościowej, że przy tej dysproporcji są oni (klasa średnia) w stanie utrzymać dwukrotnie więcej kobiet (dzieci, domów etc.) niż ci, którym kobiet w takim rozdziale braknie (naturalna eugenika). O ten model oparte są wszystkie ustroje niewolnicze, model ten nie jest stabilny, ale gwarantuje nagły, gwałtowny (w skali pokoleń) przyrost zdolności intelektualnych w całej populacji, która się rozmnaża dzięki redukcji populacji, która w tym nie bierze udziału. Takie przesuwanie całej krzywej Gaussa w prawo wymaga jednak paliwa: albo trzeba zająć jaki nowy kontynent (przechodząc nad losem tubylców do porządku dziennego), albo wieszać za kradzież silnika (konia), albo skonstruować urządzenia (silniki) żywiące się czymś innym niż ludzie. Najczęściej wszystko na raz – każdym możliwym sposobem. Rozwarstwienie, jakie dzisiaj mamy (mnożnikami trzycyfrowymi) nie jest problemem, ponieważ dotyczy garstki ludzi, a zniszczenie klasy średniej (jako istotnego wolumenu) ma wiele zalet, które przy okazji wynikły.

 

Niszczenie klasy średniej

Jest zupełnie racjonalnym działaniem zarówno ze strony finansowych elit, jak i ze strony kierowanego aparatu biurokratycznego zatrudniającego plebs, aby się tej aberracji jaką są średniacy pozbyć. Klasa średnia sama jest sobie winna, gdyż nie tworzy sobie środowiska politycznego, jakie warunkuje jej istnienie – ustroju republikańskiego będącego rodzajem demokracji – ale warunkowej. Historycznie takie zjawisko miało miejsce w każdym wypadku, jaki w ogóle ze słowem demokracja jest kojarzony – czy to ateńskiej, gdzie garstka zaradnych była obywatelami (a nawet nie wszyscy oni byli zainteresowani tymże), czy też w republice szlacheckiej, gdzie partycypacja w wysiłku wojennym reglamentowała prawa polityczne, albo u zarania większości bytów politycznych osadników, gdzie gospodarz-posesjonat dysponuje głosem równym innemu na zagrodzie lub w przybliżeniu równym (w ogóle punktowanym). Kompletnym odlotem naszych czasów jest absurd jeden człowiek = jeden głos w jakimś odrealnionym, politycznym kabuki. Tak jakby ktoś w ogóle plebsu o zdanie pytał (o wykonaniu i tak decyduje aparat biurokratyczny, aparat polityczny pełni funkcję dozorową wobec niego). Elity o nic nikogo nie pytają, tylko podstawiają własnych specjalistów (zazwyczaj widzimy to w powiązaniu z bankami, ale tylko dlatego, że w kisielu bardzo trudno jest wskazać pochodzenie ze zbrojeniówki), jest więc w ich interesie dokręcać śrubę aspirującym do elit członkom klasy średniej oraz spychać ze skały (ze średniej skały w przepaść na prole) pozostałych przedstawicieli tej klasy, którzy wybili się z aspirującego proletariatu albo co odziedziczyli. Średniacy natomiast najarali się najwidoczniej czegoś, czego powinni brać połowę i nie kontestują wszem i wobec koncepcji, że mają do powiedzenia (politycznie, formalnie) tyle co prole, mając przecież zupełnie inną, nieporównywalną siłę ekonomiczną łatwą do przełożenia na polityczną (najpierw wprowadzić głosowanie jawne, a potem kazać pracownikom głosować zgodnie z wolą szefa albo won z folwarku; aby docelowo tylko pracorozdawacze mieli bierne prawa wyborcze, wnosząc tyle kresek, na ile na przykład średnich pensji da się podzielić ich fundusz płac – to rozwiązanie jest równie głupie jak każde inne, ale w nim interes pewnego wycinka klasy średniej jest na wierzchu). Zachowanie aparatu zatrudniającego prole w ramach biurwy jest zupełnie przytomne – wciągają wszystkich do kotła, w którym sami się gotują nie rozumiejąc jak to może tak być, że w egalitarnym ustroju przedstawiciel klasy średniej zarabia 50 razy tyle co łune – aberracja! Do kotła z takim!

Wszystkie zjawiska związane z tym, że klasa średnia jest niszczona (i pomstowania na ten temat u IT21 czy na innych blogach) są więc naiwne – klasa średnia powinna być niszczona – sama jest sobie winna, że nie kontestuje takiego stanu rzeczy, w którym jest niszczona. A kontestować można w przeróżne sposoby – na przykład każąc urzędnikowi stać, kiedy Pan siedzi, bo przecież siedzieć i dyskutować można z równym sobie, a nie z przedstawicielem proletariatu – ten jest po to, aby służyć lepszym od siebie. Można też ignorować decyzje podejmowane z udziałem plebsu i pytać o zdanie w danej sprawie lepszych od siebie (bo przecież elity finansowe nie dlatego zostały elitami, że to banda gamoni – niegrzecznie byłoby nawet coś takiego podejrzewać, że oni to w jakie gry losowe pozyskali, a nie cnotami własnej zaradności). Można też wiele innych rzeczy, które rozgraniczą nieposiadaczy (havenotsów) od ludzi (we the people).

W tym kontekście przypominają mi się moje naiwne, młodzieńcze wizje społeczeństwa (czegoś, czego nie ma^^), z których wyrosłem i podzieliłem zdanie cara – że z plebsem dyskutuje się za pomocą nahaja zakończonego kozakiem, a nawet Napoleona – że do dyskusji z plebsem służą armaty. Z wiekiem człowiek dostrzega zalety pacyfikacji, ekspedycji karnych i polityki imperialnej, w której to roszczeniowa ludność jest wgniatana w bruk, a ich zasoby mieszkaniowe i środki produkcji niszczone; bo skoro nie podoba się jak jest, to nie będzie wcale. Lud musi kontentować się tym co ma, bo może nie mieć nawet tego. Wszak zasób biologiczny jest tylko w gościach na planecie lepszych od siebie. Klasa średnia też najwidoczniej zgłupiała, zapisała się do plebsu i myśli, że jest w gościach – a kto ma to wszystko dookoła organizować? Przecież nie elity własnymi rękoma, bo ich jest co kot napłakał!